Blog o filmach.
Blog > Komentarze do wpisu

Horace and Pete

Louis CK postanowił zrobić serial przestrzegający praktycznie wszystkich prawideł tego, jak w 2016 roku nie należy robić serialu. Cel się udał, czyli wyszła z tego kompletna klapa. Szacun, pozdro, dzięki, nara.

 

Okej, zacznijmy od pierwszego pytania, jakie się narzuca. Serio, Jarek? Horace and Pete? Serio? Minęły dekady od kiedy opisałeś jakiś nowy serial na blogu, i sięgasz po Horace and Pete? W momencie, gdy stacje i internet wypełniają się rokrocznie dziesiątkami interesujących, nowatorskich pomysłów i prawdziwie kinowych środków wyrazu, inspirując do wypowiedzi o stylu, obrazie, polityce i narracjach, zdobywając sławę, a przez to dając okazję do przytakującej rekomendacji lub przekłucia balonu... to jest moment na Horace and Pete? Powiem wam, że tak, i spróbuję udawać, że nie chodzi wcale o fakt, że serial jest po prostu krótki i zdołałem go obejrzeć w taki sposób, by podczas ostatniego odcinka jeszcze pamiętać, co było w pierwszym. Otóż styl tego dzieła jest wyjątkowy i wręcz transgresywny na własny, pod wieloma względami agresywnie tradycyjny sposób - co daje nam okazję za jednym zamachem wypowiedzieć się i o tym serialu, i o kontekście, a nim właśnie jest ten cały świat popularnych i fajnych seriali, które znacie i oglądacie. Aha. Jeden z bardziej wykształconych serialowców świata, Alan Sepinwall, powiedział, że to najlepszy serial, jaki widział w 2016 roku - i nie spodziewa się, żeby coś mu dorównało.

A może po prostu miałem ochotę zwrócić uwagę na nieudane dzieło, którego autor nie dość, że stworzył coś smutnego, specyficznego i ambitnego, to jeszcze kompletnie zaniechał wysiłków na prormocję, nie dając sobie nawet szansy na osiągnięcie sukcesu... którego, jak sądzę, by nie osiągnął, bo sięgnął po kontrowersyjną, niejednoznaczną, mieszającą gatunki i konwencje formę i takiż przekaz.

 

horace2

Horace'a and Pete'a być może nie znacie w ogóle. Ja uznałbym się za osobę ciągle nieco zainteresowaną światem ambitnych amerykańskich seriali oraz za fana twórczości Louisa CK, a jednak trafiłem na Horace... dość przypadkowo. Było to około miesiąca temu, gdy emisja dobiegła już końca. CK z żalem poinformował, że jego genialny pomysł na pójście w ślady Beyonce i wydawanie swojego dzieła "niespodziewanie" do końca nie wypalił. Tworzony dosłownie "na bieżąco" serial po prostu nie zarabiał przez tydzień sprzedaży internetowej tyle, żeby wystarczało na kolejny odcinek, więc kasa szybko się skończyła - a potem, zdaje się, twórca pożyczył kilka milionów, które będzie spłacał przez resztę życia. Co, jeśli obejrzycie serial, uznacie za wyborną puentę, utrzymaną jak cały serial w klimatach mrocznej ironii (tak samo jak fakt, że najwięcej newsów o nim pojawiło się w mediach poświęconych sztuce właśnie z okazji śmierci). CK mógł się tego spodziewać, bo na pewno zna wielu niezależnych twórców i wie, jakie idą z tym koszty, a on sam, choć jest cenionym twórcą i popularnym komikiem estradowym, nie jest też znowu Justinem Bieberem czy Kim Kardashian, by reklamować serial swoim nazwiskiem. Nie wiadomo więc, czym się kierował, mimo to uruchamiając produkcję bez udziału sieci, oferując odcinek pilotowy jedynie w internecie na swojej stronie, w cenie 5 dolarów.

