Blog o filmach.
Blog > Komentarze do wpisu

Najlepsze filmy 2015

Stało się. Rok 2015 w kinie minął. Niektórzy by nawet powiedzieli, że minął 1 stycznia, ale mniejsza z tym, jest lato, ciepło, dobry czas, by wspominać, co też dobrego nas spotkało. Od czasu wprowadzenia oceniaczki na blogu można obserwować niemalże na żywo, jakież to filmy mi się spodobały, a jakie mniej, i ile ich zobaczyłem. Robienie rankingu top 10 z grupy mniejszej niż ze 100 wydawało mi się statystycznie śmieszne, i to co roku się nie zmienia. W roku 2015 dodatkowo postawiłem sobie za cel, by zobaczyć wszystkie filmy, które znalazły się w czyimkolwiek top 10 roku w magazynie Kino. Głównie chyba dlatego, by pod jeszcze jednym względem osiągnąć efekt, o który generalnie chodzi w każdym tekście na tym blogu - żeby było lepsze, niż wszystko, co publikuje Kino. Nie chciałem żyć z myślą, że być może przegapiłem coś, co miało szanse mi przypaść do gustu. Ostatecznie do końca się nie udało (przynajmniej jeśli chodzi o kryterium obejrzenia tych samych filmów...), bo kilka produkcji po prostu przegapiłem w kinie, a nie wyszły jeszcze z anglojęzycznymi napisami na DVD. W tym gronie znalazły się Biały cień (hicior Nowych Horyzontów sprzed bodaj trzech lat), Pod ochroną, Moja chuda siostra oraz... W cieniu kobiet, które zobaczyłem, ale po francusku, rozumiejąc gdzieś tak połowę kwestii. W tym momencie można by coś napisać o top 10 roku w magazynie Kino. A, tak. Pierwsze miejsce zajęło tam Body/ciało. Mam więc gotową zajawkę: zapraszam do top 10, w którym nie będzie filmu Body/ciało! Oto top 10 dla ludzi, którzy nie mają już 15 lat i dawno przestali sprawdzać co piątek, czy tym razem kolejny przeciętny polski film dostał od Felisa 5 czy 6 gwiazdek.

Powiedzmy coś o roku. To był rok, gdy wiele osób w różnych miejscach Europy doszło dobitnie do postanowienia w sprawie swojej tożsamości i zachciało jakoś to wyrazić. Ludzie dla potwierdzenia sensu swojego istnienia bawią się w rzeczy, które współcześnie nie mają racji bytu, jak nacjonailzm czy pisanie blogów - właśnie dlatego, że nie mają racji bytu. Niektórzy chcą po prostu mieć dobre życie, ale inni chcą być kimś i mieć coś do powiedzenia - a ku swemu niezadowoleniu, zazwyczaj nie są i nie mają. Zostaje im albo depresja, albo agresja... albo pisanie bloga o osiągnięciach innych ludzi. Moja ulubiona kapela po serii pięknych okładeczek Storma Thorgersona teraz nagrała płytę, na której okładce są po prostu oni, członkowie kapeli, we wrażliwej pozycji, mówiąc wprost, jakie mają zamiary: to jesteśmy my, nie przejmujemy się, że coś może być zbyt dosłowne, otwarte i prosto z serca, żeby nie zostało skreślone jako kiczowate. Skreślajcie śmiało - nie z waszej akceptacji płynie nasza siła, ale z faktu, że oddaliśmy wszystko, by zrobić to właściwie. Podobnie jak muzykę, tak i kino (i pisanie) można uprawiać dla osób fajnych i zadowolonych z siebie: oto kino, które jest robione tak, by było kinem dla ludzi, którzy są fajni. Recenzent zadający pytanie: czy to dzieło stworzył ktoś fajny i dla ludzi fajnych?, będzie pod wrażeniem. Ale można to robić z innym priorytetem: żeby wykrzyczeć coś ważnego, czy to pod względem argumentu, czy emocji. To zawsze oznacza ryzyko ośmieszenia, czy może inaczej - wręcz pewność, że dla wielu osób to, co robisz, będzie beznadziejne. Najlepsze co można powiedzieć: jeśli jesteś utalentowany, to nie będzie beznadziejne dla wszystkich. To, co 10 lat temu uważałem za perfekcyjne - Led Zeppelin, Lot nad kukułczym gniazdem, longera w KFC - dziś z tych samych powodów uważam za nijakie i marnujące mój cenny czas. Niczym Daniel Day-Lewis w trakcie Mojej lewej stopy, dziś wiem, kim jestem, mam dość bezproduktywnych ceremoniałów odprawianych "żeby było miło", i interesuje mnie tylko prawdziwa miłość. I to jest mniej więcej motyw tego top 10, który odkryłem dopiero podczas robienia opisów. Większość z tych filmów łączy jedno: kompletny brak cierpliwości dla kina, które nie ma nic ważnego do powiedzenia.

