Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
niedziela, 12 sierpnia 2018

Jeśli kino jakie znamy faktycznie umiera, wspaniały wrocławski festiwal jawi się jako bezwstydnie atrakcyjny zombiak niczym z opowieści dla nastolatek.

 

Rok temu spędziłem tutaj sporo czasu, by zwrócić uwagę na komercjalizację festiwalu: impreza za droga, twórcy chcą zarobić jak najwięcej, karnetowiczom ciężko pójść na filmy, które by woleli, i tak dalej - a ludzie i tak na to się zgadzają, bo mają zbyt dobrze w życiu. Właściwie to wszystko prawda, a w tym roku nie było lżej: zniknęło kino na Rynku i plaża na Solnym, dodano więcej sal, droższe bilety były jakby częstsze. Ale jak to zwykle w życiu (i tych mądrzejszych serialach kryminalnych) bywa, na każdą chęć zarobienia pieniędzy można spojrzeć z większą dozą empatii. Ktoś tam potrzebują zadbać o chorą córkę, kto inny utrzymać firmę w działaniu; a organizatorzy Nowych Horyzontów chcą nadal móc co roku otwierać kolejne edycje, do czego konieczne jest domknięcie jakoś budżetu. Po części z racji na ich właśnie słowa, myślałem o tym sporo w tym roku. Inaczej niż w kinie, w życiu Apokalipsa najczęściej przychodzi bardzo cicho i stopniowo, a gatunki wymierają nie wskutek uderzenia meteorytu, ale zapomnienia przez świat. W świecie szutki potężnym slo-motion meteorytem jest, oczywiście, internet. Ot, pisanie tekstów: lubię to robić od kilkunastu lat, od czasów, gdy "trzeba było" kupować pisma, bo nie było wiele innego do roboty. Wychowałem się w świecie, w którym np. zainteresowanie kinem oznaczało, że się czytało o kinie. W którym dokładnie momencie tych kilkunastu lat zdałem sobie sprawę, że nikt już nie czyta i nie będzie? Że ja sam z roku na rok wchodzę na coraz mniej stron, czytam dłuższe i mądrzejsze rzeczy coraz rzadziej, by pewnie też skończyć za jakiś czas tylko na przewijaniu palcem filmików na Fejsie i Twitterze?

W kinach zapach obawy też zaczyna coraz mocniej być odczuwalny po sukcesie Netflixa. Tak jak z tekstami, niby zalety kina są oczywiste, ale ile osób będzie to nadal obchodzić, gdy oglądanie w mieszkaniu kusi wygodą, oszczędnością, a teraz także możliwością obejrzenia... czegokolwiek? Ten rok był dla mnie przełomowy w tym względzie, bo Netflix ewidentnie przestał być syty samymi serialikami będącymi równowartością filmowego hamburgera: wypuścili Anihilację, a potem rąbnęli świat serią umów z "prawdziwymi" reżyserami, jak bracia Coen, Dan Gilroy, Alfonso Cuaron, David MacKenzie, Martin Scorsese, David Michod, i tak dalej... 2018 - to może być ostatni rok, kiedy mówiąc "premiera filmu" czujemy, że nie trzeba dodawać oczywistości, iż chodzi nam o wizytę w kinie. A ekskluzywnośc "kontentu" to dla kin istotny element bytu. Mając wybór - ludzie bez wątpienia częściej siedzą w domu, oglądając, co chcą, kiedy chcą, w piżamie i z kanapką. Sam już na początku festiwalu zwróciłem nieświadomie uwagę, jakie to dziwne uczucie w 2018 roku: kiedy przegapiam film i nie mogę po prostu go sobie puścić z internetu. Jak bez ręki. Wydawane czasem przez Gutka DVD to nie tylko rozdzielczość sprzed dwóch epok, ale też narzędzie, którego niektórzy nawet już nie mają w domu. Z perspektywy rynku, zrobienie z marki Nowe Horyzonty jakiejś kolejnej platformy do streamowania wydaje się... oczywiste. Współczesne. Jak z każdym innym biznesem. Cyfryzacja, stream, SaaS, niski abonament miesięczny, niskie koszta powielania produktu czy usługi, maksymalizacja zasięgu, i tak dalej - trudno nie mieć wrażenia, że chyba nic innego się dzisiaj nie może opłacać. Dopiero po pewnym czasie pomyślałem nad tą rozmową i zdałem sobie sprawę, jak smutna byłaby ta "rynkowa nieuchronność". Owszem, faktycznie żałuję, że jakimś cudem jak co roku przegapiłem 90% filmów, które zdobyły najwięcej uznania wśród festiwalowiczów. Ale, zapytajmy szczerze, gdybym mógł je wszystkie streamować na komputerze... czy w ogóle robiłbym co innego? Czy zwlekałbym się z łóżka, by iść do kina? I czy teraz miałbym z czego pisać relację? Być może tylko oglądałbym Netflixa, a zamiast pisać bloga kręciłbym filmiki, głównie o samym sobie, robiąc krzykliwe miny, nie wstając z fotela, jak popularni Youtuberzy. Może tak by było lepiej. Wygodniej. Bardziej opłacalnie. Może wszyscy powinniśmy tak już robić.

W skrócie mówiąc, ten tekst dotyczy pewnego uczucia, które w tym roku po raz pierwszy się we mnie pojawiło: że może kino i festiwal Nowe Horyzonty to jest coś, o czym będę niedługo najwyżej opowiadał wnukom (czyimś), a one nie będą czaić.  

Ale na razie jesteśmy przy Kazimierza Wielkiego 19a-21, ja i oni, wydajemy liczne setki złotych na bilety, albo też zrywamy się o 8.30 celem rezerwacji na swoim karnecie, mordujemy swe młode organizmy, by oglądać filmy od godziny 10 rano do północy, zaburzamy swój rytm dzienny, nocny, trawienny, pracy, odpoczynku, podejmujemy ryzyko, często żałujemy, że poszliśmy na X, albo że nie poszliśmy na Y... I mamy czego żałować, bo bierzemy udział w aktywności takiego typu, jaki w XXI wieku (epoce ETEWAF) zanika: aktywności jednorazowej i niepowtarzalnej. Człowiek Netflixa nigdy nie ma czego żałować, a my owszem. Nadal, choć to może niewydajne, organizatorzy chcą to organizować, a ja chcę pisać długie eseistyczne teksty na blogu, którego nikt nie czyta. Nie jestem pewien, czemu tak się dzieje. Powiedzmy, że na razie zostawiam odpowiedź wam. Być może w tym, co niewydajne, jest jakaś inna wartość.

Może, i tutaj już kontynuuję myśl sprzed roku, to głównie kwestia przynależności społecznej. Jak na imprezach. Widzisz fajne miejsce i fajnych ludzi, i chcesz tam, bez dodatkowego celu. Towarzystwo i wspólne przeżycia pompują ci poziom endorfin. Dla mnie Horyzonty na pewno są taką imprezą. Robię to, bo mogę, bo mam siły, bo chcę myśleć że jestem młody, bo nigdy nie wiadomo czy kogoś nie spotkam, bo to nie jest siedzenie w domu. W tym roku, mając oficjalnie urlop zaplanowany głównie w celu oddania się Horyzontom, przy tej piekielnej temperaturze od pierwszego do ostatniego dnia festiwalu, próbowałem, jak mogłem, by bawić się, jakby świat (kina) się kończył. Oczywiście, bawić tak, jak to już ja umiem najlepiej, czyli siedząc na fotelu bez ruchu oglądając czyjś film, a następnie dla odmiany siedząc na fotelu bez ruchu myśląc, cóż to się zdarzyło. 

 

tajemnicesilverlake

 

Wyjątkowo długo siedziałem na fotelu po zakończeniu Tajemnic Silver Lake Davida Gordona Mitchella. Okej, nawet nie: zrobiły na mnie takie wrażenie, że w końcu wstałem, podszedłem do ekranu i chłonąłem jak cep plansze z napisami wykonane w tak samo powalającej estetyce, jak całe dzieło. Czułem, że doświadczyłem czegoś wzniosłego. Po świetnie przyjętym Coś za mną chodzi, Mitchell niespodziewanie dla mnie wypada teraz niczym prodiż pisarski, który wypromowawszy kilka zgrabnych opowiadań bierze się za powieść i od razu jak na złość okazuje się także wybitnym powieściopisarzem. W tym przepastnym (trudno uwierzyć, ile się dzieje przez 140 minut!) filmie jest właściwie wszystko, co kojarzymy z kalifornijskim noire, z takimi filmami jak Chinatown, Tajemnice Los Angeles itd.: bohater, którego ciało i dusza błąkają się bez celu, odkrywający pomniejsze intrygi składające się na absurdalnie głęboko sięgającą całość, a to wszystko w klimacie całodobowej glamour-imprezy wypełnionej groteską, światłami, gwiazdami świata rozrywki i skakaniem do basenów. Ale jest tu też wiele więcej. Zamyślony ton filmu (odzwierciedlany w twarzy wspaniałego Andrew Garfielda) sprawia, że drobne teorie spiskowe, z których utkana jest tu właściwie akcja, nie tylko zapewniają masę śmiechu, ale też nabierają wymiaru wręcz filozoficznego, a bohater szuka już nie tyle odpowiedzi na pytanie "kto zabił?" czy nawet "kto za tym stoi i czemu?", lecz sensu życia, miłości ORAZ sztuki. Nie każdy weźmie to wszystko serio (wystarczy zobaczyć opis Małgorzaty Sadowskiej na stronie Nowych Horyzontów, po którym spodziewałem się zupełnie innego filmu...), ale ja nie miałem z tym problemu i czułem się, jak po rytuale religijnym - po rytuale opowiadającym takim językiem, którym można przemówić właśnie do mnie.

 

lemondetoi_Moviestill08

 

W wiecznej udręce z cyklu "który film wybrać?", dość często stawiam na obrazy, powiedzmy, "rozrywkowe" - przy których idzie się pośmiać i posłuchać śmiechu innych. Pełna sala ekscytująca się akcją czy humorem i napędzająca się wzajemnie do okazywania emocji to jedno z tych wyjątkowych przeżyć, dla których chodzi się do kina, a w tym roku doświadczyłem na Horyzontach więcej udanych selekcji tego typu, niż w ostatnich latach. Wtopy też się trafiły (wyglądającą studencko kompilację 10-minutowych horrorów The Field Guide to Evil broni co najwyżej tak-zły-że-prawie-dobry gniot na poziomie The Room), wiele pozycji oczywiście przegapiłem (będę zawsze się zastanawiał, jak to wyszło, że nie zobaczyłem nowego Pan-Eka Ratanaruanga). Ale zazwyczaj wieczór spędzałem czy to próbując dosłuchać się dialogów spod salw śmiechu na BlaKKKlansman, czy też podziwiając bezceremonialne kolory i sound design w Niech ciała się opalają, filmie biorącym podejście "zróbmy stary spaghetti western" duużo bardziej dosłownie, niż Tarantino. Ale na najwyższych obrotach bawiłem się oglądając francuski film, który w Polsce obdarowano tytułem The World Is Yours. Jakoś po cichu liczyłem, że znany do tej pory z teledysków Romain Gavras odzwierciedli nastrój gorących imprez toczących się całe lato w Paryżu i dostałem dokładnie to, ale co lepsze - Gavras pod każdym innym względem okazał się też wybornym reżyserem. Podobnie nieco jak Silver Lake, Cytat ze Scarface'a przedstawia nam bohatera, który cały czas ma minę, jakby nie ogarniał, co się dzieje - a także historię, która w pełni tę minę uzasadnia. Cały zastęp postrzelonych antygeniuszy zbrodni tworzących tutejsze ensemble wymyśla w każdej scenie kolejne szokujące sposoby, by wszystko spieprzyć, ale są to też mistrzowie w uciekaniu do przodu i robieniu tego ze stylem. Film jest na swój sposób bardzo brutalny, nie pod kątem przemocy, ale nihlistycznego i pozbawionego szacunku posługiwania się postaciami, rzeczami, stereotypami w celu akcji i humoru - jednak Gavras często przypomina nam, że rozumie świat i pokazywanie świata oczami rzezimieszka wcale nie oznacza wspierania tej wizji. Jednocześnie... efekt jest po prostu spektakularny. Dzięki takim filmom mniej wstydzę się mówić, że jestem za stary na Pacino, na Chłopców z ferajny - jakkolwiek buńczucznie by to nie brzmiało, dzisiaj młodzież, która umie się bawić, bawi się tak, jak na The World Is Yours. Tak w każdym razie sądzę. Ja spędziłem projekcję niczym weekend w Paryżu, czyli - patrząc się i ciesząc, w jakiej to imprezie biorę udział. Oglądając ją. C'est la vie.

 
touchmenot

 

Żebyście nie pomyśleli bynajmniej, że mówiąc o festiwalu jako "imprezie" rozumiem to słowo jako potupanki przy elektro, najlepiej wspomnieć o filmie, który również stworzył niesamowitą, wyjątkową atmosferę... międzyludzką na sali, chociaż od wszelkich standardów popularnej sztuki rozrywkowej jest mu kompletnie daleko - a mowa o Touch Me Not. Rzeczy, którą nadal trudno mi streścić ludziom lepiej niż "wiecie, to sztuka, jak w muzeum". To naprawdę kontrowersyjny film, także w środowisku krytyków ("Guardian" dosłownie zaczął swoją relację z Berlina słowami "Brexit. Trump. A teraz ogłoszenie Złotego Niedźwiedzia") - liczne grono szyderców i gardzących właściwie rozumiem, sam bym chętnie takie rzeczy zjechał jako typowy snobistyczny pokaz galeriankowego traktowania siebie dużo, dużo zbyt poważnie... ale nie mogę, bo prawda jest taka, że dość szybko Touch Me Not mnie przekonało do swojego języka, wciągnęło, a co za tym idzie, rozłożyło na łopatki.