Tutaj zaznaczmy jedną rzecz. 5 dolarów to niewiele. To uczciwa cena za godzinę sztuki, w której powstanie liczne utalentowane osoby włożyły trochę wysiłku. To dwudziestokrotnie mniej, niż przeciętny bilet na sztukę na Broadwayu, co dla nowojorczyka CK zapewne było punktem odniesienia. A jednak... uczciwa cena nie zawsze się ludziom podoba. Wszyscy chyba wiemy, że klient na mieście, a klient przed komputerem, to dwie znacząco odmienne istoty. Ten drugi jest rozleniwiony, rozpieszczony i każdy grosz wydaje mu się niepotrzebnym wydatkiem. Ten drugi myśli tak: 5 dolarów to połowa miesięcznej opłaty za Netflixa, co, jeśli jesteście naprawdę zręczni, możecie przełożyć na setki godzin oglądania seriali. Za 15 dolców macie HBO. Oczywiście, Horace and Pete to nie jest koń z niczyjej stajni, ale dizki ogier bujający grzywą na wolności, więc "powinniśmy" porównywać go do innych samodzielnych dzieł. Zakup wszystkich 10 odcinków serialu to koszt 31 dolarów. A więc tylko troszeczkę więcej, niż film na blureju, dający 2 godziny dobrej albo nie rozrywki. Cena w pewnym sensie jest uczciwa. A jednak... przyzwyczailiśmy się do nieuczciwej. Krytyków filmowych i serialowych cały ten akapit nie interesuje, bo za to nie płacą. Klienta jednak z kolei nie obchodzi proces produkcyjny i dystrybucyjny. Patrzy na to, co dostaje i za ile. Film - to film, serial - to serial w stacji TV czy na Netflixie, a web series - to projekty pasji, których twórców można pochwalić, że coś robią w życiu, ale niekoniecznie płacić. Przeciętny klient kocha Netflix, bo ten pozwala mu za 10 dolarów podzielić dzień na jasne, łatwe do wykonania połowy wykonywania pracy której nie znosi oraz leżenia z partnerem pod kołdrą i oglądania wszystkiego po kolei. Nie kocha podejmowania ryzykownych emocjonalnie i finansowo inwestycji w zakup kontrowersyjnych, smętnych, wyglądających jak teatr telewizji seriali za 31 dolarów. Tutaj można by zadać pytanie: czy człowiek na tyle znany i utalentowany jak CK nie wychodzi po prostu na narcyza, robiąc taki serial? Pytanie paradoksalne, wszak poświęcił wiele, by zrobić jak najlepszy swoim zdaniem show, nie bacząc na zyski i splendor. A jednak... nie mógł po prostu pójść do stacji i wyprosić jakiś kompromis w postaci wygładzonej, przyjemnej i zadowalającej każdego produkcji, jak wszyscy piękni ludzie show biznesu? Odpowiedzi na ten dylemat zostawiam ku waszej opinii.

Sztuka to nie tylko doznania i piękne idee, które udaje się autorowi wywołać w odbiorcy lub nie. Sztuka to też sprzedaż, i czegokolwiek nie doznacie oglądając Horace and Pete, jednemu nie zaprzeczycie: troszeczkę kosztuje.

