Blog o filmach.
Blog > Komentarze do wpisu

Nowe Horyzonty 2015: Przestrzeń światła i ciemności

Krótkie opinie o Koniu Dinheiro i Zabójczyni, dwóch jasnych punktach festiwalu.

Nowymi Horyzontami, jak życiem, delektować można się na wiele sposobów: eksplorować przestrzeń, błądzić po programie i ożywionym centrum miasta (oraz samym kinie NH - chyba najfajniejszym miejscu w Polsce), skupiać się na highlightach - gwiazdach festiwalu sławnych z Cannes lub starych klasykach, czy też celowo odkrywać najmniej oświetlone miejsca - konkursowe debiuty, trzecie oko, czy (o brawuro) zestawy krótkich metraży. Ja postawiłem, klasycznie, na nadrobienie hiciorów z Cannes, ulubionych reżyserów - i to bardzo nielicznych, tak więc w tym roku będzie tylko krótka relacja mająca potwierdzić ten zaiste niewiadomy wam na pewno jeszcze fakt, że tak, Hou Hsiao-Hsien i Pedro Costa robią całkiem dobre filmy. Hej, człowiek musi się podzielić wrażeniami. Obu panów, wstyd przyznać, widziałem w kinie pierwszy raz. Dla Hou to pierwszy duży film od 10 lat (i podobno ostatni), z kolei Costa publikuje niby regularnie (w tym, w 2009, dobrze przyjęty Ne Change Rien), ale trudno te filmy zdobyć i ostatnie, co od niego widziałem, to powalające Juventude em Marcha z 2006 roku.

Czemu kocham kino? Bo jest przytulne. Lubię ciemne i ciche miejsca, na co dzień nieco mi ich brak. W dzisiejszej epoce, gdy całe życie człowiek spędza wyglądając bacznie na telefon (z tęsknotą, że ktoś się odezwie z czymś miłym, ale i niepokojem, że oczywiście to będzie jednak prędzej komornik lub szef z przykrymi wieściami), kino zawsze było dla mnie jedynym miejscem, gdzie mogłem faktycznie się wyizolować. Nie rozumiałem nigdy ludzi, którzy siadają daleko, jakby nie chcieli przypadkiem obejrzeć zbyt dużo filmu - ja siadam w pierwszym-trzecim rzędzie, chcę być zanurzony... może muszę być. Chcę, żeby twarz bohaterów filmu była bliżej, niż twarz osób, które spotykam, żeby krajobraz był niemal tak realny, jakbym zwiedzał go osobiście. Moim zdaniem, statyczny kadr wciąga w pierwszym rzędzie po stokroć bardziej, a ruch kamery działa tylko tam tak, jak powinien, poruszając cały mój świat. Najważniejszym czynnikiem w filmie, oczywiście, jest światło. Sala jest ciemna, i pomijając ten drobny, pomijalny detal wyjść ewakuacyjnych, poza światłem filmu nie ma w sali nic. W pierwszym rzędzie często siedzę sam, więc mogę siedzieć, jak chcę, robić, co chcę - jestem w filmie, jestem w tym świetle. Mrok sali czyni ją przytulną, a dwa filmy, które zwróciły moją uwagę, oba korzystają wielce - czy wręcz opierają w większości cały swój przekaz - z oddziaływania światła i ciemności, choć na różne sposoby, które chciałbym pokrótce przedstawić.

Koń Dinheiro

Jeśli widzieliście Juventude... (albo inne z arcydzieł Costy, No Quarto da Vanda), to wiecie, czego można się po Koniu Dinheiro spodziewać. To film w podobnym stylu, i podobnej - niesamowicie wielkiej - jakości. Właściwie to chyba wręcz sequel tamtego filmu, z tym samym bohaterem, charyzmatycznym kabowerdeńskim wyrzutkiem Venturą. Koń..., tak jak to bywa u Costy, chyba jest dokumentem i przekazuje faktyczne historie przedstawianych osób, ale szczerze mówiąc, nigdy mnie to specjalnie nie obchodziło, bo przecież nie w tym tkwi "prawdziwość" sztuki (zwróćmy uwagę na to, jak ściemniać może film nominalnie "dokumentalny", jak Kurt Cobain: Montage of Heck, a jak prawdziwa może być fikcja, co pokazuje w sumie chyba większość polecanych na tym blogu dzieł).

