Blog o filmach.
Blog > Komentarze do wpisu

Najlepsze filmy 2016

Według mnie.

Przed wami może najpóźniejszy na świecie tekst podsumowujący na świeżo 2016, ale i kto wie, może pierwszy, w którym nie padnie nazwisko na "T", nie będziemy pisać o tym, jakie to ciężkie czasy panie nastały, Brexit i wojgle, a w Polsce to te Kaczory panie... Wiecie, jak jest.

Mam zresztą wystarczająco wiele własnych spraw, a przede wszystkim - nie wiem, czy ten rok był jakiś inny w kwestii repertuaru, czy też rośnie dystans, ale nie było łatwo się tak często filmami przejąć, a jeszcze bardziej - zapamiętać. Niczym sportowiec po trzydziestce, ja już teraz czuję rosnący opór organizmu, i z rosnącym wysiłkiem znajduję czas, by obejrzeć wystarczająco wiele filmów, a później obejrzeć wszystkich kandydatów jeszcze raz, bo nie pamiętam, co w nich w ogóle było, wybrać 10... Oczywiście, jest w tym poczucie osiągnięcia, ładnego zamknięcia rozdziału. Co roku głównym priorytetem jest oczywiście nadal napisać coś, co będzie lepsze niż wszystko w "Kinie", ale sam widzę, że różnica zdaje się zmniejszać. I chociaż to tylko blog, którego nikt nie czyta, prowadzony nadal na serwisie, który zdaje się działa już tylko z rozpędu i został zapomniany przez samego jego stwórcę, to pozostaje trochę wstyd.

Nota bene, w "Kinie" na 2. miejscu tego rankingu znalazł się film pt. Ostatnia rodzina, który też został filmem roku w "Wyborczej". Nie wiem, co tu dodać, skomentować. Może jak zawsze: oto ranking dla ludzi, których najbardziej interesują filmy zupełnie inne, niż Ostatnia rodzina.

Obejrzałem trochę ponad 100 filmów, w tym niemal wszystkie, które pojawiły się w czyimkolwiek top 10 w "Kinie". Oceny ich wszystkich tuż po obejrzeniu są oczywiście w odpowiedniej sekcji. Ustalanie top 10 w tym roku było nieco po grudzie. Z pamięci wymieniłem dwa filmy, o których od razu po projekcji wiedziałem, że należą do moich ulubionych. To dwa pierwsze na tej liście. Następne trzy miejsca wpisałem z pewnym przekonaniem, oglądało mi się je po prostu super. Miejsca 6-10 można już kompletnie zamienić kolejnością, albo i wymienić z peletonem wypisanym poniżej.

 

Coś o nazwie "Filmowe Łowy" robię już przez 10 lat, i za wiele przez ten czas się nie stało. Nie dostałem wyróżnień do Mętraka, ani oczywiście nagrody. Top 10 pozostaje metodą, by śledzić, jak zmieniał się mój gust wraz z odkrywaniem coraz większej liczby filmów, nie tylko puszczanych w każdym Multikinie. Pierwsze miejsce w topie roku "Filmowych Łowów" zajmowały kolejno: Życie na podsłuchu, Aż poleje się krew, Bękarty wojny, Poważny człowiek, Le Quattro Volte, Margaret, Przed północą, Co jest grane, Davis?, Mad Max: Na drodze gniewu, a teraz... to, co poniżej.

 

W tym rankingu wieku mentalnego zanikania, walki z kurczącymi się czasem i pamięcią, okazało się, że wyjątkowo mocno sympatyzowałem z filmami, o których przede wszystkim wiem, że je za coś zapamiętam, może za jedno uczucie, ale specyficzne dla tego filmu, sprawiające, że po dłuższym czasie nadal go kojarzę. Nie wiem, czy to powinien być największy komplement dla dzieła sztuki, nad którym setki osób pracują miesiącami, zużywając miliony budżetu. Ale... ja na miejscu reżyserów bym się wzruszył. Rok 2016, a nawet spora część 2017 - to już tylko przeszłość, puszczona z dymem i kasą na bilety do kina.