 

Ale nie wszystkie. Jak zawsze, część filmów była po prostu zrobiona tak dobrze, że cieszyłem japę przez cały czas projekcji tak samo, jak wszyscy siedzący obok - i nie mogło być tak, by nie trafiły na listę. Na pierwszym miejscu ostatecznie znalazł się ten sam film, który znalazł się wszędzie indziej na pierwszym miejscu. Początkowo tam nie był - wypisałem go bodaj jako trzeci - ale po czasie uznałem, że nie ma sensu opierać się nawałnicy, jaką wyczynił obraz, na który zawsze czekamy, by poczuć się jak dzieci... sprzed stu lat: grupowo zachwycone tą samą rzeczą, a przez to połączone we wspólnocie. Ten film mi to dał. W roku 2015 spotkałem sporo ludzi, o których nie mogłem porozmawiać o wszystkich innych wymienionych tu filmach, ale mogliśmy pogadać o Mad Maksie, i nawet się pozgadzać. Po ustaleniu zwycięzcy dość łatwo było mi wymienić filmy 2-4 oraz 5 - te filmy pewnie byłyby w top 10 w niemal każdym roku. Miejsca 6-12 były pewnym dylematem, który rozwiązywałem oglądając wszystkie kolejne razy i dla odmiany nawet trochę myśląc. Ostatecznie Feniksa skreśliłem, bo choć to wspaniały film, to jakoś ciągle miałem więcej do napisania o jego wadach, niż zaletach - a Victorię chyba głównie za to, że wkurzało mnie jak fajne życie mają ci młodzi, podróżujący po Europie, poznający ludzi bohaterowie.

 

I to w sumie tyle. Przez kolejny rok doświadczyłem sporo dobrego kina, i sporo słabego, i to wszystko - to były jedne z najmniej bolesnych godzin, jakich doświadczyłem przez ten rok. Ten coroczny ranking jest celebracją tego faktu, którą traktuję jak pamiątkę, obojętnie, kto go czyta.

Ale jeśli macie ofertę zrobienia slajdszoła z opisem na jedno zdanie za kasę, to dajcie znać.

