O filmach blog. I o serialach czasem.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | napisali...
RSS
wtorek, 02 lutego 2010

500 dni miłości cierpi, irlandzka animacja ma swój dzień triumfu. Kilka niespodzianek, żadnej sensacji. Czyli wszystko, czego nie chcecie wiedzieć o nominacjach do Oscarów 2010.

Śledziłem nominacje podczas pisania poniższej notki o Zagubionych. Miałem swoje typy w każdej kategorii i oczywiście większość trafiłem, ale...

- Invictus faktycznie wyleciał. Wyleciały też dwa pozostałe filmy, których nie byłem pewien. Dystrykt 9 natomiast faktycznie zdobył wiele uznania, bracia Coen z A Serious Man również wcisnęli się do Top 10. Największa niespodzianka w głównej kateogrii to oczywiście The Blind Side. Kinomani na całym świecie już krzyczą o skandalu, ale - jak pisałem - można się było tego spodziewać.

- W głównej kategorii wygra The Hurt Locker. Po nominacjach to chyba już dość pewne. Avatar dostał to, co miał dostać - wiadomo, kategorie techniczne, muzyka, scenografia. Z kolei The Hurt Locker to film, który teoretycznie nie ma prawa imponować technicznie - a jednak dostał tyle samo nominacji, co film Camerona - aż dziewięć. Najciekawsze jest na pewno wyróżnienie za... muzykę. W tym momencie każdy, kto ma DVD, włącza film jeszcze raz i sprawdza, czy w tym filmie faktycznie była jakakolwiek muzyka. Ja bym w życiu na to nie wpadł. Ale podobno naprawdę tak jest. Do sprawdzenia przy powtórnym obejrzeniu. Tak czy siak - w Akademii wszyscy lubią The Hurt Locker i nikogo tam nie obchodzi, że film zarobił 100 razy mniej, niż Avatar. W zasadzie jedyny argument, by dzieło Bigelow za miesiąc nie zatriumfowało, to brak jakiejś wielkiej sympatii wśród aktorów. Porażka z Bękartami podczas nagród Stowarzyszenia Aktorów, a teraz pominięto drugoplanową rolę Anthony'ego Mackie'ego, która naprawdę zasługiwała na docenienie. Mimo wszystko aktorzy nie są w Akademii sami, więc nie zmieniam swojego typu: wygra The Hurt Locker, ewentualnie zaskoczą Bękarty. Avatar wśród aktorów oczywiście w ogóle nie jest lubiany.

- Co najmniej kilka filmów, o których miałem już pisać w notce pt. "Czemu tego nie ma w Polsce?" dostało nominacje i może to pomóc ich szansom na dystrybucję w naszym pięknym kraju. Nieco zaskakują nominacje za scenariusz dla kapitalnej angielskiej komedii In the Loop oraz dla "Łowcy jeleni nieco inaczej" czyli The Messenger. Gorąco promuję też zawsze argentyński kryminał El secreto de sus ojos (nominacja za film nieanglojęzyczny).

- Pominięto zupełnie 500 dni miłości. Kinomani na całym świecie zawiedzeni... Ale dlaczego Star Trek nie dostał prawie nic? Byłem przekonany, że film ten cieszy się wielką popularnością. Podobał się widzom, krytykom, filmowcom. Nie żebym sam był jego fanem. Być może miłośnicy kina science-fiction postawili wyżej Avatara i Dystrykt 9, z kolei samotne matki wybrały The Blind Side i stąd taki a nie inny skład Top 10.

- Zdecydowanie największa niespodzianka w gronie nominowanych - irlandzka (z wkładem francuskim i belgijskim) animacja Sekret księgi z Kells. Ani Ponyo, ani Klopsiki. Irlandzkiego filmu prawie nikt nie widział, ale podobno jest świetny. To tylko świadczy o tym, jak wysoki poziom osiągnęły w tym roku filmy animowane. Mogę wymienić co najmniej trzy fantastyczne kreskówki z zeszłego roku, które nie dostały nominacji. No cóż, zapełnią miejsce In the Loop w notce o filmach pominiętych.

- Wśród piosenek trafiłem trzy typy na pięć - po jednym utworze z Szalonego serca, Księżniczki i żaby oraz Nine - Dziewięć (uwielbiam ten polski tytuł). Z tego ostatniego obrazu tylko jedna z nowych piosenek się dostała - co mnie dziwi, bo Cinema Italiano uważam za niezły utwór. Zamiast niego podczas Oscarowej gali usłyszymy jednak Take It All. Podejrzewam, że nominujący po prostu chcieliby zobaczyć, jak Marion Cotillard wykonuje go dokładnie w ten sam sposób, jak robi to w filmie Roba Marshalla. Nie ma co na to liczyć, ale i tak wszyscy wiedzą, że występ wokalny Cotillard będzie najciekawszym momentem całego wieczoru.