Nie byłem chyba nigdy na tak napiętym pokazie w kinie - czułem się, jakbym oglądał pornografię. Ale taką udaną, mądrą, "realną", znacznie bardziej niż klasyczne pornosy - te zazwyczaj operują wyobraźnią widza na poziomie pewnej mało wnikliwej bajeczki. Tutaj zaś bohaterowie skłaniają poprzez kolejne rozmowy o swoim ciele, by widz zaczął myśleć o swoim. By zaczął myśleć o własnym dotyku, o potrzebie cudzego dotyku, o swoim napaleniu, o swoich seksualnych realiach i fantazjach. Jeśli ktoś krytykuje film mówiąc, że dość banalne są wnioski typu "ciało jest barierą tak samo dla każdego, obojętnie jak wygląda i jak jest popularny" (i wiele innych), to mam tylko ochotę zapytać, ile z waszych ulubionych filmów mówi niby coś BARDZIEJ donośnego? Na jakim świecie wy żyjecie? Touch Me Not trudno jest podsumować w jakichś wyjątkowo mądrych słowach, ale fillm działa, i to dla mnie najważniejsze. Robi to na kilka sposobów. Byliście kiedyś na imprezie, na której każdy podpiera ścianę? Wyobraźcie sobie, że ktoś zaczyna mówić za was wszystkich, a wy, cóż - pewnie dalej podpieracie ściany, nie zaczynacie żadnych interakcji, ale czujecie, że poprzez ten jeden głos, jakoś się zrozumieliście. Nie możecie, nie chcecie wyrazić siebie... Może nie macie z kim. Może brak wam właściwej, szczerej reakcji świata. Może nie wiecie, co właściwie można by wyrazić, nie ma na to słów, jest tylko uczucie bycia właśnie wami. Może ludzie niemający takich barier nie poczują tego filmu, a może chodzi o coś innego. Ja czułem. Wiele osób dokoła też. Czy ostatecznie lepiej czy gorzej było to zrobić z nimi, a nie samemu w domu? Nie wiem, ale nie żałuję.

 

western_2_h_2017

 

Jeśli uczuciem nieodłącznie towarzyszącym Nowym Horyzontom jest strach, że coś nas ominie, to w oczach widowni dość specyficzną pozycję zaczynają mieć filmy "średnio stare": te już nie do końca "premierowe", pokazywane na świecie może ponad rok temu, z wygasłym już "hype'em" - więc niezachęcające tylu osób do oferowania dziewictwa w zamian za bilet jak ClimaxShoplifters, Kafarnaum, Siedzący słoń itp. A jednak ciągle hity światowej publiki kinomanów, hity nadal u nas niepuszczane w kinach, poza może jakimiś pojedynczymi przeglądami, kroczące gdzieś w cieniu tego dzikiego harmonogramu, puszczane tutaj zazwyczaj na małych salach, gdzie można poczuć się jak nowohoryzontowa alternatywa i nawet nie wiedzieć, dlaczego (czy inni olali te filmy? A może już je jakoś widzieli na wakacjach w Londynie?). Kilka spośród właśnie takich filmów uzupełnia moją listę największych zachwytów tej edycji. Jeden to Western, który ma wyjątkowo wiele czaru dla robola pracującego w obcym kraju, ale z sali czułem wyraźnie, iż nie trzeba nim być, by poczuć magię tego baletu - przywodzącego trochę na myśl Claire Denis i jej kino zwykłości pokazanej z taką wrażliwością, że aż hipnotyzująco pięknej. Obserowane w tym "Z kamerą wśród ludzi" na pograniczu bułgarsko-greckim pod flagą niemiecką sytuacje wydają się początkowo drażniąco pozbawione znaczenia, bo nikt nie może się z nikim dogadać. Z czasem... nie, żaden z bohaterów nie robi wielkich postępów w nauce bułgarskiego ani niemieckiego, ale zaczyna się czuć, że ta historia brzydkich typków w dżinsach ma czysto mityczny charakter - tak ponadczasowe i ponad słowami są przedstawione tu konflikty. Valeska Grisebach robi to neutralnym, jakby podglądającym postaci kadrem; statecznym, a jednak tanecznym tempem; robi to kapitalnymi dialogami-niedialogami. Ostatecznie przypomina, że choćby dokoła nas byli ludzie, z którymi nie chcemy być, do których nie pasujemy, i którzy nas też nie lubią - gdy gra muzyka, chcemy tańczyć.

 

foxtrot

 

Wśród filmów typu "nie wierzę, że nie ma więcej osób na sali" znalazł się też Fokstrot, inny nowy klasyk z zamierzchłych czasów roku 2017, a przez to jakoś mało już dla horyzontowiczów podniecający. To też jednak dla nas film przyszłości, bo dopiero będzie w kinach. I to jest dla kin wiadomość doskonała. Tak jak inni z moich osobistych faworytów, dzieło Samuela Maoza doskonale uderza jakby właśnie w moje poczucie humoru i moje poczucie mroku, splatając je w Pinterowsko pełnym napięcia uścisku, tak, że widzowie w DCF-ie muszą siedzieć na krańcu krzesła, nie wiedząc, co właściwie powinni teraz czuć. To wyjątkowa gra. Poważne to jest, czy niepoważne? O tym, jak soczysty jest styl Maoza, niech świadczy fakt, że można by już godzinami opisywać rękę kolesia mającego właściwie na koncie dwa filmy: jak łączy teatralnie kameralne sceny w budzacy nowe znaczenia sposób, na jaki pozwala tylko kinowy montaż; jak wydobywa stresującą groteskę wojny z jej najbardziej banalnych momentów i jak kompletnie beztrosko odnosi się do jej momentów najbardziej makabrycznych... Fokstrot budzi ekscytację tego najlepszego typu "spodziewałem się dużo, a dostałem więcej", bo wiele lat po nagrodzonym stertą pochwał Libanie czuć, że reżyser znacząco podniósł poprzeczkę. Jest coś bardzo właściwego w możliwości zobaczenia filmu tak dopracowanego i kapitalnego od początku do końca na sali, która nie jest nawet pełna, schowana przed Romanem Gutkiem w innym budynku - a na twarzach imprezowiczów dokoła widzisz, że nie tylko ty myślisz: "wow, jak można by to przegapić".

 

twarzeplaze

 

Jakby sam festiwal nie dawał wystarczająco zajęcia, miałem przecież jeszcze w tym czasie 10 dni letnich wakacji, a każdy dzień z tak samo idealną pogodą, bez niemal żadnej chmurki, w otoczeniu ludzi wakacyjnych jak nigdy. Po prostu fenomen. Dziś już pada we Wrocławiu, a ja zastanawiam się, czy można by kiedykolwiek mieć wystarczająco dużo lata. Te gorące Horyzonty będą mi więc zawsze kojarzyć się także z takimi filmami, jak Mektoub (tyuł dłuższy, tytuł dłuższy) Abdellatifa Kechiche'a: mocno fetyszystyczny obraz beztroskich (jak dla kogo) wakacji wypełnionych tańcami i podrywami, rozciągnięty na wiele godzin mimo braku treści, a jednak zawsze sprawiający, że chce się więcej; lata, plaży, alkoholu, tańca i młodych kobiet zawsze chce się więcej.

Ale jeśli chcecie być pewni, że opisywane przeze mnie lato to nie kwestia młodego ciała i gibkich ruchów, ale kwestia podejścia, możecie zajrzeć w kierunku Twarzy plaży stworzonych przez 90-letnią Agnes Vardę. Belgijka nakręciła film do spółki z JR-em, francuskim artystą ulicy nazywanym "współczesnym Cartierem-Bressonem", ale samo dzieło jest zdecydowanie bardziej pogodne, relaksacyjne i w sumie płytkie, niż by można się spodziewać widząc takie zestawienie dwóch wybitnych artystów "zaangażowanych". Nie żeby zaangażowania dało się im odmówić, ale zaangażowani są w same pozytywne relacje i zabawę. Oglądamy, jak oboje siedzą przy stoliku, a odziany zawsze w okulary i kapelusz JR pyta Vardy o jej pomalowane włosy: "dlaczego?". A ona odpowiada, że to ciekawsze. Potem gdzieś sobie jadą na wieś i gadają z rolnikami czy robolami. Chociaż film to sielanka, nie da się nie zauważyć, że tematy, o które się ociera, mogłyby być w innym przypadku użyte do zaniepokojonego, może wręcz apokaliptycznego spojrzenia na Francję, i może słusznie: a to hodowla zwierząt wcale-nie-free-range, a to wielokrotnie zmniejszająca zatrudnienie na roli mechanizacja, a to pracownicy na dokach, a to przemijanie czasu i śmierć naszych znajomych. Jakby tego było mało, Jean-Luc Godard okazuje się gnojem. Jednak Varda i jej współreżyser postanawiają w trakcie swojej słonecznej wycieczki po Francji zachwycać się wszystkim i każdym, a spotkanym ludziom dać trochę radości przez sztukę. Nie zmieniają wiele na świecie, drukując czyjeś twarze na zdjęciach, a zdjęcia umieszczając na ścianach: przyjemny, ulotny gest. Bezrobocie wśród młodzieży od tego nie spadnie, klimat nie wróci do stabilizacji, kobiety nie przestaną być obłapiane. Filmowcy nie dają tym ludziom wiele. Tylko jakieś momenty do zapamiętania w inny sposób niż taki, że siedzieli w domu. Trochę chętnego towarzystwa. Trochę imprezy. Dopóki jest coś poza Netflixem i dopóki mają na to budżet.

 

 

wtorek, 27 lutego 2018

Kliknij by przekonać się, w której kategorii stawiam na Baby Drivera i czy ma to coś wspólnego z Kardashianami!!! ...Tak to się robi?

poniedziałek, 26 lutego 2018

Dobiega końca jeden z najdziwniejszych i najciekawszych wyścigów Oscarowych w historii. Aż zbyt ciekawy - nikt nie chce pisać w przewidywaniach "cholera, wszystko jest możliwe".

piątek, 25 sierpnia 2017

Światowi ludzie na światowym festiwalu oglądają światowe filmy. I widzą Świat trochę w jakimś kryzysie, a trochę taki jak zawsze.

 

Zawsze się o tym strasznie dużo mówi, a w ostatnich latach jakby jeszcze więcej, choć w różnym znaczeniu: otóż na świecie jest sobie Polska, ale jest też Świat. Zdecydowanie najczęściej kontekst jest taki, że Świat to tzw. Zachód, czyli kraje bogatsze. Ale różniące się z tego powodu i jako tego przyczyna nie tylko cyferkami na koncie obywateli. Świat "na Wschód", czyli ogólnie "poniżej" Polski, jest traktowany jako opozycja do Polski znacznie rzadziej. Zazwyczaj być w Polsce znaczy nie być w Świecie, zazwyczaj oznacza to przechadzkę polskimi ulicami i możliwość czytania komentarzy na polskich stronach internetowych, które są jakie są - im większa strona, tym bardziej... nie-światowe. 

Zupełnie inaczej jest na Nowych Horyzontach. Kino i okolice na półtora tygodnia wypełniają się miłośnikami sztuki z całej Polski, Europy, ogólnie Świata. Rozmowy na korytarzach dotyczą faktu, jak trudno dostać bilet na nowy film Rubena Ostlunda, albo jakie stanowisko w kontekście sztuki współczesnego "feminizmu" zajmuje ostatecznie Mięso, a nie tego, jak to, panie, w ryj dać takim a takim, Niemcy wywołali wojnę, a w ogóle to czemu Legia przegrała panie, piłkarzom się nie chce biegać. Jedną z różnic jest oczywiście to, że - inaczej niż na co dzień na ulicy - ludzie są w kinie NH, bo przyszli dobrze się bawić i miło spędzać czas, nierzadko, jak dla mnie, jest to dla nich najtęskniej wypatrywany moment każdego roku, pozwalający na chwilę zapomnieć o przygnębiającym życiu. Ale nie tylko. Chodzi też o to, jak się bawić, i jak miło spędzać czas. Jak nazwa festiwalu wskazuje, nie musi to odbywać się kosztem poznawania czegoś nowego. Te umysły są, mniej lub bardziej, otwarte. Nie mają nic przeciwko, by zobaczy życie z perspektywy osób z innych krajów, kontynentów, kultur, o innej zawartości portfela, innych preferencjach w życiu. Informacja o tym, że usłyszą coś spoza swojego wąskiego kręgu zjednoczonego wyglądem, poglądami i budżetem - nie wyzwala w nich agresji, ale ekscytację. Zazwyczaj są z Polski, ale jednak ludźmi Świata. 

Jak to bywa z ludźmi Świata, zazwyczaj są też pięknymi ludźmi, co sprawia, że festiwal dla mnie osobiście niesie coraz większą opresję na własny sposób. W kinie, w którym na co dzień czuć można się dość samemu, przychodząc jeno na projekcję i siadając w ciemnej sali w pierwszym rzędzie, podczas festiwalu non stop kręcą się podekscytowani publicyści mediów, które mnie nie pubilkują; dziennikarze ze świata dostający za to wszystko kasę, zamiast wydawać zbierane miesiącami grosze; różnorakie osobistości kultury dostające tysiące "lajków" na fejsie za każdy dyrdymał, z których najbardziej w oko zapada zazwyczaj mający na sobie codziennie inny zestaw za tysiące Jacek Dehnel; znajomi ze studiów; masa pięknych dziewczyn tak bardzo spoza mojej ligi, że właściwie reprezentuję inny gatunek; i generalnie wszyscy, na których wstyd patrzeć. Tłum wyzwala uczucie samotności, a zażarte dyskusje o filmach są jedynie podsłuchiwane, swoim entuzjazmem sugerując, że lepiej założyć słuchawki i do czasu następnej projekcji zmyć się z kina i okolic. Nowe Horyzonty to dla mnie zbyt światowe wydarzenie, ale potrzebuję tych filmów.

 

Jak co roku niemal, na NH 2017 na bieżąco ulegałem chęci, by zobaczyć największe przeboje razem ze wszystkimi i być częścią tego wydarzenia, mimo że to "niewydajne" - te filmy potem będą w kinach, na Bluryju itd. A jednak gdy wszyscy zaczynają gadać o Mięsie, gdy możesz zobaczyć na uroczystym wręcz kinowym pokazie laureatów z Cannes - trudno nie ulec. To wyzwala wręcz uczucie rozdarcia, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak mocno "mainstreamowe" były w tym roku pokazy z sekcji Nocne Szaleństwo (zdaniem prowadzących, cytuję, "najbardziej oryginalne obrazy współczesnego kina gatunkowego") - magia chwili sprawiała, że na tak banalny i pozbawiony jakiegokolwiek zastrzyku charakteru, poprawny zombie-film Wszechstronna dziewczyna koneserzy sztuki stali w kolejce pół godziny, a ja mogłem zacząć szybko czuć się rozczarowany, że nie zobaczyłem czegoś, czego nigdzie indziej nie zobaczę - może coś z Litwy, Izraela, Korei, Grecji, Argentyny. Wiele z tych filmów nie zapadnie mi na pewno samo w sobie w pamięć jako wybitne dzieła (przykładowo, z przeglądu Izraela załapałem się na względnie nieciekawą Włamywaczkę, o której nie czas pisać), ale składają się na szerszą paletę smaków, z jakim poznaje się i patrzy się na wszelkie sprawy, właśnie dlatego, że każą mi przez dwie godziny patrzeć na świat oczami kogoś, kto na co dzień mnie nie obchodzi i empatyzować nie mam ochoty. Splendor wielkiego wydarzenia artystycznego jakoś do tego zachęca.