Na pierwszym miejscu u Costy, przynajmniej dla mnie, zawsze był styl wizualny, czyli po prostu to, jak niewiarygodnie piękne są te filmy. Każde ujęcie to jakieś mistrzostwo fotografii, czy wręcz... designu? I to w stylu, którego nadal w kinie nie widziałem u żadnego innego twórcy. Costa robi najbardziej "czarne" filmy, jakie znam, i nie chodzi mi tu oczywiście o rywalizowanie ze Spike'iem Lee, ale to, że czerń często wypełnia większość kadru. I to nie jest tak, jak się trafia w kinie i fotografii nieco częściej, że światło jest dla ciemności jakimś kontrastem - kształty wyłaniają się z ciemności miękko, bez wątpienia są jej częścią, tylko trochę bardziej widoczną. Ta otchłań zaczyna do nas przemawiać, ta otchłań jest życiem tych bohaterów, ludzi marginesu, ludzi zniszczonych, żyjących umierając, czasami można powiedzieć - jak w jednym fenomenalnym ujęciu, gdy bohaterowie przechodząc przez framugę przybierają wręcz postać cienia - oni sami są tą otchłanią. Costa - jak życie - nie objawia sentymentów wobec tych postaci, ukazuje bez śladów emocjonalnych manipulacji całe te mroczne, mroczne historie, niezmierną biedę, izolację, i ogólnie to wszystko, co zapominacie, że istnieje, w swoich oświetlonych biurach i na wakacjach w Grecji, ale jest przecież codziennością dla ludzi ulicy czy mieszkańców baraków, robotników najgorszych prac. Ten świat robi niezwykłe wrażenie, a Costa tradycyjnie kadr po kadrze objawia geniusz do kompozycji, lepiej niż Caravaggio czy inny Solomon wciągając do wnętrza pomieszczenia. Gdybym oglądał Konia Dinheiro na komputerze, pewnie zachowałbym z 200 screenshotów, porobiłbym plakaty, zawiesiłbym kalendarz. To po prostu strasznie ładny film, chociaż zdaje się, że dla większości ludzi to, co nazywam tu pięknem, chyba jest brzydotą.

Chociaż film opowiada pewną historię, i to naprawdę pomysłową (czy dokument może mieć "pomysłową" historię?), wciągającą, kompleksową i mocną, i to również w miarę "konwecjonalnymi środkami" (gadaniem), to właściwie nie było to dla mnie aż tak ważne i film nie straciłby tak wiele, gdyby potraktować go po prostu jak serię żywych fotografii, najlepszy fotoreportaż roku. Z tym wiąże się pewna wada, na którą muszę zwrócić uwagę. Otóż im więcej tych obrazów, tym bawiłem się lepiej. Trafia się w Koniu... klasyczny montaż z piosenką, podczas którego dostajemy zupełnie nowy kadr niemal co sekundę, i to jest mój ulubiony moment filmu, i pewnie mojego życia w ogóle. Jednak pod koniec trafia nam się scena "zamknięcia", gdy bohater przez jakieś pół godziny stoi w windzie, i po całym filmie opadniętej kopary, ta jedna scena wyróżnia się w mojej opinii, swoją... mniejszą ilością geniuszu. Ujęcia w windzie w sumie są świetne, ale... pół godziny to dla mnie dość sporo czasu. Głosy z offu rozliczające się z przeszłością, bohater wyrzucający z siebie chaotycznie wszystko, co w nim tkwiło w jednej, nawet ładnej scenerii - jakbym lubił takie rzeczy to bym chodził do teatru.

