Blog o filmach.
Blog > Komentarze do wpisu

Hannibal

Wszystkim uwielbiającym pożerać odcinki garściami, serial Bryana Fullera serwuje wyjątkowo ciężkostrawną ucztę. I nie chodzi nawet o obecność ludzkiego mięsa w każdym daniu, ale o to, że potrawka zawiera 90% uczuć.

Z wiekiem coraz trudniej jest mi pisać o serialach za darmo, z prostego powodu - gdy obejrzę serial, szybko zapominam, co było. Stałem się więc zapalczywym binge watcherem, składającym na kupkę skrawki wolnego czasu, by potem "łyknąć" cały serial w ciągu tygodnia i zdążyć przelać na pap... na piksele opinię, która przy okazji będzie poparta przykładami. Tak zrobiłem też z polecanym z lewa i prawa Hannibalem (Slant nazwał go najlepszym serialem 2015!), aczkolwiek oglądanie tego czegoś naraz to w wielu momentach jedno z największych wyzwań, jakie przyniesie wam telewizja. Jest jakiś powód, dla którego filmy gore zazwyczaj trwają półtorej godziny, z czego pierwsza połowa to głównie statyczne rozmowy bohaterów o seksie i polityce. Oglądanie wielu odcinków Hannibala pod rząd oznacza zawsze kontakt ze sporą ilością ludzkich ciał krojonych, obdzieranych, zszywanych, układanych i zjadanych na fantazyjne sposoby, a jeśli widz w którymś momencie nie doświadcza śmiertelności w dosadny, wizualny sposób, to na pewno słucha, jak bohaterowie o niej gadają. Tak jak bolognese ma wiele przepisów, ale zawsze opiera się na wydobyciu i podkreśleniu smaku glutaminanu sody z wołowiny, tak absolutnie każda scena w Hannibalu, jakkolwiek by nie przebiegała, kręci się wokół śmierci. Powiedziałbym, że główne składniki na całą tę mamałygę są trzy: sceny gore, sceny elokwentnych i manierycznych rozmów o śmierci, oraz czysto wizualne sceny poetyckie, obrazujące nie wiadomo co, ale myślę, że przede wszystkim śmierć. Powiedziałbym, że przez 39 godzin takiej wyżerki łatwo doznać przesytu i uczucia monotonii, ale z drugiej strony - to być może najbardziej stylowo wykonany serial w historii, dbający o to, by każdy odcięty organ został obtoczony w panierce z egzotycznych przypraw, podgrzewany powoli na patelni z dodatkiem dobrego wina i podany na srebrnej paterze w nienagannej, wielokolorowej kompozycji. Najbrzydszy i najładniejszy serial, jaki widziałem.

hannibal1

Jeśli przejedliście się liczbą metafor kulinarnych w powyższym akapicie, to być może Hannibal nie jest dla was. Ale piszę o nim nie tylko po to, by pozachwycać się czy poznęcać nad tym akurat psychopatycznym zabójcą. Dzieło Fullera (do tej pory znanego chyba głównie z serialu Gdzie pachną stokrotki) idealnie bowiem nadaje się na sztandar nowego rodzaju serialu, idącego w kierunku, który wyznaczył Breaking Bad (co mi się nie podoba w tym kierunku pod względem przekazu, niegdyś tu pisałem). Wymieniłbym tutaj również inne wyjątkowo docenione serie ostatnich lat w postaci Fargo oraz Detektywa. Wszystkie trzy łączy zaskakująco wiele i chociaż oczywiście to tylko część ogromnego tortu zwanego coraz bardziej przestarzale "telewizją", to sam fakt, że powstają i zbierają nagrody przypomina, że względem poprzedniej dekady, zaiste - oglądając wygodnie na kanapie na 40-calowym ekranie, owinięci współmałżonkiem - żyjemy w nowej epoce seriali. Powstają liczne seriale, które mówią głównie obrazem - w których przez wiele minut mogą nie padać żadne słowa, a gdy padają, to często nie po to, by w jakikolwiek sposób napędzać akcję, ale raczej wywoływać pewne wrażenia, niczym poezja. W każdym z wymienionych seriali trudno czasami powiedzieć, CO właściwie zostało powiedziane, ale przyznajemy, że brzmiało ładnie i mądrze. Nigdy wcześniej tak długo czasu podczas oglądania amerykańskiego serialu nie spędzaliśmy, po prostu patrząc na twarze, kształty, figury, kompozycje, czasem i sceny akcji. Opowiadanie obrazem pasuje do zupełnie innej tematyki, niż opowiadanie skryptem - pozwala odnosić się do pierwotnych emocji, zaglądać w głąb psychologii bohaterów i widza, w sposób niejednoznaczn i przypominający nam, że na większość istotnych rzeczy w życiu ludzkość nie wymyśliła w ogóle celnych słów.