(I to może jest najprostsza definicja podziału sztuki popularnej oraz, hm, ambitnej. Co nie znaczy oczywiście, że Mad Max nie jest stokrotnie od Włamywaczki lepszy. Ale - daje ludziom tylko to, czego chcieli. Cieszyć - cieszy. Rozwijać - nie rozwija).

Ostatecznie wyszło pół na pół, zobaczyłem trochę hitów, ale i kilka rzadkich filmów z różnych stron. I miałem okazję podsłuchać, o czym się mówi w Świecie. A mówi się o czym innym, niż w Polsce.

 

inthefadegermanfilm

Mocno odczuwałem to oglądając choćby W ułamku sekundy Fatiha Akina, mimo że nie chciałem. A jednak cały czas podczas projekcji miałem jakieś wrażenie, nabyte oczywiście spędzaniem codziennych dni w polskich fabrykach i na polskich forach, iż zaraz ktoś wyskoczy i mi lutnie w ryło, że śmiem oglądać film, gdzie ciapaci są traktowani jak ludzie i w ogóle zamiast biegać z nożami i kozami to po prostu zamierzają sobie żyć. Akin opowiada historię, która sama w sobie nie jest specjalnie nietypowa (oddaje współczesny lęk towarzyszący wielu imigrantom w Europie), ale uwarunkowany społecznie, czułem się wręcz niezadowolony, jak jednostronnie film sympatyzuje ze swoimi bohaterami, w tym i takimi, którzy śmią pochodzić z Kurdystanu. A tak serio - to zawsze lubię filmy, które zachęcają do faktycznego rozszerzenia horyzontów, więc mimo gorącej rekomendacji Walkiewicza na Filmwebie, nie umiałem się zachwycić filmem, którego motywem przewodnim wydaje się stwierdzenie, iż mordujący ludzi naziole są źli. Po stokroć bardziej interesowałby mnie film sympatyzując z naziolami, pozwalający zrozumieć, czemu dla niektórych bycie katem oznacza tak naprawdę bycie wybawcą, i że z ich perspektywy to heroizm wart czczenia w czwartej klasie podstawówki. Tymczasem W ułamku sekundy to pod względem dramatycznym w istocie teatr jednej aktorki, świetnej Diane Krueger, która przez te dwie godziny przechodzi różne procesy emocjonalne. I tyle. Ja się tym za bardzo nie najadłem.

 

 

jupiters_moon_h_2017

Z Aktualnym Tematem mierzy się na przedziwny sposób węgierski Księżyc Jowisza (rozwikłam wam od razu sprytną zagadkę: Europa to księżyc Jowisza, a jednocześnie miejsce lodowate, pozbawione życia), w którym jeden z bohaterów ucieka z Syrii, ale też ma magiczne moce. Z jakiegoś powodu organizatorzy napisali w programie, że film ten obśmiewa "idiotyczny stereotyp" że "każdy terrorysta jest muzułmaninem" i pomijając fakt, że może idiotyczny, to trudno zrozumieć, czemu autor poczuł taką potrzebę stwierdzenia tego akurat w tym miejscu. Film Kornela Mundruczo, podobnie jak poprzedni Biały bóg, jest mocno metaforyczny, baśniowy wręcz i niejednoznaczny, i podobnie jak jego poprzednie działa - momentami mocno mnie irytował, choć na pewno zrobił wrażenie scenami kulminacyjnymi. Jak mówił mi Mundruczo po filmie, niczym Chris Nolan lubi kręcić wszystko "na żywca", w komputerze jedynie wycinając sznurki, i tak film nakręcony za kilka milionów wymagał między innymi zbudowania na wzór Incepcji obracającego się pokoju. Wow! Jeśli chodzi o to, co Księżyc Jowisza mówi o Europie (i o samych Węgrzech, jednego z tych wielu miejsc świata, które w relacjach ludzi z Polski - nie ludzi Świata - przybiera mityczną postać niemającą wiele wspólnego z faktami), sprawa jasna nie jest, aczkolwiek raczej bawi się w bardziej wyrafinowaną grę, niż nazywanie czegokolwiek idiotycznym. Prawdopodobnie jeden z głównych wniosków jest podobnie mocny, co z W ułamku sekundy, że każda istota ludzka ma swoją duszę i zasługuje na szacunek. Biały bóg podobał mi się znacznie bardziej, ale mam szacun dla Mundruczo, że zawsze robi coś naprawdę wyjątkowego i zachęcajęgo do myślenia na różne sposoby.

 

 nocturama_044

Nocturamie francuski reżyser Bertrand Bonello wizualizuje zamach terorrystyczny pewnie inaczej, niż by tego ludzie z Polski obecnie chcieli, podobnie jak niedawno Kelly Reichardt w Night Moves kreślając raczej wizję kojarzącą się z tym słowem w poprzednich dekadach - zagubionych nastolatków, których motywy pozostają do końca niewytłumaczone, ale wiemy, że mają coś wspólnego z ogólnym niezadowoleniem z rządu, finansjery, kapitalizmu, hedonizmu, seksualizacji sztuki i mediów, materializmu i wszelakich pięknych ludzi. Kamerę Bonello bardziej interesuje jedynie to, co bohaterowie wysadzą i jak, w trwającej około godziny scenie kulminacyjnej stanowiącej pierwsze pół filmu, a potem - czy i jak unikną kary. Brak wyjaśnień tylko dodaje brutalności filmowi, przypominając, że każdy cios boli postokroć bardziej, kiedy nie możesz nawet zapytać "za co?". Być może wniosek jest taki, że tak naprawdę nigdy nie ma dobrej odpowiedzi. Jesteś wkurwiony, podnosisz rękę na ludzi, którzy twoim zdaniem reprezentują zło, wysadzasz ich, w sumie nic z tego nie wynika dla nikogo poza tym, że rząd francuski swoją większą rękę podnosi na ciebie, i miażdży ci głowę. Co też ostatecznie nie oznacza nic poza skończeniem kilku kolejnych istnień. Z innej strony jest to film o paradoksie buntu, w tym przypadku przeciw kapitalizmowi czy konsumpcjonizmowi, ale dotyczy to chyba każdej kontrkultury: jesteśmy źli na coś, co nas tworzy (powyższe ujęcie można by wręcz uznać za streszczenie Nocturamy w jednym obrazku). Ale też można uznać, że Nocturama nie ma nic specjalnego do powiedzenia o wybuchach ani ideologii, używając ich jedynie jako klasyczny w świecie kina mechanizm spektakularnej hiperboli w historii, która opowiada po prostu o tym, jak to jest być nastolatkiem. Co spotyka ludzi całego świata. Podobnie jak wyżej wymienione filmy, Nocturama mogłaby z drobnymi zmianami powstać właściwie w dowolnym roku przez ostatnie 50 lat - usuńcie komórki z rąk i mogę właściwie uwierzyć, że nakręcił to John Carpernter w okolicy kultowego Ataku na posterunek.

 

a_quiet_dream__h_20161

Nowe Horyzonty można zawsze potraktować równie dobrze jak portret Europy, jak i okazję do zobaczenia wielu filmów z Azji, która już naprawdę jest kontynentem w Polsce mało znanym na co dzień i rzadko doczekującym się wydań filmów nawet w bluryju czy streamingu, a co dopiero w kinach. Można zobaczyć na przykład mniej znane z dalek oblicze Seulu, który na co dzień łatwo sobie wyobrażać jak miasto nowoczesnego science-fiction niczym z Valeriana. Nie w Cichym śnie Zhanga Lu, imigranta z Chin, który nakręcił niskobudżetowy indie komediodramat o przygodach trzech lumpów, przypominający bardziej Chłopaków z Baraków, a często też wyglądający niemal jak rozwinięcie idei tych trzech śmiesznych stworków z Valeriana. Jest taki poziom fizycznej komedii, który zsynchronizowana trójka ludzi wykona najlepiej: dwóch to za mało, zaś ruch czterech wygląda już jak zbyt skoordynowany, taneczny występ. Podobnie jak w Polsce, jak widać także w Korei nie każdy jeszcze jest klasą średnią, a niektórzy przemycają swoje życie za kulisami, włócząc się po ulicy w łachmanach, zbierając grosze, czerpiąc radość z posiadówy na ławeczce i, oczywiście, wiecznie marząc o tym, że stanie się cud i atrakcyjna koleżanka dostrzeże w nich mężczyznę - co jest głównym tematem komedii oraz dramatu filmu. Cichy sen to film wybitnie przyjemny i wybitnie przyjemnie koreański, inaczej niż filmy Honga Sang-soo, które opisać mogę za każdym razem jako generalnie to samo, co robi Woody Allen. Jak z Woody'm Allenem, można to uznać za zaletę lub wadę, mniejszą lub większą w zależności od każdej kolejnej produkcji, których na NH 2017 dostaliśmy cztery. Ja zobaczyłem Aparat Klary i cóż, film dzieje się w Cannes, a jego głównym wątkiem jak zawsze u Honga jest fakt, że fajnie być reżyserem filmowym, bo się poznaje ludzi i kręci to kobiety. To niejedyny twórca który jest na tyle... stabilnym standardem Nowych Horyzontów, że można spokojnie go ochrzcić Starym Horyzontem. 

 

 womanwholeft_032

Do dalekiego rejonu kazał mi zajrzeć Lav Diaz, którego Kobietę, która wyszła zdecydowałem się obejrzeć mimo niedosytu poprzednimi filmami "mistrza" znanego m.in. z faktu kręcenia rzeczy po prostu długich. Nowy film, laureat Wenecji, trwa tylko 4 godziny i podobał mi się znacznie bardziej. Co się w nim dzieje? Głównie starsza już kobieta rozmawia albo z garbatym sprzedawcą balutów (w filmie nie mówiąc, co to jest balut, a to dopiero by było dla Europejczyka... poszerzenie horyzontów...), albo z ogólnie bezdomną transwestycką prostytutką (o której zresztą do końca nie wiem, jak mówić, bo filipińskiego nie znam, a tłumacz napisów polskich używał czasem rodzaju męskiego, ale i czasem damskiego). Oglądając długą scenę, podczas której dwie postaci śpiewają piosenki, naszła mnie mocna myśl, że gdyby robili to samo Jennifer Lawrence i Bradley Cooper w sukience, byłbym zapewne na kolanach. Gdyby robili to piękni, kolorowi ludzie, ze znanego mi kraju. Kiedy to samo robią biedni, niepiękni ludzie z Filipin, zanurzeni w odmętach czarno-białej taśmy... Wciąga to mnie jakby mniej. Ale film i tak mi się bardzo podobał, bo jest zwyczajnie dobry. Tak jak dobra poezja brzmi dobrze nawet wtedy, gdy nie znasz języka. Podobnie jak Cichy sen, film pozwolił mi zaznać nieco czegoś, co pachnie jak prawdziwe życie, i na pewno jest jednym z lepszych, jakie widziałem na NH 2017 (być może najlepszym obok Solilokwii). 

 

 thesquare1

Wydarzeniem festiwalu i jednocześnie rozkosznie znamiennym komunikatem był film The Square Rubena Ostlunda, którego poprzednie dzieło, jak wiadomo, uwielbiam. "Kwadrat" opowiada między innymi o świecie współczesnej sztuki i, podobnie jak ona, może być rozumiany wielorako - recenzje powiedzą właściwie więcej o recenzencie, niż o jakimkolwiek "dziele jako takim", co niektórych razi, ale dla mnie jest zwykłym elementem życia. Zdaniem Walkiewicza na Filmwebie, na przykład, Kwadrat pokazuje "paradoksy państwa opiekuńczego". Jego opinia. Być może przede wszystkim, "Kwadrat" jest cudowny, bo daje okazję każdemu poczuć się zadowolonym z wytknięcia palcem innych - tych, którzy sami wytykają palcami. Tych, którzy jakże interesują się sztuką o biednych ludziach, ale nigdy biednymi ludźmi. Którzy wierzą w dobro, współpracę i pomoc innym, ale mają przecież swoje obowiązki pięknych ludzi i brak czasu na to, by te rzeczy samemu uprawiać. Ostatecznie, niczym bohaterowie Mad Men, sprzedają produkt, który z powodu optymalizacji kosztów ma tylko za zadanie wyglądać jak autentyczny. Rozkosznie dwuznacznie ogląda się ten film, i słucha reakcji na niego, właśnie na takim festiwalu (przy okazji którego goście mogli też np. odwiedzić wernisaż w BWA pokazujący nam wybitne dzieła jak pokój z lustrem czy film pokazujący świnię zjadaną przez rekiny, albo też zajrzeć do kawiarni w OVO i razem z bodaj 10 osobami oglądać filmy, w których Ellen Page zwiedza Brazylię i jest zszokowana, że ludzie dziwnie się tam patrzą na pary homoseskualne). Festiwalu, który bez wątpienia otwiera horyzonty i ogólnie na tle całej działalności w Polsce jest pewnie lepszy niż inne rzeczy, ale też przecież jest produktem dla ludzi, których na niego stać, określanym czasem - jak na forum przez użytkownika "balt" - "wyłudzaczem pieniędzy", pozbawiającym posiadaczy karnetów szans na swobodny wybór filmów, których by chcieli, jako że to się festiwalowi po prostu nie opłaca, lepiej sprzedawać bilety po 22 czy 24 złote, a za karnety brać bez dawania żadnych gwarancji. Dziś, po zakończeniu Nowych Horyzontów, jestem mniej więcej taki sam, jak zawsze, jak co roku - wyruchany przez system, bez grosza ni nadziei, apatyczny, pozbawiony choćby złudzenia sprawczości czy wartości, niewnoszący nic do życia wspólnoty - ale jako że "Kwadrat" wytknął publicznie na moich oczach hipokryzję pseudozaangażowanej klasy średniej, czuję się jakby bogatszym człowiekiem; czuję, że zrobiono coś właściwego. Heh - i może właśnie o tym jest "Kwadrat".