Cóż jednak z tego, jeśli cały film nadal wypełniony jest treścią i estetyką, którą można by rozdzielić na 10 udanych produkcji? Koń Dinheiro to wspaniała rzecz.

Zabójczyni

No dobra, i Hou Hsiao-Hsien. Również jeden z moich faworytów. Widziałem wcześniej 11 jego filmów, praktycznie wszystko, do czego dało mi się dotrzeć, i każdy mi się strasznie podobał, a Lalkarz to jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Zabójczyni również zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, aczkolwiek chyba nie dołączy do grona tych absolutnych ulubieńców. Chyba... Bowiem przyznam, że oglądanie wschodniego kina zawsze zajmuje mi o wiele dłużej, niż trwa film. Na drugi dzień po projekcji - jestem jeszcze w trakcie przyswajania. Tak samo jak z Jią Zhang-Ke, tak było z Edwardem Yangiem itp. Znaczenia obrazów, gestów, i generalnie wszystkiego w kulturze Dalekiego Wschodu są na tyle odmienne od "naszych", że zanim jako tako zaczynam rozumieć film, mija nieco czasu. Najlepiej wtedy obejrzeć film po raz drugi, już bardziej "na 100%" (mam nadzieję, że to się zdarzy również w kinie, bo słyszałem coś, że ma chętnego dystrybutora - w co aż trudno uwierzyć, ile filmów Dalekiego Wschodu wyszło w ostatniej dekadzie w polskich kinach, dwa?). Podczas seansu tylko staram się nadążyć, z czasem "kapuję" coraz więcej tego, co do mnie dotarło. Film staje się kompletny. Wiem, że nie jestem w tym jedyny - aczkolwiek recenzje "na bieżąco" z Cannes, które Zabójczyni zebrała znakomite - sugerują, że niektórzy chyba tak nie mają. W każdym razie, z dwojga złego wolę taką kompleksowość, opartą na obrazie, niż "gadane" kino Dalekiego Wschodu - ono powstaje w sporej ilości, i masowa publika w np. Chinach je oczywiście woli od "kina festiwalowego", ale różnice w języku w przypadku takiego kina są tak duże, że często oglądając je naprawdę nie rozumiem, o co chodzi, i ani dzień, ani miesiąc po seansie nic się w tej kwestii nie zmienia. Zabójczyni jest w tej kwestii dość prosta - bardziej przystępna niż np. niedawny Mistrz Wong Kar-Waia, i dlatego mój maluczki "zachodni" umysł chyba jest w stanie ją przyswoić. Obejrzałem ją wczoraj - więc proces jeszcze trwa, ale już jest bardzo fajnie.

Do wniosku, że tematem Zabójczyni jest światło i ciemność, dotarłem podczas jednej z ostatnich scen (gdy, wstyd się przyznać do takiego wyrafinowania, walczą postać ubrana na biało i druga ubrana na czarno). Próbując "nadążyć", nie zwróciłem choćby przez cały film uwagi, że nawet imię bohaterki brzm jak "Yin i Yang", co brzmi przecież dość transparentnie. Na pierwszy rzut oka, chyba słusznie, Zabójczyni sprawia wrażenie bardziej "popularnego", prostszego, nieco mniej subtelnego kina, niż poprzednie dzieła Hou - tak jakby mistrz trochę już nie był pewien, co tu jeszcze "swojego" zrobić, więc zrobił normalne Wuxia, tyle że własnym językiem. Nawet kolorystyka i oświetlenie, choć bardzo piękne, trochę mnie jednak rozczarowały swoją... zgodnością ze współczesnym standardem? Takie nasycenie w mojej opinii czyni filmy bardziej... pospolitymi, odbiera im jakąś magię. Co więcej, niewiele tu AŻ TAK kompleksowych, odważnych w swojej głębi kompozycji, jakimi zachwycał w latach 80. czy 90. Wspominałem już, że jeśli nie widzieliście przypadkiem Lalkarza to, cholera, zróbcie to? Zabójczyni wypełniona jest za to do obłędu poziomymi panoramami, których siła oddziaływania jest w świecie kina znana i opisywana od czasów co najmniej Mizoguchiego, i pozwala w ciągu kilku sekund wyrazić całkiem bogate, zazwyczaj dużo bardziej rozpięte w czasie przeżycia. W dość laickim uproszczeniu, nazwijmy to choćby tak, że ruch w prawo to ruch "naprzód", ku nadziejom, planom, celom, z kolei w lewo to ruch "wstecz", ku przeszłości, sekretom, ku mrokowi. Właściwie większość tego, co się dzieje w Zabójczyni, to jakiegoś rodzaju ruchy w prawo i w lewo, i jeśli to do was nie przemawia, to w sumie nie jestem pewien, o czym ten film będzie w waszych oczach (ale o czymś będzie, bo zauważyłem, że niektórzy kompletnie to olali i film nadal im się podobał - choć wrocławska publika uczucia ma raczej dość mieszane). Mnie kręcą takie dualistyczne, dialektyczne tematy, a nowy film Hou używa ich bogato zarówno w sensie estetycznym, jak i narracyjnym, pokazując prostą dość historię dylematu moralnego jednostki i napiętego konfliktu politycznego. W sumie robi to kapitalnie, ale znów - robił to kapitalnie także w swoich poprzednich filmach, tyle że zazwyczaj podejmując bardziej oryginalne, "ludzkie", dotykające historie.