horace1

Popatrzmy jednak wreszcie na produkt, bo i on sam w sobie jest wystarczająco brawurowy. Żyjemy podobno w złotej epoce serialu. Jeśli przegapiliście, to przypomnijmy: w telewizji poleciał Oz, The Sopranos, a potem sporo innych rzeczy, które osiągnęły wręcz filmowy poziom scenariusza i, momentami, reżyserii, a przy tym dzięki postokroć większej wolności artystycznej twórców i dłuższemu, rozłożonemu w czasie trwaniu mogły stać się znacznie ciekawsze, niż trafiające do kin filmy. Super, nie? No więc skreślcie to wszystko. Horace and Pete to dzieło złotej epoki... w rozumieniu, które przypisywane było pojęciu w literaturze serialowej w XX wieku. Tak, ta pierwsza złota epoka to było kilkanaście lat po II wojnie światowej, gdy TV już zaczęła technicznie funkcjonować dość sprawnie, ale nadal była na tyle droga, że dostępna jedynie wyższym sferom. Wiecie, jak sztuki na Broadwayu. Z tej racji, no coż, TV przypominała sztuki na Broadwayu, nie wpadając jeszcze na tak świetne pomysły jak doniesienia, z kim wzięły ślub gwiazdy i cyrk zwany obecnie oficjalnie "rozmowami o polityce". Telewizja oryginalnej "złotej epoki" to głównie po prostu masowej skali (i gęściej przyodziany w reklamy) teatr, co zresztą widać po tytułach najlepszych seriali, z których połowa zawiera słowo theathre, a połowa playhouse (które to słowo, zaznaczmy dla wszystkich bywalców lokalu na alei Solidarności, tak naprawdę również znaczy wyłącznie "teatr"). Produkcje te jednak zazwyczaj sięgały po stosunkowo lekką tematykę, jak np. kryminał, i z reguły były znacznie bardziej... rozrywkowe niż dzieło Louisa CK, który naprawdę sięgnął po Broadwayowskie klimaty, próbując działać w podobnej sferze i z podobną głębią, co Harold Pinter, August Strindberg czy Eugene O'Neil. Jeśli jesteście prawdziwymi Polakami XXI wieku i nigdy nie byliście w teatrze, hoho, podejrzewam, że się nieźle zdziwicie! Wszyscy są tacy niesympatyczni, a ich życie tak bardzo nieudane. Każda rozmowa opiera się na nierozwiązywalnym konflikcie, którego bohaterowie sami szukają, aby dać jakiś upust swemu rozczarowaniu. W pewnym momencie jedna z postaci dosłownie dostaje raka, co można uznać raczej za przesadę, bo i bez tego większość kwestii utrzymana jest w pasywno-agresywnym tonie... albo zostaje tak zrozumiana, by można było przedstawić rozmówcę w złym świetle. Aha, to wszystko dzieje się głównie w rodzinie! Zapewne znacie ten rodzaj kaustycznego dramatu, który stara się oczywiście pokazać na jaw to, co sztuka popularna tak pracowicie ukrywa, by poprawiać nam humor - a więc zestaw kompleksów, resentymentów i przywiązań, który tworzy nasze relacje społeczne i naszą tożsamość w grupie i społeczeństwie. Jeśli należycie do ludzi, którzy widząc konflikt, nie mają ochoty zrozumieć, ale skreślają z góry jako "narzekanie" i "robienie dramatu", konieczność obejrzenia tego serialu byłaby dla was zapewne najgorszą torturą. Jest też bowiem naprawdę powolny i wyrachowany, a momenty pozytywne naprawdę nie są zbyt efektowne. Teoretycznie trzeba zaznaczyć, że się pojawiają, jednak moim zdaniem oschły ton i je pozbawia smaku.