top10madmax

1. Mad Max: Na drodze gniewu, George Miller

To było do przewidzenia, że po dwóch częściach zarówno Babe – świnka w mieście, jak i Happy feet – tupot małych stóp, Miller dostarczy nam wszystkim film, na który czekaliśmy całe życie: dostarczający wszystko to, czego wymaga masowa publika (pościgi, strzelanie, przemoc), tylko że robiący to… dobrze, a nawet, kurczę… no nie wiem, powalająco. Ten film ma być może najefektowniejszą, najlepiej zaprojektowaną, wykonaną, nakręconą, zmontowaną i udźwiękowioną scenę akcji, jaką widziałem… nazywa się Mad Max: Na drodze gniewu i trwa dwie godziny. Co tu się w ogóle dzieje? Wszystko. Weź najlepsze bijatyki wschodniej Azji, łączące balet z montażem na miarę Dżigi Wiertowa, podlej to wszystko benzyną, wsadź na kółka i jedź, jedź, jedź bez końca. Wiele, wiele razy podczas projekcji nie mogłem uwierzyć, co tu się dzieje. Podczas gdy „kino akcji” zazwyczaj w istocie spędza 2/3 czasu tłukąc widza po łbie dosłowną ekspozycją, Mad Max rypie faktycznie akcją, a przy tym ciągle, nieustannie, odkrywa nam przy okazji nowe fascynujące prawa tego wyjątkowego, szalonego, bogatego w swoją własną kulturę, ciągle tajemniczego świata. Wszystko jest tu tak cholernie… filmowe. Chce się o Mad Maksie mówić bez końca, i się będzie, a jednocześnie, jak z każdym arcydziełem, jest to wrażenie, że słowa nie potrafią oddać tego, co trzeba, profanując tylko przeżycie.

top10dheepan

2. Imigranci, Jacques Audiard

Ten film mógłby mieć tytuł Bękarty wojny w takim sensie, w jakim Złodzieje rowerów mają tytuł Złodzieje rowerów. Z tym że o ile filmy De Siki nigdy mną nie wstrząsały, Imigranci zrobili ze mnie mokrą szmatę, która cieszy się, że siedzi w pierwszym rzędzie i nikt nie widzi. Początkowo wcale się na to nie zapowiada. Audiard, zawsze zręczny koleś (jego W rytmie serca również należy do moich ulubionych filmów), fenomenalnie mierzy tempo i posuwa akcję do przodu na tyle, żebyśmy mieli to przyjemne uczucie, że ciągle coś odkrywamy – w spojrzeniu, geście, kadrze – a jednocześnie nadal jeszcze do końca nie „łapiemy” tej kompleksowej międzyludzkiej sytuacji, jaka została tu ukazana, jesteśmy o krok za rozwojem wydarzeń. Przez długi czas Imigranci są po prostu filmem o tym, że ludzie sobie żyją, nie będąc idealnymi, ale starając się znaleźć własny spokój i szczęście – to maksymalne zbliżenie sprawia tylko, że ostateczne „duże tematy” podjęte przez Audiarda odczuwa się o tyle mocniej. Jednym z nich jest kwestia, która mnie, jako zboczonego miłośnika sprawiedliwości, zawsze poruszała: otóż żeby brać udział w wojnie, nie trzeba wcale chcieć. Wystarczy, że jedna strona chciała, i masz do wyboru być ofiarą albo bojownikiem. Ludzie będą cię oceniać za to, co zostało ci narzucone. Spokojny dom jest przywilejem nielicznych, a reszta szarpie, jak może. Robiąc złe rzeczy, a więc zapewne będąc złymi ludźmi. To jednak nie tak, że mieli specjalnie duży wybór. Audiard łamie serca w ostatniej scenie, pytając, czy nie byłoby jednak pięknie, gdyby mogło się udać. Oj. Byłoby.