 

Elciudadanoilustre1

I może dlatego jednym z moich ulubionych filmów festiwalu był Honorowy Obywatel z Argentyny, w kinach puszczany, na świecie wielokrotnie nagradzany, ale przeze mnie wcześniej przegapiony. Film, o którym długo myślałem, że chce po prostu powiedzieć, jaki to bohater jest cywilizowany, a nie-światowi ludzie z jego rodzinnego zapyziałego miasteczka są okropni. No, otwórzcie codziennie "Wyborczą" i reportaż o koszmarze dawania kasy biedakom z 500+, albo otwórzcie Facebooka i usłyszcie dramaty znajomych skazanych na niesprawiedliwy los dzielenia planety z żulami - trochę tak to pachniało. Z czasem jednak Honorowy obywatel daje do zrozumienia, że nie chce prezentować tej wizji, ale: chce tylko zaprezentować, że to jest wizja klasy średniej, ludzi tworzących i konsumujących sztukę. Niekoniecznie ją chyba potępia, ale też nie jest już jasne, że w całości popiera. I ta zamiana perspektywy, choć sam film czyni niby podobnym, jednocześnie kompletnie odmienia jego wymowę. I to pokazuje jedno z największych moich zdaniem wyzwań sztuki. Dopóki film nie puścił oka, nie powiedział: "nie popieram tej wizji świata, tylko ją pokazuję", był dla mnie średni, chociaż przecież nie miałem podstaw uważać, że wniosek i tak nie był właśnie taki. Po puszczeniu oka - film uważam za świetny. I dość niejednoznaczny, bo nagle daje jasny sygnał do niekończących się sporów o to, na ile wizja świata cechująca bohatera jest prawdziwa, a na ile nie. Na ile, na przykład, Wrocław jest miastem, gdzie często autentycznie trochę strach iść paląc szluga, bo ludzie proszący o podarowanie szluga nierzadko zaczynają po włożeniu stopy w drzwi wyrażać kolejne potrzeby, a na ile miastem, w którym, przykładowo, wyizolowana klasa średnia z iPhone'em w ręku debatuje po wyjściu z kina NH czy teatru o problemach społecznych, jednocześnie ukłądając sobie życie tak, by zawsze mieć jak najmniej kontaktu z biedakami, których postrzega jako nieustanne zagrożenie. 

Nie mam oczywiście na to prostej odpowiedzi, bo sztuka chyba ogólnie nie ma mieć prostych odpowiedzi, a jeśli ma, to nie jest dobra. Tak jak i ludzie, którzy nie mają pytań, a mają dużo odpowiedzi, zazwyczaj zbyt dobrymi nie są. Nie mając prostych odpowiedzi, jest najtrudniej być w błędzie, albo kogoś skrzywdzić. To nie jest ogólnie opłacalne podejście. Ale miło się je ogląda, i może warto zapłacić, by przez tydzień żyć w świecie, w którym jest naturalne - żyć w Świecie.

 

 

sobota, 17 czerwca 2017
sobota, 25 lutego 2017

Coroczna próba odpowiedzi na to, czy lepiej być czarnym w USA, czy niedocenianym publicystą filmowym.

niedziela, 18 września 2016

Wszystkim uwielbiającym pożerać odcinki garściami, serial Bryana Fullera serwuje wyjątkowo ciężkostrawną ucztę. I nie chodzi nawet o obecność ludzkiego mięsa w każdym daniu, ale o to, że potrawka zawiera 90% uczuć.

Z wiekiem coraz trudniej jest mi pisać o serialach za darmo, z prostego powodu - gdy obejrzę serial, szybko zapominam, co było. Stałem się więc zapalczywym binge watcherem, składającym na kupkę skrawki wolnego czasu, by potem "łyknąć" cały serial w ciągu tygodnia i zdążyć przelać na pap... na piksele opinię, która przy okazji będzie poparta przykładami. Tak zrobiłem też z polecanym z lewa i prawa Hannibalem (Slant nazwał go najlepszym serialem 2015!), aczkolwiek oglądanie tego czegoś naraz to w wielu momentach jedno z największych wyzwań, jakie przyniesie wam telewizja. Jest jakiś powód, dla którego filmy gore zazwyczaj trwają półtorej godziny, z czego pierwsza połowa to głównie statyczne rozmowy bohaterów o seksie i polityce. Oglądanie wielu odcinków Hannibala pod rząd oznacza zawsze kontakt ze sporą ilością ludzkich ciał krojonych, obdzieranych, zszywanych, układanych i zjadanych na fantazyjne sposoby, a jeśli widz w którymś momencie nie doświadcza śmiertelności w dosadny, wizualny sposób, to na pewno słucha, jak bohaterowie o niej gadają. Tak jak bolognese ma wiele przepisów, ale zawsze opiera się na wydobyciu i podkreśleniu smaku glutaminanu sody z wołowiny, tak absolutnie każda scena w Hannibalu, jakkolwiek by nie przebiegała, kręci się wokół śmierci. Powiedziałbym, że główne składniki na całą tę mamałygę są trzy: sceny gore, sceny elokwentnych i manierycznych rozmów o śmierci, oraz czysto wizualne sceny poetyckie, obrazujące nie wiadomo co, ale myślę, że przede wszystkim śmierć. Powiedziałbym, że przez 39 godzin takiej wyżerki łatwo doznać przesytu i uczucia monotonii, ale z drugiej strony - to być może najbardziej stylowo wykonany serial w historii, dbający o to, by każdy odcięty organ został obtoczony w panierce z egzotycznych przypraw, podgrzewany powoli na patelni z dodatkiem dobrego wina i podany na srebrnej paterze w nienagannej, wielokolorowej kompozycji. Najbrzydszy i najładniejszy serial, jaki widziałem.

hannibal1

Jeśli przejedliście się liczbą metafor kulinarnych w powyższym akapicie, to być może Hannibal nie jest dla was. Ale piszę o nim nie tylko po to, by pozachwycać się czy poznęcać nad tym akurat psychopatycznym zabójcą. Dzieło Fullera (do tej pory znanego chyba głównie z serialu Gdzie pachną stokrotki) idealnie bowiem nadaje się na sztandar nowego rodzaju serialu, idącego w kierunku, który wyznaczył Breaking Bad (co mi się nie podoba w tym kierunku pod względem przekazu, niegdyś tu pisałem). Wymieniłbym tutaj również inne wyjątkowo docenione serie ostatnich lat w postaci Fargo oraz Detektywa. Wszystkie trzy łączy zaskakująco wiele i chociaż oczywiście to tylko część ogromnego tortu zwanego coraz bardziej przestarzale "telewizją", to sam fakt, że powstają i zbierają nagrody przypomina, że względem poprzedniej dekady, zaiste - oglądając wygodnie na kanapie na 40-calowym ekranie, owinięci współmałżonkiem - żyjemy w nowej epoce seriali. Powstają liczne seriale, które mówią głównie obrazem - w których przez wiele minut mogą nie padać żadne słowa, a gdy padają, to często nie po to, by w jakikolwiek sposób napędzać akcję, ale raczej wywoływać pewne wrażenia, niczym poezja. W każdym z wymienionych seriali trudno czasami powiedzieć, CO właściwie zostało powiedziane, ale przyznajemy, że brzmiało ładnie i mądrze. Nigdy wcześniej tak długo czasu podczas oglądania amerykańskiego serialu nie spędzaliśmy, po prostu patrząc na twarze, kształty, figury, kompozycje, czasem i sceny akcji. Opowiadanie obrazem pasuje do zupełnie innej tematyki, niż opowiadanie skryptem - pozwala odnosić się do pierwotnych emocji, zaglądać w głąb psychologii bohaterów i widza, w sposób niejednoznaczn i przypominający nam, że na większość istotnych rzeczy w życiu ludzkość nie wymyśliła w ogóle celnych słów.

hannibal6

W tym kinie rządzi obraz, ale też, by zacytować Detektywa (ok, tak naprawdę Antychrysta Von Triera, ale pasowałoby): rządzi chaos. Niektórych może uderzać niewyobrażalnie dosadna wizualna przemoc, która oddziela język tych seriali od poprzednich naśladowców Twin Peaks, ale mnie bardziej chyba uderza kompletny nihilizm, jaki zionie z tych historii. Wszystkie wydają się mieć na celu obalenie wszystkich konwenansów i każdej wiary. Przekonać nas, że człowiek nie ma nic poza samym sobą, a sensy i narracje nie mają znaczenia. Liczy się w tych seriala tylko to, co (podobno) siedzi głęboko w nas, ale z czym w codziennym życiu nie mamy kontaktu, bo jesteśmy wplątani w siatkę społecznych zależności: trzeba robić A i B, nie wolno robić X i Y. Niczym Walter White, postaci z tych mrocznych seriali wzlatują nad innych, wyzwalając się ponad moralność. W Hannibalu "nie wolno" nie istnieje, a praktycznie żadna decyzja żadnej postaci przez te 39 godzin nie wydaje się kierowana czymkolwiek innym, jak pierwotnymi popędami seksu i władzy. Nie jestem pewien, o czym właściwie tak dokładnie jest Hannibal - i nie wiem, czy twórcy są - ale na pewno powiedzieć można, że stara się podjąć freudowską tematykę sublimacji: wyrażania naszych popędów w pośredni, ale za to akceptowalny przez innych sposób, na przykład poprzez twórczość. Potocznie mówi się najczęściej, że "wysublimowany" jest ktoś, kto używa słów spoza tych 700, do których ogranicza się w życiu przeciętny Polak, interesuje się sztuką inną niż disco polo i Marvel w kinie, starannie się ubiera czy też dba o maniery. I właśnie tacy są tu bohaterowie, zwłaszcza tytułowy. Z drugiej zaś strony obserwujemy tu też na maksymalnym zbliżeniu to, co najbardziej wisceralne w naszej biologii: cięcia, gięcia, gryzienia, operacje i ogólnie wszystko, co z dowolną częścią ciała można zrobić (poza genitaliami. Tutaj jednak amerykański purytanizm zawsze wygrywa, co w sumie uważam za dość zabawne. Wyciąć komuś twarz i zjeść na jego oczach - mainstream, ale jeśli "chcecie" zobaczyć scenę seksu czy porodu, pozostają wam nadal tylko francuskie filmy). Krew, flaki, jucha. Kaszmir, malarstwo, muzyka klasyczna. Hannibal zderza cały czas te dwie skrajności, które budują człowieka. Zazwyczaj nie słowem, a samym obrazem - także tak podstawowym, jak wygląd postaci, gdy widzimy niesamowicie szykowny garnitur bohatera, a jednocześnie przecież patrzymy na twarz Madsa Mikkelsena, która nie może nie niepokoić. To już na swój sposób pociągające, że facet wygląda nieludzko, a do tego jest niesamowicie obojętny, obcy, bez śladu współczucia. Hannibal (i Hannibal) przykłada ogromnie dużo uwagi do dobrego oraz do złego wyglądu i serial w jednym z momentów pierwszego sezonu pokazuje nam, jak strasznie wygląda dowolny człowiek, gdy pozbawia się go brwi. Właśnie podczas tej sceny zdałem sobie sprawę, czemu twarz Mikkelsena działa tak mocno i na tak podstawowym poziomie - jego brwi są tak jasne, a oczodół tak je zagina, że jakby ich w ogóle nie miał. Niby potwór, ale jeśli potwór zachowuje się w akceptowalny społecznie sposób, jest ładnie ubrany i zarabia pieniądze, to czy nadal mamy problem? Nie tak wiele postaci zaludniających świat Hannibala faktycznie ma, co - jak niemal wszystko w serialu - można uznać za czarny humor, albo nie.

hannibal13

Głównym bohaterem serialu jest niby Will Graham (Hugh Dancy), którego twarz z kolei nieustannie wyraża po prostu to, że facet niesamowicie cierpi, bo odczuwa wszystkie uczucia (nie pytajcie). Ale oczywiście, tak jak niewielka rólka Anthony'ego Hopkinsa z Milczenia owiec jest w sumie prawie jedynym, za co pamięta się tamten film, tak tu to o roli Mikkelsena można by napisać nawet osobną książkę. W centrum serialu zatytułowanego Hannibal jest oczywiśicie zdecydowanie ten właśnie... szatan, która to postać od początku odnosi się do mitu, który mamy w głowie. Nawet jeśli bohaterowie nie mają jeszcze pojęcia, na co go stać, i błądzą szukając, któż to może zabijać seryjnie ludzi i urządzać instalacje artystyczne z ich zwłok, to my oczywiście wiemy, a serial często puszcza do tego oko. Czujemy od razu, jaką facet ma władzę, i może nam to imponuje. Niemalże każda scena opiera się na założeniu, że Hannibal jest niesamowicie pociągający, w co czasem łatwiej, a czasem trudniej mi było uwierzyć. Ogólnie raczej męcząca jest dla mnie ta mitologizacja złych ludzi, jaką nieustannie widzę w sztuce popularnej. Hannibal jest tu naprawdę wspaniały. Chodzi w absurdalnie szykownych trzyczęściowych garniturach, a przy gotowaniu najpiękniejszego jedzenia, jakie widziałem, "rozluźnia" stylówę tyle, że podwija rękawy koszuli, której bez wątpienia nie kupiłbym za miesięczną wypłatę. Byłem ciekaw, co dalej, i zaspoileruję wam, że w sezonie drugim widzimy nawet Hannibala w stanie postkoitalnego rozchełstania: ma na sobie wełniany sweter. Facet jest powalająco wykształconym chirurgiem i psychoterapeutą, zna się na wszystkim, jego chawira wygląda jak muzeum, a do tego trzyma oczywiście świetną formę fizyczną. Hobby? Oczywiście gra na pieprzonym klawesynie i układanie własnych kawałków (zapytany o moment, gdy prawie zginął, odpowiada: "metabolizuję to doświadczenie komponując nowy utwór muzyczny"). Ponadto w ramach hobby koleś zabija, deformuje i zjada ludzi - sprawnie, nie zostawiając nigdy żadnych śladów. Nie wyznaje żadnej moralności, chce czuć się jak Bóg władający nad życiem i śmiercią niższych od siebie jednostek. Nie ma żadnego współczucia dla słabych, a szacunek dla mocnych wyraża, sprawdzając ich siłę - na przykład ot tak, dla jaj, nasyłając na nich innych psychopatycznych morderców. Ale na co dzień? Najbardziej grzeczny i opanowany koleś na świecie. Kobiety za nim szaleją poprzez ten jeden dziwny trick! Coż mogę powiedzieć? To chyba trochę przesada. Druga połowa serialu - na razie liczącego 3 sezony - nie jest praktycznie o niczym innym jak o tym, że Hannibal jest niesamowicie atrakcyjny i wszyscy do niego ciągną niczym muchy do ognia. Jak wszystko chyba w tym serialu, jego postać staje się z czasem coraz bardziej przegięta, porzucając spójność czegokolwiek, a ja ciągle miałem wrażenie, że podstawowe założenie: "Hannibal jest interesujący" pozwala wypaczać wszelkie zasady prawdopodobieństwa i budowania narracji. Fabuła zagina się wokół estetyki, ale wiecie co? Psychologicznie rzecz biorąc - jeśli uznamy za twórcami, że id jest mocniejsze, niż superego, że nasze pierwotne instynkty dominują nad nabytymi społecznie normami - może i ma to sens i pasuje. Któryś z bohater mógłby powiedzieć: w tej grze, kamień pokonuje papier. A nożyce pewnie w tym czasie wbijają się komuś w aortę.