horace4

Zaznaczmy dla pewności - chociaż Louis CK jest niezłym dramatopisarzem jak na kolesia, któremu największą sławę zdobyły żarty o waleniu konia i wizytach na kiblu (w pewnym sensie smutny dla każdego intelektualisty fakt, który CK sam podejmuje w Louie'm), to nadal, delikatnie mówiąc, Pinterem nie jest (a przecież i Pinter nie był znowu aż tak fajny). Najbardziej jest to chyba odczuwalne podczas mających zapewne tworzyć "przestrzeń" i "świat" rozmów gości tytułowego baru, skupiających się zazwyczaj na sprawach, o których głupi ludzie często rozmawiają: wiecie, tak zwanych sprawach społecznych, np. w kwestii trwającej jeszcze kampanii prezydenckiej w USA, konserwatyzmu i liberalizmu, znanych polityków, prawa do aborcji i innych tematów, na które tak przyjemnie się rozmawia z kimś, kto się nie zgadza. CK uwielbia drążyć tematy, o których nie wypada rozmawiać, słysząc które tzw. klasowy człowiek wywraca oczami z pogardą, i to chyba jeden z powodów, dla którego tak go lubię. Z charakterystyczną dla siebie empatią, autor Horace'a... stara się przedstawić "od wewnątrz" zderzające się poglądy, jednak rozpisanie tego na dialogi często wypada po prostu sztucznie i dydaktycznie, nawet jeśli teoretycznie powinno tchnąć uczciwością nieco w myśl zasady "jeśli obie strony się z tobą nie zgadzają, to dobry znak". Przez 10 odcinków można trafić na kilka przyjemnie udanych myśli, na czele chyba z padającym w pewnym momencie wnioskiem, że ludzie upraszczają i karykaturalnie wypaczają odmienne światopoglądy właśnie dlatego, żeby nigdy się nie zgodzić, czerpiąc przyjemność z poczucia wyższości nad wymyślonym grupowym wrogiem. Ale faktem pozostaje, że jeden film o klasie taki jak choćby zeszłoroczne Prawie jak matka, Zjazd absolwentów, Aferim, Dureń... i tak dalej, może podjąć takie tematy w sposób subtelniejszy, realniejszy i pełniejszy zarazem. Nie chodzi o to, by uciekać od kompleksowości i trudu pewnych problemów - oj nie, nienawidzę tego. Ale mocno dosłowne podkreślanie tych aspektów ludzkiego świata sprawia, że paradoksalnie, problem znowu zostaje "rozwiązany", choć na to nie zasługuje - powstaje efekt irytującego, kiczowatego uproszczenia ("widzicie, to wszystko dlatego, że wy chcecie X, a oni Y! Mówcie mi Sokrates"). Aha, byłbym zapomniał. Główne role odtwarzają dobrzy aktorzy - CK, Steve Buscemi, Alan Alda itp. - ale ci drugoplanowi, wcielający się w gości baru, czasami potrafią przybić najbardziej wyrozumiałego widza. Podejrzewam, że ściśle rzecz biorąc, i na ich barki trzeba by złożyć dialogi, które przy tym stylu produkcji zapewne były w przynajmniej pewnej mierze improwizowane.