top10zjazd

3. Zjazd absolwentów, Anna Odell

Sztuka moim zdaniem jest wspaniała głównie dlatego, że może powiedzieć to, czego nie możemy tak po prostu mówić dosłownie. Bo w formie bezpośredniej jest żenujące, poniża nas otwartością, robi z nas debili, a poza tym… po prostu nikt nie słucha, nikogo nie obchodzi twoje życie i uczucia i wizja świata. Zjazd absolwentów to najbardziej fascynująca zabawa z tym tematem: jednocześnie, zdaje się, faktycznie TO ROBI, a poza tym kręci, że to robi… i pokazuje to ludziom, którym miał to robić. Zręczne. Niektórzy nazwali to „performance'em”, ale dla mnie to najczystsza sztuka i film, który każdy powinien zobaczyć. Odell zderza się z postaciami, które wychodzą z przeciwnego od niej założenia: temat nieprzyjemny? Zagadać, pośmiać się, wyłączyć, tego tematu nie ma. Każda „negatywna” treść musi zostać wyrzucona poza margines, a nieatrakcyjni ludzie – najlepiej, żeby raczyli łaskawie umrzeć gdzieś skuleni w kącie, z dala od nas, bo cóż innego doradzić. Od nikogo z nas na szczęście nie wymaga się przecież takiego poświęcenia, by spędzać czas z kimś, kto jest niefajny, krępujący i dziwnie się patrzy - a i nie możemy się zmusić do polubienia kogoś. Zmusić się można jedynie do fałszywych uśmiechów i powtarzania „oj nie mogę akurat teraz rozmawiać, oddzwonię jak będę mieć czas”, co boli i poniża niefajnego bardziej niż zwykłe „spadaj, nie będziemy się kolegować”, ale za to fajnym znacząco poprawia wskaźnik „klasy”. To wspaniały film o tym, jacy to wszyscy są mili i łagodni: nikt nie lubi zabijać, ale też nikt nie ma ochoty ratować – ostatecznie, wszystko da się załatwić, ustawiając kij odpowiednim końcem - ofiara "sama się prosi". Bohaterka wstaje i mówi: cholera! Cóż to za hipokryzja! Wy normalnie mnie nienawidzicie! Cokolwiek nie zrobię – da się to ująć słowami tak, by podać to jako powód, dla którego nie chcecie ze mną się zadawać! Nie ma na to wszystko przyjemnej odpowiedzi (którą próbowały znaleźć liczne media dość żenująco interpretujące film jako "zemstę" Odell - oj, faktycznie, ależ musiało im pójść w pięty...). Możemy albo żyć w uśmiechniętym, wesołym kłamstwie, albo przyznać się przed sobą do własnej hipokryzji i nic nie zyskać, a za to zepsuć sobie i naszym fajnym znajomym humor. No właśnie, nikt nie jest tak głupi, żeby zrobić to drugie. Dlatego potrzebujemy, żeby ktoś to puścił na filmie, z dystansem, że niby o kim innym...

top10turysta

4. Turysta, Ruben Östlund

W wieku 40 lat Ostlund w końcu znalazł środki, by powiedzieć coś O Życiu, mistrzowsko przy tym wykorzystując swój niezmienny (i niezmierny) talent do opowiadania montażem. W Turyście co chwila jest taka scena, że w sumie postaci po prostu patrzą się na siebie, a robi się i śmieszno, i straszno, i sporo się mówi o tym, jak powstają stosunki siły w codziennych relacjach między ludźmi. Wszystko w tym filmie wypala i w rezultacie powstaje coś jak kino braci Coen czy Woody'ego Allena, tylko jednocześnie i mądrzejsze, i bardziej życiowe, i bardziej subtelne w formie narracji. Widziałem w życiu bardzo mało tak… treściwych filmów, jak Turysta, który jest niemalże jak poradnik, czego się w życiu oczekuje od mężczyzny. Humor jest tu niezwykle czarny, bo choć przyzwyczailiśmy się MÓWIĆ, że pokazane tu dramaty nie są żadnymi dramatami (czy ktoś umiera? Ściga go mafia?), to tak naprawdę WIEMY, że dla każdej osoby są faktycznymi dramatami, i to ogromnymi. Zupełnie niespodziewanie, bohater – zadbany, żyjący w dobrobycie Szwed – w trakcie filmu stacza się w lawinę prawdziwego horroru: bycia pierdołą, a przez to utraty wszelkiej wartości w oczach innych ludzi, stania się śmieciem. Z jedynej perspektywy, z jakiej przeżywamy życie – naszej własnej – jest to wydarzenie na miarę apokalipsy, i polecam oglądać ten film właśnie jako de facto katastroficzny. To dobry companion piece dla poprzedniego filmu na liście, ponieważ zaiste: Tomas boi się, że skończy jak bohaterka Zjazdu absolwentów. A to nie jest przyjemny los. Dodajmy do tego żonę przerażoną najgorszym losem dla kobiety: bycia żoną pierdoły. Jeśli nie znacie tego losu to może po prostu się pośmiejecie jak z małp w zoo, nie zdając sobie nawet do końca sprawy, że bohaterowie wiszą na krawędzi istnienia.