hannibal4

Konwencja serialu na przestrzeni trzech sezonów jest dość dynamiczna - tak, że można by wręcz opisać go jako dwa czy trzy osobne dzieła. I to również jest coś, na co chciałbym zwrócić uwagę w kontekście współczesnych seriali w ogóle. Otóż po The Wire czy The Shield czy Mad Men dzisiaj nadal widzimy, że coś takiego jak serial czy sezon serialu jako całościowe dzieło jest kategorią bardzo trudną i problematyczną. Nadal większość twórców gubi się, gdy próbuje odejść od dwóch najprostszych schematów, dopracowanych przez dekady: albo każdy odcinek jako osobne dzieło, albo film na 90-180 minut. Hannibal początkowo na pewno trzyma się tej pierwszej konwencji: odcinki pierwszego sezonu w większości poświęcone są stosunkowo tradycyjnej narracji na zasadzie "sprawy tygodnia", znanej z seriali kryminalnych. Will, Hannibal i inni przychodzą na miejsce zbrodni. Will patrząc na zwłoki od razu doskonale wie, czym kierował się zabójca i jaki ma charakter. Hannibal rzuca wiedzą z dziedziny psychologii, historii, biologii, zoologii czy dowolnej innej, no i sprawa jakoś tam się rozwiązuje pod koniec odcinka. Z czasem jednak formuła ta zdecydowanie się rozplata. Inne postaci schodzą na dalszy plan, a główny wątek rywalizacji/pościgu/miłości/nienawiści... czy cokolwiek jest między Willem, a Hannibalem, staje się głównym punktem skupienia. Za tym idzie zmiana stylu - więcej scen "poetyckich", a nieco mniej "zabawnych" gier słownych, które do pewnego momentu są absolutnie w każdym odcinku. W serialu pamiętam co najmniej TRZY przypadki wykorzystania dwuznaczności wyrażenia "have you for dinner". Gdy Hannibal przyrządza pewną rudą kobietę, mówi do kompana w kuchni: "slice the ginger". I tak dalej, i tak dalej.... Hannibal wypełniony jest też scenami, w których bohaterowie siedzą w gabinecie i mówią o tym, co czują. Zabawnie pogrywa się tu z kultowym zdaniem psychoterapii, how does that make you feel? - ale to taki rodzaj kampowego kina, który jednocześnie szydzi z kiczowatej konwencji, jak i z niej korzysta, bez niej nie może żyć. WIększość z nich jest w sumie głupia, ale też przezabawna, a na swój sposób... nawet mądra. To serial, w którym postać powie do innej, że "dźwigasz swoją koncentrację niczym przepełniający się kubek", w którym "trzeba zajrzeć głęboko pod skórę, by poznać naturę patologii tego zabójcy", w którym nic nigdy się nie zmienia, tylko zawsze "ewoluuje", w którym ofiara "jest jedynie tuszem, z którego wypływa mój poemat", w którym porusza nas, że bohater "czuje, jakbym rozmawiał z jego cieniem, zawieszonym na kurzu", w którym instalacja z części ciała dostaje wypowiedziany z kamienną twarzą, niczym w kinie, komentarz: "rażące przypomnienie o swobodzie, jaką daje śmierć". W którym postaci cały czas rozmawiają o innych, wypowiadając ich imiona i nazwiska. W którym Gillian Anderson, deklamując w rekordowo powolnym nawet jak ten serial tempie, nie powie nigdy po prostu, że coś jest nierozsądne, ale: "to, co proponujesz, jest tak nierozsądne, że znajduję trudność w wyobrażeniu sobie, iż ten moment w ogóle istnieje". Na co dostanie odpowiedź: "decyzje powstają z ugniecionych uczuć. Są częściej grudką, niż sumą". To wszystko jest dość szalone! Ale o dziwo całość trzyma pewien balans brawurowej, ale wystarczająco szybkiej i wypełnionej atrakcjami jazdy bez trzymanki.

hannibal9

Trzeci sezon to już praktycznie w całości rzecz, którą sam Fuller opisał jako "pretensjonalne kino artystyczne". Niemalże nic już się nie "dzieje", i nawet wspomniane rozmowy o uczuciach nie są już aż tak częste, jak sceny kompletnej "poezji", gdy na przykład oglądamy w stukrotnie spowolnionym tempie, jak rozbryzgują się kropelki krwi, ślimaki chodzą po ciemnej jaskini, albo pojawia się jeleń (jeleń pojawia się w Hannibalu cały czas. Ale spokojnie, jest to bardzo głębokie: otóż to symbol śmierci). Niektórym się to podoba, bo jest Lynchowskie, jest jak w Twin Peaks, jednym z najbardziej wpływowych dzieł sztuki XX wieku. Ale ja zdecydowanie wolę dwugodzinne filmy Lyncha, niż ten dłużący się, wypełniony "fillerami" niczym albumy słabych kapel, twór zwany drugim sezonem Twin Peaks. I podobnie tutaj mam wrażenie, że twórcy po prostu nie mieli specjalnie pomysłu, jak wypełnić czas tych 13. godzin historią nadającą na dwie. Wydaje mi się, że obecnie, w epoce streamingu i reżyserów filmowych robiących seriale, jest to coraz częstsza przypadłość. Wspomnę tu jedynie o popularnym niezwykle serialu/długim filmie Stranger Things, poświęcającym 8 godzin na historię, którą absolutnie można by opowiedzieć w dwie - tak sztucznie odkładając pewne oczywiste wydarzenia, że trudno nie stwierdzić, iż dłuższy czas dzieła to po prostu rozciągnięcie go na format serialu, a nie rzecz konieczna, by oddać kompleksowość tej historii. Czy historie, które w ogóle nie są kompleksowe, powinno się opowiadać przez wiele godzin, aby na tym zyskują? Nie jestem do tego przekonany. I tak, wyzwalając się w miarę trwania ze schematu "historii na odcinek", Hannibal wcale za bardzo nie wie, jaki nadać kształt narracji. O ile drugi sezon kończy się cliffhangerem, tak w trakcie trzeciego nagle dostajemy kompletne zamknięcie jednej historii i podjęcie zupełnie innej - która dodatkowo kopiuje (w sposób tylko trochę ciekawy) historię z książki Czerwony smok, wielokrotnie już adaptowanej. Z jakiegoś powodu mam uważać już nie tylko, że warto przez 30 minut odcinka rozmawiać o uczuciach Willa wobec Hannibala (trzeci sezon naprawdę przypomina klimatem adaptację któregoś z homoerotycznych fan-fików pisanych przez 15-letnią fankę powieści), ale też, że ciekawy niezwykle jest sam "wielki czerwony smok" - zabójca w istocie strasznie nudny i prostacki w porównaniu do tego, czego doświadczaliśmy z rąk Hannibala przez pierwsze dwa sezony. Summa summarum, chociaż serial momentami wręcz uwielbiałem, jego zakończenie witałem z ulgą - z wrażeniem, że najlepsze, co mieli do powiedzenia, dawno już zrobili. W tym sensie dynamikę narracyjną kolejnych sezonów Hannibala można porównać więc ani do zbioru opowiadań, ani do powieści, ale może do dyskografii co bardziej rozwojowej kapeli muzycznej - z kolejnym rokiem twórca chce zrobić coś nowego, zmienić kierunek... Niektórym się to spodoba bardziej, niż poprzednie dokonania - ale starzy fani mogą narzekać.

hannibal12

Z racji przechodzonych przez serial zmian... sorry, ewolucji, trudno mi podsumować celnie Hannibala, bo czasem sam nie mam pewności, co mi zaserwowano. W swoich najlepszych momentach Hannibal jest niczym ożywiony obraz Kena Currie'ego czy Otto Rappa, w najgorszych - tylko zbiorem śmiesznych żarcików o jedzeniu ludzi, którzy się nam nie spodobali, i trudnym bromansie. A może odwrotnie?

Wniosek z całej historii wydaje się dosłownie być taki, że fajnie jest zabijać, bo przynajmniej człowiek robi coś ciekawego. Reszta ciągle jest porzucana czy dostosowywana (by wspomnieć postaci poboczne służące głównie jako rekwizyty), płynąc w wyjątkowo pozbawiony ram sposób - czasami urzekając mnie tą bezczelną swobodą, a czasem zwyczajnie nudząc przesadnym samozachwytem. Druzgocący przekaz Hannibala wpisuje się ładnie w krajobraz sztuki 2016 roku, kiedy to politycy nie są już idealistami z West Winga, lecz cynikami z Veep, a zabawna kreskówka to nie celebrujący przeciętność Simpsonowie, ale międlący alienację jednostki BoJack Horseman.

A jednak muszę powiedzieć, że żadna ilość egzekucji zobaczonych na ekranie nie skłania mnie do zaakceptowania nietzscheańskiego kultu pustej siły, zaś widząc tę brutalną falę w TV, nadal mam głównie ochotę zapytać jedynie: czemu tacy jesteście? Jaki jest wasz problem, że robicie takie seriale? Ale to wcale nie znaczy, że mamy złą sytuację, jeśli najlepiej obecnie oceniane seriale wcale nie przypominają tych, które początkowały "złotą epokę telewizji" w HBO na przełomie wieków. Ależ nie. Jeśli The Wire było dziełem kompletnym, to może i dobrze, że nowi twórcy nie działają w ogóle według tych zasad, ale próbują czegoś absolutnie niekompletnego. Jestem pewien, że za rok, dwa, może dziesięć - w końcu dojdą do wniosku, że nieustanne mordowanie nie jest wcale AŻ TAK bardzo fascynujące w porównaniu do codziennego życia, a bycie złym to nie aż tak pociągająca sprawa. I już nie mogę się doczekać, co jeszcze zrobią z kamerą i obrazem, jeśli Hannibal pokazał, że "nie wolno" nie istnieje.

wtorek, 02 sierpnia 2016

Garść relacji z pierwszego rzędu. No, tak naprawdę zazwyczaj drugiego, ale to nie brzmi tak dramatycznie.

 

Chcąc nie chcąc, mierzymy się wszyscy codziennie z pytaniem o sens życia. No, serio. Zazwyczaj raczej podświadomie: nie zastanawiamy się, po co znowu idziemy do pracy, do łóżka ani do wesołego miasteczka, po co wkładamy cheeseburgera do swojej paszczy i kupujemy iPhone'a albo wysyłamy przelew na leczenie chorego Maciusia, lat 5. Nasze decyzje, można powiedzieć, kierują nami, niemniej wyłania się z nich jasny obraz naszych priorytetów w życiu. W historii mamy wiele przykładów, że człowiek pozbawiony zbyt wyrazistego sensu może często znaleźć takowy w zwykłej kontynuacji nawyków przodków, albo i własnych. Co roku o danej godzinie trzeba stanąć, zatrąbić, co roku być w danym miejscu i być częścią wspólnoty, która w ten sposób czyni ze zwykłego zdarzenia coś wyjątkowego. Poza rytuałem, czasami dla co bardziej znudzonej życiem osoby sens Nowych Horyzontów może się rozmyć; jak wtedy, gdy wydajesz 25 zł, by obejrzeć w ramach NH Neon Demon czy Chevalier, choć za tydzień można zrobić to samo w tani poniedziałek za pół ceny. Wtedy jednak sala nie będzie w pełni galowa, osób będzie tylko garstka, i nie będzie to z definicji święto kina, tylko codzienność kina. Niektóre rytuały, jakby się zastanowić, mogą być dziwne (oglądając od pierwszego do ostatniego filmu festiwalu ten sam zestaw reklam samych NH czy koncertów, zacząłem się zastanawiać, czy na opakowaniu czekolady umieszcza się reklamy czekolady?) ale przecież im bardziej są specyficzne i niepotrzebne, tym większa jest ich symboliczna wartość, czyż nie?

Czasami tylko człowiek świadomy staje i zatrzymuje się i próbuje zadać pytanie: po co, ale jak w to w życiu - krótkowzroczne "bo to przyjemne" pozostaje chyba najbardziej klarowną odpowiedzią, na jaką wymyśliliśmy słownictwo.