hannibal6

W tym kinie rządzi obraz, ale też, by zacytować Detektywa (ok, tak naprawdę Antychrysta Von Triera, ale pasowałoby): rządzi chaos. Niektórych może uderzać niewyobrażalnie dosadna wizualna przemoc, która oddziela język tych seriali od poprzednich naśladowców Twin Peaks, ale mnie bardziej chyba uderza kompletny nihilizm, jaki zionie z tych historii. Wszystkie wydają się mieć na celu obalenie wszystkich konwenansów i każdej wiary. Przekonać nas, że człowiek nie ma nic poza samym sobą, a sensy i narracje nie mają znaczenia. Liczy się w tych seriala tylko to, co (podobno) siedzi głęboko w nas, ale z czym w codziennym życiu nie mamy kontaktu, bo jesteśmy wplątani w siatkę społecznych zależności: trzeba robić A i B, nie wolno robić X i Y. Niczym Walter White, postaci z tych mrocznych seriali wzlatują nad innych, wyzwalając się ponad moralność. W Hannibalu "nie wolno" nie istnieje, a praktycznie żadna decyzja żadnej postaci przez te 39 godzin nie wydaje się kierowana czymkolwiek innym, jak pierwotnymi popędami seksu i władzy. Nie jestem pewien, o czym właściwie tak dokładnie jest Hannibal - i nie wiem, czy twórcy są - ale na pewno powiedzieć można, że stara się podjąć freudowską tematykę sublimacji: wyrażania naszych popędów w pośredni, ale za to akceptowalny przez innych sposób, na przykład poprzez twórczość. Potocznie mówi się najczęściej, że "wysublimowany" jest ktoś, kto używa słów spoza tych 700, do których ogranicza się w życiu przeciętny Polak, interesuje się sztuką inną niż disco polo i Marvel w kinie, starannie się ubiera czy też dba o maniery. I właśnie tacy są tu bohaterowie, zwłaszcza tytułowy. Z drugiej zaś strony obserwujemy tu też na maksymalnym zbliżeniu to, co najbardziej wisceralne w naszej biologii: cięcia, gięcia, gryzienia, operacje i ogólnie wszystko, co z dowolną częścią ciała można zrobić (poza genitaliami. Tutaj jednak amerykański purytanizm zawsze wygrywa, co w sumie uważam za dość zabawne. Wyciąć komuś twarz i zjeść na jego oczach - mainstream, ale jeśli "chcecie" zobaczyć scenę seksu czy porodu, pozostają wam nadal tylko francuskie filmy). Krew, flaki, jucha. Kaszmir, malarstwo, muzyka klasyczna. Hannibal zderza cały czas te dwie skrajności, które budują człowieka. Zazwyczaj nie słowem, a samym obrazem - także tak podstawowym, jak wygląd postaci, gdy widzimy niesamowicie szykowny garnitur bohatera, a jednocześnie przecież patrzymy na twarz Madsa Mikkelsena, która nie może nie niepokoić. To już na swój sposób pociągające, że facet wygląda nieludzko, a do tego jest niesamowicie obojętny, obcy, bez śladu współczucia. Hannibal (i Hannibal) przykłada ogromnie dużo uwagi do dobrego oraz do złego wyglądu i serial w jednym z momentów pierwszego sezonu pokazuje nam, jak strasznie wygląda dowolny człowiek, gdy pozbawia się go brwi. Właśnie podczas tej sceny zdałem sobie sprawę, czemu twarz Mikkelsena działa tak mocno i na tak podstawowym poziomie - jego brwi są tak jasne, a oczodół tak je zagina, że jakby ich w ogóle nie miał. Niby potwór, ale jeśli potwór zachowuje się w akceptowalny społecznie sposób, jest ładnie ubrany i zarabia pieniądze, to czy nadal mamy problem? Nie tak wiele postaci zaludniających świat Hannibala faktycznie ma, co - jak niemal wszystko w serialu - można uznać za czarny humor, albo nie.

