Blog o filmach.
Blog > Komentarze do wpisu

Nowe Horyzonty 2016: Co jest w życiu ważne

Garść relacji z pierwszego rzędu. No, tak naprawdę zazwyczaj drugiego, ale to nie brzmi tak dramatycznie.

 

Chcąc nie chcąc, mierzymy się wszyscy codziennie z pytaniem o sens życia. No, serio. Zazwyczaj raczej podświadomie: nie zastanawiamy się, po co znowu idziemy do pracy, do łóżka ani do wesołego miasteczka, po co wkładamy cheeseburgera do swojej paszczy i kupujemy iPhone'a albo wysyłamy przelew na leczenie chorego Maciusia, lat 5. Nasze decyzje, można powiedzieć, kierują nami, niemniej wyłania się z nich jasny obraz naszych priorytetów w życiu. W historii mamy wiele przykładów, że człowiek pozbawiony zbyt wyrazistego sensu może często znaleźć takowy w zwykłej kontynuacji nawyków przodków, albo i własnych. Co roku o danej godzinie trzeba stanąć, zatrąbić, co roku być w danym miejscu i być częścią wspólnoty, która w ten sposób czyni ze zwykłego zdarzenia coś wyjątkowego. Poza rytuałem, czasami dla co bardziej znudzonej życiem osoby sens Nowych Horyzontów może się rozmyć; jak wtedy, gdy wydajesz 25 zł, by obejrzeć w ramach NH Neon Demon czy Chevalier, choć za tydzień można zrobić to samo w tani poniedziałek za pół ceny. Wtedy jednak sala nie będzie w pełni galowa, osób będzie tylko garstka, i nie będzie to z definicji święto kina, tylko codzienność kina. Niektóre rytuały, jakby się zastanowić, mogą być dziwne (oglądając od pierwszego do ostatniego filmu festiwalu ten sam zestaw reklam samych NH czy koncertów, zacząłem się zastanawiać, czy na opakowaniu czekolady umieszcza się reklamy czekolady?) ale przecież im bardziej są specyficzne i niepotrzebne, tym większa jest ich symboliczna wartość, czyż nie?

Czasami tylko człowiek świadomy staje i zatrzymuje się i próbuje zadać pytanie: po co, ale jak w to w życiu - krótkowzroczne "bo to przyjemne" pozostaje chyba najbardziej klarowną odpowiedzią, na jaką wymyśliliśmy słownictwo.

W tym roku na Nowych Horyzontach nie zobaczyłem żadnego filmu wybitnego, co zdarza się pierwszy raz. Po części to efekt przypadkowych zdarzeń, obowiązków itp., wskutek których nie wybierałem zwyczajowo "pewniaków". Obejrzałem sporo filmów dobrych i bardzo dobrych. Na tegorocznych Horyzontach w praktycznie każdej kategorii - trochę ironicznie jak na rok, w którym gościliśmy Claire Denis i oglądaliśmy Piękną pracę - nie było zbyt wielu uderzających obrazów, kina pięknego widoku, z kamerą jako bohaterem. Za to zobaczyłem niemało filmów, które zadawały po cichu pytania o rzeczy podstawowe, o wartości naszej codzienności: rodziny, społeczeństwa, miejskiego życia, i w reakcji skłoniły mnie, by samemu się nad tym zastanowić.

sieranevada9_h_2016

Najlepszym z nich była chyba Sieranevada, nazwana niczym piosenka alternatywnej kapeli - żeby było ładnie, bo przez trzy godziny filmu nie sposób znaleźć pewności co do znaczenia tego tytułu. Dzieło Cristiego Puiu było najbardziej spektakularnie "filmowe" spośród wszystkich, które chciałbym tu opisać, więc niech mówi za siebie fakt, że i tutaj praktycznie cała akcja dzieje się w jednym zwyczajnym, zatłoczonym rumuńskim mieszkaniu, wśród zwyczajnych rumuńskich gęb, które ujęte są w dość pospolity, quasi-dokumentalny sposób. Niemniej... kamera w Sieranevadzie subtelnie przyczynia się do budowania klimatu filmu opartego na pewnym zderzeniu codzienności z na tyle odpowiednią dawką absurdu, by ton ciągle zawieszony był gdzieś między serio a nie-serio. Zwłaszcza zwróciłbym tutaj uwagę na sposób, w jaki eksplorujemy przestrzeń mieszkania, z kamerą krążącą wokół pokoi w takim zagubieniu, że łatwo uwierzyć, iż ten zjazd rodzinny w typowym rumuńskim blokowisku odbywa się pośród co najmniej kilkunastu komnat istniejących w innym wymiarze. Odbywająca się podczas tradycyjnej ceremonii religijnej Sieranevada obśmiewa rytuały, zderzając je z praktycznym podejściem, które zachowujemy wobec większości spraw na co dzień. Przykładowo, według logiki rytuału, je się obiad dopiero wtedy i tylko wtedy, gdy ksiądz dokona poświęcenia danego ubrania, a wybrana osoba je założy. Według logiki codziennej, je się obiad wtedy, gdy się jest głodnym. Konflikt. W żwawym tempie filmu bohaterowie non stop kolidują ze sobą, często w ogniu kłótni, jak można sobie wyobrazić w każdej sytuacji, gdy do ciasnego pokoju upchasz całą rodzinę, która niecodziennie ma ochotę się spotykać.