Film opowiada o zabójczyni, ale jego podejście jest właściwie w wielu detalach wywrotowe wobec standardów gatunku. Począwszy od tego, że przez większość filmu chodzi głównie o to, że zabójczyni nie zabija. Pytanie bez jasnej odpowiedzi brzmi, czy jest to dowód słabości, czy jednak jeszcze większej przewagi nad celem, niż gdyby zabiła. Sceny walki następują, ale zazwyczaj pokazane są szczątkowo, bo np. porzucane są gdzieś w trakcie, ostrym cięciem Hou przerzuca nas np. na statyczny kadr pokazujący drzewa czy co tam uznał w tym momencie za lepiej oddające jego uczucia wobec sprawy. Cięcia montażysty są tu zdecydowanie ważniejsze, niż cięcia miecza. Z Cannes słyszałem wiele głosów o wyjątkowym pięknie scen walki, ale jakoś nie odniosłem takiego wrażenia - oczywiście wszystkie detale są dopięte niczym te, oddane z diabelską precyzją, kostiumy i fryzury, ale jak dla mnie, te walki to nie jest show choreografii w stylu filmów Zhanga Yimou czy Przyczajonego tygrysa.... Ale to dobrze, bo nie są celem narracji, tylko jej elementem. Film ogólnie nie operuje na wysokim napięciu, jeśli tego oczekujecie po filmie, oficjalnie, reprezentującym gatunek "sztuk walki". Swoją historię opowiada raczej z buddyjskim, zdystansowanym emocjonalnie podejściem typu "shit happens". Ostatecznie ładunek emocjonalny można by porównać w kinie zachodnim do, no nie wiem, gdyby w Mistrzu zagrali Bill Hader i Jeff Bridges? Mimo wysokiego budżetu i starannie dopracowanych technikaliów, film nadal wydaje się dziełem zdominowanym nie przez przepych, a skromną powściągliwość, jaką lubimy kojarzyć z kulturami Dalekiego Wschodu.

Niezwykła jest kreacja Shu Qi, aktorki znanej i nagradzanej od dekad, ale ciągle wyglądającej jak piękna dwudziestoletnia. W Zabójczyni z jednej strony spoczywa na niej spory ciężar dramatyczny (bez TAKIEJ roli w jej wykonaniu nie wiem, czy film miałby w ogóle sens), a z drugiej, jakoś można odnieść wrażenie, że nie "robi" aktorsko zbyt wiele. Wystarczy, że wygląda, nieustannie magnetyzując - gdy czai się w ciemnościach, alarmuje, nie można od niej oderwać wzroku, a gdy w kadrze jej nie ma, widz tęskni, oczekuje na powrót. Oczywiście to zasługa także kamery i charakteryzacji, ale nadal - sam nie wiem, czy jest to wielkie osiągnięcie aktorstwa, czy raczej modellingu. W każdym razie, jest osiągnięciem.