I to w sumie wszystkie najciekawsze spostrzeżenia na gorąco. O innych rzeczach poczytacie na dużych stronach, z mniejszą dawką kompetencji. Przez najbliższe 33 dni pewnie jeszcze niejedną notkę poświęce tematyce Oscarowej. Zapraszam.

16:49, ogqozo , Inne
Link Komentarze (3) »

Już dzisiaj rusza ostatni, szósty sezon Zagubionych - być może najwybitniejszego amerykańskiego serialu popularnego. Ba, jednego z najlepszych w ogóle! Scenarzyści serialu w tej chwili piszą jeszcze ostatnie odcinki, ale już muszą żyć z przykrą świadomością, że nie zadowolą wszytkich. Cokolwiek by się w ostatnim sezonie nie wydarzyło, spora część widzów odejdzie rozczarowana. Ale i tak fanów mógłby Zagubionym pozazdrościć każdy.

Zazwyczaj w dniu rozpoczęcia nowego sezonu popularnego serialu - czy to Mad Men, czy Battlestar Galactiki - w gazetach można przeczytać opinie krytyków, którzy dostali wszystkie nakręcone do tej pory odcinki i mają już co napisać. W przypadku Lost taka sytuacja jest nie do pomyślenia. Stacje zagraniczne nie dostaną taśm z pierwszym odcinkiem aż do momentu, gdy wyemitowany zostanie w USA we wszystkich strefach czasowych. Główni scenarzyści serialu, Damon Lindelof i Carlton Cuse, mieli z ABC umowę - przed nowym sezonem nie puszczać w telewizji nawet sekundy nowego sezonu, ani jednej nowej sceny, wszystko pozostawić niespodziance. Ostatecznie twórcy ugięli się i od kilku dni możemy oglądać zwiastuny, które są całkiem intrygujące. W zamian Cuse i Lindelof dostali możliwość obejrzenia pierwszej godziny tego odcinka na Hawajach, wśród ekipy i fanów serialu. I tutaj po raz pierwszy okazało się, że fani Lost to nie są normalni ludzie. Na premierze pojawiło się 12 tys. ludzi - część z nich specjalnie po to przyleciała na Hawaje. Nie jest dziwne, że przy takim tłumie niejedna osoba zrobiła nagrania i wrzuciła je do sieci. Dziwne natomiast były następstwa tego wycieku. Fani serialu... niemal zupełnie zignorowali możliwość zobaczenia nowego materiału. Uznali, że nie ma sensu psuć sobie przyjemności i czekają na możliwość zobaczenia w TV całego odcinka w dobrej jakości. To wydarzenie to tylko jeden z przykładów - innym są coroczne konwenty, na których fani np. przebierają się za Hurleya - że Lost to serial wyjątkowy. Nie jest najbardziej popularnym serialem na świecie, widzów ma kilkukrotnie mniej od doktora House'a. Ale ci, którzy go oglądają, to ktoś więcej, niż widzowie. To miłośnicy.

Ostatni sezon, ostatnia wieczerza, czaicie

Serca fanów będą jednak złamane nie raz już 23 maja, gdy serial pokaże nam swój ostatni odcinek. Finał tej historii musi rozczarować - inaczej się po prostu nie da. Są seriale, które da się zakończyć z gracją - np. Sześć stóp pod ziemią, The Wire. Są też takie, w przypadku których napięcie jest zbyt wielkie, by cokolwiek było w stanie widza zadowolić. Przykładem może być Rodzina Soprano. David Chase wiedział, że fani będą się zastanawiać przed ostatnim odcinkiem na jedną rzeczą: "czy Tony zginie? Kto go zabije?". Chase nie mógł więc po prostu zabić swojego bohatera. Nie mógł też zostawić go w spokoju. Ostatecznie wykombinował... wszyscy wiemy, co. I ogromna część widzów była rozczarowana. Dzisiaj to powoli mija. Niedawno oglądałem całą Rodzinę Soprano po kolei i nie mogłem uwierzyć, że te kilka lat temu byłem krytyczny wobec zakończenia. Dzisiaj uważam je za genialne. Zagubieni mają tysiące dylematów typu "czy Tony zginie?". Tu wszystko kręci się wokół akcji, a każdy kolejny odcinek jest szalonym wyzwaniem wobec rachunku prawdopodobieństwa. Już punkt wyjścia szóstego sezonu jest koszmarnym węzłem gordyjskim. Wiemy bowiem, że bomba wybuchła. Czy więc spowoduje to, że samolot nigdy się nie rozbije, a bohaterowie nigdy się nie poznają? Nie tylko jest to szalona opcja, ale także trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób mamy się dowiedzieć odpowiedzi na pytania dotyczące wyspy. Jaka jest alternatywa? Bomba po prostu wybuchła, bohaterowie zginęli, koniec serialu. Cokolwiek zrobią scenarzyści, będzie to wyjście boczną furtką, które poniesie nas pewnie jeszcze dalej w krainę fantazji, niż motyw podróży w czasie, który zdominował sezon piąty. Jednak bomba to tylko jeden z węzłów gordyjskich, jakie musieli rozwiązać Cuse i Lindelof. Innym jest chociażby wątek romansowy. Wątpię, by ktokolwiek jeszcze oglądał ten serial akurat z jego powodu, ale twórcy i tak zamotali na potęgę. Kiedy od początku serialu wszyscy żyli pytaniem "czy Kate wybierze Jacka czy Sawyera?", scenarzyści postanowili nie rozwiązywać sytuacji, lecz dodać jeszcze jedną osobę i zrobić z trójkąta kwadracik. Potem Juliet zginęła w wybuchu bomby, ale przecież czas i tak powinien się cofnąć, więc to chyba oznacza, że ona jednak będzie żyć... A nawet jeśli nie, to śmierć w tym serialu nie jest akurat przeszkodą. Twórcy potwierdzili, że wielu bohaterów, którzy teoretycznie odeszli już ze świata żywych, w sezonie szóstym powróci.