hannibal13

Głównym bohaterem serialu jest niby Will Graham (Hugh Dancy), którego twarz z kolei nieustannie wyraża po prostu to, że facet niesamowicie cierpi, bo odczuwa wszystkie uczucia (nie pytajcie). Ale oczywiście, tak jak niewielka rólka Anthony'ego Hopkinsa z Milczenia owiec jest w sumie prawie jedynym, za co pamięta się tamten film, tak tu to o roli Mikkelsena można by napisać nawet osobną książkę. W centrum serialu zatytułowanego Hannibal jest oczywiśicie zdecydowanie ten właśnie... szatan, która to postać od początku odnosi się do mitu, który mamy w głowie. Nawet jeśli bohaterowie nie mają jeszcze pojęcia, na co go stać, i błądzą szukając, któż to może zabijać seryjnie ludzi i urządzać instalacje artystyczne z ich zwłok, to my oczywiście wiemy, a serial często puszcza do tego oko. Czujemy od razu, jaką facet ma władzę, i może nam to imponuje. Niemalże każda scena opiera się na założeniu, że Hannibal jest niesamowicie pociągający, w co czasem łatwiej, a czasem trudniej mi było uwierzyć. Ogólnie raczej męcząca jest dla mnie ta mitologizacja złych ludzi, jaką nieustannie widzę w sztuce popularnej. Hannibal jest tu naprawdę wspaniały. Chodzi w absurdalnie szykownych trzyczęściowych garniturach, a przy gotowaniu najpiękniejszego jedzenia, jakie widziałem, "rozluźnia" stylówę tyle, że podwija rękawy koszuli, której bez wątpienia nie kupiłbym za miesięczną wypłatę. Byłem ciekaw, co dalej, i zaspoileruję wam, że w sezonie drugim widzimy nawet Hannibala w stanie postkoitalnego rozchełstania: ma na sobie wełniany sweter. Facet jest powalająco wykształconym chirurgiem i psychoterapeutą, zna się na wszystkim, jego chawira wygląda jak muzeum, a do tego trzyma oczywiście świetną formę fizyczną. Hobby? Oczywiście gra na pieprzonym klawesynie i układanie własnych kawałków (zapytany o moment, gdy prawie zginął, odpowiada: "metabolizuję to doświadczenie komponując nowy utwór muzyczny"). Ponadto w ramach hobby koleś zabija, deformuje i zjada ludzi - sprawnie, nie zostawiając nigdy żadnych śladów. Nie wyznaje żadnej moralności, chce czuć się jak Bóg władający nad życiem i śmiercią niższych od siebie jednostek. Nie ma żadnego współczucia dla słabych, a szacunek dla mocnych wyraża, sprawdzając ich siłę - na przykład ot tak, dla jaj, nasyłając na nich innych psychopatycznych morderców. Ale na co dzień? Najbardziej grzeczny i opanowany koleś na świecie. Kobiety za nim szaleją poprzez ten jeden dziwny trick! Coż mogę powiedzieć? To chyba trochę przesada. Druga połowa serialu - na razie liczącego 3 sezony - nie jest praktycznie o niczym innym jak o tym, że Hannibal jest niesamowicie atrakcyjny i wszyscy do niego ciągną niczym muchy do ognia. Jak wszystko chyba w tym serialu, jego postać staje się z czasem coraz bardziej przegięta, porzucając spójność czegokolwiek, a ja ciągle miałem wrażenie, że podstawowe założenie: "Hannibal jest interesujący" pozwala wypaczać wszelkie zasady prawdopodobieństwa i budowania narracji. Fabuła zagina się wokół estetyki, ale wiecie co? Psychologicznie rzecz biorąc - jeśli uznamy za twórcami, że id jest mocniejsze, niż superego, że nasze pierwotne instynkty dominują nad nabytymi społecznie normami - może i ma to sens i pasuje. Któryś z bohater mógłby powiedzieć: w tej grze, kamień pokonuje papier. A nożyce pewnie w tym czasie wbijają się komuś w aortę.