top10mrturner

5. Mr Turner, Mike Leigh

Mam mieszane relacje z panem Leigh, ale Mr Turner okazał się trzecim już strzałem w dziesiątkę, po Nagich oraz Topsy-Turvy. Bliżej mu zdecydowanie do tego drugiego: z obu zapamiętałem przede wszystkim to, jakie są ładne. Obu też nigdy nie spodziewałbym się pokochać, bo biografie malarzy wydają mi się równie fascynujące, co opera. A jednak wśród wielu twórców, którzy próbują nie tylko pokazać historyczną postać, ale i oddać urok jej sztuki, Leigh faktycznie potrafi zafascynować tym, jak światło rozkłada się na białych żabotach, grubych tkaninach wierzchnich, drewnianych stelażach stoisk handlowych, satynowej pościeli… Ten film jest jak złapanie „bez potrzeby” za cycka: nie brzmi to jak najbardziej doniosłe wydarzenie miesiąca, a jednak nieustannie poprawia humor w szczery, bezpretensjonalny sposób. I tak jest cały czas, scena po scenie: jak uroczo sobie szczebioczą po niderlandzku dwie kobiety idące zachodem słońca przy wiatraku, jak uroczo uśmiechają się świńskie główki na targu mięsa, jak uroczo Turner grbrcze i hrbrrbcze to, co ma do powiedzenia, idąc krokiem beczułki, jak jego twarz reaguje na nadchodzącą świadomość, że zaraz do pokoju wejdzie ktoś, kogo nie chciałby widzieć… Wszyscy wyglądają, ruszają ciałem oraz twarzą i mówią tak uroczo, że nie da się nie mieć uciechy. No i, tak, film jest cały czas strasznie ładny. Dla mnie to sztandarowy dowód, że coś takiego jak komedia brytyjska istnieje i ma sens.