 

Zwierzęta nocy

1. Zwierzęta nocy, Tom Ford

Henry Miller stwierdził, że najlepszy sposób, by zapomnieć o kobiecie, to napisać o niej książkę, i powiem wam nawet, że to zdaje się działać – ale zajmuje sporo czasu i może być mało zyskowne. Sztuka próbująca słowami wyrazić istotę bólu często wymaga specyficznych ram, by odbiorca się wciągnął: niech to będzie dość wartka historia, z protagonistami i antagonistami, najlepiej niech ktoś dosłownie zginie, zostanie pokrojony przez zbira, albo niech mu to chociaż namacalnie zagraża, wtedy będzie ciekawe. Tymczasem najgorszy ból typowego współczesnego średniaka często oczywiście nie jest z zewnątrz tak efektowny: coś po prostu nie styka z kobietą, rodziną, z ludźmi, nie szanują nas, jeśli nawet umierają to na raka czy inny wylew w starszym już wieku, i jakoś tak się żyje bez nich. Nie do końca materiał na hit. Zwierzęta nocy opowiadają głównie dwie dość zwykłe niby opowieści: gatunkową i niegatunkową, mówiąc językiem tłumu: ciekawą i nieciekawą. Obie oczywiście zostały przez oryginalnego autora tak naprawdę wymyślone. Zdaje się, że głównie po to, by – balansując gdzieś między Dirt Alice in Chains, Marylinem Mansonem i I Am Bird Now Antony’ego – przybliżyć nam możliwie mocno wiele spośród najokropniejszych uczuć naszego życia, od prawdziwego strachu, przez utratę, po kompletny bezsens. W gatunkowej historii bezwzględne Zło ma twarz Aarona Taylora-Johnsona, w niegatunkowej – czujemy jego działania, ale nie ma twarzy, można je najwyżej zidentyfikować ze światem, Bogiem, życiem, ogólnymi prawidłami, z którymi nie da się negocjować, można tylko bezsilnie okładać je pięściami w uczuciu ogólnej rezygnacji, i wydawać z siebie krzyk, który nikogo już nie obchodzi. Oglądanie tych historii naraz wydobywa zupełnie nowe, unikalne uczucie, którego nie da się oddać inaczej, niż właśnie zestawiając te narracje obok siebie. Nikt jeszcze nie zrobił takiego filmu, jak Tom Ford – a on zrobił go dodatkowo bardzo, bardzo dobrze, pozwalając poczuć chłód szkła w oczach Amy Adams i pozbawiający nadziei brak jakiegokolwiek zrozumienia w tych Taylora-Johnsona.

 

Dzieciństwo wodza

2. Dzieciństwo wodza, Brady Corbet

Co ludzie robią w wieku 27 lat? Jedni piszą bzdety za grosze i durnowate blogaski po godzinach, a inni, jak Corbet, reżyserują monumentalne dzieło filmowe, które oszałamia niczym operowy sztorm. Żyję dla takich filmów, jak Dzieciństwo wodza – soczystych, odważnych, prezentujących porażającą wizję ludzkości i niesamowitą estetykę. Jedna z najlepszych introdukcji, jakie pamiętam w kinie (czy ten sam film bez niej byłby 500 razy słabszy? Nie wykluczam), modernistycznie zderzająca gwałtowną muzykę z montażem „z epoki”, zapowiada wyjątkowo kapitalny soundtrack i ogólnie niezwykły film – ale uroki Dzieciństwa wodza ciągle wydają się wypływać z nowych źródeł, dorównując jakością najlepszym. Historia opowiadająca o dziwnym dziecku, które z jakiegoś powodu, no, jakoś tak... od zawsze postrzega świat jako wrogi – osiąga poziom paranoicznego wzburzenia, który widziałem niewiele razy od czasów świetności Polańskiego. Dotykając w intrygujący i przewrotny sposób kwestii Tematów Epoki, film prowokuje do rozważań niemal jak najlepsze włoskie filmy polityczne (by wspomnieć umieszczone tu niegdyś Vincere). Co jednak dla mnie ważniejsze, w umiłowaniu do imponującego tonu, geometrycznej formy, dekoracji i światła, film sprawia mnóstwo zmysłowej, bardzo Kubricznej przyjemności. No więc, tak – wychodzi, że odstawiam klasyk recenzji filmowej i wielbię film jeno poprzez serię porównań. Ale w niektórych dziedzinach tak się zawsze działa. Dzieciństwo wodza powaliło mnie nie tyle jako dzieło narracyjne, co muzyczne czy architektoniczne, wznosząc przepastny gmach wypełniony przestrzenią smaku, koloru i szaleństwa.