horace5

Oczywiście główny wątek dotyczy granego przez CK Horace'a oraz jego rodziny, trzymając wyższy poziom i zachęcając, jak sądzę, do paru refleksji. Także z powodów powiązanych ściśle z przyczynami, dla których dla wielu będzie to nudna i smętna projekcja. Ludzkość Horace'a and Pete'a nie jest bowiem niezadowolona ot tak, żeby zrobić nam na złość - ale z powodu niedostatków i napotykanego na swej drodze uprzywilejowania innych. Tytułowy bar istnieje od 100 lat, chociaż właściwie nie wiadomo, po co - jak mówi sam Horace, po coś trzeba żyć, a kultywowanie tradycji nadaje takie właśnie znaczenie. Tak samo jak to robił często Louie, Horace... jest ciekawym obrazem amerykańskiego patriarchatu, oddziałującego nawet na drobne elementy życia poprzez fakt, że faceci nieustannie tutaj odnoszą się do tradycji, posiadania i pielęgnowania tego, co mają od ojca, kobiety zaś, cóż, "tylko narzekają", bo mają pragmatyczne i interesowne podejście do życia, naturalne dla osób, które nie posiadają. W skrócie mówiąc, kobiety chcą zmiany - chcą zburzyć ten niepotrzebny bar i zrobić z pieniędzmi coś pożytecznego. Chcą, by ojciec przestał dbać tylko o zaspokojenie swoich moralnych i estetycznych ambicji i zaczął po prostu być miłym dla ludzi podczas bieżącej interakcji. I tak dalej... Bez tradycji, "większego celu", marzeń o unieśmiertelnieniu swej działalności. Oczywiście dzisiejsza sztuka, na czele z filmami Hollywoodzkimi, nauczyła nas, że ten stereotypowo "kobiecy" zestaw wartości jest zły, a ten "męski" dobry (porównajmy np. ile osób obecnie emocjonuje się śmierciami i zniszczeniami powstania warszawskiego, widząc w nich wzór i wartość, a ile odbudowywaniem Warszawy). Horace and Pete pozwolił mi pełniej zrozumieć, czemu w klasycznym serialu osławiona "żona głównego bohatera" jest zazwyczaj nielubianą przez widzów (zwłaszcza polskich) postacią, w opinii większości męczącą, płaczliwą i roszczeniową zołzą - zazwyczaj prezentuje ona właśnie takie wartości, psując kompletnie zabawę naszemu kochanemu gangsterowi, który chciałby tylko robić akurat to, co widza ekscytuje - kłamać, zabijać i ryzykować dla większego zysku. Celowo czy nie, zołzę Horace'a and Pete'a odtwarza pierwsza zołza naszej nowej złotej epoki TV, czyli Edie "Carmela Soprano" Falco. Filmy popularne generalnie muszą odzwierciedlać popularne poglądy społeczne, a więc np. kino o superbohaterach, choć niby tworzone tylko dla eksplozji, zawsze opiera się na założeniu, że zmiana jest zła, a tradycja dobra. Pozytywny bohater może być draniem, zabijać i niszczyć miasto, ale pozytywnym czyni go fakt, że broni tradycji i "naturalnego stanu rzeczy", z kolei zły to zawsze jakiś typek, który chce zmieniać to, co "normalne" i ogólnie wypaczać. Tam ma to wymiar często fizyczny, tutaj oczywiście tylko społeczny i emocjonalny, ale działa podobny mechanizm - władza to siła, a siła po prostu wygląda fajniej, niż słabość; nikt nie wypada dobrze, kłócąc się z silniejszym, zwłaszcza na filmie. Wydaje mi się, że by czerpać przyjemność z Horace'a and Pete'a, trzeba mieć podobne jak jego autor przekonanie, że także człowiek, który nie wygląda cool, może zasługiwać na to, by mu się przyjrzeć i zrozumieć. Nie dlatego, że w następnej scenie poświęci życie dla innych, rzucając się na wraży granat, albo zostanie obiektywnie "wywyższony" moralnie w inny tego typu sposób - ale dlatego, że jest człowiekiem, i jeśli nawet uważamy, że nie ma racji, to ma swoje racje i ma swoje powody. Powtórzmy dla pewności: Horace and Pete nie jest w tym powalająco dobry. Ale coś tam umie, a co może ważniejsze - przynajmniej chce.

 horace64

Serialowi udaje się osiągnąć idealną synergię formy i treści, ponieważ ta pierwsza również jest kompletnym zaprzeczeniem dzisiejszych popularnych standardów, i w sumie nie wiem, czy większe znaczenie ma tutaj intencja twórców i chęć odtworzenia wspomnianego teatru telewizji, czy po prostu budżet. Louis CK raczej z dumą wyrażał się o partyzanckich wręcz metodach produkcji serialu, które nie są dla niego pierwszyzną. Ich zaletą na pewno są niskie koszty, ale też nie bez powodu większość seriali jednak wydaje pieniądze, by tego uniknąć. Horace and Pete został nakręcony nawet przyzwoitą kamerą, lecz w warunkach zupełnie telenowelowych. Fachowo mówi się na to "multi-camera series"... Wiecie, niektóre seriale wyglądają jak House of Cards czy Boardwalk Empire, a "multi-camera" to z kolei tryb, który dał nam co najwyżej takie "arcydzieła", jak Will i Grace oraz Jak poznałem waszą matkę. Celem jest nakręcenie odcinka "na raz", by na drugi dzień był już gotowy do emisji. Niestety, wraz z oglądaniem serialu, mimo pewnej wczuwy, nie mogłem do końca zignorować faktu, że rozwiązanie to ma mnóstwo wad w przypadku dzieła dramatycznego. Brak zaprojektowanych ujęć i zbliżeń daje bowiem wrażenie statyczności i przede wszystkim sztuczności. To zaś może nawet pasować do pustych komedyjek, ale moim zdaniem nie do dramatu, gdzie pojawia się płacz, krzyki, złość i tak dalej. Zawsze parskam śmiechem, gdy te wszystkie momenty "wtem!" dzieją się w teatrze, bo udawany charakter całej zabawy staje się wtedy tak oczywisty - a przecież w teatrze mamy jednak dużo większą dynamikę obrazu za sprawą faktu, że ludzkie oko samo robi ruchy i zbliżenia. No i samo bycie świadkiem "na żywo" na pewno wzmacnia doznania. Horace and Pete zaś nie prezentuje nawet tyle stylu, by sięgać po odpowiednik słynnego "spojrzenia Ridge'a" z Mody na sukces, często rozpływając się w budyniowej masie mającej tylko tyle charakteru, ile wnosi sepiowata kolorystyka głównej scenografii i, co za tym idzie, każdej jednej sceny w serialu. Kino żyje montażem, i wiecie co z tego zdania logicznie wynika? Że bez niego kino nie żyje. Zostaje coś innego, co zapewne też może być fajne, a może i fajniejsze w swojej odmienności. A jednak myślę, że widziałem w życiu tyle naprawdę różnych filmów indie (niedawno w postaci Mandarynki podziwiając kino które, jak się dowiedziałem potem, kręcono iPhone'em), iż nie będzie to niegrzeczne, jeśli przyznam sobie prawo uznać, że Horace and Pete nie pachnie zbyt mocno dziełem surowym, oszczędnym i skupionym, choć niby spełnia ku temu warunki - zbyt często słowo, które najlepiej oddaje wrażenia, to po prostu "tani".