 

W skrócie mówiąc, te dwa filmy całkiem mi się podobały. Zabójczyni mimo wszystko raczej nie wejdzie do kanonu faworytów, ot - bardzo, bardzo film i "tyle". Koń Dinheiro to coś więcej. Na obu filmach nie było zresztą nawet pełnej sali. Serio?

piątek, 31 lipca 2015, ogqozo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2015/08/15 11:51:16
Ja na tegorocznych NH byłam tylko na Amy i bardzo mi się podobała. Ciekawa anegdota - po tym poznałam pewną osobę, która w rozmowie poleciła mi pewną agencje SEO Wrocław - a tam z miejsca sprawili, że moja firma zaczęła świetnie działać! Dwie pieczenie na jednym ogniu :)
-
2015/08/15 14:30:38
Moja reakcja, gdy widzę, że jest nowy komentarz na blogasku i klikam sprawdzić:

www.youtube.com/watch?v=YUKmq7UMJys
-
2015/08/18 20:08:43
Też kocham kino.
Zanurzam się w otchłań akcji najlepiej w 7 rzędzie.
Filmy pewnie obejrzę :)
-
Gość: jimmy dog, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2015/09/29 23:59:48
@k.gizka
Ciekawa anegdota: pewna osoba poleciła mi stronę internetową kiedynadejdzierewolucjawszystkieagencjereklamowebedamialysiedzibewnorymberdze.com.

@ogqozo
Nie gniewaj się, że ja znowu o tym bo nie minął jeszcze wrzesień, a ja już chciałbym trochę pospekulować o *cough* Oscarach i również ciekaw jestem Twojej wróżby. Teraz takie gdybania są nawet przyjemniejsze bo mało jeszcze wiadomo, a typowania przypominają latanie precyzyjne w ciemnościach. Wystrzelony dzisiaj na chybił-trafił nabój dotrze - albo i nie dotrze - do celu pod koniec lutego.
Co na razie wiadomo? Chyba niewiele. Według buków faworytem jest "Spotlight" i "Joy", później "Carol". Oczywiście znam staropolskie powiedzenie "nie sądź filmu po trailerze" ale noszę w sobie niedocieczone przekonanie, że "Spotlight" nie wygra BP. Im więcej czytam i nasłuchuję tym ono we mnie bardziej wzrasta. Zaledwie trzecia względem ważności nagroda na festiwalu w Toronto może nie jest rozstrzygającą przesłanką, ale jakąś tam jest.
Zrobiła na mnie wrażenie ta krytyczna recenzja z Hollywood Reportera: www.hollywoodreporter.com/review/spotlight-venice-review-819871. Np. taki wyjątek:
"While investigative journalism films may not comprise a full-fledged genre, there are still certain kinds of scenes in such stories that pop up so often that they do seem both formulaic and inevitable. Among them: Potential witnesses yelling at reporters and slamming doors in their faces, sought-after sources acting coy and slipping tiny hints designed to lead journalists on and drive them mad at the same time, big-shots inviting lowly scribes into rarified private clubs and bastions of power to try to get them to play ball, an editor seeing his shot at glory by pissing off the powers-that-be, reporters forsaking their health and private lives to get the story, and so on. These and more are all here, which underlines the problem of fundamental familiarity with a narrative like this: You keep charging ahead, against the odds, until you get the goods.

That's the way it goes here, but without strong characters or startling incidents that might have raised the film's pulse rate."