Prawda, sugeruje Puiu, może gdzieś tam jest - prawda o tym, czy komunizm zbudował czy zrujnował Rumunię, kto stał za 9/11 i czy wujek Toni faktycznie przeleciał sąsiadkę - ale w całej tej gadaninie, w której każdy koniecznie musi mieć coś do powiedzenia na każdy temat, sama idea prawdy staje się po prostu przedmiotem Mrożkowej komedii. Nie ma szukania obiektywnej prawdy, jest próba przekrzyczenia innych i wyrażenia swojej wizji świata, swoich resentymentów, swojego niezadowolenia. A sam akt "rozmowy"? Nie ma celu do osiągnięcia. Jest tylko rytuałem.

thefamily2015JiaLiuShuminSIC3003

Może zabrzmi to dziwnie, ale pokręcona Sieranevada mimo wszystko potrafiła przypomnieć mi doskonale, ile mam sympatii, miłości i tęsknoty do codziennego życia w zatłoczonym mieście, gdzie wszystko dzieje się naraz, a kolejny dramat jest o krok, za następnymi drzwiami. W znacząco mniej napiętej atmosferze, na podobnych uczuciach bazuje Rodzina - trwający blisko 5 godzin film Shumina Liu, pokazywany co prawda "specjalnie" w Wenecji rok temu, a jednak nadal bez własnej strony na Filmwebie, "drugiej największej bazie danych na świecie". Rodzina jest wręcz rozbrajająco pozbawiona wydarzeń - wypełniona długimi, statytycznymi scenami, w których bohaterowie robią jedzenie, sprzątają, śpią czy oczywiście rozmawiają. I trudno nawet powiedzieć, o czym rozmawiają - głównie o swojej sytuacji życiowej. Przewijają się nieśmiale tematy pieniędzy, zdrowia, związków, sytuacji rodzinnej. Ma to wszystko sporo uroku. Jak to w życiu, dzieci są rozkoszne, stare małżeństwa są rozkoszne, a ludzie w więku pomiędzy - głównie styrani. Rodzina kształtuje się w swego rodzaju bilans życia pary "dziadków" odwiedzających swoje dzieci: raport stanu na ten rok, można by rzec. Jedyne coś, co przeciętny widz nazwałby "wydarzeniem" w dialogach pada gdzieś w czwartej godzinie filmu, jedyne "wydarzenie" fabularne - zdarza się na sam koniec. Nie jest łatwo rozmawiać szczegółówo o Rodzinie ani nawet zarekomendować ten film, aczkolwiek podobał mi się. Nie jest to jeden z tych azjatyckich filmów, które kręcili czy Ozu, czy Edward Yang, które rozkładały na łopatki głębią i doskonale subtelnymi elipsami scenariusza i kamery - to kino wręcz poczciwe. Przede wszystkim bazuje na zbudowaniu uczucia przywiązania - i ukazaniu prawdziwej, choć niespektakularnej więzi utwierdzającej się, w jakiś magiczny sposób, przez każdą banalną rozmowę na ławce i kolejny przygotowywany do wspólnego spożycia posiłek. Morał mógłby brzmieć na przykład tak: obyśmy zawsze mieli dla kogo takie posiłki przygotowywać.