top10nightmoves

6. Night Moves, Kelly Reichardt

Pierwszy dystrybuowany w Polsce film Kelly Reichardt, moim zdaniem jednej z najlepszych reżyserów na świecie, jest może i jej „najsłabszym”, ale i tak to rewelacyjne widowisko budujące szalone napięcie poprzez staranną grę przestrzenią negatywną – zarówno w sensie estetyki obrazu, jak i treści. Innymi słowy, Reichard starannie dobiera to, co mówi, i to czego nie mówi – co odbieram jako jedną z największych przyjemności w kinie, gdzie bardzo często po prostu papla się wszystko dosłownie, jakby w obawie, że, nie daj Boże, pięcioletnie dziecko po wyjściu do toalety na kwadrans mogłoby się poczuć w którejś scenie zagubione. W Night Moves jesteśmy cały czas zagubieni, bo świat tego filmu to świat, gdzie trudno podjąć dobrą decyzję w obliczu zagłady, chyba że jesteście fanami obojętności. Tak że, tak, to tylko w świecie tego filmu. W żadnym innym. Nie martwcie się. Reichardt napisała sobie dość komicznie niesympatyczne postaci – Dakota Fanning nieustannie irytuje wtłaczaniem hipsterskiego sarkazmu typu „czaisz w jakiej epoce żyjemy” do każdej rozmowy, podczas gdy ewolucja persony Jesse'ego Eisenberga z miana „tego uroczo nieporadnego w niczym kolesia w stylu Michaela Cery” do „najbardziej niepokojąco patrzącego się na ciebie socjopaty Hollywoodu” już kilka filmów temu mogła być uważana za nie tylko ciekawostkę celebrycką, ale i pewną opowieść o świecie, w którym osoba pogardzana i pomiatana przez społeczeństwo reaguje na to, jak może – znienawidzeniem własnych emocji i agresją. Ogólnie, po obu stronach kamery, sporo tu talentu do tworzenia niesamowicie niezręcznych, choć/bo życiowych sytuacji (ta scena, gdy spotykają turystę siedząc nad rzeką...). I choć autystyczni bohaterowie szybko każą się zastanawiać, na ile może chodzić im o Sprawę, a nie tylko o hipokrytyczne wyżycie się, reżyser i tak przepięknie maluje tragedię osoby, której zależy – zostawionej w kompletnej bezradności, bo świat dokoła niej czuje się bardzo dobrze z obojętnością, a przez to zostaje jej tylko albo cierpieć przez całe swoje życie, albo zadawać cierpienie innym w płonnej nadziei, że „świat zrozumie”. Świat nigdy nie zrozumie, Jesse. Jak powiedział Zappfe, „Tak długo, jak ludzkość lekkomyślnie podąża w brzemiennej w skutki iluzji bycia przeznaczonej do triumfu, nic istotnego się nie zdarzy”, a ty, mimo swej ambicji, nie jesteś Ostatnim Mesjaszem. Jeśli boli cię konformistyczne płynięcie z prądem, to… no masz pecha, pod prąd i tak będzie tylko trudniej. To film o ciężkich wnioskach, ale tym bardziej o talencie Reichardt do kadru i montażu świadczy fakt, że i tak chłonie się to gładko z wrażeniem, że Dostojewski mógłby kręcić amerykańskie thrillery.

top10joanna

7. Joanna, Aneta Kopacz

Z wielu powodów, obecność Joanny na tej liście to niemal cud. Po pierwsze – dokument, po drugie – polski, po trzecie – krótkometrażowy… Na szczęście to wszystko, co w ogóle przez projekcją wiedziałem, nie znając nawet zarysu historii z ulotki, który, jak się okazało, brzmi jak materiał na tani, sentymentalny bestseller Empiku. A jednak traf chciał, że Joanna (oświetlona entuzjastycznymi opiniami w USA przy okazji oscarowej nominacji) wpasowała się idealnie w mój typowy tani poniedziałek w kinie i okazała się znacznie bardziej warta ceny biletu, niż oglądane obok niej „duże” produkcje. Wbrew „streszczeniom”, Joanna to głównie nie film o tym, jak kończy się człowiek, ale jak powoli powstaje nowy – kształtując swoje słowa, postawy, uczucia… i dyskusja po dyskusji negocjując granice swojego istnienia, dzień po dniu pomału ucząc się przeklinać i ucząc się kochać. Joanna w ogóle nie podąża za żadnymi zgranymi schematami fabularnymi, które kuszą tak wielu filmowców, w istocie dając Linklaterowskie wrażenie podglądania prawdziwych dyskusji. Wyjątkowość tego filmu opiera się po prostu na intymności rozmów matki z dzieckiem, które podglądamy. Widziałem w całym swym życiu niewiele dzieł sztuki, i życia, które dają taką okazję zobaczyć prawdziwą więź.

