Blog o filmach.
Blog > Komentarze do wpisu

Oscary 2016: Typowanie - kategorie filmowe i aktorskie

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy, niż rok bez tradycyjnego typowania Oscarów.

Typowanie Oscarów na "Filmowych Łowach" to tradycja wielebna i szlachetna, bo i pozwala niby popisać o filmach, ale tak naprawdę nie o filmach, tylko o pierdołach. Któż tego nie kocha? Nareszcie nie trzeba się starać. Gdy zaczynałem to robić, nikt specjalnie w Polsce Oscarów tak na serio nie typował, a ja robiłem to źle. Teraz niemal wszystkie polskie media filmowe robią to źle, a ja robię to średnio. Muszę więc trzymać poziom, jak przystało na patriotę. Jednak przyznam, że w tym roku stukam te literki ze znacznie większym, niż kiedykolwiek wcześniej stresem. To bowiem wyjątkowo trudny rok.

W sensie Oscarowym, oczywiście. Nie pamiętam, kiedy ostatnio stawka w tak wielu kategoriach była tak trudna do oceny. Są takie lata, gdy właściwie w każdej kategorii jest wyraźny faworyt, a na gali dostajemy może ze 2-3 zaskoczenia. Tym razem zaś jest pełno niejasności, zwłaszcza co do głównej nagrody. Oczywiście, to tylko zabawa. Nie na każdą kategorię, którą tu opisuję, stawiam pieniądze, więc właściwie nie ma sensu przejmować się trafianiem. Ba, w tym roku, podobnie jak w poprzednich paru, planuję nieco pojechać po bandzie i - zaznaczając, kto jest faworytem profesjonalistów - mimo wszystko wysunąć kilka ryzykownych, ale wysoko opłacalnych typów. To wszystko prawda. A jednak... nikt nie lubi przegrywać i tak naprawę głęboko w duszy chciałbym trafić kiedyś te perfekcyjne 21.

21, czyli wszystkie z wyłączeniem krótkich metraży, bo ich nawet nie widziałem. Różnymi metodami udało mi się jednak nadrobić większość stawki. Krótkie metraże nominowane do Oscara również były emitowane w kinach, np. w krakowskim Kinie Pod Baranami, i polecam chodzić na takie przeglądy, bo często są to filmy lepsze, niż te "duże" (np. zeszłoroczna Joanna, która z racji polskiej produkcji dostała się do dystrybucji, była jednym z lepszych filmów wśród wszystkich nominowanych). Ale, szczerze mówiąc, nie miałem na to kasy. O dziwo, zobaczyłem jednak praktycznie wszystkie filmy nominowane w wielu kategoriach, za wyjątkiem bodaj tylko Gwiezdnych wojen, Epizodu 1500-100-900: dawaj kasę. Niektóre są wspaniałe (Mad Max, którego branża będzie przez lata wspominać jako wyjątkowy przykład kina wielkiej skali, brutalnego show jaki lubi masowa publika, ale też dobrego, docenionego przez branżę i krytyków), inne to obraźliwy koszmar (Dziewczyna z portretu - już sam oryginalny tytuł "Duńska dziewczyna" sugeruje, jak tępy to biopic, bo opiera się dosłownie na tym, że bohaterowie mieszkają w Danii), były też takie typowe, poprawne produkcje (np. Spotlight czy Marsjanin). Ogólnie jednak, tegoroczna stawka prezentuje się naprawdę fajnie. Nikt tu nie wyznacza Hollywoodowi nowego kierunku, ale nawet filmy nie w mój gust, jak Most szpiegów czy Carol, są wykonane z pewną klasą.