 

Aż do piekła

3. Aż do piekła, reż. David Mackenzie

Własność jest święta. Nie wolno zabierać ludziom tego, co mają. A dlaczego oni to mają? Heh, to ciekawsze pytanie. Na czymś budują, coś inwestują. Kiedyś, ktoś tam, może oni, może ich dziadkowie, może krajowe wojsko 200 lat temu, komuś zabrali. Ale teraz już jest ich. Brać nie wolno. Jeśli założenia naszego świata brzmią jak niezawodny przepis na niekończącą się spiralę przemocy, to Aż do piekła potrafi w wyjątkowo celny i efektowny sposób połączyć przyczynę z efektem i pokazać intrygujący konflikt międzyludzki o takiej treści. Nikt nie jest tu jakimś specjalnym skurwysynem – ot, chcą mieć lepsze życie, i obchodzi ich to nieco bardziej niż pewne zasady niewolniczej moralności i bycia grzecznym. Jak to w życiu. Nad głową wisi jedynie cały czas pytanie, czy im się uda. Niedoceniany do tej pory David MacKenzie potrafi zadawać je nieustannie przez proste zabiegi, budując napięcie w bezruchu i lepiej oddając ducha Sergia Leonego, niż w innym westernie z tego roku zrobił to Quentin Tarantino. Tempo filmu jest być może najprzyjemniejsze ze wszystkich produkcji 2016, sprawiając, że chociaż patrząc statycznie naprawdę nic tu nie jest specjalnie epickie, to wszystko od pierwszej do ostatniej sceny pachnie wydarzeniem: bohaterowie są dokładnie w takim stopniu pewni siebie, by widz pozostawał ciągle niepewny. Niepewny nawet nie samych wydarzeń, kto kogo zastrzeli, a kto ucieknie: ale jak ci ludzie niczym wilki będą dalej żyć z tym stosunkiem siły. Zaufajcie 50-latkowi ze Szkocji (oczywiście wykorzystującemu kapitalny scenariusz rodowitego Teksańczyka Taylora Sheridana), by najprościej pokazał wam, o co chodzi w Ameryce Trumpa.

(cholera, nie uniknąłem...)

 

Serce psa

4. Serce psa, Laurie Anderson

Kiedy pierwsza scena filmu to wyjęta ze słuchowiska opowieść autorki w pierwszej osobie o tym, jak to się jej śniło, że rodzi psa, w kwestii wizualnej okraszona jedynie statycznymi szkicami o bliżej nieokreślonej, niebudzącej na pewno podziwu treści – nie nastawiam się na fascynujące półtorej godziny, że tak powiem. A jednak ostatecznie tak właśnie muszę opisać Serce psa, jeden z najbardziej poruszających serce i umysł filmowych esejów, jakie widziałem. Obrazy towarzyszące gadanej opowieści Anderson zawsze pozostają dość dosłownymi, i niespecjalnie nawet urokliwymi, ilustracjami tego, co mówi. Ale gawęda jest tak fascynująca, że i tak siedziałem przed ekranem urzeczony. Lubię słuchać osób, która mają coś do powiedzenia, a Anderson tak mistrzostwo żongluje tematami - „no i wtedy mój ślepy pies nauczył się grać na pianinie… Wiesz co, jeden z moich ulubionych obrazów Goi wygląda tak… Mój znajomy umarł w bardzo ciekawy sposób, był rzeźbiarzem… 9/11...” – że można podziwiać film z rozdziawioną gębą, niczym tancerza, który przez ponad godzinę ciągle zmienia ruchy. W jednym momencie jest to lepsza niż Nowy początek ilustracja twierdzeń Wittgensteina o roli języka, a zaraz – po prostu łaskawa dokumentacja wypadu w góry z uroczym pieskiem. Anderson, można odnieść z filmu wrażenie, nie jest Chantal Akerman i nie zrobi kolejnych tak dobrych dzieł tego typu – wszystko w Sercu psa pachnie pasją, którą osiąga się jedynie w projekcie życia, tak jakbyśmy spotkali się na tonącym statku i mieli tylko chwilę, by wysłuchać całej „jej opowieści”. Może jeszcze chwilę pożyję, ale jestem przekonany, że niektóre myśli, obrazy i uczucia z Serca psa pozostaną we mnie na zawsze – i dlatego jest to jeden z najlepszych filmów roku.