W tym roku na Nowych Horyzontach nie zobaczyłem żadnego filmu wybitnego, co zdarza się pierwszy raz. Po części to efekt przypadkowych zdarzeń, obowiązków itp., wskutek których nie wybierałem zwyczajowo "pewniaków". Obejrzałem sporo filmów dobrych i bardzo dobrych. Na tegorocznych Horyzontach w praktycznie każdej kategorii - trochę ironicznie jak na rok, w którym gościliśmy Claire Denis i oglądaliśmy Piękną pracę - nie było zbyt wielu uderzających obrazów, kina pięknego widoku, z kamerą jako bohaterem. Za to zobaczyłem niemało filmów, które zadawały po cichu pytania o rzeczy podstawowe, o wartości naszej codzienności: rodziny, społeczeństwa, miejskiego życia, i w reakcji skłoniły mnie, by samemu się nad tym zastanowić.

sieranevada9_h_2016

Najlepszym z nich była chyba Sieranevada, nazwana niczym piosenka alternatywnej kapeli - żeby było ładnie, bo przez trzy godziny filmu nie sposób znaleźć pewności co do znaczenia tego tytułu. Dzieło Cristiego Puiu było najbardziej spektakularnie "filmowe" spośród wszystkich, które chciałbym tu opisać, więc niech mówi za siebie fakt, że i tutaj praktycznie cała akcja dzieje się w jednym zwyczajnym, zatłoczonym rumuńskim mieszkaniu, wśród zwyczajnych rumuńskich gęb, które ujęte są w dość pospolity, quasi-dokumentalny sposób. Niemniej... kamera w Sieranevadzie subtelnie przyczynia się do budowania klimatu filmu opartego na pewnym zderzeniu codzienności z na tyle odpowiednią dawką absurdu, by ton ciągle zawieszony był gdzieś między serio a nie-serio. Zwłaszcza zwróciłbym tutaj uwagę na sposób, w jaki eksplorujemy przestrzeń mieszkania, z kamerą krążącą wokół pokoi w takim zagubieniu, że łatwo uwierzyć, iż ten zjazd rodzinny w typowym rumuńskim blokowisku odbywa się pośród co najmniej kilkunastu komnat istniejących w innym wymiarze. Odbywająca się podczas tradycyjnej ceremonii religijnej Sieranevada obśmiewa rytuały, zderzając je z praktycznym podejściem, które zachowujemy wobec większości spraw na co dzień. Przykładowo, według logiki rytuału, je się obiad dopiero wtedy i tylko wtedy, gdy ksiądz dokona poświęcenia danego ubrania, a wybrana osoba je założy. Według logiki codziennej, je się obiad wtedy, gdy się jest głodnym. Konflikt. W żwawym tempie filmu bohaterowie non stop kolidują ze sobą, często w ogniu kłótni, jak można sobie wyobrazić w każdej sytuacji, gdy do ciasnego pokoju upchasz całą rodzinę, która niecodziennie ma ochotę się spotykać.

Prawda, sugeruje Puiu, może gdzieś tam jest - prawda o tym, czy komunizm zbudował czy zrujnował Rumunię, kto stał za 9/11 i czy wujek Toni faktycznie przeleciał sąsiadkę - ale w całej tej gadaninie, w której każdy koniecznie musi mieć coś do powiedzenia na każdy temat, sama idea prawdy staje się po prostu przedmiotem Mrożkowej komedii. Nie ma szukania obiektywnej prawdy, jest próba przekrzyczenia innych i wyrażenia swojej wizji świata, swoich resentymentów, swojego niezadowolenia. A sam akt "rozmowy"? Nie ma celu do osiągnięcia. Jest tylko rytuałem.

thefamily2015JiaLiuShuminSIC3003

Może zabrzmi to dziwnie, ale pokręcona Sieranevada mimo wszystko potrafiła przypomnieć mi doskonale, ile mam sympatii, miłości i tęsknoty do codziennego życia w zatłoczonym mieście, gdzie wszystko dzieje się naraz, a kolejny dramat jest o krok, za następnymi drzwiami. W znacząco mniej napiętej atmosferze, na podobnych uczuciach bazuje Rodzina - trwający blisko 5 godzin film Shumina Liu, pokazywany co prawda "specjalnie" w Wenecji rok temu, a jednak nadal bez własnej strony na Filmwebie, "drugiej największej bazie danych na świecie". Rodzina jest wręcz rozbrajająco pozbawiona wydarzeń - wypełniona długimi, statytycznymi scenami, w których bohaterowie robią jedzenie, sprzątają, śpią czy oczywiście rozmawiają. I trudno nawet powiedzieć, o czym rozmawiają - głównie o swojej sytuacji życiowej. Przewijają się nieśmiale tematy pieniędzy, zdrowia, związków, sytuacji rodzinnej. Ma to wszystko sporo uroku. Jak to w życiu, dzieci są rozkoszne, stare małżeństwa są rozkoszne, a ludzie w więku pomiędzy - głównie styrani. Rodzina kształtuje się w swego rodzaju bilans życia pary "dziadków" odwiedzających swoje dzieci: raport stanu na ten rok, można by rzec. Jedyne coś, co przeciętny widz nazwałby "wydarzeniem" w dialogach pada gdzieś w czwartej godzinie filmu, jedyne "wydarzenie" fabularne - zdarza się na sam koniec. Nie jest łatwo rozmawiać szczegółówo o Rodzinie ani nawet zarekomendować ten film, aczkolwiek podobał mi się. Nie jest to jeden z tych azjatyckich filmów, które kręcili czy Ozu, czy Edward Yang, które rozkładały na łopatki głębią i doskonale subtelnymi elipsami scenariusza i kamery - to kino wręcz poczciwe. Przede wszystkim bazuje na zbudowaniu uczucia przywiązania - i ukazaniu prawdziwej, choć niespektakularnej więzi utwierdzającej się, w jakiś magiczny sposób, przez każdą banalną rozmowę na ławce i kolejny przygotowywany do wspólnego spożycia posiłek. Morał mógłby brzmieć na przykład tak: obyśmy zawsze mieli dla kogo takie posiłki przygotowywać.

1cae450d64c480a370807ccd30

Na sam koniec festiwalu, gdy w kinie trwał już sprawny demontaż, obejrzałem Wszystkie nieprzespane noce, film wyróżniony nagrodą publiczności i celebrowany przez wielu widzów jako "portret pokolenia". To cudownie wyróżniający się na tle zwyczajowego, poważnego polskiego kina hymn na cześć młodości, głupoty i nieodpowiedzialności: trochę jak Uczniowska balanga (Boże, nadal nie mogę uwierzyć, że to był polski tytuł) Linklatera umieszczona we współczesnej Warszawie. Oparta, bardzo otwarcie, na efekcie reminiscencji: reżyser i po projekcji mówił, że np. dyskusji o polityce tu nie ma, bo gdy wspomina swoją młodość, nie wspomina dyskusji o polityce. Podobnież, w filmie praktycznie nie pojawiają się takie "znaki czasu" jak młodzież wpatrzona w komórki czy uciekająca "online". Przeciwnie, Noce uwzniaślają to, co nazwalibyśmy chyba "prawdziwym ludzkim kontaktem", przynajmniej w wersji znanej młodzieży od kilku dobrych dekad: alkohol, muzyka, włóczenie się po mieście, ciągi rozmów i mnóstwo, mnóstwo papierosów. Film, można powiedzieć, skrojony idealnie pod typowego festiwalowicza, rzucającego dość niemałą kasę na to, by przez półtora tygodnia lata na przemian pić, palić, wciągać, oglądać filmy i rozmawiać, w sercu tętniącego życiem miasta... no co, podobno Wrocław też takowym jest. To nie są pijackie rozmowy "klasy niższej" typu "kurwa, jebię, kurwa", które słyszę co dzień w nocy na kwadracie na Ołbinie: to są pijackie rozmowy młodej klasy średniej, owszem, wulgarne i nieskoncentrowane, ale też poruszające tematy tożsamości, celów życiowych, marzeń, niezależności i ogólnie względności ego. Długo by opowiadać... Długo by też można wymieniać mocne punkty, które sprawiają, że ten dość szczeniacki, rozedgrany film mimo wszystko działa świetnie, ale zwrócę jedynie uwagę na to, że podejmuje temat typowego młodzieńczego rozerwania: z jednej strony niewątpliwa obsesja na punkcie kobiet i ogólnie uniknięcia horroru samotności, a z drugiej - przeraźliwa niechęć do kompromisu z czymkolwiek z zewnątrz, do zatracenia własnej integralności i osobistości. No... ja trochę tak to odebrałem. Dodajmy do tego, że reżyser Michał Marczak znalazł doprawdy wspaniałych aktorów, o których trudno wręcz uwierzyć, że nigdy wcześniej nie grali. Kobiety są piękne i młode, a faceci... w sumie też piękni i młodzi. I fascynujący, na swój sposób - uwiarygadniając nawet dość pozbawione gustu akty wandalizmu i niezdecydowania, których my, dorośli, nie lubimy oglądać w filmie. Nic rodziny, nic trwania. Tylko piękne, podrasowane używkami momenty. A potem: ich wspomnienia. To zupełnie inna odpowiedź na tytułowe pytanie.

i_daniel_blake_no_film_school_interview

Rozczarowały mnie nieco filmy dwóch mistrzów: Chantal Akerman i Kena Loacha. No Home Movie Akerman to, nawet jak na nią, skrajny przykład antyfilmu, odrzucającego wszelką estetykę i fabułę, poświęconego banalnym rozmowom z własną matką, w którym rolę scen akcji pełnią ujęcia z nieruchomej czy postawionej w aucie kamery, obserwującej bliżej nieokreśloną amerykańską pustynię (jakże inną, a jak podobną do tej z zakończenia Neon Demon). Recenzje tego filmu (niefilmu?) zazwyczaj opierają się na wyciąganiu wniosków ze szczegółów, i samej biografii reżyserki. Po śmierci matki i wydaniu No Home Movie, Akerman popełniła w wieku 65 lat samobójstwo. Będąc kultową artystką, na samotność raczej narzekać nie mogła, a jednak można odnieść wrażenie, że poza tymi codziennymi rytuałami rozmowy ze starą matką i opiekowania się nią, nie zostało jej nic wartego kontynuowania w życiu. Rozumcie to, jak chcecie.

Nagrodzony Złotą Palmą Ja, Daniel Blake to typowe kino brytyjskie, które miłośników... kina brytyjskiego zachwyca, a mnie niekoniecznie. Od Kes po swój najnowszy przebój, Loach jest w moich oczach reżyserem osiągającym w swych filmach poziom między po prostu słabym (np. Szukając Erica) a co najwyżej dobrym, nie uderzając w żadne wysokie nuty. Ta przyziemność to trochę oczywiście cały cel jego kina i niby zaleta, ale... jego manipulacje, by "zwyczajność" stworzyła ładną historię, sprawiają, że trudno to wszystko nazwać chociażby realistycznym. Zajrzyjmy na przykład na samych bohaterów Daniela Blake'a: tytułowy emeryt to wręcz heros, doskonały mężczyzna, odpowiedzialny, silny, umiejący zrobić w domu wszystko, jedynie z racji zdrowia zmuszony do domagania się o zasiłek. Bohaterka damska to, oczywiście, samotna matka, która ok, popełniła błędy, ale ach, zdaje się krzyczeć nam do ucha Loach, ależ ona się dla tych dzieci poświęca, ależ kocha. Trudno nie sympatyzować z sytuacją, gdy ktoś tak wspaniały naprawdę się stara - wyrzucony przez biedę z rodzinnego dużego miasta i zesłany na prowincję; walczący, by swoje dzieci nie były przez rówieśników wyszydzane przez swoją biedę. Niemniej współczesny kinoman, mający za sobą The Wire (a który nie ma? Jurorzy z Cannes?) może pozostać nieprzekonany - choćby dlatego, że Loach w ogóle nie poświęca pół sekundy na sugestię, czemu właściwie życie tej kobiety powinno być naszym wspólnym problemem. Nie ma tu też wiele sympatii wobec urzędników wykonujących swoją pracę, przestrzegających przepisy, które kazano im wypełniać, może napisanych niefortunnie, ale jednak wiemy, że tak naprawdę nie bez powodu. To film wręcz religijny, bo zło jest w nim jednowymiarowe i pozbawione twarzy innej niż tych wspomnianych urzędników. Zło nie ma tu też powodu innego niż taki, że ktoś widocznie po prostu nie szanuje biednych i nie pozwala im dostać zasiłku w sytuacji, gdy oni, kurczę, naprawdę się starają. Mogę uwierzyć, że ludzie myślą o tym w ten sposób i może nawet w taki sposób rodzą się rewolucje, ale odór zwyczajnej manipulacji nie pozwolił mi w pełni przejąć się tym... dobrym i jedynie dobrym filmem.

 

Daniel Blake (bohater i film) wydaje się przekonany, że w życiu najważniejsza jest godność, można by rzec: by nie żyć na kolanach. Jednak po serii kompromisów wydaje się jasne, że przecież nie udaje mu się ani walczyć z systemem, ani z niego korzystać. Ta "godność" staje się wręcz raczej pociechą po porażce, niż jakimkolwiek wyborem drogi życiowej. Nieco potwierdza to obraz świata 2016 malowany przez filmy tego festiwalu, a nawet - zbieg okoliczności - jego "zglitchowany" plakat na ten rok: oto Europa w chaosie, pozbawiona wspólnot i zgody co do idei, stawiająca ludzi z desperackim pytaniem, co zostaje, jeśli nie opieramy się na rodzinie, lecz na kimś lub czymś, co może nas porzucić.

 

rester_vertical_h_2016

Być może najprawdziwsze wnioski wysuwa więc nieco absurdalny, moim zdaniem sięgający po mroczną wersję Borisa Viana, w pewnym sensie bardzo dobry - ale i zły - film W pionie Alana Guiraudie: uderzający naturalistycznymi scenami porodu czy gejseksu, ale zmierzający wraz ze swoim bohaterem donikąd. Guiraudie, zdaje mi się, mówi: ależ nie ma sensu, nie ma celu. Nie ma nic poza pożądaniem, każdy z nas tylko wysysa z innych, ile się w danej sytuacji da, żyjemy tylko w labriyncie chęci, przyzwolenia od innych i zadowolenia siebie, samego siebie.

poniedziałek, 30 maja 2016

Stało się. Rok 2015 w kinie minął. Niektórzy by nawet powiedzieli, że minął 1 stycznia, ale mniejsza z tym, jest lato, ciepło, dobry czas, by wspominać, co też dobrego nas spotkało. Od czasu wprowadzenia oceniaczki na blogu można obserwować niemalże na żywo, jakież to filmy mi się spodobały, a jakie mniej, i ile ich zobaczyłem. Robienie rankingu top 10 z grupy mniejszej niż ze 100 wydawało mi się statystycznie śmieszne, i to co roku się nie zmienia. W roku 2015 dodatkowo postawiłem sobie za cel, by zobaczyć wszystkie filmy, które znalazły się w czyimkolwiek top 10 roku w magazynie Kino. Głównie chyba dlatego, by pod jeszcze jednym względem osiągnąć efekt, o który generalnie chodzi w każdym tekście na tym blogu - żeby było lepsze, niż wszystko, co publikuje Kino. Nie chciałem żyć z myślą, że być może przegapiłem coś, co miało szanse mi przypaść do gustu. Ostatecznie do końca się nie udało (przynajmniej jeśli chodzi o kryterium obejrzenia tych samych filmów...), bo kilka produkcji po prostu przegapiłem w kinie, a nie wyszły jeszcze z anglojęzycznymi napisami na DVD. W tym gronie znalazły się Biały cień (hicior Nowych Horyzontów sprzed bodaj trzech lat), Pod ochroną, Moja chuda siostra oraz... W cieniu kobiet, które zobaczyłem, ale po francusku, rozumiejąc gdzieś tak połowę kwestii. W tym momencie można by coś napisać o top 10 roku w magazynie Kino. A, tak. Pierwsze miejsce zajęło tam Body/ciało. Mam więc gotową zajawkę: zapraszam do top 10, w którym nie będzie filmu Body/ciało! Oto top 10 dla ludzi, którzy nie mają już 15 lat i dawno przestali sprawdzać co piątek, czy tym razem kolejny przeciętny polski film dostał od Felisa 5 czy 6 gwiazdek.