No ale do rzeczy, typowanie. Trudne. Czemu? Zacznijmy od głównej nagrody. Większość typerów nadal roztrząsa pomiędzy trzema filmami. I to nie tak jak zazwyczaj, że jest jeden faworyt, a poza tym to takie trochę gadanie na zasadzie "a kto wie, czy X ma szanse?". Nie, serio typy są bardzo rozrzucone. Teoretycznie, trzeba by przyznać miano głównego faworyta Zjawie. Ponieważ jest też faworytem najświeższym. Tradycyjnie, jesienią pojawił się pierwszy lider (Spotlight), potem nagrody branżowe zaczęły wspominać o innym (Big Short), ale też już po Nowym Roku nieco więcej uwagi zaczął zyskiwać nowy kandydat, właśnie w postaci nowego filmu Iniarritu. Film miał premierę dopiero w dzień Bożego Narodzenia, szerszą dystrybucję w Stanach zyskał dopiero w styczniu, a przez to "przegapił" wiele z wcześniejszych nagród. Teraz jednak wydaje się zyskiwać na popularności. Ludzie chodzą na niego do kina wielokrotnie, i mają rozdziawioną paszczę. To wielki show, ale też "poważny" film, w końcu "prawdziwa historia", smutek, cierpienie. Ba, nawet i o Holocaust zahacza! Co prawda Holocaust rdzennych Amerykanów, czyli ten wzbudzający mniej emocji, ale zawsze coś. 12 nominacji sugeruje, że Zjawę doceniają wszyscy. Także aktorzy, którzy oprócz pewniaka Leo DiCaprio nominowali Toma Hardy'ego, co sugeruje, że mają nie mniej sympatii do filmu, niż inne grupy społeczne.

A jednak skłaniam się ku nieco mniej popularnemu typowi, że przegra, z czymś zdecydowanie "cichszym", mniej powalającym. Czemu? Kilka powodów. Po pierwsze, to nie przypadek, że bardzo rzadko film nienominowany za scenariusz zdobywa Oscara. Wydaje się, że relevancy (czy film jest istotny?) ma jednak pewne znaczenie dla przyznawania nagrody - tzw. "pusta rozrywka" rzadko tu triumfuje. Spotlight doskonale wpisuje się w nurt zwycięzców takich jak Birdman czy Artysta, pokazując znaczenie kolejnego z zawodów przeszłości, jakim jest tym razem dziennikarz. Z kolei The Big Short to lekkie, przyjemne, ale siarczyste oskarżenie wobec władz USA, pozwalające poczuć, że zrobiliśmy, co mogliśmy, by zmienić świat na lepsze - zidentyfikowaliśmy, kto i jak go psuje, po czym w kinie nazwaliśmy go człowiekiem złym i głupim. To prawie jak rewolucja. Dodatkowo, jest na to dobry moment: pamiętajmy, że "wyścig oscarowy" to dla większości Akademii jednak mimo wszystko zabawa, nie jest nią zaś wyścig o prezydenturę, który w tym roku może być wyjątkowo brzemienny w skutkach dla przyszłych żyć Amerykanów. Bowiem oprócz kandydatów "establishmentu" startują też tacy, którzy mogą naprawdę wyjątkowo wpłynąć na historię kraju: teoretycznie, Bernie Sanders może być pierwszym od lat 70. XX wieku prezydentem lewicowym, z drugiej strony spore szanse ma też uważany za szalonego nacjonalistę Donald Trump (i kilku innych mu podobnych). Nie trzeba chyba dodawać, że większość ludzi sztuki popiera raczej tego pierwszego, a być może najmocniejszym punktem jego kampanii jest właśnie wycelowanie oskarżającego palca w rozpasanie, uprzywilejowanie i bezkarność sfery finansowej.

Ostatni raz film bez nominacji scenariuszowej wygrał w głównej kategorii dawno temu, był to Titanic. Czy teraz sytuacja może się powtórzyć? Powiem tak: gdyby reguły były takie same, jak w 1997 roku, musiałbym postawić na Zjawę. Jestem pewien, że dostanie najwięcej głosów nr 1. ALE. Od jakiegoś czasu w głównej kategorii Oscarów decyduje tzw. system preferecyjny. Innymi słowy, liczy się cała kolejność głosów. Znaczenie będzie mieć nie tylko ilość kartek ze Zjawą jako numerem 1, ale raczej to, czy na większości kartek to on, czy inny rywal będzie wyżej. I tutaj pojawia się moim zdaniem słabość filmu Iniarritu. Bowiem wiele osób on zachwyca, ale ma też spory elektorat negatywny - to taki Jarosław Kaczyński tegorocznej ceremonii Oscarowej. Dla wielu osób mających... większy dystans do kina, Zjawa to niewiele więcej niż efekciarska pornografia cierpienia, która gdzieś tak w połowie staje się po prostu męcząca, albo i śmieszna w swoim nieustannym mnożeniu ekstremalnych utrudnień i powodów do bólu. Tak więc na pewno na wielu kartkach Zjawa będzie na samym dole. Patrzę na całą stawkę, patrzę na poprzednich zwycięzców... no i cholera, jakoś tego nie widzę. Do tego dochodzi fakt, że Iniarritu miałby zostać nagrodzony drugi raz z rzędu, a wiadomo, że pojawia się taki instynkt, by jednak po docenieniu jednego kolesia, dać teraz szansę innym. Tylko jeszcze jedna duża nagroda - od Związku Amerykańskich Producentów - używa systemu preferencyjnego i kto tam wygrał? The Big Short. Dlatego zachowuję swój typ w tej kwestii, którego dokonałem dawno temu w komentarzach poprzedniej notki, od tego czasu widząc wzrost, a potem spadek notowań komedii Adama McKaya.