Prawdziwy fan nawet przy takiej wielkości obrazka rozpozna twarze wszystkich bohaterów!

Cuse i Lindelof doskonale zdają sobie sprawę z tego, co przed nimi stoi. Powtarzają to ciągle w wywiadach, przypominając o zakończeniach Rodziny Soprano ("pamiętam tylko tę piosenkę"), Battlestar Galactiki czy St. Elsewhere. Z jednej strony, scenarzyści nie mogą zakończyć serialu w sposób przewidywalny - wtedy wielu widzów się zawiedzie. Z drugiej - wypada też dać fanom jakąś nagrodę na koniec. A więc - pokazać to, czego ludzie chcą, jednocześnie pokazując to, czego nie chcą. Ot, ciężar oczekiwań. Niektórzy fani chcą odpowiedzi na wszystkie pytania, czarno na białym, od momentu stworzenia świata: czym jest wyspa? Czym są liczby? Dlaczego Jack nie lubi kawy marki Tchibo? Osobiście uważam takie dociekania za absurd, przypominają mi się midichloriany. Twórcy, na moje szczęście, też nie mają ochoty wszystkiego tłumaczyć słowo po słowie - uważają, że równie dobrze można by pytać, czemu żyrafa ma długą szyję, a inne zwierzęta nie. To bardzo sensowna odpowiedź. Ja przykładowo naprawdę nie widzę sensu w pytaniu "czym są liczby?". Ot, były tam i tam, zrobiły to i to, temat dla mnie zamknięty. Tak samo jak cała historia Innych. No Jezus, przecież już wszystko, co trzeba, pokazali. Mały element tajemnicy musi zostać. Żeby fani już zawsze mogli spekulować o tym, co było złudzeniem, a co duchem, na czym polegają cudowne właściwości wyspy czy też co oznaczają pozostałe tatuaże Jacka (to ostatnie jest chyba największą tajemnicą serialu - twórcy potwierdzili jednak, że odpowiedzi nigdy nie poznamy).

Scenarzyści Zagubionych wiedzą, że na drugi dzień po zakończeniu wszyscy będą mówić tylko o ostatniej scenie. Liczą jednak na to, że z perspektywy czasu fani ogarną całokształt serialu i być może zmienią podejście do samego zakończenia, tak jak w przypadku Battlestar Galactiki. Damon Lindelof stwierdził ostatnio na spotkaniu z prasą: Jeśli miałbym stawiać, to myślę, że będą wśród was ludzie, którzy powiedzą, że to najgorsze zakończenie w historii telewizji. Ale może, dla równowagi, moja mama powie, że to najlepsze zakończenie.

niedziela, 31 stycznia 2010

...od lat. Czyli co tam się dzieje z Avatarem i Hurt Locker. Będzie też kilka słów o Bękartach. I ranking Oscarowy w przeddzień nominacji.

Ciekawostka: wiecie, że Chińczycy nazwali pewną górę Avatar Hallelujah Mountain? Podobno to prawda. Chińczykom baaardzo podoba się film Camerona.

Jest dobry moment na powrót do tematu, który poruszałem ostatnio nie raz. Przed kilkoma godzinami zakończyła się ceremonia rozdania nagród Stowarzyszenia Reżyserów Amerykańskich, gdzie najważniejszą statuetkę dostałą Kathryn Bigelow. Mamy więc za sobą większość kluczowych nagród za rok 2009, a już za trzy dni Anne Hathaway ogłosi nominacje do Oscarów. Dlaczego twierdzę, że ten sezon jest najciekawszy? Z prostego powodu - dwójka głównych faworytów, The Hurt Locker i Avatar, to dwie absolutne skrajności. The Hurt Locker to arcydzieło, a w każdym razie tak uważają krytycy - to jeden z najlepiej ocenianych filmów w całej ostatniej dekadzie, który zdominował praktycznie wszystkie rozdawane do tej pory nagrody. Avatar natomiast to film, który zarobił najwięcej dolarów w historii - i to zaledwie po siedmiu tygodniach od premiery, przed wydaniem DVD (tak poniekąd - gdyby ktoś wam powiedział trzy miesiące temu, że tak to będzie wyglądać, co byście o nim pomyśleli?). Teoretycznie jest to pojedynek gigantów. A jednak zwycięstwo któregokolwiek z tych obrazów będzie pewnym ewenementem. Oto, dlaczego.

