Blog o filmach.
Blog > Komentarze do wpisu

Sympatia do Pana Whitea (cz. 1)

Jako serialowe podsumowanie roku - podsumowuję (niestety dłużej niż pozwala na to Blox) zwieńczenie najbardziej celebrowanego serialu ostatnich lat, jeśli nie w ogóle. Breaking Bad nie było może najbardziej dochodowym serialem, ale najszerzej dyskutowanym na forach, blogach, twitterach. Wśród ważnych pytań wynikających z tych dyskusji było nie tylko to, czego w dzisiejszych czasach oczekujemy od bohatera, ale także – czego od widza.

Wygrałem - mówi żonie przez telefon Walter White. To ostatnie słowa czwartego sezonu Breaking Bad. Gdy twórcy serialu – z Vince'em Gilliganem na czele – je pisali, brali pod uwagę możliwość, że będą one także ostatnimi w całym serialu. Sezon piąty został ogłoszony niedługo po nakręceniu poprzedniego - co nikogo nie zdziwiło, kryzys i wątpliwości o przyszłość już dawno wtedy minęły – ale hipotetycznie, wskutek dowolnego zrządzenia losu, mogło go nie być. I nie byłoby wtedy niniejszego eseju. Albo byłby inny, bo cała historia wybrzmiewałaby innym tonem. Sezon czwarty kończył się niemal zupełnym rozwiązaniem akcji – to chyba najbezpieczniejszy, najbardziej pozbawiony napięcia moment fabuły Breaking Bad. Walt zarobił i wyprał mnóstwo pieniędzy, które leżą bezpiecznie. Jego rodzina ma zapewniony dobrobyt, a i on nie narzeka na zdrowie. Żona, zdaje się, wybaczyła mu drobne upadki w postaci handlu metamfetaminą czy serii zabójstw i gróźb. Syn o niczym złym nie wie, podobnie jak jego szwagier z oddziału antynarkotykowego. Współpracownik Jesse co prawda wie o wielu rzeczach, ale nie o tych najgorszych. Wszystko wskazuje na to, że Pan White na dobre rozstał się ze swoim alter ego, Heisenbergiem – zostawił biznes, osiągnąwszy swój cel. Tylko pewna roślinka w ogródku przypomina, iż by do celu dobrnąć, nie przebierał w środkach.

Kiedy wygrał

Co właściwie sprawiło, iż cała intryga powróciła na kolejnych 16 odcinków? Odcinków, które w skrócie można by opisać jako jedną wielką masakrę i pokaz perwersyjnego znęcania się nad widzem? Wyznawcy Breaking Bad – niedostrzegający w serialu większych zgrzytów - twierdzą, że odpowiedzialny jest sam Walt. To on podjął decyzję, w pierwszym odcinku postanawiając gotować metę, a następnie raz za razem podejmował kolejne, nieustannie brnąc w kierunku zła. Słuchając tyrad wyznawców, można uznać – no tak, jest w końcu pewien sens, logika i sprawiedliwość na świecie, to nie mogło się inaczej skończyć! Ale przecież mogło. Jeden podpis szefostwa stacji AMC świadczący o niekontynuowaniu serialu – i wszystko kończy się w sposób stosunkowo sielski, oferując każdemu bohaterowi po stokroć piękniejsze życie. O tym, że agonia powróciła, zadecydował, by powiedzieć językiem krytyków serialowych, „kaprys losu”, a de facto – kaprys stacji i scenarzystów. Aby ze statycznego punktu postoju narracja znowu ruszyła znowu z kopyta, bez oglądania się na ofiary, wystarczyła jedna scena, pozbawiona większego uzasadnienia w dotychczasowej konstrukcji akcji i bohaterów. Jeden dowód, pozostawiony przez (objawiającego zazwyczaj wybitną inteligencję) Walta w kibelku. Jedno posiedzenie w tymże kibelku szwagra Hanka. Lektura jednej dedykacji i nagła przemiana absolutnej niewiedzy w kompletną jasność.