 horace72

Możliwe, że Horace and Pete jeszcze stanie się kultowym serialem, i nawet w perspektywie lat na siebie zarobi. Kto wie? Być może jego mrok i beznadzieja będą wspominane w podręcznikach historii jako fatalna przepowiednia zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach - zjawiska, które większość amerykańskich intelektualistów (i, nie będziecie mieć wątpliwości po obejrzeniu serialu, także CK) postrzega w kategoriach kompletnego upadku wszystkich złudzeń co do istnienia jakichkolwiek limitów przyzwoitości w Ameryce. Ja jednak obowiązki mam polskie i muszę przyznać szczerze, iż mam wrażenie, że serial dość szybko wyparuje z mojej jaźni. Wielu krytyków uznało Horace'a... za najlepszy i najważniejszy serial 2016 i w ogóle wieku, i w sumie mogę to zrozumieć, ale nie mogę przytknąć. I to chyba nie dlatego, że jestem stary i zrezygnowany. Umiem się bowiem nadal zachwycić innym serialem o starości i zrezygnowaniu, do którego opisania zabieram się od momentu premiery 2 lata temu, ale chyba jest po prostu za dobry, bym umiał (a jaki to tytuł? Ha, w świecie seriali nie godzi się spoilerować!). W pamięci zostanie mi przede wszystkim piękna piosenka tytułowa napisana przez nikogo innego jak Paula Simona - który, jak się okazuje, 50 lat po wydaniu Sound of Silence nadal żyje, i artykułuje słowo "drink" w sposób jednocześnie tak melacholijny, jak i zmysłowy, by nie zostawiać wątpliwości, jakie budzi serial. Tak, może to jest mój światopogląd, z którego obalaniem nie mogę się zgodzić - tak powinno się pić. Ku śmierci i zapomnieniu, może trochę się rozgadując ponad miarę, ale z zapiętym kołnierzem i lekką nutką tajemnicy za dźwiękami gitary.

wtorek, 10 maja 2016, ogqozo

Polecane wpisy

  • Mad Men: Być mądrym

    Miesiąc temu skończył się w Ameryce Mad Men . Czas tego serialu skończył się, zanim skończył się sam serial. Z tego powodu nie płakałem za serialem. Ale popłacz

  • The Wire: Wielka amerykańska powieść

    2 czerwca minęło 12 lat od premiery serialu "The Wire". Z okazji 10. rocznicy tego wydarzenia napisałem poniższy tekst, którego oczywiście nikt nie chciał opubl

  • Sympatia do Pana Whitea (cz. 2)

    Druga połowa tekstu, który niestety okazał się za długi na jedną notkę. Skąd taka rzewność i wzniosłość w podsumowaniu całej tej jatki dokonanej za sprawą Whit

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

statystyka