1cae450d64c480a370807ccd30

Na sam koniec festiwalu, gdy w kinie trwał już sprawny demontaż, obejrzałem Wszystkie nieprzespane noce, film wyróżniony nagrodą publiczności i celebrowany przez wielu widzów jako "portret pokolenia". To cudownie wyróżniający się na tle zwyczajowego, poważnego polskiego kina hymn na cześć młodości, głupoty i nieodpowiedzialności: trochę jak Uczniowska balanga (Boże, nadal nie mogę uwierzyć, że to był polski tytuł) Linklatera umieszczona we współczesnej Warszawie. Oparta, bardzo otwarcie, na efekcie reminiscencji: reżyser i po projekcji mówił, że np. dyskusji o polityce tu nie ma, bo gdy wspomina swoją młodość, nie wspomina dyskusji o polityce. Podobnież, w filmie praktycznie nie pojawiają się takie "znaki czasu" jak młodzież wpatrzona w komórki czy uciekająca "online". Przeciwnie, Noce uwzniaślają to, co nazwalibyśmy chyba "prawdziwym ludzkim kontaktem", przynajmniej w wersji znanej młodzieży od kilku dobrych dekad: alkohol, muzyka, włóczenie się po mieście, ciągi rozmów i mnóstwo, mnóstwo papierosów. Film, można powiedzieć, skrojony idealnie pod typowego festiwalowicza, rzucającego dość niemałą kasę na to, by przez półtora tygodnia lata na przemian pić, palić, wciągać, oglądać filmy i rozmawiać, w sercu tętniącego życiem miasta... no co, podobno Wrocław też takowym jest. To nie są pijackie rozmowy "klasy niższej" typu "kurwa, jebię, kurwa", które słyszę co dzień w nocy na kwadracie na Ołbinie: to są pijackie rozmowy młodej klasy średniej, owszem, wulgarne i nieskoncentrowane, ale też poruszające tematy tożsamości, celów życiowych, marzeń, niezależności i ogólnie względności ego. Długo by opowiadać... Długo by też można wymieniać mocne punkty, które sprawiają, że ten dość szczeniacki, rozedgrany film mimo wszystko działa świetnie, ale zwrócę jedynie uwagę na to, że podejmuje temat typowego młodzieńczego rozerwania: z jednej strony niewątpliwa obsesja na punkcie kobiet i ogólnie uniknięcia horroru samotności, a z drugiej - przeraźliwa niechęć do kompromisu z czymkolwiek z zewnątrz, do zatracenia własnej integralności i osobistości. No... ja trochę tak to odebrałem. Dodajmy do tego, że reżyser Michał Marczak znalazł doprawdy wspaniałych aktorów, o których trudno wręcz uwierzyć, że nigdy wcześniej nie grali. Kobiety są piękne i młode, a faceci... w sumie też piękni i młodzi. I fascynujący, na swój sposób - uwiarygadniając nawet dość pozbawione gustu akty wandalizmu i niezdecydowania, których my, dorośli, nie lubimy oglądać w filmie. Nic rodziny, nic trwania. Tylko piękne, podrasowane używkami momenty. A potem: ich wspomnienia. To zupełnie inna odpowiedź na tytułowe pytanie.

i_daniel_blake_no_film_school_interview

Rozczarowały mnie nieco filmy dwóch mistrzów: Chantal Akerman i Kena Loacha. No Home Movie Akerman to, nawet jak na nią, skrajny przykład antyfilmu, odrzucającego wszelką estetykę i fabułę, poświęconego banalnym rozmowom z własną matką, w którym rolę scen akcji pełnią ujęcia z nieruchomej czy postawionej w aucie kamery, obserwującej bliżej nieokreśloną amerykańską pustynię (jakże inną, a jak podobną do tej z zakończenia Neon Demon). Recenzje tego filmu (niefilmu?) zazwyczaj opierają się na wyciąganiu wniosków ze szczegółów, i samej biografii reżyserki. Po śmierci matki i wydaniu No Home Movie, Akerman popełniła w wieku 65 lat samobójstwo. Będąc kultową artystką, na samotność raczej narzekać nie mogła, a jednak można odnieść wrażenie, że poza tymi codziennymi rytuałami rozmowy ze starą matką i opiekowania się nią, nie zostało jej nic wartego kontynuowania w życiu. Rozumcie to, jak chcecie.