 O zachodzie słońca

Jaki był rezultat? Na ekranie – to wiemy (jak to, nie oglądaliście Breaking Bad? Należycie do podobnej grupy jak ludzie mówiący w języku Ayapaneco – zostało was pewnie najwyżej dwójka na świecie i niedługo to potrwa). W realu – popularność rosła w tempie proporcjonalnym do sadyzmu twórców. Dopiero u schyłku swojego żywota Breaking Bad zaczęło być naprawdę wszechobecne w internecie, naprawdę stało się pierwszym kultowym serialem rozpoczętym w XXI wieku (a przynajmniej od czasu The Wire – które „nie zdążyło” w odpowiednim momencie i powszechny kult zyskało dopiero po zakończeniu emisji; z drugiej strony spektrum jest Lost, które zaczęło fascynując tłumy, by kończyć wśród kpin). Wystarczy spojrzeć na oglądalność – podczas gdy niecałe 2 mln widzów śledzących finał czwartego sezonu zostało uznane przez małą stację AMC za spory sukces, zwieńczenie piątego oglądało już ponad 10 mln. Oczywiście, trzeba przy tej statystyce zapytać: kogo jeszcze obchodzi oglądalność w telewizji? Można uznać za pewnik, że widzowie piątego sezonu nie wzięli się znikąd, ale skorzystali z nowego dobrodziejstwa epoki, która pozwala stać się wiernym fanem z dnia na dzień. Choć binge watching (serialowe obżeranie się poprzez Netflixy czy torrenty) jest już znanym i opisanym fenomenem, nigdy nie widziałem dokoła siebie tak wiele przykładów, jak właśnie w przypadku Breaking Bad i kolejnych osób, które w ciągu dwóch tygodni nie robiły nic innego, tylko „nadrabiały” 50 dotychczas wyemitowanych odcinków. Ze strachem oczekiwali chwili, która nastąpiła w sezonie piątym – gdy byli zmuszeni powrócić do oglądania w sposób „tradycyjny”, raz na tydzień. Do czekania. Do rozmawiania w pracy i ze znajomymi o każdej scenie. Opisywania reakcji na żywo na Twitterze, a potem produkowania się w relacjach na forach czy blogu. Dopytywania się o więcej i więcej szczegółów. Kontrowersyjna z początku decyzja AMC, by sezon piąty rozbić na dwa lata, okazała się natchnionym ruchem marketingowym. Dała ogromnej grupie ludzi czas, by dołączyć do grona miłośników i w finalnych momentach być już „na bieżąco”. Do tej grupy dołączył w ostatnim okresie choćby Anthony Hopkins. Angielski aktor „łyknął” cały serial w błyskawicznym tempie, po czym napisał do Bryana Cranstona list otwarty, w którym określił jego kreację jako „najlepsze aktorstwo, jakie widział w życiu”.


Kiedy Mike przegrał

Trudno się dziwić twórcom, że skorzystali z tej popularności nowego, internetowego rodzaju. Sacrum anonimowości, dość typowe dla seriali XX wieku, zostało przez Breaking Bad kompletnie zburzone. Nic tu nie zostaje tajemnicą kuchni, proces powstawania serialu poznajemy tak szczegółowo, jak gotowania mety. Wystarczy polubić serial na Facebooku, by codziennie być częstowanym powtórkami, cytatami, wywiadami, naklejkami, gadżetami i analizami. Aktorzy występują na galach i w telewizji, nagrywają zabawne wideo. Mają swój panel na konwencie Comic-Con pośród skąpo ubranych hostess i „cosplayerek” przebranych za elfice. Wyglądają zdrowo, są ubrani w garnitury. Śmieją się z wydarzeń, które były tragedią dla ich bohaterów. „My head is KILLING me”, tweetuje dowcipnie aktor grający Hanka dzień po śmierci swojej postaci. Aaron Paul – którego Jesse był w serialu obiektem nieustannych mentalnych i fizycznych tortur każących zazdrościć Hiobowi – dyskutuje w talk-show o tym, które użycie (komicznie nadużywanego w serialu) słowa „bitch” jest jego ulubionym. Samo „bitch”, podobnie jak żółte kombinezony z maskami, staje się gadżetem u podstawy setek skeczów tworzonych przez praktycznie każde medium zajmujące się komedią.