top10bialybog

8. Biały bóg, Kornél Mundruczó

Biały bóg to typ filmu, który nie zmieni waszego spojrzenia na życie, przynajmniej o ile nie uważaliście do tej pory, że pieski i dziewczynki nie są słodkie, albo że krwawa rewolucja uciskanego proletariatu nie jest potrzebna. A kto by się z tym i tak nie zgadzał! To tak naprawdę dość błahy film, często irytujący komiksowym wykorzystywaniem stereotypów dla nadania opowieści bajkowo emocjonalnego i uproszczonego charakteru. Za to może nieco zmienić wasze spojrzenie na kino, pokazując, że średnio utalentowany reżyser z kraju, który kinomanom kojarzy się głównie z czarno-białymi, siedmiogodzinnymi ujęciami Beli Tarra, może nakręcić najlepszą hollywoodzką superprodukcję roku. Czegoż tu nie ma! Film praktycznie co kwadrans zmienia kierunek i nastrój, korzystając z zagrywek gatunkowych, tyle że różnych gatunków. To jak kreskówka Disneya potrafiąca bez autocenzury sięgnąć po estetykę rynsztoka, łącząc ludyczny (choć niektóre języki mają lepsze słowo, bardziej wręcz pod: podniecający) charakter amerykańskich bajeczek „dla dzieci oraz dorosłych chcących być dziećmi” oraz horrorów. Sęk w tym, że robi to mądrze. Te psy nie mówią, nie nadaje im się ludzkich cech, żebyście zaczęli je lubić: starają się przekonać was, żebyście rozważyli możliwość szanowania kogoś czy czegoś pomimo niewybaczalnej zbrodni bycia nieodwracalnie odmiennym od was. I chociaż przemoc niezbyt mnie pasjonuje, to też trudno nie zauważyć, że inaczej niż w bajkach Disneya, w „realu” rzadko kiedy ktoś zdobył szacunek bez używania jej. W istocie film przypomina Batmany Nolana: przegięty ponad miarę pretensji, szarżujący srogo, dość nierówny, mroczny jak cholera, trochę fashe, z co najmniej kilkoma scenami tak efektownymi, że będziecie patrzeć dokoła siebie w kinie mówiąc „co!? Co!?” i zapamiętacie je na wiele lat. Tak jak język Mad Maxa tworzą jego kaskaderzy, tak Białego boga opowiadają najlepiej wytresowane psy, jakie w życiu widziałem. Dla nich warto, po stokroć warto, a że niektóre momenty pudłują i wywołują tylko wzdrygnięcie się? Zbyt wiele razy mówiłem przez ten rok wydawcom, że dzieło sztuki nie jest od tego, żeby było równe, abym mógł teraz zdradzić to szczere, płynące prosto z serca, brawurowe, popularno-wysublimowane potpourri, jakie serwuje nam Mundruczo.

(doceńcie, że nie sięgnąłem po słowo „gulasz”).

top10aferim

9. Aferim, Radu Jude

Lubię być przeniesionym do innego świata, a Aferim, najstarszy film 2015, trzyma formę wycyzelowaną bardziej precyzyjnie, niż dowolna inna produkcja tych 12 miesięcy. Możliwe, że film jest mocno oparty na faktycznym obrazie życia na Wołoszczyźnie… okej, jest, są o tym napisy, ale dla mnie nie miało to znaczenia – takie określenia jak „na wschodniej prowincji” i „dawno temu” w tym wypadku wydzielają wystarczająco specyficzny zapach, żebym nie musiał rozdzielać, czy Aferim pachnie mi bardziej średniowieczną chaotyczną Sodomą rodem z Trudno być bogiem, pogańskim śmieszno-strasznym surrealizmem prymitywnych wierzeń Rękopisu w Saragossie, bezwzględnie bijącym po tyłku nacjonalizmem niczym film zasługujący wręcz na tytuł 12 Years a Cygan, czy też słynnymi amerykańskimi westernami. Co łączy te perspektywy, to fakt, że w przepięknie nakręconym, okraszanym rozkładającymi momentami na łopatki dialogami świecie Aferim wszystko wydaje się możliwe, ale tylko z naszej perspektywy – dla bohaterów reguły są jasno ustalone, nawet jeśli mogliby mordować się z mieszkańcami innych prowincji o to, czy na przykład rację ma mądry klecha, tłumaczący jasno, że „każdy naród ma swój cel: Żydzi oszukiwać, Turcy krzywdzić… a my, Rumuni: kochać, oddawać cześć i cierpieć jak dobrzy chrześcijanie”. Ciągle nie wiem, co się zdarzy, bo to dla nas obcy świat, natomiast dla bohaterów to wszystko jest oczywiste – w ten właśnie sposób powstaje wyjątkowa swojskość, która sprawia, że oglądanie Aferim jest jak wycieczka do egzotycznego kraju bez przewodnika.