Tak wygląda kadr z filmu The Hurt Locker. Jeśli jesteś statystycznym Polakiem, to widzisz go teraz pierwszy raz.

Jeśli zwycięży The Hurt Locker, będzie to chyba najmniej dochodowy film w całej historii Oscarów (uwzględniając, oczywiście, zmieniające się ceny biletów). O dziwo, jest to w tej chwili najbardziej dochodowy film rozgrywający się podczas wojny w Iraku - z imponującym wynikiem 16 milionów dolarów (przyp.: Avatar zarobił ponad 100 razy tyle). W tej chwili ta kwota pewnie nieco już wzrosła, bo wyszło DVD i sprzedaje się bardzo dobrze. W każdym razie - dzieło Bigelow wyszło dla wytwórni na zero dopiero po roku od premiery na festiwalu w Wenecji (gdzie zresztą dostało 10-minutową owację na stojąco i 4 nagrody). Wiecie, jak się na takie filmy z reguły mówi? Klapa. Szczerze mówiąc, nie kojarzę ani jednego przypadku w historii, żeby taką klapę zrobił obraz tak dobrze odebrany przez absolutnie wszystkich krytyków i filmowców. Bo też popularność The Hurt Locker w tych kręgach jest niesamowita. O recenzjach już wiecie. Ale zostawmy je, bo przecież nie krytycy przyznają Oscary. Robią to filmowcy, a tam... The Hurt Locker właśnie dostało nagrodę Stowarzyszenia Reżyserów. A nie dawano mu na to szans, bo przecież to stowarzyszenie - to nie jest żadne Hollywood, lecz ludzie z całych Stanów, którzy często kręcą tylko reklamówki, seriale itp. W dodatku nie wolno do nich było wysyłać darmowych DVD z filmem. Wydawało się: skoro film to taka klapa, tak wielka grupa "przypadkowych" ludzi na pewno nie uzna go za lepszego od Avatara. A tak właśnie się stało. Wcześniej była nagroda Stowarzyszenia Producentów. No producenci to już na pewno nie dadzą nagrody takiej klapie. Przecież nawet jak nagrodzili Małą Miss (dochód ok. 100 mln $) to było nieco dziwne. A jednak i producenci nagrodzili The Hurt Locker. I tak dalej... Pozostałe stowarzyszenia też są filmem zachwycone. Wyróżnili go scenarzyści, montażyści, dekoratorzy, dźwiękowcy, nawet Anglicy z BAFTA (którzy, co zupełnie absurdalne, nominowali The Hurt Locker za najlepsze efekty specjalne - pomijając np. 2012). Film Bigelow po prostu zgarnia to wszystko. I byłby stuprocentowym faworytem do Oscara, gdyby nie to, że... no kurczę, nikt go nie widział. Klapy nigdy nie zdobywają Oscara za najlepszy film. A te słabe wyniki to nie jest tylko wina braku promocji, bo odnoszę wrażenie, że przeciętnemu widzowi ten film naprawdę się nie podoba. Wystarczy wejść na portal Filmweb i poczytać komentarze - zachwytów nie ma, a niektórzy mówią, że film jest wręcz słaby. To straszne, ale cóż poradzić - nie wmówisz ludziom, że film ma się im podobać, a już na pewno nie zrobisz tego, kiedy nakręciłeś za 10 mln dolców nowatorski film o wojnie w Iraku. Pytanie brzmi - czy Hollywood pójdzie na wojnę ze swoimi klientami i powie im podczas głosowania "co tam Avatar, nagrodzimy film, o którym pierwsze słyszycie"? A może jednak pójdą po linii najmniejszego oporu i wybiorą największy przebój ostatnich lat? Ja myślę, że ich to nie obchodzi, wybiorą ten film, który im się najbardziej spodoba. Wszystko wskazuje na to, że jest nim The Hurt Locker.