Nie chcę przesadzać w krytyce filmu o którym zaledwie czytałem i słyszałem i którego się jedynie domyślam. I oczywiście, może być też tak, że "Spotlight" jednak wygra BP swoją - by tak rzec - "słusznością" i niósł go będzie głównie antykatolicki hajp, faktor dość istotny w protestanckich Stanach. Dziś jednak, 29 września, mówię, że "Spotlight" przepadnie i ciekawi mnie z jakimi uczuciami będę wspominał te słowa za 5 m-cy. [Inna wątpliwość: czy ten film nie wchodzi za wcześnie, czy się nie opatrzy jak "Boyhood"?]
Rozpisałem się więc long story short: wygra "Joy".
-
2015/10/07 19:37:00
Jak widać, nie siedzę ostatnio w filmach. Od czasu Nowych Horyzontów właściwie skończyłem z tematem, może coś wrzucę czasem na blogaska żeby przypomnieć, że jakby co to umiem... Ale widać chyba na Filmwebie, że nie mam czasu nic oglądać, obejrzałem chyba ze dwa filmy od czasu NH, kiedyś przez taki czas oglądałem sto.

Wiadomo, że nie jestem fanem tekstów typu "ten film opowiada o X - idealny pod Oscary!". Nie chcę zbyt głęboko wchodzić o gadanie o gadaniu o filmach, raczej niż o samych filmach. No i cóż, o takim "Spotlight" dosłownie nic nie wiem. Wiem, że Tom McCarthy kojarzy mi się z gładziutkimi, dość płytkimi filmami, które się super ogląda, ale wielkim wydarzeniem nie są. Czyli na Oscara może być.

Na pewno reguła "wyścigu Oscarowego" jest znana: niemal co roku mamy faworyta 1 (oparty na opisie fabuły filmu/nazwisku reżysera, tekstach w stylu "Holocaust/film o rasizmie/co tam mi się nie podoba zawsze wygrywa"), jesienią nadchodzi faworyt 2, krytyków (jak sądzę, "Carol"?), potem zaś nagrody branżowe wyłaniają innego, "rzeczywistego zwycięzcę".

Zazwyczaj Oscara wygrywa, mimo wszystko, pewna "niespodzianka", film, który rok temu mało kto by postawił w tym miejscu (ostatnim wyjątkiem była MOŻE "Inflitracja", ale szczerze mówiąc, nie pamiętam). To zdaje się jej pomagać. Nie tylko ze względu na efekt świeżości, ale i metanarrację, bo członkowie Akademii przecież słyszą o sobie przez cały rok, że się "nie znają na filmach" i "i tak wygra X, bo zawsze wygrywa Holocaust". Ale także osłabia to pewnie wrażenia. Mam wrażenie, że słysząc tekst "dramat historyczny Stevena Spielberga z Tomem Hanksem w roli głównej", wielu głosujących od razu się wyłącza. "Zjawie" może zaszkodzić w tym względzie głównie późna premiera (zakładając, że film się w ogóle spodoba - niestety, obawiam się, że "obie strony" mogą stracić na tym podejściu, bo film kończony na szybko będzie gorszy, niż by mógł być, a na nagrody i tak wyjdzie za późno), ale także to, że od pierwszej zapowiedzi media piszą o nim jako o "Oscarowym filmie". Gdybym miał kartkę, w życiu bym nie zagłosował na DiCaprio naczytawszy się cały rok, jaki to "Revenant" jest "Oscar-worthy" od ludzi, którzy go kurde nie widzieli. Ale Leo nie wygrał Oscara! Jak to! W tym filmie ma brodę! Późna premiera to też nowy Tarantino, który pewnie jak zwykle będzie wulgarny, efekciarski, i dobry, ale nie aż tak popularny, by wygrać Oscara. Głosy o "Jobsie" (sorry, o "Steve'ie Jobs", film "Jobs" już był) mnie niepokoją, ludzie za dużo gadają nie o poziomie filmu, a o Jobsie jako takim, podczas gdy koleś naprawdę jest niesamowicie mało ciekawą osobą. Oczywiście Boyle, Sorkin, Fassbender to wielcy twórcy, film może się okazać świetny. Mniej wiary mam w nowy film Toma Hoopera, brzmi jak kolejny okropny "Oscarowy" feel-good, know-little biopic, ale znów, na sucho nie będę wybiegał zbyt daleko w szacunkach tego typu. W każdym razie taki filmy wygrywają tylko za aktorstwo (w tym roku będzie to np. Alicia Vikander, gwiazda tego roku z bodaj czterema świetnymi rolami, której rola w "Dziewczynie..." nota bene podobno wcale drugoplanowa nie jest, ale cicho sza).