Nagrodzony Złotą Palmą Ja, Daniel Blake to typowe kino brytyjskie, które miłośników... kina brytyjskiego zachwyca, a mnie niekoniecznie. Od Kes po swój najnowszy przebój, Loach jest w moich oczach reżyserem osiągającym w swych filmach poziom między po prostu słabym (np. Szukając Erica) a co najwyżej dobrym, nie uderzając w żadne wysokie nuty. Ta przyziemność to trochę oczywiście cały cel jego kina i niby zaleta, ale... jego manipulacje, by "zwyczajność" stworzyła ładną historię, sprawiają, że trudno to wszystko nazwać chociażby realistycznym. Zajrzyjmy na przykład na samych bohaterów Daniela Blake'a: tytułowy emeryt to wręcz heros, doskonały mężczyzna, odpowiedzialny, silny, umiejący zrobić w domu wszystko, jedynie z racji zdrowia zmuszony do domagania się o zasiłek. Bohaterka damska to, oczywiście, samotna matka, która ok, popełniła błędy, ale ach, zdaje się krzyczeć nam do ucha Loach, ależ ona się dla tych dzieci poświęca, ależ kocha. Trudno nie sympatyzować z sytuacją, gdy ktoś tak wspaniały naprawdę się stara - wyrzucony przez biedę z rodzinnego dużego miasta i zesłany na prowincję; walczący, by swoje dzieci nie były przez rówieśników wyszydzane przez swoją biedę. Niemniej współczesny kinoman, mający za sobą The Wire (a który nie ma? Jurorzy z Cannes?) może pozostać nieprzekonany - choćby dlatego, że Loach w ogóle nie poświęca pół sekundy na sugestię, czemu właściwie życie tej kobiety powinno być naszym wspólnym problemem. Nie ma tu też wiele sympatii wobec urzędników wykonujących swoją pracę, przestrzegających przepisy, które kazano im wypełniać, może napisanych niefortunnie, ale jednak wiemy, że tak naprawdę nie bez powodu. To film wręcz religijny, bo zło jest w nim jednowymiarowe i pozbawione twarzy innej niż tych wspomnianych urzędników. Zło nie ma tu też powodu innego niż taki, że ktoś widocznie po prostu nie szanuje biednych i nie pozwala im dostać zasiłku w sytuacji, gdy oni, kurczę, naprawdę się starają. Mogę uwierzyć, że ludzie myślą o tym w ten sposób i może nawet w taki sposób rodzą się rewolucje, ale odór zwyczajnej manipulacji nie pozwolił mi w pełni przejąć się tym... dobrym i jedynie dobrym filmem.

 

Daniel Blake (bohater i film) wydaje się przekonany, że w życiu najważniejsza jest godność, można by rzec: by nie żyć na kolanach. Jednak po serii kompromisów wydaje się jasne, że przecież nie udaje mu się ani walczyć z systemem, ani z niego korzystać. Ta "godność" staje się wręcz raczej pociechą po porażce, niż jakimkolwiek wyborem drogi życiowej. Nieco potwierdza to obraz świata 2016 malowany przez filmy tego festiwalu, a nawet - zbieg okoliczności - jego "zglitchowany" plakat na ten rok: oto Europa w chaosie, pozbawiona wspólnot i zgody co do idei, stawiająca ludzi z desperackim pytaniem, co zostaje, jeśli nie opieramy się na rodzinie, lecz na kimś lub czymś, co może nas porzucić.

 

rester_vertical_h_2016

Być może najprawdziwsze wnioski wysuwa więc nieco absurdalny, moim zdaniem sięgający po mroczną wersję Borisa Viana, w pewnym sensie bardzo dobry - ale i zły - film W pionie Alana Guiraudie: uderzający naturalistycznymi scenami porodu czy gejseksu, ale zmierzający wraz ze swoim bohaterem donikąd. Guiraudie, zdaje mi się, mówi: ależ nie ma sensu, nie ma celu. Nie ma nic poza pożądaniem, każdy z nas tylko wysysa z innych, ile się w danej sytuacji da, żyjemy tylko w labriyncie chęci, przyzwolenia od innych i zadowolenia siebie, samego siebie.

wtorek, 02 sierpnia 2016, ogqozo

Polecane wpisy

  • Najlepsze filmy 2016

    Według mnie. Przed wami może najpóźniejszy na świecie tekst podsumowujący na świeżo 2016, ale i kto wie, może pierwszy, w którym nie padnie nazwisko na "T

  • Oscary 2017: typowanie - kategorie techniczne

    Druga część typowania. Reżyser:  zaczynamy od kategorii najbardziej oczywistej. Cztery świetne pokazy artystycznej maestrii, a także Mel Gibson, którego n

  • Oscary 2017: typowanie - kategorie filmowe i aktorskie

    Coroczna próba odpowiedzi na to, czy lepiej być czarnym w USA, czy niedocenianym publicystą filmowym. W tym roku później, krócej, słabiej. Z powodów rodzinnych

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

statystyka