hannibal4

Konwencja serialu na przestrzeni trzech sezonów jest dość dynamiczna - tak, że można by wręcz opisać go jako dwa czy trzy osobne dzieła. I to również jest coś, na co chciałbym zwrócić uwagę w kontekście współczesnych seriali w ogóle. Otóż po The Wire czy The Shield czy Mad Men dzisiaj nadal widzimy, że coś takiego jak serial czy sezon serialu jako całościowe dzieło jest kategorią bardzo trudną i problematyczną. Nadal większość twórców gubi się, gdy próbuje odejść od dwóch najprostszych schematów, dopracowanych przez dekady: albo każdy odcinek jako osobne dzieło, albo film na 90-180 minut. Hannibal początkowo na pewno trzyma się tej pierwszej konwencji: odcinki pierwszego sezonu w większości poświęcone są stosunkowo tradycyjnej narracji na zasadzie "sprawy tygodnia", znanej z seriali kryminalnych. Will, Hannibal i inni przychodzą na miejsce zbrodni. Will patrząc na zwłoki od razu doskonale wie, czym kierował się zabójca i jaki ma charakter. Hannibal rzuca wiedzą z dziedziny psychologii, historii, biologii, zoologii czy dowolnej innej, no i sprawa jakoś tam się rozwiązuje pod koniec odcinka. Z czasem jednak formuła ta zdecydowanie się rozplata. Inne postaci schodzą na dalszy plan, a główny wątek rywalizacji/pościgu/miłości/nienawiści... czy cokolwiek jest między Willem, a Hannibalem, staje się głównym punktem skupienia. Za tym idzie zmiana stylu - więcej scen "poetyckich", a nieco mniej "zabawnych" gier słownych, które do pewnego momentu są absolutnie w każdym odcinku. W serialu pamiętam co najmniej TRZY przypadki wykorzystania dwuznaczności wyrażenia "have you for dinner". Gdy Hannibal przyrządza pewną rudą kobietę, mówi do kompana w kuchni: "slice the ginger". I tak dalej, i tak dalej.... Hannibal wypełniony jest też scenami, w których bohaterowie siedzą w gabinecie i mówią o tym, co czują. Zabawnie pogrywa się tu z kultowym zdaniem psychoterapii, how does that make you feel? - ale to taki rodzaj kampowego kina, który jednocześnie szydzi z kiczowatej konwencji, jak i z niej korzysta, bez niej nie może żyć. WIększość z nich jest w sumie głupia, ale też przezabawna, a na swój sposób... nawet mądra. To serial, w którym postać powie do innej, że "dźwigasz swoją koncentrację niczym przepełniający się kubek", w którym "trzeba zajrzeć głęboko pod skórę, by poznać naturę patologii tego zabójcy", w którym nic nigdy się nie zmienia, tylko zawsze "ewoluuje", w którym ofiara "jest jedynie tuszem, z którego wypływa mój poemat", w którym porusza nas, że bohater "czuje, jakbym rozmawiał z jego cieniem, zawieszonym na kurzu", w którym instalacja z części ciała dostaje wypowiedziany z kamienną twarzą, niczym w kinie, komentarz: "rażące przypomnienie o swobodzie, jaką daje śmierć". W którym postaci cały czas rozmawiają o innych, wypowiadając ich imiona i nazwiska. W którym Gillian Anderson, deklamując w rekordowo powolnym nawet jak ten serial tempie, nie powie nigdy po prostu, że coś jest nierozsądne, ale: "to, co proponujesz, jest tak nierozsądne, że znajduję trudność w wyobrażeniu sobie, iż ten moment w ogóle istnieje". Na co dostanie odpowiedź: "decyzje powstają z ugniecionych uczuć. Są częściej grudką, niż sumą". To wszystko jest dość szalone! Ale o dziwo całość trzyma pewien balans brawurowej, ale wystarczająco szybkiej i wypełnionej atrakcjami jazdy bez trzymanki.