Kontrast jest ogromny, i przez to dziwnie się porównuje. Jeden film to ogromny, epicki spektakl, w ciągu dwu i pół godziny obrazujący więcej, niż większość z nas doświadczy przez całe życie, bohater przebieża bezkresne lądy, których ogrom kamera ukazuje z niezrównaną maestrią, muzyka i dźwięk umieszczają nas w oku emocjonalnego cyklonu, są łzy, krew, śmierć, absolutna desperacja i nieskończona intensywność. Drugi film... to komedia Adama McKaya. Jestem rozdarty, bardzo. Gdy dwa lata temu typowałem Grawitację, wiedziałem, że to typ "na przekór", i był to typ radosny, pewny siebie. Teraz zaś - serio nie wiem, na kogo powinno się postawić.

W kategoriach technicznych też czeka nas ciekawy dylemat. Często jeden film wyróżnia się jako doskonale zrealizowane widowisko, i zgarnia sporo nagród. Tym razem aż dwa filmy zdobyły nominacje we wszystkich siedmiu kategoriach, które Akademia nazywa technicznymi - tym samym powiększając całe grono do pięciu. Wcześniej były to Titanic, Pan i władca na krańcu świata oraz Hugo. Teraz są to Zjawa i Mad Max, któremu nikt nie daje szans w głównej kategorii, ale jest nie bez szans w każdej innej, także w przypadku reżyserii, gdzie jest przedstawiany jako jedyny możliwy rywal dla Zjawy.

W tym roku jedną z historii medialnych związanych z Oscarami była sytuacja podsumowana "Oscars so white" (wiecie, żeby zmieściło się w tweecie, bo komu by się chciało dyskutować o kulturze i społeczeństwie 300-milionowego kraju poświęcając więcej niż 140 znaków), mianowicie znów nie nominowano prawie nikogo, kto nie byłby biały. Jak co roku, była to doskonała okazja, by zajmujący się dziennikarstwem kinowym polscy absolwenci filmoznawstwa mogli pochwalić się, jak mało mają pojęcia o kulturze rasowej w Stanach. To również jest coś, co zauważam tu niemal co roku (ale tym razem już nie będę się bawił w obśmiewanie narracji typu "wygra X, bo Amerykanie zawsze nagradzają X"). W każdym razie, nie da się ukryć - te nominacje odzwierciedlają sytuację w branży, a Akademia to w większości stare dziady (o czym przypominam co roku, więc nie widzę sensu rozwijać tematu), których przecież nie można wyrzucić, by zrobić miejsce młodym. Można dyskutować o pominięciu np. Idrisa Elby, albo też gdybać, czy Zjawa byłaby faworytem Oscarowym, gdyby, jak pierwotnie planowano, nakręcił ją Park Chan-Wook z Samuelem L. Jacksonem w roli głównej. Jednak w tym roku Akademia podejmie pewne działania w tej kwestii. Póki co to tylko ciekawostka, natomiast na pewno na gali zobaczymy nieco więcej nie-białych, niż zazwyczaj, ale też bez szału. Prawodpodobnie ani Lee Byung-Hun, ani Dev Patel, ani nawet Sofia Vergara nie wywołają tyle entuzjazmu, co muzyczny gość specjalny i najbardziej biały muzyk świata, Dave Grohl (kosztem którego wycięto dwie spośród pięciu nominowanych piosenek, oczywiście te autorstwa mniej znanych wykonawców).