 

Kubo i dwie struny

5. Kubo i dwie struny, reż. Travis Knight

Co roku jakaś tam liczba popularnych filmów stara się osiągnąć podobny efekt: zadziwić odbiorcę efektownym widowiskiem wedle względnie określonych ram opowieści o bohaterze mierzącym się z kolejnymi trudnościami, które dziarsko za pomocą kopniaków, mieczy czy innych strzał z łuku pokonuje. Kubo w swej koncepcji i ogólnym sposobie dramaturgii nie odbiega od standardu kina akcji, więc nie jest tak proste powiedzieć, czemu oglądając akurat ten film czułem dokładnie to, czego nie czuję przy większości innych. Po pierwsze dlatego, że choć pod względem scenariusza i przekazu jest to widowisko proste – nie znaczy, że jest głupie, a to zawsze osiągnięcie. Nie tylko z racji japońskich kształtów, animacja studia Laika bardziej tak naprawdę idzie w ślady oryginalnych filmów akcji Kurosawy niż Gwiezdnych Wojen i kolejnych coraz bardziej nastawionych na sprzedaż ich derywatyw. Po drugie jednak, ważniejsze – Kubo naprawdę JEST efektowny, a nie tylko skleja ujęcia i eksplozje w na tyle szybkim tempie, żebyśmy mieli okazję udawać, że jest. Każda wręcz scena w tym filmie jest niemożebnie piękna – kolory są soczyste, faktura wszystkich powierzchni wręcz apetyczna, urzekająco różnorodne i specyficzne światło definiuje wyjątkowy klimat każdej sceny, a ruch i dźwięk są po prostu dynamiczne i obdarzone prawdziwą głębią, tworząc prawdziwą, wciągającą przestrzeń. Do tego Kubo nieustannie wręcz rzuca z kamienną twarzą całkiem pierwszorzędne żarty. Nie mam na to wszystko wielkich pozatechnicznych wniosków, poza tym, że lubię fajne filmy, które pozwalają mi łatwo się ekscytować. I nie zaprzeczę, że najwyżej kilka razy w tym roku ekscytowałem się tak, jak podczas projekcji Kubo (oczywiście nie zachęcam do oglądania polskiego dubbingu, ble, ale film wykonany tą techniką jak mało który ma faktyczny trójwymiar w wariancie 3D).

 

Sausage party

6. Sausage Party, reż. Conrad Vernon i Greg Tiernan

Nie sądzę, by Seth Rogen i inni scenarzyści Sausage Party czytali wiersz „Na straganie” Brzechwy, ale jakoś udało im się stworzyć adaptację, na którą czekałem wiele lat. Od malca zastanawiałem się, po co właściwie rzepka wokół mnie z taką pasją kłóci się wiecznie z koperkiem, licytując, kto lepszy, jakby ignorując morał kapusty ze słynnego wiersza: „po co wasze swary głupie, wnet i tak zginiemy w zupie”. Życie jest okrutne – nie zostawia wątpliwości ta durnowata komedia wypełniona żartami o ruchaniu dosłownej bułki przez dosłowną kiełbasę. Jest okrutne i okrutnie się kończy, tak naprawdę wszyscy o tym wiemy, a metody, które wymyślamy, by temu zaprzeczyć, nikomu za wiele szczęścia nie dają. Sausage Party, po cichu jeden z najlepszych w swojej dosłowności pokazów egzystencjalizmu w sztuce, nie znajduje specjalnie wzniosłej odpowiedzi na to, czym wobec tego ręce zająć, by swojego jedynego życia nie zmarnować – fani wysublimowania nie znajdą tu wiele dla siebie, mogąc jedynie prychnąć z wyższością i wrócić do rozrywek Fajnych Ludzi. Film Rogena i spółki to prosta, goła kiełbasa, która wie, czego chce, i nie boi się powiedzieć bezpośrednio innym, że wspólne jaranie i pozbawiony wymagań seks to właśnie to, czym chce wypełnić swoje życie w jak największym stopniu. Zawsze ceniłem takich ludzi i takie historie, a Sausage Party jest do tego bardzo zabawne. Tak, serio. Mnie to wszystko super bawi. Jeśli kiedyś będę uważał za lepiej spędzony czas wszelkie Ostatnie rodziny niż komedie Rogena, to będę musiał się poważnie zastanowić, czego z kolei ja szukam w życiu.