hannibal9

Trzeci sezon to już praktycznie w całości rzecz, którą sam Fuller opisał jako "pretensjonalne kino artystyczne". Niemalże nic już się nie "dzieje", i nawet wspomniane rozmowy o uczuciach nie są już aż tak częste, jak sceny kompletnej "poezji", gdy na przykład oglądamy w stukrotnie spowolnionym tempie, jak rozbryzgują się kropelki krwi, ślimaki chodzą po ciemnej jaskini, albo pojawia się jeleń (jeleń pojawia się w Hannibalu cały czas. Ale spokojnie, jest to bardzo głębokie: otóż to symbol śmierci). Niektórym się to podoba, bo jest Lynchowskie, jest jak w Twin Peaks, jednym z najbardziej wpływowych dzieł sztuki XX wieku. Ale ja zdecydowanie wolę dwugodzinne filmy Lyncha, niż ten dłużący się, wypełniony "fillerami" niczym albumy słabych kapel, twór zwany drugim sezonem Twin Peaks. I podobnie tutaj mam wrażenie, że twórcy po prostu nie mieli specjalnie pomysłu, jak wypełnić czas tych 13. godzin historią nadającą na dwie. Wydaje mi się, że obecnie, w epoce streamingu i reżyserów filmowych robiących seriale, jest to coraz częstsza przypadłość. Wspomnę tu jedynie o popularnym niezwykle serialu/długim filmie Stranger Things, poświęcającym 8 godzin na historię, którą absolutnie można by opowiedzieć w dwie - tak sztucznie odkładając pewne oczywiste wydarzenia, że trudno nie stwierdzić, iż dłuższy czas dzieła to po prostu rozciągnięcie go na format serialu, a nie rzecz konieczna, by oddać kompleksowość tej historii. Czy historie, które w ogóle nie są kompleksowe, powinno się opowiadać przez wiele godzin, aby na tym zyskują? Nie jestem do tego przekonany. I tak, wyzwalając się w miarę trwania ze schematu "historii na odcinek", Hannibal wcale za bardzo nie wie, jaki nadać kształt narracji. O ile drugi sezon kończy się cliffhangerem, tak w trakcie trzeciego nagle dostajemy kompletne zamknięcie jednej historii i podjęcie zupełnie innej - która dodatkowo kopiuje (w sposób tylko trochę ciekawy) historię z książki Czerwony smok, wielokrotnie już adaptowanej. Z jakiegoś powodu mam uważać już nie tylko, że warto przez 30 minut odcinka rozmawiać o uczuciach Willa wobec Hannibala (trzeci sezon naprawdę przypomina klimatem adaptację któregoś z homoerotycznych fan-fików pisanych przez 15-letnią fankę powieści), ale też, że ciekawy niezwykle jest sam "wielki czerwony smok" - zabójca w istocie strasznie nudny i prostacki w porównaniu do tego, czego doświadczaliśmy z rąk Hannibala przez pierwsze dwa sezony. Summa summarum, chociaż serial momentami wręcz uwielbiałem, jego zakończenie witałem z ulgą - z wrażeniem, że najlepsze, co mieli do powiedzenia, dawno już zrobili. W tym sensie dynamikę narracyjną kolejnych sezonów Hannibala można porównać więc ani do zbioru opowiadań, ani do powieści, ale może do dyskografii co bardziej rozwojowej kapeli muzycznej - z kolejnym rokiem twórca chce zrobić coś nowego, zmienić kierunek... Niektórym się to spodoba bardziej, niż poprzednie dokonania - ale starzy fani mogą narzekać.

hannibal12

Z racji przechodzonych przez serial zmian... sorry, ewolucji, trudno mi podsumować celnie Hannibala, bo czasem sam nie mam pewności, co mi zaserwowano. W swoich najlepszych momentach Hannibal jest niczym ożywiony obraz Kena Currie'ego czy Otto Rappa, w najgorszych - tylko zbiorem śmiesznych żarcików o jedzeniu ludzi, którzy się nam nie spodobali, i trudnym bromansie. A może odwrotnie?