Powiedzmy coś o roku. To był rok, gdy wiele osób w różnych miejscach Europy doszło dobitnie do postanowienia w sprawie swojej tożsamości i zachciało jakoś to wyrazić. Ludzie dla potwierdzenia sensu swojego istnienia bawią się w rzeczy, które współcześnie nie mają racji bytu, jak nacjonailzm czy pisanie blogów - właśnie dlatego, że nie mają racji bytu. Niektórzy chcą po prostu mieć dobre życie, ale inni chcą być kimś i mieć coś do powiedzenia - a ku swemu niezadowoleniu, zazwyczaj nie są i nie mają. Zostaje im albo depresja, albo agresja... albo pisanie bloga o osiągnięciach innych ludzi. Moja ulubiona kapela po serii pięknych okładeczek Storma Thorgersona teraz nagrała płytę, na której okładce są po prostu oni, członkowie kapeli, we wrażliwej pozycji, mówiąc wprost, jakie mają zamiary: to jesteśmy my, nie przejmujemy się, że coś może być zbyt dosłowne, otwarte i prosto z serca, żeby nie zostało skreślone jako kiczowate. Skreślajcie śmiało - nie z waszej akceptacji płynie nasza siła, ale z faktu, że oddaliśmy wszystko, by zrobić to właściwie. Podobnie jak muzykę, tak i kino (i pisanie) można uprawiać dla osób fajnych i zadowolonych z siebie: oto kino, które jest robione tak, by było kinem dla ludzi, którzy są fajni. Recenzent zadający pytanie: czy to dzieło stworzył ktoś fajny i dla ludzi fajnych?, będzie pod wrażeniem. Ale można to robić z innym priorytetem: żeby wykrzyczeć coś ważnego, czy to pod względem argumentu, czy emocji. To zawsze oznacza ryzyko ośmieszenia, czy może inaczej - wręcz pewność, że dla wielu osób to, co robisz, będzie beznadziejne. Najlepsze co można powiedzieć: jeśli jesteś utalentowany, to nie będzie beznadziejne dla wszystkich. To, co 10 lat temu uważałem za perfekcyjne - Led Zeppelin, Lot nad kukułczym gniazdem, longera w KFC - dziś z tych samych powodów uważam za nijakie i marnujące mój cenny czas. Niczym Daniel Day-Lewis w trakcie Mojej lewej stopy, dziś wiem, kim jestem, mam dość bezproduktywnych ceremoniałów odprawianych "żeby było miło", i interesuje mnie tylko prawdziwa miłość. I to jest mniej więcej motyw tego top 10, który odkryłem dopiero podczas robienia opisów. Większość z tych filmów łączy jedno: kompletny brak cierpliwości dla kina, które nie ma nic ważnego do powiedzenia.

 

Ale nie wszystkie. Jak zawsze, część filmów była po prostu zrobiona tak dobrze, że cieszyłem japę przez cały czas projekcji tak samo, jak wszyscy siedzący obok - i nie mogło być tak, by nie trafiły na listę. Na pierwszym miejscu ostatecznie znalazł się ten sam film, który znalazł się wszędzie indziej na pierwszym miejscu. Początkowo tam nie był - wypisałem go bodaj jako trzeci - ale po czasie uznałem, że nie ma sensu opierać się nawałnicy, jaką wyczynił obraz, na który zawsze czekamy, by poczuć się jak dzieci... sprzed stu lat: grupowo zachwycone tą samą rzeczą, a przez to połączone we wspólnocie. Ten film mi to dał. W roku 2015 spotkałem sporo ludzi, o których nie mogłem porozmawiać o wszystkich innych wymienionych tu filmach, ale mogliśmy pogadać o Mad Maksie, i nawet się pozgadzać. Po ustaleniu zwycięzcy dość łatwo było mi wymienić filmy 2-4 oraz 5 - te filmy pewnie byłyby w top 10 w niemal każdym roku. Miejsca 6-12 były pewnym dylematem, który rozwiązywałem oglądając wszystkie kolejne razy i dla odmiany nawet trochę myśląc. Ostatecznie Feniksa skreśliłem, bo choć to wspaniały film, to jakoś ciągle miałem więcej do napisania o jego wadach, niż zaletach - a Victorię chyba głównie za to, że wkurzało mnie jak fajne życie mają ci młodzi, podróżujący po Europie, poznający ludzi bohaterowie.

 

I to w sumie tyle. Przez kolejny rok doświadczyłem sporo dobrego kina, i sporo słabego, i to wszystko - to były jedne z najmniej bolesnych godzin, jakich doświadczyłem przez ten rok. Ten coroczny ranking jest celebracją tego faktu, którą traktuję jak pamiątkę, obojętnie, kto go czyta.

Ale jeśli macie ofertę zrobienia slajdszoła z opisem na jedno zdanie za kasę, to dajcie znać.

top10madmax

1. Mad Max: Na drodze gniewu, George Miller

To było do przewidzenia, że po dwóch częściach zarówno Babe – świnka w mieście, jak i Happy feet – tupot małych stóp, Miller dostarczy nam wszystkim film, na który czekaliśmy całe życie: dostarczający wszystko to, czego wymaga masowa publika (pościgi, strzelanie, przemoc), tylko że robiący to… dobrze, a nawet, kurczę… no nie wiem, powalająco. Ten film ma być może najefektowniejszą, najlepiej zaprojektowaną, wykonaną, nakręconą, zmontowaną i udźwiękowioną scenę akcji, jaką widziałem… nazywa się Mad Max: Na drodze gniewu i trwa dwie godziny. Co tu się w ogóle dzieje? Wszystko. Weź najlepsze bijatyki wschodniej Azji, łączące balet z montażem na miarę Dżigi Wiertowa, podlej to wszystko benzyną, wsadź na kółka i jedź, jedź, jedź bez końca. Wiele, wiele razy podczas projekcji nie mogłem uwierzyć, co tu się dzieje. Podczas gdy „kino akcji” zazwyczaj w istocie spędza 2/3 czasu tłukąc widza po łbie dosłowną ekspozycją, Mad Max rypie faktycznie akcją, a przy tym ciągle, nieustannie, odkrywa nam przy okazji nowe fascynujące prawa tego wyjątkowego, szalonego, bogatego w swoją własną kulturę, ciągle tajemniczego świata. Wszystko jest tu tak cholernie… filmowe. Chce się o Mad Maksie mówić bez końca, i się będzie, a jednocześnie, jak z każdym arcydziełem, jest to wrażenie, że słowa nie potrafią oddać tego, co trzeba, profanując tylko przeżycie.

top10dheepan

2. Imigranci, Jacques Audiard

Ten film mógłby mieć tytuł Bękarty wojny w takim sensie, w jakim Złodzieje rowerów mają tytuł Złodzieje rowerów. Z tym że o ile filmy De Siki nigdy mną nie wstrząsały, Imigranci zrobili ze mnie mokrą szmatę, która cieszy się, że siedzi w pierwszym rzędzie i nikt nie widzi. Początkowo wcale się na to nie zapowiada. Audiard, zawsze zręczny koleś (jego W rytmie serca również należy do moich ulubionych filmów), fenomenalnie mierzy tempo i posuwa akcję do przodu na tyle, żebyśmy mieli to przyjemne uczucie, że ciągle coś odkrywamy – w spojrzeniu, geście, kadrze – a jednocześnie nadal jeszcze do końca nie „łapiemy” tej kompleksowej międzyludzkiej sytuacji, jaka została tu ukazana, jesteśmy o krok za rozwojem wydarzeń. Przez długi czas Imigranci są po prostu filmem o tym, że ludzie sobie żyją, nie będąc idealnymi, ale starając się znaleźć własny spokój i szczęście – to maksymalne zbliżenie sprawia tylko, że ostateczne „duże tematy” podjęte przez Audiarda odczuwa się o tyle mocniej. Jednym z nich jest kwestia, która mnie, jako zboczonego miłośnika sprawiedliwości, zawsze poruszała: otóż żeby brać udział w wojnie, nie trzeba wcale chcieć. Wystarczy, że jedna strona chciała, i masz do wyboru być ofiarą albo bojownikiem. Ludzie będą cię oceniać za to, co zostało ci narzucone. Spokojny dom jest przywilejem nielicznych, a reszta szarpie, jak może. Robiąc złe rzeczy, a więc zapewne będąc złymi ludźmi. To jednak nie tak, że mieli specjalnie duży wybór. Audiard łamie serca w ostatniej scenie, pytając, czy nie byłoby jednak pięknie, gdyby mogło się udać. Oj. Byłoby.

top10zjazd

3. Zjazd absolwentów, Anna Odell

Sztuka moim zdaniem jest wspaniała głównie dlatego, że może powiedzieć to, czego nie możemy tak po prostu mówić dosłownie. Bo w formie bezpośredniej jest żenujące, poniża nas otwartością, robi z nas debili, a poza tym… po prostu nikt nie słucha, nikogo nie obchodzi twoje życie i uczucia i wizja świata. Zjazd absolwentów to najbardziej fascynująca zabawa z tym tematem: jednocześnie, zdaje się, faktycznie TO ROBI, a poza tym kręci, że to robi… i pokazuje to ludziom, którym miał to robić. Zręczne. Niektórzy nazwali to „performance'em”, ale dla mnie to najczystsza sztuka i film, który każdy powinien zobaczyć. Odell zderza się z postaciami, które wychodzą z przeciwnego od niej założenia: temat nieprzyjemny? Zagadać, pośmiać się, wyłączyć, tego tematu nie ma. Każda „negatywna” treść musi zostać wyrzucona poza margines, a nieatrakcyjni ludzie – najlepiej, żeby raczyli łaskawie umrzeć gdzieś skuleni w kącie, z dala od nas, bo cóż innego doradzić. Od nikogo z nas na szczęście nie wymaga się przecież takiego poświęcenia, by spędzać czas z kimś, kto jest niefajny, krępujący i dziwnie się patrzy - a i nie możemy się zmusić do polubienia kogoś. Zmusić się można jedynie do fałszywych uśmiechów i powtarzania „oj nie mogę akurat teraz rozmawiać, oddzwonię jak będę mieć czas”, co boli i poniża niefajnego bardziej niż zwykłe „spadaj, nie będziemy się kolegować”, ale za to fajnym znacząco poprawia wskaźnik „klasy”. To wspaniały film o tym, jacy to wszyscy są mili i łagodni: nikt nie lubi zabijać, ale też nikt nie ma ochoty ratować – ostatecznie, wszystko da się załatwić, ustawiając kij odpowiednim końcem - ofiara "sama się prosi". Bohaterka wstaje i mówi: cholera! Cóż to za hipokryzja! Wy normalnie mnie nienawidzicie! Cokolwiek nie zrobię – da się to ująć słowami tak, by podać to jako powód, dla którego nie chcecie ze mną się zadawać! Nie ma na to wszystko przyjemnej odpowiedzi (którą próbowały znaleźć liczne media dość żenująco interpretujące film jako "zemstę" Odell - oj, faktycznie, ależ musiało im pójść w pięty...). Możemy albo żyć w uśmiechniętym, wesołym kłamstwie, albo przyznać się przed sobą do własnej hipokryzji i nic nie zyskać, a za to zepsuć sobie i naszym fajnym znajomym humor. No właśnie, nikt nie jest tak głupi, żeby zrobić to drugie. Dlatego potrzebujemy, żeby ktoś to puścił na filmie, z dystansem, że niby o kim innym...

top10turysta

4. Turysta, Ruben Östlund

W wieku 40 lat Ostlund w końcu znalazł środki, by powiedzieć coś O Życiu, mistrzowsko przy tym wykorzystując swój niezmienny (i niezmierny) talent do opowiadania montażem. W Turyście co chwila jest taka scena, że w sumie postaci po prostu patrzą się na siebie, a robi się i śmieszno, i straszno, i sporo się mówi o tym, jak powstają stosunki siły w codziennych relacjach między ludźmi. Wszystko w tym filmie wypala i w rezultacie powstaje coś jak kino braci Coen czy Woody'ego Allena, tylko jednocześnie i mądrzejsze, i bardziej życiowe, i bardziej subtelne w formie narracji. Widziałem w życiu bardzo mało tak… treściwych filmów, jak Turysta, który jest niemalże jak poradnik, czego się w życiu oczekuje od mężczyzny. Humor jest tu niezwykle czarny, bo choć przyzwyczailiśmy się MÓWIĆ, że pokazane tu dramaty nie są żadnymi dramatami (czy ktoś umiera? Ściga go mafia?), to tak naprawdę WIEMY, że dla każdej osoby są faktycznymi dramatami, i to ogromnymi. Zupełnie niespodziewanie, bohater – zadbany, żyjący w dobrobycie Szwed – w trakcie filmu stacza się w lawinę prawdziwego horroru: bycia pierdołą, a przez to utraty wszelkiej wartości w oczach innych ludzi, stania się śmieciem. Z jedynej perspektywy, z jakiej przeżywamy życie – naszej własnej – jest to wydarzenie na miarę apokalipsy, i polecam oglądać ten film właśnie jako de facto katastroficzny. To dobry companion piece dla poprzedniego filmu na liście, ponieważ zaiste: Tomas boi się, że skończy jak bohaterka Zjazdu absolwentów. A to nie jest przyjemny los. Dodajmy do tego żonę przerażoną najgorszym losem dla kobiety: bycia żoną pierdoły. Jeśli nie znacie tego losu to może po prostu się pośmiejecie jak z małp w zoo, nie zdając sobie nawet do końca sprawy, że bohaterowie wiszą na krawędzi istnienia.