 

Anomalisa

7. Anomalisa, reż. Duke Johnson i Charlie Kaufman

Jest coś wyjątkowo żałosnego, kiedy uznany, udany, popularny człowiek – nagradzany setki razy w USA scenarzysta czy też autor cenionej książki o zwiększaniu produktywności w sprzedaży – opowiada o tym, jaki to on jest kurczę SAMOTNY, ale Charlie Kaufman zawsze tym różnił się od innych próbujących, że żałosność go nie zniechęca. Wyrażenie „utracona miłość” dla Lisy oznacza straconą nadzieję na to, by wreszcie spełnić podstawową ludzką potrzebę i znaczyć coś dla kogoś na więcej niż chwilę, ale dla Michaela – te same słowa opisują rozpacz za ulotnością momentu, w którym znowu czujesz, że ktoś cię obchodzi. Ale że ludzie lubią szukać w innych analogii i podobieństw, mogą mieć przyjemność w mówieniu: rozumiem. Inaczej niż to zazwyczaj ma miejsce z moimi ulubionymi filmami, oglądając Anomalisę czuję głównie obcość: unikalny język tego filmu wywołuje we mnie nagminne uczucie, że o coś jeszcze w tym wszystkim chodzi, ale jestem za krótki w uszach, żeby mieć do tego dostęp. Trochę jak kolejna kobieta, która właśnie przestała być dla swojego kochanka wyjątkowa, ale jeszcze tego nie wie, patrząc tylko błagalnie na jego nagle zmienione spojrzenie. Obojętnie, czy o to chodziło, czy nie, Anomalisa to świetny horror egzystencjalny, rozkoszna komedia oraz film animowany używający środków, których jeszcze nikt nie użył, by zaadaptować nieadaptowalne. 9 lat po premierze mojej ukochanej Synekdochy, jedyny od tego czasu film napisany przez Kaufmana pozwala znowu poczuć tę rozkoszną pociechę, że choć jesteś sam, to ktoś inny też jest sam w bardzo specyficzny sobie sposób, i pomimo braku faktycznego kontaktu, jakoś przez to jesteście mniej sami. 

 

Nawet góry przeminą

8. Nawet góry przeminą, Jia Zhangke

Wszystkie te zarąbiste wschodnie filmy o przemijaniu czasu mają stosunkowo łatwiej w takim przeglądzie: przyznam, że za pierwszym razem nie do końca wszystko rozumiem, głównie z racji kulturowego i językowego dystansu, ale jakże miło się je zazwyczaj ogląda po raz kolejny. Jak na ironię, bo filmy Jii – ten również – kręcą się głównie wokół westernizacji obejmującej „rdzenną ludność chińską”, w tym przypadku: aż do sytuacji, gdy dzieci z tradycjami rodziców nie mają wspólnego praktycznie nic. Nawet góry przeminą to mocna konfrontacja, z mocno za mocno dosadnym jak na mój gust przekazem, ale co zrobić – skłamałbym mówiąc, że choć jest to nieco irytujący film Jii, to nadal nie wyróżnia się na tle repertuaru kinowego niezrównaną głębią i pięknem. Ten koleś potrafi sprawić, że nawet ujęcie jak karetka jedzie po ulicy, albo że jest sobie korytarz, w jakiś sposób uderza Bressonowskim uczuciem namacalnej realności. Mieszkanie w obskurnym bunkrze, jazda psującą się lawetą po piaszczystej drodze, dansing do cienkiego odtwarzacza CD – to wszystko jest u Jii JAKIEŚ, co dla mnie jest na pewno ważniejsze niż fakt, że doznania epoki uniludzi obsługiwanych przez Google jest tu wyraźnie pokazana jako będące żadnymi. Nie za bardzo mnie w Nawet góry przeminą obchodziło, dokąd zmierza ta monumentalna, rozłożona na dekady, pełna przyjemnie budujących głębię elips historia – ale sam fakt obcowania z dziełem tak pieczołowicie obrazującym wielkie zjawiska przez pryzmat zupełnie banalnych żyć. No wiecie, jestem fanem punk rocka – jak dla mnie, krytyka bezdusznego kapitalizmu musi przede wszystkim być fajnie zrobiona.