Chińczycy zmieniają nazwy gór i malują się na niebiesko

Jeśli zwycięży Avatar, będzie to pierwszy film science-fiction z Oscarem w głównej kategorii. Inne niezwykle dochodowe przeboje na tym polu poległy: E.T. przegrał z Gandhim, a Gwiezdne Wojny z jakąś głupią komedią. Avatar to, owszem, rekordzista w kwocie zarobionych pieniędzy, ale... trzeba pamiętać, że to tylko cyferka przy ilości dolarów. Koszty biletów rosną z roku na rok, sami pewnie to widzicie w Heliosach, więc ten wynik może być trochę mylący. Dodatkowo Avatar jest filmem, który większość osób ogląda w 3D, a tutaj znowu dochód z kasy klienta jest nieco większy. Mówiąc krótko - Avatar to ciągle nie jest największy przebój wszech czasów. Według rankingów mierzących inflację w USA, film Camerona jest obecnie na 26. miejscu, mając tuż przed sobą Grease. Jeśli doliczymy resztę świata, to wyjdzie, że... film jest niesamowicie popularny, ale nie tak, jak Titanic. W przypadku Titanica sama "przebojowość" wystarczyła, by zebrać masę nagród, ale w tym roku konkurencja jest większa i już się takie osiągnięcie nie uda. Avatar nie dostał nawet nominacji od Stowarzyszenia Aktorów, a to źle mu rokuje, bo aktorzy stanowią największą grupę w Akademii Filmowej - niemal połowę. Oczywiście, akurat za aktorstwo to tu nie ma kogo nagradzać. Niektórzy głosowali na Zoe Saldanę i Sama Worthingtona, ale reszta pewnie zadała sobie pytanie: czy to na pewno jest aktorstwo? Ja tam uważam, że dobrze się spisali, ale jak widać - jestem w mniejszości. Zresztą - wiadomo, że Hollywood to konserwatyści i żadnych "diodek elektrodek" na twarzy nie będą nagradzać. Dobrym znakiem dla Camerona jest nominacja od Stowarzyszenia Scenarzystów- widać, że sporo osób widzi w Avatarze po prostu dobrze zrobiony film, a nie tylko pokaz możliwości technicznych. To wszystko, w połączeniu z popularnością, hype'em, może zaowocować Oscarem. Niemniej nie rozumiem zupełnie, czemu polscy bukmacherzy płacą za The Hurt Locker dwa razy więcej. Moim zdaniem - Avatar nie jest faworytem. Nie po tym, jak reżyserzy i producenci zagłosowali na The Hurt Locker.

Co łączy osoby na obrazku? Nie są Christophem Waltzem i nie mają Oscara w kieszeni.

Niespodzianka: Bękarty! Było by to wyjście zaskakujące, ale nie niemożliwe. Przede wszystkim: to właśnie Bękarty jako jedyne wygrały coś z The Hurt Locker - Stowarzyszenie Aktorów nagrodziło bowiem właśnie film Tarantino, zostawiając saperski film akcji ledwie z nominacją. A, jak wspomniałem, jest to nagroda ważna, bo aktorzy to w Akademii największa grupa. Bękarty jako film roku w sumie mają sens - to rozsądny kompromis. Kasy sporo zarobił, trochę ambitny, trochę popularny. Krytyk rozmawiając o nim powie: "no, jest niezły", a przeciętny widz krzyknie: "bondżiornoł!", obaj zadowoleni. Scenariusz dobry, aktorzy super. Dla mnie Bękarty to czarny koń tych zawodów. Może nie wygra, ale jestem pewien, że będzie blisko. Poczekajmy na nominacje - jeśli Bękarty dostaną je w kategoriach niepewnych (aktorka drugoplanowa, montaż, kostiumy, dźwięk itp.), to będzie znak, że Akademia jest gotowa, by przeprosić się z Tarantino. Oczywiście, to samo dotyczy pozostałych filmów - np. dla Avatara demonstracją siły będzie, jeśli otrzyma nominację za scenariusz.

Nominacje przewiduję więc tak:

  1. The Hurt Locker. W pułapce wojny
  2. Bękarty wojny
  3. Avatar
  4. W chmurach
  5. Precious
  6. Była sobie dziewczyna
  7. Odlot
  8. Invictus
  9. Star Trek
  10. Kac Vegas

Pierwsza piątka to pewniaki do nominacji za film, reżyserię i scenariusz. Była sobie dziewczyna - raczej też. Reszta - trudno powiedzieć. W tym roku Akademia powraca do tzw. "systemu preferencyjnego", który (w bardzo wielkim skrócie) stawia nacisk na to, ile głosujących postawiło film na pierwszym miejscu. Łatwo więc wyobrazić mi sobie totalną porażkę Invictusa, który za bardzo nikogo nie podnieca i choć sporo osób wstawi go na miejsce czwarte czy piąte, to "na jedynce" nie wystawi go prawie nikt i film Eastwooda przepadnie. Co się liczy - to mieć swoich zawziętych fanów, bo skoro większość i tak wystawi na 1. miejscu The Hurt Locker i Avatara, to nawet niewielka grupa może przepchnąć filmy, które w innym wypadku nie miałyby szans. Dlatego wielu Oscarologów przewiduje, że w tym roku obrazy nieco bardziej "popularne" nie zostaną wreszcie pominięte. Ja stawiam na Star Treka i Kac Vegas, bo takie czuję wibracje, ale inni umieszczają tam Dystrykt 9, The Messenger, A Serious Man braci Coen, The Blind Side z Sandrą Bullock, 500 dni miłości, Julie & Julia... Moja największa wątpliwość to Kac Vegas zamiast Dystryktu 9. No cóż, po prostu czuję, że ta przebojowa komedia to akurat to, co więcej osób postawi na pierwszym miejscu.