top10mrturner

5. Mr Turner, Mike Leigh

Mam mieszane relacje z panem Leigh, ale Mr Turner okazał się trzecim już strzałem w dziesiątkę, po Nagich oraz Topsy-Turvy. Bliżej mu zdecydowanie do tego drugiego: z obu zapamiętałem przede wszystkim to, jakie są ładne. Obu też nigdy nie spodziewałbym się pokochać, bo biografie malarzy wydają mi się równie fascynujące, co opera. A jednak wśród wielu twórców, którzy próbują nie tylko pokazać historyczną postać, ale i oddać urok jej sztuki, Leigh faktycznie potrafi zafascynować tym, jak światło rozkłada się na białych żabotach, grubych tkaninach wierzchnich, drewnianych stelażach stoisk handlowych, satynowej pościeli… Ten film jest jak złapanie „bez potrzeby” za cycka: nie brzmi to jak najbardziej doniosłe wydarzenie miesiąca, a jednak nieustannie poprawia humor w szczery, bezpretensjonalny sposób. I tak jest cały czas, scena po scenie: jak uroczo sobie szczebioczą po niderlandzku dwie kobiety idące zachodem słońca przy wiatraku, jak uroczo uśmiechają się świńskie główki na targu mięsa, jak uroczo Turner grbrcze i hrbrrbcze to, co ma do powiedzenia, idąc krokiem beczułki, jak jego twarz reaguje na nadchodzącą świadomość, że zaraz do pokoju wejdzie ktoś, kogo nie chciałby widzieć… Wszyscy wyglądają, ruszają ciałem oraz twarzą i mówią tak uroczo, że nie da się nie mieć uciechy. No i, tak, film jest cały czas strasznie ładny. Dla mnie to sztandarowy dowód, że coś takiego jak komedia brytyjska istnieje i ma sens.

top10nightmoves

6. Night Moves, Kelly Reichardt

Pierwszy dystrybuowany w Polsce film Kelly Reichardt, moim zdaniem jednej z najlepszych reżyserów na świecie, jest może i jej „najsłabszym”, ale i tak to rewelacyjne widowisko budujące szalone napięcie poprzez staranną grę przestrzenią negatywną – zarówno w sensie estetyki obrazu, jak i treści. Innymi słowy, Reichard starannie dobiera to, co mówi, i to czego nie mówi – co odbieram jako jedną z największych przyjemności w kinie, gdzie bardzo często po prostu papla się wszystko dosłownie, jakby w obawie, że, nie daj Boże, pięcioletnie dziecko po wyjściu do toalety na kwadrans mogłoby się poczuć w którejś scenie zagubione. W Night Moves jesteśmy cały czas zagubieni, bo świat tego filmu to świat, gdzie trudno podjąć dobrą decyzję w obliczu zagłady, chyba że jesteście fanami obojętności. Tak że, tak, to tylko w świecie tego filmu. W żadnym innym. Nie martwcie się. Reichardt napisała sobie dość komicznie niesympatyczne postaci – Dakota Fanning nieustannie irytuje wtłaczaniem hipsterskiego sarkazmu typu „czaisz w jakiej epoce żyjemy” do każdej rozmowy, podczas gdy ewolucja persony Jesse'ego Eisenberga z miana „tego uroczo nieporadnego w niczym kolesia w stylu Michaela Cery” do „najbardziej niepokojąco patrzącego się na ciebie socjopaty Hollywoodu” już kilka filmów temu mogła być uważana za nie tylko ciekawostkę celebrycką, ale i pewną opowieść o świecie, w którym osoba pogardzana i pomiatana przez społeczeństwo reaguje na to, jak może – znienawidzeniem własnych emocji i agresją. Ogólnie, po obu stronach kamery, sporo tu talentu do tworzenia niesamowicie niezręcznych, choć/bo życiowych sytuacji (ta scena, gdy spotykają turystę siedząc nad rzeką...). I choć autystyczni bohaterowie szybko każą się zastanawiać, na ile może chodzić im o Sprawę, a nie tylko o hipokrytyczne wyżycie się, reżyser i tak przepięknie maluje tragedię osoby, której zależy – zostawionej w kompletnej bezradności, bo świat dokoła niej czuje się bardzo dobrze z obojętnością, a przez to zostaje jej tylko albo cierpieć przez całe swoje życie, albo zadawać cierpienie innym w płonnej nadziei, że „świat zrozumie”. Świat nigdy nie zrozumie, Jesse. Jak powiedział Zappfe, „Tak długo, jak ludzkość lekkomyślnie podąża w brzemiennej w skutki iluzji bycia przeznaczonej do triumfu, nic istotnego się nie zdarzy”, a ty, mimo swej ambicji, nie jesteś Ostatnim Mesjaszem. Jeśli boli cię konformistyczne płynięcie z prądem, to… no masz pecha, pod prąd i tak będzie tylko trudniej. To film o ciężkich wnioskach, ale tym bardziej o talencie Reichardt do kadru i montażu świadczy fakt, że i tak chłonie się to gładko z wrażeniem, że Dostojewski mógłby kręcić amerykańskie thrillery.

top10joanna

7. Joanna, Aneta Kopacz

Z wielu powodów, obecność Joanny na tej liście to niemal cud. Po pierwsze – dokument, po drugie – polski, po trzecie – krótkometrażowy… Na szczęście to wszystko, co w ogóle przez projekcją wiedziałem, nie znając nawet zarysu historii z ulotki, który, jak się okazało, brzmi jak materiał na tani, sentymentalny bestseller Empiku. A jednak traf chciał, że Joanna (oświetlona entuzjastycznymi opiniami w USA przy okazji oscarowej nominacji) wpasowała się idealnie w mój typowy tani poniedziałek w kinie i okazała się znacznie bardziej warta ceny biletu, niż oglądane obok niej „duże” produkcje. Wbrew „streszczeniom”, Joanna to głównie nie film o tym, jak kończy się człowiek, ale jak powoli powstaje nowy – kształtując swoje słowa, postawy, uczucia… i dyskusja po dyskusji negocjując granice swojego istnienia, dzień po dniu pomału ucząc się przeklinać i ucząc się kochać. Joanna w ogóle nie podąża za żadnymi zgranymi schematami fabularnymi, które kuszą tak wielu filmowców, w istocie dając Linklaterowskie wrażenie podglądania prawdziwych dyskusji. Wyjątkowość tego filmu opiera się po prostu na intymności rozmów matki z dzieckiem, które podglądamy. Widziałem w całym swym życiu niewiele dzieł sztuki, i życia, które dają taką okazję zobaczyć prawdziwą więź.

top10bialybog

8. Biały bóg, Kornél Mundruczó

Biały bóg to typ filmu, który nie zmieni waszego spojrzenia na życie, przynajmniej o ile nie uważaliście do tej pory, że pieski i dziewczynki nie są słodkie, albo że krwawa rewolucja uciskanego proletariatu nie jest potrzebna. A kto by się z tym i tak nie zgadzał! To tak naprawdę dość błahy film, często irytujący komiksowym wykorzystywaniem stereotypów dla nadania opowieści bajkowo emocjonalnego i uproszczonego charakteru. Za to może nieco zmienić wasze spojrzenie na kino, pokazując, że średnio utalentowany reżyser z kraju, który kinomanom kojarzy się głównie z czarno-białymi, siedmiogodzinnymi ujęciami Beli Tarra, może nakręcić najlepszą hollywoodzką superprodukcję roku. Czegoż tu nie ma! Film praktycznie co kwadrans zmienia kierunek i nastrój, korzystając z zagrywek gatunkowych, tyle że różnych gatunków. To jak kreskówka Disneya potrafiąca bez autocenzury sięgnąć po estetykę rynsztoka, łącząc ludyczny (choć niektóre języki mają lepsze słowo, bardziej wręcz pod: podniecający) charakter amerykańskich bajeczek „dla dzieci oraz dorosłych chcących być dziećmi” oraz horrorów. Sęk w tym, że robi to mądrze. Te psy nie mówią, nie nadaje im się ludzkich cech, żebyście zaczęli je lubić: starają się przekonać was, żebyście rozważyli możliwość szanowania kogoś czy czegoś pomimo niewybaczalnej zbrodni bycia nieodwracalnie odmiennym od was. I chociaż przemoc niezbyt mnie pasjonuje, to też trudno nie zauważyć, że inaczej niż w bajkach Disneya, w „realu” rzadko kiedy ktoś zdobył szacunek bez używania jej. W istocie film przypomina Batmany Nolana: przegięty ponad miarę pretensji, szarżujący srogo, dość nierówny, mroczny jak cholera, trochę fashe, z co najmniej kilkoma scenami tak efektownymi, że będziecie patrzeć dokoła siebie w kinie mówiąc „co!? Co!?” i zapamiętacie je na wiele lat. Tak jak język Mad Maxa tworzą jego kaskaderzy, tak Białego boga opowiadają najlepiej wytresowane psy, jakie w życiu widziałem. Dla nich warto, po stokroć warto, a że niektóre momenty pudłują i wywołują tylko wzdrygnięcie się? Zbyt wiele razy mówiłem przez ten rok wydawcom, że dzieło sztuki nie jest od tego, żeby było równe, abym mógł teraz zdradzić to szczere, płynące prosto z serca, brawurowe, popularno-wysublimowane potpourri, jakie serwuje nam Mundruczo.

(doceńcie, że nie sięgnąłem po słowo „gulasz”).

top10aferim

9. Aferim, Radu Jude

Lubię być przeniesionym do innego świata, a Aferim, najstarszy film 2015, trzyma formę wycyzelowaną bardziej precyzyjnie, niż dowolna inna produkcja tych 12 miesięcy. Możliwe, że film jest mocno oparty na faktycznym obrazie życia na Wołoszczyźnie… okej, jest, są o tym napisy, ale dla mnie nie miało to znaczenia – takie określenia jak „na wschodniej prowincji” i „dawno temu” w tym wypadku wydzielają wystarczająco specyficzny zapach, żebym nie musiał rozdzielać, czy Aferim pachnie mi bardziej średniowieczną chaotyczną Sodomą rodem z Trudno być bogiem, pogańskim śmieszno-strasznym surrealizmem prymitywnych wierzeń Rękopisu w Saragossie, bezwzględnie bijącym po tyłku nacjonalizmem niczym film zasługujący wręcz na tytuł 12 Years a Cygan, czy też słynnymi amerykańskimi westernami. Co łączy te perspektywy, to fakt, że w przepięknie nakręconym, okraszanym rozkładającymi momentami na łopatki dialogami świecie Aferim wszystko wydaje się możliwe, ale tylko z naszej perspektywy – dla bohaterów reguły są jasno ustalone, nawet jeśli mogliby mordować się z mieszkańcami innych prowincji o to, czy na przykład rację ma mądry klecha, tłumaczący jasno, że „każdy naród ma swój cel: Żydzi oszukiwać, Turcy krzywdzić… a my, Rumuni: kochać, oddawać cześć i cierpieć jak dobrzy chrześcijanie”. Ciągle nie wiem, co się zdarzy, bo to dla nas obcy świat, natomiast dla bohaterów to wszystko jest oczywiste – w ten właśnie sposób powstaje wyjątkowa swojskość, która sprawia, że oglądanie Aferim jest jak wycieczka do egzotycznego kraju bez przewodnika.


top10agentka

10. Agentka, Paul Feig

Podobnie jak wiele moich ulubionych współczesnych komedii, Agentka znajduje siłę w mierzeniu się z porażkami i poniżeniami w bezwstydny sposób. Ten, kto jest fajny – albo kto nie jest, ale uważa za faux pas nie zachowywać się, jakby był – nigdy do końca nie poczuje uroku amerykańskich komedii, które generalnie starają się powiedzieć, jak mogą, że nie każdy jest fajny, i wcale nie jest to największa tragedia. Znam choćby ludzi, którzy już za sam tytuł nie chcą oglądać wielce przeze mnie lubianego Czterdziestoletniego prawiczka – tak jakby mieli się zarazić porażkowością przez sam fakt zobaczenia na ekranie czegoś tak dla nich odrażającego, jak istnienie osoby nieatrakcyjnej seksualnie. Brr. Agentka jest mocna z podobnych powodów, co najlepsze filmy Apatowa. Jest komedią, bo film o Mellissie McCarthy kopiącej tyłki musi być komedią – szeroka publika nie przyjęłaby nigdy inaczej filmu, w którym kopiący nie jest piękny i smukły. Jest bardzo dobrą komedią – łącząc szybkie tempo, niezły poziom żartów i ich zgrabną egzekucję, dostarcza tyle śmiechu, co mało który film w polskich kinach 2015 (sceny z udziałem Jasona Stathama i niektóre dialogi należały do scen 2015, które najczęściej sobie powtarzałem – za występami Das Sound Machine z Pitch Perfect 2 oraz sceną w akwenie ze świetnego Kryptonimu UNCLE). A jednocześnie kwestionuje nieustannie własną „komediowość”, bo i przypomina o szeregu takich Meliss prawdziwego życia, zdających testy lepiej, niż piękni i fajni Jude'y Lawy i Rose'y Byrne'y tego świata, ale i tak spędzających życie w opanowanym przez szczury biurze i podłej kawalerce, podczas gdy tamci błyszczą w szerokim świecie. Jeśli marzyliście kiedyś nie o tym, żeby być Jamesem Bondem, tylko żeby być sobą i robić to, co James Bond – powinniście zrozumieć, czemu miałem wiele radochy z oglądania Agentki, nawet jeśli powrót po roku zdradził, że film zrealizowany jest z niewielką głębią w porównaniu do innych tu zamieszczonych.

Inne filmy, które rozważałem: Victoria, Feniks, W objęciach węża, Mały Quinquin (czyt. pti kłkł), Duke of Burgundy, Wędrówka na Zachód, Plemię, Wyspa kukurydzy, Foxcatcher.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25

statystyka