 

Najlepszy film: największy zgryz od lat, może np. od 2000 roku, i to nie między dwoma, a trzema filmami. W momencie, w którym to piszę, kurs na Zjawę to tylko 1,50, na Spotlight - 3,30, a na Big Short - 6. Powyżej podałem już kilka powodów, dla których, inaczej niż większość typerów, jednak zostanę przy The Big Short. Myślę, że Zjawa może znaleźć się niżej także ze względu na system nagradzania, w którym mamy tyle różnych kategorii. Kilka statuetek technicznych dla Zjawy i omawiany szeroko Oscar dla DiCaprio również zachęcają, by nie "dodawać" do tego nagrody głównej, gdy mamy innych kandydatów, jeszcze "niedocenionych". A mamy. The Big Short nie jest powalająco mocny, to fakt. To jeden z powodów, dla których wątpię w swój wybór. Ale mówimy o nagrodzie, którą niedawno dostało Argo. Fillm jest fajny, przystępny, wesoły ale też straszny, zabawny ale też poważny, został doceniony przez producentów, aktorów (nominacja za ensemble - wygrało Spotlight, za to Zjawa nie dostała nominacji), montażystów (wygrana w kategorii komedia, wśród dramatów wygrał Mad Max), reżyserów (tu wygrała Zjawa, ale Big Short przynajmniej był nominowany). Jak widać, stawka jest wyjątkowo rozbita, ale mam powody, by zostać przy swoim faworycie, zwłaszcza że kurs pozostaje atrakcyjny. Wygra: The Big Short. Mój głos: Mad Max.

Aktor: co było smutniejsze w polskim rynku prasy kinowej: Film w ostatnich latach swojego życia, poświęcony głównie doniesieniom z życia celebrytów (a tylko przy okazji aktorów), czy też fakt, że nawet w takiej formie owo ostatnie niedotowane pismo filmowe w Polsce nie sprzedawało się i upadło? Szybko padł też Magazyn filmowy Agory, i tak zostały nam nad Wisłą nieliczne pisma dotowane, publikające swoich starych dobrych znajomych. W każdym razie, czaicie motyw: kinomania to choroba, która omija większość społeczeństwa, większość osób interesuje się kinem raczej tyle, co Andy Warhol, który mówił: "dla mnie dobre zdjęcie to takie, które jest wyraźne i przedstawia sławną osobę". Dlatego może nie dziwi, że zdecydowanie najpopularniejszą narracją Oscarową w XXI wieku stała się ta być może najgłupsza, o domniemanym pościgu Leo DiCaprio za Oscarem. Dlaczego akurat on miałby być jakoś wyróżniony spośród grona wielu świetnych wykonawców bez tej statuetki, nie wiadomo, ale jakoś się przyjęło, że Leo i brak Oscara to jest jakaś historia. Pod względem czysto artystycznym i tak jednak świetnie się to śledzi. Oto aktor, który od 20 lat, a zwłaszcza w ostatniej dekadzie, nieustannie bił rekordy w każdego rodzaju szaleństwie, ciągle marszczył brwi w literę V, coraz mocniej zaciskał usta, krzyczał coraz głośniej, płakał coraz obficiej i generalnie zdetronizował Nicolasa Cage'a jako pierwszy czubek Hollywoodu, nie-wiadomo-czy-zamierzona parodia tego, o co chodzi w aktorstwie; wykonawca tak tragiczny, że aż komiczny, tak zły, że aż dobry. I oto nadszedł ten historyczny moment... wreszcie, po tylu latach, Leo DiCaprio znalazł film, w którym poddano go aż tak niewyobrażalnym torturom, wypełniając w każdym ujęciu ekran tak maksymalną ilością cierpienia, wściekłości, smutku, wyczerpania i udręczenia (z jedną tylko krótką radosną przerwą, na łapanie językiem płatków śniegu niczym autystyczne dziecko), że Oscar musi stać się faktem. Może teraz w końcu zagra coś normalnego. Fakt, że to najsłabsza stawka od lat (wybrałem Fassbendera, choć ma na koncie już z 10 lepszych ról), tylko mu pomaga. Wygra: Leonardo DiCaprio. Mój głos: Michael Fassbender.