Inne kategorie: wśród aktorów typuję tą samą piątkę, co wszyscy, czyli Jeff Bridges, George Clooney, Colin Firth, Jeremy Renner, Morgan Freeman. Wśród aktorek też nie będę oryginalny - Sandra Bullock, Meryl Streep, Gabourey Sidibe, Carey Mulligan, Helen Mirren. Bullock to największa niespodzianka ostatniego miesiąca. W poprzednim rankingu Oscarowym w ogóle o niej nie wspominałem. Jednak w tej chwili jest ona faworytką. Co, nota bene, uważam za śmieszną sytuację, ale gwiazda The Blind Side jest po prostu lubiana, film zarobił masę kasy, a rola Bullock jest podziwiana. Co do aktorów drugoplanowych, to wspomnę tylko o tym, że Christoph Waltz i Mo'Nique nadal są pewniakami do statuetek. Ciekawie zapowiada się jeszcze rywalizacja o nominacje w kateogrii filmu animowanego. Odlot, Fantastyczny pan Lis, Księżniczka i żaba oraz Koralina to chyba pewne typy, natomiast ciekawe jest to, czy mistrz Miyazaki ze swoim Ponyo nie przegra może z popularnymi Klopsikami.

Ciekawostka: wiecie, że The Hurt Locker, faworyt do Oscara za najlepszy film, ciągle nie ma polskiego dystrbutora kinowego? Za to w najbliższym miesiącu wyemituje go Canal+, a Kino Świat wypuści na DVD.

środa, 27 stycznia 2010

Takie nazwiska! Taki materiał źródłowy! Tak wdzięczny polski tytuł! To mógł być naprawdę wspaniały musical. Ale nie wszystko się udało i wyszedł z tego musical... powiedzmy, że niezły.

Ostatnio mamy sezon na nagrody. Rob Marshall zasłużył na jakiegoś Złotego Shyamalana, za największe spieprzenie sytuacji. Miał gotowy, świetny materiał - wielokrotnie nagradzany Brodwayowski musical, oparty luźno na jednym z najwybitniejszych filmów wszech czasów. Marshall miał do dyspozycji jednego z najwybitniejszych dostępnych aktorów, Daniela Day-Lewisa. Miał czołowych specjalistów od wszystkiego - Oscarowego operatora, dekoratora, makijażystę, scenarzystę... Ale przede wszystkim - miał do dyspozycji wiele pięknych kobiet. No wybaczcie, ale z Cotillard, Cruz, Hudson i Kidman w obsadzie pewnie nawet Uliczny wojownik byłby pasjonującym dziełem sztuki. Tak więc Marshall miał wszystko, żeby - jeśli nie zgarnąć znowu Oscarów, jak przy Chicago - to chociaż zarobić masę kasy. No i tu pojawia się fenomen. On z takich elementów składowych zrobił wtopę. Dziewięć zarobiło na razie niewiele ponad 20 milionów dolarów. To cztery razy mniej, niż budżet filmu. Dziesięć razy mniej, niż zarobiło Chicago. I około tryliarda razy mniej, niż zarobił Avatar. A to przecież i tak nic przy miażdżących ocenach, jakie film zbiera od recenzentów. No, porażka. Dlatego krytyka tego filmu przychodzi mi z trudem. Gdyby on się chociaż komuś podobał, to owszem, mógłbym mu wytknąć tyle wad. Ale kiedy cały świat już od dawna po nim pojeżdża... Cóż, załóżmy, że będę argumentował, dlaczego Dziewięć nie jest aż takim koszmarkiem. Bo nie jest! Co prawda momentami bywa nudno i głupio, ale to przecież wystawny musical! Ładne kobiety tańczą i śpiewają! Czas mija miło.

- Dzień dobry. Bądź moja. - Okej.