 

Wszystkie nieprzespane noce

9. Wszystkie nieprzespane noce, Michał Marczak

Zawsze uważam za bezsens pisanie tego, co już zostało napisane – zwłaszcza za darmo – dlatego nie będę zaczynał w sprawie filmu, o którym wspominałem już przy okazji mini-relacji z Nowych Horyzontów. Okej, spróbujmy tak: ostatniej jesieni miałem okazję spędzić noc na warszawskich dworcach, i ogólnie włócząc się po mieście. Szwędałem się po tych niekończących się nudnych ulicach z nowo poznanymi na koncercie znajomymi jednej nocy, aż kapnąłem się, że nic (taniego) już nie jedzie do następnego miasta aż do szóstej rano… i tak chodziłem i siedziałem, patrząc na okazjonalnych i stałych włóczęgów dharmy, naćpaną młodzież próbującą wyartykułować zamówienie w McDonaldsie, koczujące na Wschodnim rodziny z krajów wszelakich... I wiecie co? Było fajnie! Pierwszy raz w życiu lubiłem Warszawę. Bo życie nocą ma niepowtarzalny czar typu "whatever, jest noc, wszystko wolno", do którego zawsze mi tęskno, a tam nawet we wtorek o czwartej coś się dzieje. Pokazując wypełnione spotkaniami z ludźmi, używkami, podrywaniem dziewczyn i rozmowami o ważnych sprawach życie, Wszystkie nieprzespane noce demonstrują piękno wszystkiego wręcz, do czego mi było wtedy, a i dziś jest tęskno - jednocześnie piewiąc urok życia klasy nieco niż ja bogatszej w Warszawie, będąc niesamowicie rzadkim przykładem sztuki naprawę światowego poziomu i jednocześnie bardzo o Polsce, atrakcyjnej i pozytywnej... a jednak o Polsce. Ponadto aktorzy i reżyser są cudownie rześcy i młodzi, tryskając energią i pomysłami w każdej scenie. Dla jednych „Niewinni czarodzieje XXI wieku!1!”, dla innych… (sprawdza pismo)… film gorszy od Ostatniej rodziny: dla mnie to jeden z najciekawszych polskich filmów od dawna, co z moich ust znaczy oczywiście: że obejrzeć go może mieszkaniec każdego kraju i już zawsze w niektórych momentach życia pomyśli: o, to mi się kojarzy z rzeczą, którą tak trafnie i fajnie pokazały Wszystkie nieprzespane noce.

 

Hardcore Henry

10. Hardcore Henry, Ilia Naiszuller

Są powody, dla których schodzi mi na to wszystko tyle czasu, i nigdy nie wybieram filmów, nie sprawdzam nic przed projekcją, ani nie wyłączam niczego przed zakończeniem. Dać się zaskoczyć filmowi to nierzadko przyjemność zdecydowanie tego warta. Przez pierwszy kwadrans Hardcore Henry’ego byłem przekonany, że oglądam jakąś niezręczną sekwencję snu i zaraz zacznie się prawdziwy film. Potem do mnie dotarło, że to tak będzie cały czas – nieustanna brutalna, infantylna akcja z perspektywy pierwszej osoby, jak żaden film przenosząca żywcem na wielki ekran poetykę popularnej gry video, tyle że bez faktycznej akcji dla odbiorcy, tylko patrzenie. Urgh, to będą długie dwie godziny. Ale potem do mnie dotarło, że Hardcore Henry to znacznie więcej... a w najgorszym razie, znacznie mniej: to ruska podróba takiego kina akcji, w jakiś absolutnie niemożliwy sposób balansująca pomiędzy patrzcie-patrzcie-jedno-ujęcie efekciarstwem Hollywoodu takiego jak Zjawa, a radującą nieskrywaną amatorszczyzną niskobudżetową tandetą rodem z przeglądów VHS Hell. Cały film wypełniony jest dobrotliwą szyderą ze środowiska graczy, na pomysłowe sposoby odnosząc się do faktu, że przy odpowiednim poziomie apatii w codziennym życiu, nie zostaje człowiekowi wiele poza wirtualnym światem i zabawą w ratowanie księżniczki. Któż w końcu nie marzy o tym, by życie było tak proste - zły koleś wyglądający nietutejszo zagraża naszej kobiecie, i w zamian za wieczne szczęście u jej boku musimy tylko go wytępić. To wszystko razem – oto prawdziwy efekt zaskoczenia! Bourne by tak chciał. Nie zrozumcie mnie źle – film jest słaby. Ale bawiłem się doskonale. I na pewno zostawi we mnie jedne z najwyrazistszych wspomnień.

 

Inne filmy, które najdłużej rozważałem: Paterson; Mustang; Zabójczyni; Blokada; Bone Tomahawk; Zjawa; Widzę, widzę.

 

 

sobota, 17 czerwca 2017, ogqozo

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

statystyka