Aktorka: z jakiegoś powodu, nagrody aktorskie w przypadku Oscarów co roku są najnudniejsze. Być może ilość innych nagród i zbieżność gustów, wraz z bliskim monitoringiem "wyścigu oscarowego" przez media, zniszczyły wszelką wieloznaczność. W każdej z czterech kategorii aktorskich panuje niemalże jednogłośny konsensus co do zwycięzcy (i, co za tym idzie, kurs jest bardzo niski). Zwłaszcza zaś tutaj. Pokój nie stał się, jak w pewnym momencie widziałem szanse, kandydatem do innych nagród, ale napędzająca go Brie Larson zgarnęła wszystkie możliwe wyróżnienia. Całkiem zasłużenie. Inna Joy, z filmu Joy, czyli Jennifer Lawrence, dostała się tu raczej z rozpędu. Saoirse Ronan jest świetna, ale w stosunkowo mało efektownej roli, a Cate Blanchett, coż, robi to samo, co w każdym filmie, czyli jest dystyngowana. Wygra: Brie Larson. Mój głos: Charlotte Rampling.

Aktor drugoplanowy: tutaj jest najciekawiej, bo widzę PEWNE szanse dla kandydata mającego kurs u bukmacherów, uwaga... 21. Tak, stawiając stówę na Christiana Bale'a możecie zarobić dwa tysiaczki. To lepsza przebitka niż na handlowaniu bezwartościowymi kredytami hipotecznymi. Jak one się nazywały, ODC? BBB? Już zapomniałem. Ale pamiętam, że Bale słucha w tym filmie dobrej muzyki, wali pałeczkami perkusyjnymi po nogach jak autystyczne dziecko, no i że zawsze ma rację i jest fajny. Dlatego kasę postawiłem na niego. Wśród typerów dominuje Stallone, nominowany do Oscara po raz pierwszy od niemal 40 lat, gdy jego Rocky zdobył główną nagrodę, ale sam Sly przegrał i główną rolę, i scenariusz z Siecią. Nic lepiej nie podsumuje "Oscars so white", niż triumf Stallone'a za rolę mentora dla głównego, czarnego bohatera Creeda, który oczywiście nie został nominowany, podobnie jak typowany tu dawno temu na kandydata Idris Elba (za Beasts of No Nation Cary'ego Fukunagi). Rzadko pojawiają się głosy na Marka Rylance'a (dostał BAFTA - dodając do tego fakt, że, w przeciwieństwie do Stallone'a, jest aktorem, nie wychodźcie na herbatę podczas ogłaszania tej kategorii), jeszcze rzadziej na Marka Ruffalo. Moja kasa idzie na Bale'a, ale pomijając kursy, typ jest jeden. Wygra: Sylvester Stallone. Mój głos: Christian Bale.

Aktorka drugoplanowa: oto dość wyjątkowy przypadek, bo właściwie tutaj jest jeden faworyt od ponad roku. Zmienił się tylko film, za który statuetkę ma otrzymać Alicia Vikander. Początkowo było to Ex Machina. Ostatecznie będzie to jej rola w Duńskiej dziewczynie, również wspaniała, do tego stopnia, że niemalże da się wytrzymać dwie godziny oglądając tę tandetę. W każdym razie ten rok należał do Szwedki, która w dwóch dużych produkcjach pokazała szeroką gamę emocji i magnetyczną osobowość, z dość nieznanej globalnie aktorki stając się z miejsca członkinią panteonu, która na pewno dostaje teraz mnóstwo ofert od czołowych reżyserów. Ci, którzy pragną niespodzianki, stawiają na Kate Winslet (dostała BAFTA, gdzie Vikander była nominowana za główną rolę), a nawet Rooney Marę ("miej cielęce oczy", poinstruował ją na czas całej produkcji Todd Haynes i to jest jej rola; ale hej, niektórych zachwyca), ale pamiętajmy złotą Oscarową regułę: w razie wątpliwości, wygra ta urocza. A tutaj i tak nie było tak naprawdę wątpliwości. Wygra: Alicia Vikander. Mój głos: Vikander.