Nie sądzę, by znajomość Osiem i pół była konieczna do czerpania radości z filmu Marshalla. Wydaje mi się nawet, że fani arcydzieła Felliniego powinni wersji musicalowej raczej unikać, by nie denerwować się, że "bezczeszczą". Ja akurat takiego problemu nie miałem, ba, musical w pewnym sensie przypomniał mi, jak wielkim reżyserem był Fellini. Osiem i pół było przecież tak... bogate. Musical bierze z filmu najważniejsze motywy - bohater ma kryzys twórczy, który u podstaw okazuje się kryzysem całego życia, tak na pozór udanego. Moc tej historii sprawia, że momenty kluczowe są tu całkiem udane, choć w międzyczasie scenarzyści potrafili wetknąć niejeden kiczowaty dialog. Za co natomiast mają oni u mnie plusa, to przełożenie głównego motywu z Felliniego na prostą historię. Dziewięć jest opowieścią praktycznie tylko o jednej rzeczy - o egocentryzmie głównego bohatera. Jako wierzący i praktykujący narcyz cieszyłem się z tego, chociaż odrobinka subtelności naprawdę by nie zaszkodziła. W zasadzie połowa filmu schodzi na kobiecych zachwytach nad Guido Continim, a druga połowa - to jego narzekanie na swoje puste życie. Guido siedzi w sali. "Ach, nic nie mogę wymyślić". Idzie ponarzekać do swojej znajomej. Ona mu śpiewa piosenkę, której refren brzmi: "Guido, Guido, Guido". Guido idzie do jednej ze swoich kochanek. Ona śpiewa piosenkę. Refren: "Guido, jesteś taki cudowny, ach". On rzuca zabawny tekst. Po chwili stwierdza jednak z żalem, że kobiety za bardzo go kochają i w ogóle świat za wiele wymaga. Guido śpiewa piosenkę. Refren: "Jestem Guido, hej hej". Tak to mniej więcej wygląda. Miałem z tego niezły ubaw, bo podszedłem do tego jak do pastiszu, ale nie każdy będzie w stanie znieść takie nadęcie. O ile u Felliniego to wszystko miało pewien sens, bo pokazywało, że bohater jest naprawdę żałosnym bufonem, tak w Dziewięć... to nie jest takie pewne. Dramat bohatera zostaje złagodzony (happy end, grr!) i można odnieść wrażenie, że w sumie fajnie jest być dupkiem i w ogóle jaki cudowny ten Guido. Wiąże się z tym jeszcze jedna artystyczna kontrowersja, czyli Daniel Day-Lewis w roli Marcello Mastroianniego. Mi się podoba. Day-Lewis zawsze jest genialny. Nie widziałem roli, w której nie wykonałby roboty tak dobrej, jak tylko się dało. Niemniej Anglik nie jest człowiekiem, który idealnie pasowałby do każdej roli. Na zadufanego w sobie amanta Day-Lewis nie pasuje. Facet robi, co może, i to podziwiam. Wypracował uroczy włoski akcent i sposób chodzenia. To, jak się sobą zachwyca, jak bezczelnie podrywa, jak wciska kit - to wszystko ogląda się miło, z wrażeniem pewnego odkrycia . Ale, wierzcie mi, naprawdę w ogóle nie pasują one do reszty filmu. Tak więc całokształt Daniela Day-Lewisa w tym filmie nieco mnie zawiódł - czekałem tyle lat na jego kolejny film, a on sobie nie pasuje do roli. Mimo to cieszę się, że z grania Guido wycofał się Javier Bardem - wynikom finansowym filmu pewnie to zaszkodziło, ale Day-Lewis swoim "niedopasowaniem" dostarczył mi pewnej radości.

Dezynwoltura tego obrazka wynagradza każdą niedopasowalność Daniela Day-Lewisa do tej roli

Warto wspomnieć o piosenkach. W końcu, hm, zajmują gdzieś tak połowę czasu filmu. Czy piosenki są dla was w musicalu najważniejsze? Jeśli tak, to przykro mi, bo to nie jest mocny element Dziewięciu. Przede wszystkim: większość utworów to potworne banały. Zarówno pod względem tekstu ("Guido, Guido, Guido"), jak i muzyki. Ot, piosenki z automatu. Słyszeliście te melodie tysiąc razy. Takie jest ogólne wrażenie, niemniej są tu ze dwie perełki. Zdziwiło mnie nieco (nie wiem czemu), że najlepszy utwór wykonuje tu jedyna piosenkarka w ekipie, czyli Fergie. Jeśli kobieta z czymkolwiek mi się kojarzyła, to na pewno nie z dobrą muzyką - znana jest głównie z zespołu Black Eyed Peas (obejrzyjcie to wideo od 3:50 - oddaje, jak szanowany to wykonawca). Ale jej "Be Italian" brzmi całkiem... operowo. Jak na pop-musical. Podoba mi się też nominowana do Złotego Globu piosenka "Cinema Italiano", napisana specjalnie dla filmu, która brzmi dla mnie jak latynoska Britney Spears, ale jest chwytliwa. Niestety, w repertuarze Dziewięciu przeważają utwory nudnawe. Sophia Loren i jej "Guarda La Luna"... słowa nie opiszą, jakie to jest złe. Występ Nicole Kidman też spowodował u mnie narkolepsję. Obie te aktorki mają beznadziejne, zbędne dla fabuły postaci i beznadziejne, zbędne dla moich uszu piosenki. Judi Dench ma słabą postać i niezłą piosenkę. Najwięcej miejsca dostały Marion Cotillard i Penelope Cruz. Obie mają okazję zaprezentować nie tylko niezły głos i świetne aktorstwo, ale też trochę ciała. Gdy Penelope wykonała orgazmopiosenkę pt. "A Call from the Vatican", temperatura na sali podniosła się o ok. 3 stopnie Celcjusza i myślałem, że film będzie wyjątkowo przeładowany erotyzmem. Tymczasem przez resztę filmu jest bardzo grzecznie i powstaje dysharmonia. Nie chciałbym dostać filmowego Harlequina, ale zasady dramaturgii mówią, że napięcie w trakcie filmu ma wzrastać, a tutaj scenarzyści wymyślili odwrotnie. Gdyby to jeszcze była opowieść o upadku, to okej. Ale przecież ten film jest wesoły. Bez sensu. Kto jeszcze śpiewa? A tak, Daniel Day-Lewis. Głos ma fajny. Piosenki ma tak nudne, że aż się przez chwilę zastanawiałem, czy nie zasnąłem w fotelu i teraz mam wyjątkowo nudny sen. Ale nie, to ciągle Day-Lewis śpiewał. Coś nie wyszło.