Wniosek z całej historii wydaje się dosłownie być taki, że fajnie jest zabijać, bo przynajmniej człowiek robi coś ciekawego. Reszta ciągle jest porzucana czy dostosowywana (by wspomnieć postaci poboczne służące głównie jako rekwizyty), płynąc w wyjątkowo pozbawiony ram sposób - czasami urzekając mnie tą bezczelną swobodą, a czasem zwyczajnie nudząc przesadnym samozachwytem. Druzgocący przekaz Hannibala wpisuje się ładnie w krajobraz sztuki 2016 roku, kiedy to politycy nie są już idealistami z West Winga, lecz cynikami z Veep, a zabawna kreskówka to nie celebrujący przeciętność Simpsonowie, ale międlący alienację jednostki BoJack Horseman.

A jednak muszę powiedzieć, że żadna ilość egzekucji zobaczonych na ekranie nie skłania mnie do zaakceptowania nietzscheańskiego kultu pustej siły, zaś widząc tę brutalną falę w TV, nadal mam głównie ochotę zapytać jedynie: czemu tacy jesteście? Jaki jest wasz problem, że robicie takie seriale? Ale to wcale nie znaczy, że mamy złą sytuację, jeśli najlepiej obecnie oceniane seriale wcale nie przypominają tych, które początkowały "złotą epokę telewizji" w HBO na przełomie wieków. Ależ nie. Jeśli The Wire było dziełem kompletnym, to może i dobrze, że nowi twórcy nie działają w ogóle według tych zasad, ale próbują czegoś absolutnie niekompletnego. Jestem pewien, że za rok, dwa, może dziesięć - w końcu dojdą do wniosku, że nieustanne mordowanie nie jest wcale AŻ TAK bardzo fascynujące w porównaniu do codziennego życia, a bycie złym to nie aż tak pociągająca sprawa. I już nie mogę się doczekać, co jeszcze zrobią z kamerą i obrazem, jeśli Hannibal pokazał, że "nie wolno" nie istnieje.

niedziela, 18 września 2016, ogqozo

Polecane wpisy

  • Nowe Horyzonty 2017: Kino Świata

    Światowi ludzie na światowym festiwalu oglądają światowe filmy. I widzą Świat trochę w jakimś kryzysie, a trochę taki jak zawsze.   Zawsze się o tym s

  • Najlepsze filmy 2016

    Według mnie. Przed wami może najpóźniejszy na świecie tekst podsumowujący na świeżo 2016, ale i kto wie, może pierwszy, w którym nie padnie nazwisko na "T

  • Oscary 2017: typowanie - kategorie techniczne

    Druga część typowania. Reżyser:  zaczynamy od kategorii najbardziej oczywistej. Cztery świetne pokazy artystycznej maestrii, a także Mel Gibson, którego n

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2016/09/20 19:20:36
Bardzo ciekawa opinia.

Napisaliśmy o tym serialu niemal jednocześnie, ale doszliśmy do wręcz przeciwnych wniosków. Mnie się "Hannibal" bardzo podobał, szczególnie jego wizualna strona. Tylko trzeci sezon okazał się bardzo słaby, gdyż forma zdecydowanie przerosła treść.

Pozdrawiam.
-
2016/09/21 14:46:09
No to może tekst jest zbyt... wysublimowany, bo dałbym głowę, że właściwie napisałem w nim mniej więcej to samo.
-
2016/09/23 19:03:09
Miałam raczej na myśli to, że dla mnie serial "Hannibal" to małe, wizualne arcydzieło, a Ty wyrażasz się o nim raczej krytycznie.
-
Gość: Marta, *.icpnet.pl
2017/02/14 10:20:00
Doczekamy się w tym roku oscarowych przemyśleń? :)
-
2017/02/20 09:48:35
Miałem nawet "zarezerwowany" czas na Oscary w zeszłym tygodniu, który niestety unieważniły wydarzenia prywatne. Mimo wszystko postaram się napisać coś przed ceremonią, choć pewnie nie tak dobrego, jak zazwyczaj. W skrócie mówiąc, wygra "La La Land", a na Oscarach dowiemy się parę razy, że Trump niedobry a Hollywood dobre.
-
2017/03/15 17:37:54
Dobry blog i ciekawy wpis - dodaje do ulubionych!

statystyka