Film animowany: jeszcze jeden pewniak. No cóż, niektóre rzeczy są ponadczasowe. Co roku branża animacji Akademii zaskakuje, nominując niespodziewane, oryginalne filmy z całego świata. A potem wygrywa ten, który zobaczyło najwięcej osób. Ja się z tym nie zgadzam, ale spore grono krytyków i widzów uznało W głowie się nie mieści za wielki powrót Pixara, o czym świadczą wysokie miejsca w top 10 roku, a tutaj - nominacja za scenariusz. No cóż, na pewno będzie to pierwszy od 3 lat Oscar dla studia. Drugiej młodości nie przeżywa za to japońskie Studio Ghibli, dla którego Marnie ma być ostatnim filmem, jednak którego poziom nie daje powodów do celebracji. Nie widziałem jeszcze niestety jedynego filmu w tej stawce, który mógłby mi się spodobać, czyli Anomalisy mego ulubieńca Charlie'ego Kaufmana, ale ogólnie jeśli gdzieś szukać niespodzianki, to tutaj. Nie szukajcie jej jednak. Wygra: W głowie się nie mieści. Mój głos: wpisałbym Anomalisa bez oglądania. Z pozostałej czwórki, Baranek Shaun.

asbaekleo

Film nieanglojęzyczny: wiecie, kiedy ostatni raz wygrał tutaj film, który w miarę bezpośrednio dotyczył Holocaustu? Aż w 2007 roku! Syn Szawła nie tylko dotyka Holocaustu bardzo, bardzo bezpośrednio, praktycznie bijąc nim po głowie i dusząc widza oparami tragedii, ale też ogólnie jest zdecydowanie najpopularniejszym i najbardziej docenionym filmem w tym gronie (siedziałem przez 1,5 godziny w kolejce "last minute", żeby zobaczyć go na Nowych Horyzontach, a i tak dostałem ostatnie miejsce!). Duńska Wojna znalazła się w tym gronie chyba tylko dlatego, że w ramach Roku DiCaprio postanowiono wyróżnić także film, w którym gra jego brat-bliźniak Pilou Asbaek, ale poza tym, to dobra stawka. Znów, nie widziałem filmu który wydaje się najbardziej "mój" w gronie, Objęcia węża, choć leciały i na Nowych Horyzontach, i potem w kinie. Ale i francuski Mustang mi się spodobał, o ile można użyć tego słowa wobec filmu, który wywołuje oburzenie.To właśnie umiejscowiony w Turcji obraz debiutantki Denis Gamze Erguven jest możliwym kandydatem do niespodzianki. Wygra: Syn Szawła. Mój głos: Mustang.

Film dokumentalny: jako się rzekło przy okazji nagrody dla aktora, ludzie interesują się celebrytami. Wielce odkrywcze, co nie. Z jakiegoś powodu karierę w tym roku zrobił dokument o Amy Winehouse, który nie mówi nam nic ciekawego o jej życiu i sztuce, a w każdym razie - nic, czego bym nie przeczytał 20 lat temu w biografii Kurta Cobaina. Pierwsza scena Amy ciekawi, zderzając chłopską wręcz prezencję i gadkę młodej Winehouse prywatnie z jej niesamowitym głosem, gdy zaczyna śpiewać, ale niestety ten temat nie jest rozwijany, o muzyce jest tyle co nic, zamiast tego po prostu słuchamy o wydarzeniach, o których donosiły tabloidy. Pewniak! Bez szans jest tu raczej Scena ciszy, następca wybitnej Sceny zbrodni (znów: jedyny film z pięciu, którego nie widziałem, i jestem pewien, że byłby moim ulubionym...), a także W krainie karteli, średnio wykonany film, który jednak również zamiast tego, że żyje sobie celebryta i leczy smutki narkotykami, mówi o fakcie że, hej, ludzie, jest wojna, ludzie giną. Gdyby więcej osób zobaczyło Zimę w ogniu o ukraińskim Euromajdanie, stawiałbym na nią, bo to film akcji pompatyczny niczym Gwiezdne Wojny, a, inaczej niż w głównej kategorii, tutaj Akademia lubi głosować na takie rzeczy. Nadal myślę, że film Jewhena Afinejewskiego zajmie drugie miejsce. Ogólnie żadna ze stron dychotomii "celebryci muzyczni-wojna" nie dominuje wśród historycznych zwycięzców tej kategorii, aczkolwiek w obecnej dekadzie ta pierwsza prowadzi na razie 3-2 i myślę, że powiększy prowadzenie. Wygra: Amy. Mój głos: W krainie karteli albo Scena ciszy.