Kiedy Landry z wujkiem wygrali

Trudno zarówno uwierzyć w kaprys losu, jak i uznać, że Walter White sam pokierował swoim przeznaczeniem, kiedy po każdym odcinku na stronie AMC pojawia się godzinna audycja, w której scenarzyści opisują każdą ze swoich decyzji. W XXI wieku tajemnicę stworzenia zachował tylko Bóg, ciągle milczący. Tutaj nie ma wątpliwości. Już chwilę po finale Breaking Bad w internecie rozchodzi się zapis rozmowy, w której Vince Gilligan przedstawiał wiele rozważanych możliwości na zakończenie intrygi. Przedstawiałyby one cały serial w drastycznie odmiennym świetle: od Walta mordującego rzezimieszków jak Rambo, aż do sytuacji, w której umierają wszyscy bohaterowie poza nim. Opis motywacji Gilligana do takiego a nie innego ostatecznego wyboru mówi wiele o podejściu zespołu do całego Breaking Bad. Otóż były scenarzysta Z Archiwum X opowiada: widownia była dla nas bardzo dobra i chcieliśmy im za to odpłacić. Zamknąć wszystkie najważniejsze wątki. Pytaliśmy się: jakie zakończenie chcielibyśmy zobaczyć dla danej postaci – i takie jej wpisywaliśmy. Większość widzów chciała, by Jesse na koniec dostał wolność – i ją dostaje, choć wskutek łaski osoby, która przez wiele ostatnich odcinków była zdeterminowana go zabić. Rozwiązanie bardzo naciągane, ale zwyczajnie satysfakcjonujące. Z tego wywnioskować można modus operandi twórców: naszym głównym celem nie jest historia przekonująca, lecz zadowalająca. Pozornie można uznać taką deklarację za oczywistość, ale w istocie nie pozwala ona patrzeć na poprzedzające wydarzenia bez nowo nabytego dystansu. Skoro wszelki rachunek prawdopodobieństwa można było na koniec zawiesić, byle Jesse'emu się udało, to nie da się ukryć, że długie godziny jego męczeństwa – wymieńmy choćby nieustanne szantaże, groźby, pobicia i śmierć kochanych osób – również były od początku skalkulowane na efekt emocjonalny. Świat serialu był tak okrutny nie dlatego, że okrutny jest świat prawdziwy – po prostu scenarzyści robili sobie badanie focusowe w swoim pokoju i wygrała ta opcja. Tak jak wiele wybitnych seriali (by wspomnieć Sopranos, The Shield czy Mad Men), Breaking Bad wręcz obsesyjnie obraca się wokół tematyki wyborów, konsekwencji i przypadku. Prawdopodobnie nie jest pierwszym, które w istocie skrajnie manipuluje tymi strefami, używając niesamowitych zbiegów okoliczności i zaskakujących zachowań postaci. Jednak dzięki urokowi epoki internetu, jako pierwszy robi to tak bezczelnie i widocznie autorsko.


Kiedy nie był pewien

Niekonsekwencja będzie oczywiście znacznie mniej rażąca, gdy przyjąć punkt widzenia dowolnego z wyznawców Breaking Bad. Używam tego słowa nieprzypadkowo, ponieważ wielorakość moralnych interpretacji poszczególnych scen serialu zupełnie nie odbiega od tej wynikającej z lektury Biblii. Podobnie jak w przypadku Świętych Pism, popularność i powszechna adoracja sprawiają, iż szybko zaczyna toczyć się metadyskusja – wnioski, jakie wyciągasz z serialu, świadczą bezpośrednio o twojej osobie i w społecznej przestrzeni podlegają ocenie innych. W rezultacie powstają teksty takie jak ten w New Yorkerze, którego pisarka Emilu Nussbaum mówi zwięźle: jeśli rozumiecie ten serial inaczej niż ja, „oglądacie go źle”. Chodzi jej – zwróćmy uwagę na podobieństwo do świata religii – o „złych fanów”, którzy „nie rozumieją”. Dlaczego? Choć wiedzą, że oglądają historię złego moralnie człowieka, który niszczy życie swojej rodziny i wielu osób dokoła, w istocie są zafascynowani postacią Waltera. Podziwiają go i trzymają kciuki za powodzenie kolejnych jego eskapad w świat mroku. Mają z kolei dość gderliwej, histerycznej żony oraz słabego, jąkającego się syna. Ekscytuje ich szybki postęp akcji i brutalność, zaś nie znoszą nastroju greckiej tragedii bez wyjścia i krępujących dialogów (ten aspekt serialu uosabia najbardziej kontrowersyjny wśród widzów odcinek, „The Fly” - wiecie, ten z muchą).