Na razie "Spotlight" na pewno jest czymś w stylu... faworyta? No tak, na razie tak, na pewno. Innym filmem, który zdaje się mieć efekt "niespodzianki", jest zwycięzca Toronto, "Room" - kto wie, jak daleko zajdzie, ale Toronto to wielki festiwal i zwycięzca publiki w takim głosowaniu coś znaczy.

"Joy" i "Carol" raczej nie wydaje się, że będą w tym wyścigu, ale trudno na ten moment powiedzieć. Najbliższy miesiąc-półtora to jest pierwszy okres, kiedy dla nie-insidera ten "wyścig" faktycznie staje się ciekawy i możliwy do opisywania.
-
2015/12/10 04:33:08
Jest grudzień i w skrócie powiem tyle: tak, nieźle odpowiedziałem w poprzednim poście. "Spotlight" robi to, co mówiłem. "Room" również trzyma się lepiej, niż hype'owane produkcje.

Nowym kandydatem jest "The Big Short". Nie olewałbym. Myślę, że któryś z tych filmów wygra.

Wiele osób wymienia Spielberga czy "Marsjanina" (coraz rzadziej "Mad Maxa", co jednak mnie lekko zaskakuje), ale trudniej mi w to uwierzyć. "Revenant", no cóż, szału nie zrobił w branży. I tak dalej. Mimo wszystko Akademia zdaje się lubić świeżość.
-
Gość: ann, *.icpnet.pl
2016/01/26 12:09:08
jakieś komentarze odnoście tegorocznych Oscarów? :)
-
Gość: jimmy, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2016/01/26 18:43:32
Kongratulacje za bardzo wczesne wytypowanie "The Big Short", zrobiłeś to chyba nawet szybciej niż Sasha Stone. (Pozdrawiam samego siebie sprzed 4 miesięcy mówiącego: "wygra Joy"). Zabawne, że narzekałeś wtedy na obłego McCarthego - co więc powiedzieć o McKayu, reżyserze 52 komedii z Willem Ferrellem? Ale życzę mu dobrze, wykonał bardzo dobrą robotę, również na poziomie meta: wprowadził do dyskursu inną narrację, nową dla Amerykanów wybierających między wallstreetową Hilary i wallstreetowym Trumpem. W ogóle, "Big Short" jakoś ładnie mi się rymuje z kampanią Bernie Sandersa. Fajnie by było gdyby B.S. wręczał ostatniego, najważniejszego Oscara "B.S." (mają te same inicjały, przypadek, nie sądzę!)
A teraz rytualnie ponarzekam bo to kolejny rok, w którym nie widziałem wśród nominowanych żadnego wybitnego filmu, a widziałem wszystkie osiem. Może żądam zbyt wiele?
Ale przynajmniej jeżeli chodzi o Oscary jest ciekawie. Wydaje mi się, że "Spotlight" jest teraz na trzecim miejscu, za "Zjawą". Nagroda zw. zawodowego za Ensemble wydaje się irrelewantna - niezależnie do kogo trafi Kamą, tam przecież wygrał "American Hustle" niedawno.
Myślę, że w kategoriach aktorskich zdarzy się jakaś niespodzianka, zwłaszcza żeńskich. Ale czy Vikander byłaby niespodzianką? Rola męska drugoplanowa jest zagadką bo Sly nie jest nominowany przez zw. zaw. i do samego końca będzie kruchym faworytem. A reżyseria? Zgadzasz się z tezą, że nie dojdzie w tym roku do "splitu"? Wszystko dla zwycięzcy? Jeżeli dobrze pamiętam statsy to żaden reżyser nie wygrał pod rząd. Więc Inarritu out ma pod górę. Owszem, nagrodzili go Globem, ale było w tym coś na podobieństwo "pity fuck" - pewnego rodzaju konsolacja po zeszłorocznym sezonie.
Dziwi mnie aż tak zdecydowane (rzekome) prowadzenie "Spotlightu" w kategorii scenariuszowej - bywały tu nie takie fikoły ("Precious") no i sam film wydaje mi się mdły i mdle napisany. I dziwi mnie też wysoki kurs za montaż dla "Big Short" - ten film właśnie dlatego nie nudzi ludzi nie mających pojęcia o ekonomii, że jest pocięty jak teledysk (oprócz tego, że jest atrakcyjnie napisany i fajnie zagrany). No dobra, tyle mądrości od gościa, który "przewidział", że wygra "Joy". Ciekaw jestem Twojego zdania.
-
2016/01/27 14:07:08
Hm. Nie mam tak wiele do powiedzenia. Coroczny tekst zapewne powstanie, ale będzie znacznie fajniejszy, jeśli ja na początek zobaczę te filmy. Większości z nich zaś na razie nie widziałem. W tym roku dość spora część jeszcze w ogóle nie miała polskiej premiery. "Carol" było na AFF, ale musiałem robić co innego. A np. "Big Short" leciało, ale ja wolałem pójść na "Joy" czy tę durną belgijską komedię. I mam za swoje... Nie byłem nawet w kinie na "Gwiezdnych Wojnach", i teraz co, nie wiem jak to brzmi w kinie. Ale nie miałem po prostu takiej pasji do branży kinowej jako takiej, żeby zużywać czas i kasę na takie produkty filmopodobne.