 

Krótkie metraże: nie widziałem. Nie wybieram. W żadnej z tych kategorii nie ma jakiegoś pewniaka, aczkolwiek prowadzą Sanjay's Super Team, Ave Maria i Body Team 12. Ale wiecie co? Inny typer postawi na Last Days of Freedom, Bear Story i Day One. Albo jeszcze inaczej.

 

poniedziałek, 22 lutego 2016, ogqozo

Polecane wpisy

  • Oscary 2017: typowanie - kategorie techniczne

    Druga część typowania. Reżyser:  zaczynamy od kategorii najbardziej oczywistej. Cztery świetne pokazy artystycznej maestrii, a także Mel Gibson, którego n

  • Oscary 2017: typowanie - kategorie filmowe i aktorskie

    Coroczna próba odpowiedzi na to, czy lepiej być czarnym w USA, czy niedocenianym publicystą filmowym. W tym roku później, krócej, słabiej. Z powodów rodzinnych

  • Hannibal

    Wszystkim uwielbiającym pożerać odcinki garściami, serial Bryana Fullera serwuje wyjątkowo ciężkostrawną ucztę. I nie chodzi nawet o obecność ludzkiego mięsa w

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Oscar, *.adsl.inetia.pl
2016/02/28 01:56:56
Cześć.
Według str. The awards circuit jednak wygra Zjawa i to w 7 kategoriach. Szalony Max tylko w 3. Osobiście bym wolał żeby było na odwrót, ale coraz bardziej wygląda na to że ta Zjawa faktycznie może dostać więcej niż 4 czy 5 nagród. Pewnie najwięcej akademików ją obejrzy, ma dobrą kampanię, wygrała Globy, BAFTY od reżyserów od krytyków zdaje się też coś niecoś ugrała. Za duże parcie na tą Zjawe i na Boskiego Leo i temu Big Szortowi w tej sytuacji chyba nie pomoże już nawet ta nagroda od producentów. Wiem ze najważniejsza, że ten sam system głosowania i od blisko 10 lat zwycięzcy tu i tu się pokrywają, ale tym razem będzie inaczej. Po prostu wszystko na to wskazuje nawet to że z całej 8 nominowanych za film roku jest to chyba najbardziej rozpoznawalny film oprócz Maxa oczywiście. Wszyscy będą go wpisywać na 1 lub 2 miejscu. No chyba że faktycznie w tym roku akademia szykuje niespodziewankę w stylu Miasta gniewu. Big Short i Spotlight ze wskazaniem na ten pierwszy czają się bardzo blisko i mogą jeszcze ukąsić. W każdym bądź razie jak nie będzie niespodzianki to będziemy świadkami jak pierwszy raz rok po roku wygra film tego samego reżysera. Kiedyś zawsze jest ten pierwszy raz.
Pozdrawiam.
-
2016/02/28 03:59:00
To prawda. Ostatni tydzień szedł dalej w kierunku, który tutaj opisałem, czyli powoli wszyscy typerzy tracili resztki złudzeń i skłaniali się ku Leosiowi. Jednak wygląda na to, że "Zjawa" jest mocnym faworytem. Ale... argumenty przedstawiłem, by szukać niespodzianki. Ten film MA wielu hejterów. To jest pewne. Jest tych głosów naprawdę sporo. Czy WIĘKSZOŚĆ postawi go na "Spotlight" i "Big Short" - to do końca trudno oszacować, ale widzę jakieś szanse. A może po prostu, tak jak niektórzy, normalnie nie mogę uwierzyć, że w całej historii, zaiste, to Iniarritu ma wygrać dwukrotnie z rzędu...