top10agentka

10. Agentka, Paul Feig

Podobnie jak wiele moich ulubionych współczesnych komedii, Agentka znajduje siłę w mierzeniu się z porażkami i poniżeniami w bezwstydny sposób. Ten, kto jest fajny – albo kto nie jest, ale uważa za faux pas nie zachowywać się, jakby był – nigdy do końca nie poczuje uroku amerykańskich komedii, które generalnie starają się powiedzieć, jak mogą, że nie każdy jest fajny, i wcale nie jest to największa tragedia. Znam choćby ludzi, którzy już za sam tytuł nie chcą oglądać wielce przeze mnie lubianego Czterdziestoletniego prawiczka – tak jakby mieli się zarazić porażkowością przez sam fakt zobaczenia na ekranie czegoś tak dla nich odrażającego, jak istnienie osoby nieatrakcyjnej seksualnie. Brr. Agentka jest mocna z podobnych powodów, co najlepsze filmy Apatowa. Jest komedią, bo film o Mellissie McCarthy kopiącej tyłki musi być komedią – szeroka publika nie przyjęłaby nigdy inaczej filmu, w którym kopiący nie jest piękny i smukły. Jest bardzo dobrą komedią – łącząc szybkie tempo, niezły poziom żartów i ich zgrabną egzekucję, dostarcza tyle śmiechu, co mało który film w polskich kinach 2015 (sceny z udziałem Jasona Stathama i niektóre dialogi należały do scen 2015, które najczęściej sobie powtarzałem – za występami Das Sound Machine z Pitch Perfect 2 oraz sceną w akwenie ze świetnego Kryptonimu UNCLE). A jednocześnie kwestionuje nieustannie własną „komediowość”, bo i przypomina o szeregu takich Meliss prawdziwego życia, zdających testy lepiej, niż piękni i fajni Jude'y Lawy i Rose'y Byrne'y tego świata, ale i tak spędzających życie w opanowanym przez szczury biurze i podłej kawalerce, podczas gdy tamci błyszczą w szerokim świecie. Jeśli marzyliście kiedyś nie o tym, żeby być Jamesem Bondem, tylko żeby być sobą i robić to, co James Bond – powinniście zrozumieć, czemu miałem wiele radochy z oglądania Agentki, nawet jeśli powrót po roku zdradził, że film zrealizowany jest z niewielką głębią w porównaniu do innych tu zamieszczonych.

Inne filmy, które rozważałem: Victoria, Feniks, W objęciach węża, Mały Quinquin (czyt. pti kłkł), Duke of Burgundy, Wędrówka na Zachód, Plemię, Wyspa kukurydzy, Foxcatcher.

poniedziałek, 30 maja 2016, ogqozo

Polecane wpisy

  • Najlepsze filmy 2016

    Według mnie. Przed wami może najpóźniejszy na świecie tekst podsumowujący na świeżo 2016, ale i kto wie, może pierwszy, w którym nie padnie nazwisko na "T

  • Oscary 2017: typowanie - kategorie techniczne

    Druga część typowania. Reżyser:  zaczynamy od kategorii najbardziej oczywistej. Cztery świetne pokazy artystycznej maestrii, a także Mel Gibson, którego n

  • Oscary 2017: typowanie - kategorie filmowe i aktorskie

    Coroczna próba odpowiedzi na to, czy lepiej być czarnym w USA, czy niedocenianym publicystą filmowym. W tym roku później, krócej, słabiej. Z powodów rodzinnych

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Misiek, *.adsl.inetia.pl
2016/05/31 23:37:42
No wreszcie.

statystyka