Faktycznie dość wcześnie tutaj stwierdziłem, że zapewne walka rozegra się między "Spotlight" i "Big Short" i proszę, to są dwaj zdecydowani faworyci bukmacherów. Oczywiście nie mówię niczego, czego by ktoś tam będący blisko branży już nie powiedział. Wygra raczej "Big Short". Mówię "raczej" tylko dlatego, że przejrzałem typowanie Gurus o Gold i nikt na niego nie głosuje, tylko na "Zjawę" i "Spotlight". Może coś pomijam, dla mnie raczej byłoby zdziwieniem jeśli ma wygrać ktoś inny. Jakbym wtedy to postawił mógłbym zarobić nieco więcej, niż teraz.

Co do siły stawki - z ww. powodu nie mam na razie komentarza. Widziałem "Mad Maxa" i z tej racji nie powiem, że nie ma wybitnego filmu w stawce. I poza tym... widziałem "Marsjanina" i tyle.

Splity, nie splity... Takie historyczne ciekawostki nie mają znaczenia. Wygrywa to, co ludzie chcą. Nie widzę, by "Zjawa" i Inarritu mieli tu wygrać. Nie. Jednomyślność nagród za film i reżyserię wynika po prostu z natury kina i opiniowania go i tutaj dobre postrzeganie reżyserii "Big Short" tylko pomaga widzieć go jako faworyta. Kilka nagród "Zjawa" dostanie, prawdopodobnie wygra DiCaprio. Sly też raczej spokojnie wygra. Brie Larson jest faworytką od zawsze. Największa niepewność wśród aktorów to aktorka drugoplanowa, ale raczej tutaj też faworytka "od zawsze" czyli Vikander (właściwie wręcz faworytka przez cały rok, tylko ze zmianą ról).
-
2016/05/13 00:35:08
Stawiam na Zabójczynię. Zakochać się można w głównej postaci......jej urodzie, poruszaniu się, stylu walki - głównie unikającym ciosów.. Jeszcze raz chętnie bym obejrzała same sceny z jej udziałem. Co do samego filmu, wycięłabym trochę dłużyzn jak np. sceny krajobrazu, gdzie nic się nie dzieje a trwają i trwają..


---------------------------------------------------
Zapraszam również do siebie <a href="www.skynetic.pl>filmowanie dronem </a> i z ziemi

statystyka