Często wyciągany argument finansowy mnie nie chwyta. Kampania kampanią, ale każdy widział te trzy filmy. Nie róbmy z Oscarów głosowania Filmwebu. Takie podejście zostało ośmieszone przez ostatnie 10 lat wiele razy. Rozmowy z akademikami zazwyczaj ujawniają zaskakująco dobrą ich wiedzę na temat tego, co jest nominowane. Nie spodziewam się, żeby wielu z nich widziało "50 twarzy Greya" albo "Stulatka coś tam", ale te trzy filmy wszyscy widzieli. Jeśli wybiorą "Zjawę" to po prostu dlatego, że im się bardziej podobała. Co mogę zrozumieć. To bardzo... efektowny film. Bardzo.

Nie wstydzę się swojego typu na najlepszy film, choć możliwe, że dzisiaj kilka kategorii obstawiłbym inaczej, np. efekty specjalne czy dźwięk (gdzie w tekście zaznaczam, że faworytem jest kto inny, ale przez ten tydzień... jakoś to we mnie wsiąkło. Tak już działa człowiek, jak wiele ludzi coś mu powtórzy to zaczyna wierzyć).
-
Gość: jimmy dog, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2016/02/28 17:40:22
Cały czas nie mogę się nadziwić skąd ten nagły przechył w stronę "Zjawy". Owszem, nagroda reżyserska dla Inarritu była ważna, ale kamą, wygrał ją też przecież Cuaron (a dodatkowo jeszcze ekzekwo PGA!) a i tak na "Grawitację" nikt prawie nie stawiał. A tu w kilka dni kurs na film spadł z ok. 4,00 najpierw na 2,50 a teraz już na 1,30? Co właściwie ważnego wygrała "Zjawa"? BAFTĘ i Globa*. Hmm, to tak samo jak Kate Winslet! Kto obstawia Kate Winslet? (Z moim szczęściem Winslet oczywiście wygra bo na 99% kuponów mam Vikander. Fuck you in advance, Kate.)
Ale powiedziawszy to wszystko nadal fatalistycznie sądzę, że "Zjawa" to wygra. (Tak, stawiałem na "Big Short", fuck me). Ktoś (chyba Pete Hammond) puścił plotkę, że "Big Short" wygrał PGA trzema głosami.
Przedziwny jest ten rok oscarowy. Niech już się to skończy żebym wreszcie przegrał te pieniądze i obudził się w poniedziałeczku. Na koniec jeszcze tylko pomarudzę, że odświeżyłem sobie niedawno "Apocalypto", film podobny ale pod każdym względem lepszy od "Zjawy". 10 lat temu akademia go olała, dzisiaj byłby dla mnie filmem roku. Coś to mówi o niej albo o mnie, ale nie wiem dokładnie co.
Miłej nocy wszystkim. Po pierwszym żarcie o niedźwiedziu wyłączam telewizor.
-
2016/02/28 20:02:45
Być może dlatego mimo wszystko ludzi interesuje ten "wyścig", bo faktycznie nie ma reguły. Popularne proste argumentacje po prostu się nie sprawdzają. Kasowy sukces czy tematyka same w sobie nie gwarantują Oscara. Z wywiadów z różnymi członkami Akademii wynika że, olaboga, są różne czynniki które wpływają na to, czy film im się podoba, czy nie. W dużej mierze po prostu czynniki estetyczne. Film wzrusza albo nie.

Być może to nie głosowanie Oscarowe, ale jego relacjonowanie jest znacznie ciekawszym źródłem socjologicznym, które mówi nam wiele o tym, jak postrzegamy innych. Może za rok o tym powinienem pisać notkę. Może, ale gdzie indziej.

Dlaczego "Zjawa" teraz, a nie wcześniej? Cóż, powód sam podawałem na jesieni. Późna premiera. Film tak normalnie zaczął lecieć w kinach w połowie stycznia. Niedługo przed zakończeniem głosowania producentów. Entuzjazm do filmu zaczął narastać, i zdaje się, że w lutym osiągnął poziom szczytowy. Po prostu wyższy, niż innych filmów. Jedyną nadzieję moich pieniędzy widzę w systemie preferencyjnym. Bowiem o "Big Short" jest mniej głosów negatywnych. Ale znów, "Spotlight" z kolei lubią dosłownie wszyscy, i jeśli wygra film McCarthy'ego, będę miał satysfakcję ze zwrotu akcji, ale nie pieniądze na koncie.

statystyka