Kiedy szukał

Ważne, że każdy publicysta i fan jest przekonany, iż serial w swej incepcji ma za zadanie dawać mu dokładnie to, co w nim dostrzega. Pogromca „złych fanów” nie będzie mieć wątpliwości, iż Breaking Bad bardzo wyraźnie wykłada, że żona i syn są w istocie dobrymi postaciami, z którymi należy się identyfikować, podczas gdy socjopatyczny Walt zostawia świat zdecydowanie gorszym, niż go zastał. Załóżmy, że Waltowi coś nie wyjdzie. Interpretacja? Oczywista – ma na co zasłużył, serial go potępia! Waltowi coś wyjdzie? Ukazuje to, że wpadł całym sobą w głębokie moralne bagno i gotów jest poświęcić wszystko dla sukcesu finansowego – bez dwóch zdań, serial potępia go! I tak dalej. Analogicznie działa to w przypadku każdego komentatora zakochanego w Breaking Bad. Ten serial dla każdego z nich wyraźnie „ma rację” (przykładowo – wywołuje niechęć do Skyler albo potępia niechęć do Skyler), po prostu inni oglądają go źle. Zdaniem jednym, ewidentne jest, że Walt jest jak każdy z nas – w swoich tekstach pytają bez cienia sarkazmu: któż w obliczu nowotworu nie podjąłby się handlu narkotykami? Według innych, oczywistym jest, iż Walt jest permanentnie odmienny od zwykłych, przyzwoitych osób, a choroba jedynie pozwoliła mu wreszcie wyrazić swoją tłumioną latami urazę do świata i ludzkości. Urok Breaking Bad jest taki, że prędzej czy później nastąpi moment, w którym czy to jedna, czy druga interpretacja przejdzie trudną próbę falsyfikacji – moment zwyczajnie naciągany, w którym Walt zachowa się w sposób, który zupełnie nie pasuje do przynajmniej paru innych jego zachowań z przeszłości. Nie rujnuje to jednak interpretacji żadnego z wyznawców, lecz ją wzbogaca. Jeśli ich spytać, niekonsekwencja Walta dodaje jego postaci realizmu. Niespójność czyni go prawdziwym. Przypominając, że człowiek bywa niekonsekwentny, skonfliktowany i trudny do zrozumienia, czyni Breaking Bad dziełem bliższym rzeczywistości, niż zwyczajne seriale. Nie rozumiesz, czemu któraś z postaci zareagowała w dany sposób? Czyli jest jak w życiu!


Kiedy się golił

To jednak nie przypadek, że ci opisani przez Nussbaum „źli fani” istnieją i stanowią liczną grupę, której przecież twórcy nieustannie schlebiali. Zakończenie serialu zdaje się mówić za siebie, doskonale przypominając i uwydatniając fakt, iż przez cały czas trwania historii Waltowi w zasadzie wszystko się udaje. Czy niesie innym ruinę, czy ratunek, niemalże zawsze to jego inicjatywa dochodzi do skutku. Choć jego prawnik Saul przekonywał go, że nie może przekazać zarobionych milionów rodzinie – Walt znajduje sposób. Choć oddał ulubieńca widzów Jesse'ego na ścięcie licznej zgrai bezwzględnych neonazistów – Jesse zostaje przez niego uratowany, a naziści osobiście wyrżnięci zdalnie sterowanym karabinem w bagażniku. Ostatecznie, Walt bez dwóch zdań osiąga swój cel z pierwszego odcinka: umiera, zapewniwszy rodzinie dobrobyt. Jakby tego było mało, kończy w sposób wręcz poetycki. W rytm romantycznej piosenki przygląda się instrumentom do gotowania, z czułością większą, niż wcześniej objawiał swoim dzieciom. Ostatnie ujęcie serialu to bardzo długi odjazd kamery z lotu ptaka, jednoznacznie wywołujący skojarzenia z unoszącą się ku niebu duszą. To wszystko nie przypadek, lecz decyzja twórców. Taka, która po głębokim namyśle i uwzględnieniu „szacunku dla fanów” wydała im się najbardziej zadowalająca.

dalszy ciąg tekstu

poniedziałek, 30 grudnia 2013, ogqozo

Polecane wpisy

  • Horace and Pete

    Louis CK postanowił zrobić serial przestrzegający praktycznie wszystkich prawideł tego, jak w 2016 roku nie należy robić serialu. Cel się udał, czyli wyszła z t

  • Mad Men: Być mądrym

    Miesiąc temu skończył się w Ameryce Mad Men . Czas tego serialu skończył się, zanim skończył się sam serial. Z tego powodu nie płakałem za serialem. Ale popłacz

  • The Wire: Wielka amerykańska powieść

    2 czerwca minęło 12 lat od premiery serialu "The Wire". Z okazji 10. rocznicy tego wydarzenia napisałem poniższy tekst, którego oczywiście nikt nie chciał opubl

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

statystyka