Podoba się wam ten obrazek? Bo mi, kurczę, sam nie wiem... Bez napięcia jakoś.

Muzyka jest więc w stylu całego filmu - wykonawcy topowi, niektóre elementy świetne, inne beznadziejne, wszystko posklejane na chybił trafił. Czasem rozbawi, czasem rozczaruje. Myślę, że pójść warto, bo jak często mamy normalny musical w kinach? Raz na rok? Rzadko. Dziewięć zbiera kiepskie recenzje, ale to raczej efekt wygórowanych oczekiwań i tych ciągłych porównań do Felliniego. Naprawdę nie wiem, dlaczego przeciętnemu widzowi ten film miałby się nie spodobać. Przynajmniej na tyle, by nie żałował spędzonego czasu. Głupi nie jest, ma dobre momenty. Ja się wycyckany nie poczułem.

niedziela, 17 stycznia 2010

Podaję wiadomość sprzed czterech dni, ale... poruszyło mnie to, jak bardzo olały ją w Polsce absolutnie wszyscy. Chodzi o Treme. Nowy serial Davida Simona. Wiecie, tego kolesia od The Wire, najlepszego serialu wszech czasów. Czyli w sumie można by powiedzieć, że jego nowe dzieło powinno kogoś interesować, ale tak raczej nie jest. Tym razem serial ma promocję, hype, modną tematykę (Nowy Orlean kilka miesięcy po Katrinie).

Treme dostało ostatnio oficjalną datę premiery - jest to 11 kwietnia. Jak wiadomo było od pewnego czasu, serial ma się skupić na muzykach. Aczkolwiek znając Simona, to z każdym kolejnym odcinkiem perspektywa będzie się rozszerzać, by w końcu Treme stało się portretem Nowego Orleanu. Oczekiwania nigdy nie były tak wysokie - jak wspominałem przy okazji mojego Przeglądu Serialowego, The Wire z każdym dniem zyskuje nowych fanów i to nadal ma miejsce. Ci fani czekają na Treme. Jak zaimponować ludziom, którzy chcą, żebyś przebił najlepszy serial, jaki stworzono? Łatwo w takiej sytuacji o zawód. Jak to mówili niektórzy rozczarowani widzowie po Avatarze: "oczekiwałem nie wiadomo czego, a dostałem... sam nie wiem, co".

Jest też zwiastun. Nie mówi nic o fabule, wiele mówi o serialu. Artystycznie o klasę wyżej od zwiastunu Boardwalk Empire.

No to - do kwietnia!

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Na początek roku dostajemy prawdziwe arcydzieło. Głód jest niesamowicie odważny. To prawdziwy Braveheart awangardy. Film, który nie idzie na żadne kompromisy - o człowieku, który również tego nie robił.

W notce poniżej wisi jeszcze świeża lista moich ulubionych filmów 2009 roku. Walnę prosto z mostu: gdyby Głód pojawił się w roku minionym, nie miałbym wątpliwości z przyznaniem mu wśród tej stawki pierwszego miejsca. Ten film uderzył we mnie z pełną mocą. Debiutant Steve McQueen (czarnoskóry Anglik - raczej niespokrewniony z "tym" McQueenem) zastosował podejście ekstremalne. Zobaczycie tu rzeczy, których nie widzieliście w kinie nigdy. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy będzie pod wrażeniem tych wszystkich eksperymentów, że nie w każdego to trafi. We mnie akurat trafiło w Głodzie absolutnie wszystko. Ja w kinie pragnę szaleństwa, pragnę odwagi, pragnę Jokerów i Danielów Plainview i dawno czegoś takiego nie dostałem. A ten film właśnie TO mi daje. W koncentracie. Parafrazując klasyka, Głód możnaby reklamować jako "ekstrakt z jaj". Bo McQueen pokazał ogromne jaja, łącząc je z mistrzowskim wykonaniem. Przemoc jest tu naprawdę okrutna i bolesna. Cierpienie i odosobnienie sprawiają, że widz chce wyrywać włosy z głowy. No i te, hm, dialogi... które będę musiał opisać szerzej za chwilę. W porównaniu z dziełem McQueena filmy Tarantino to standardowe kino akcji, Paul Thomas Anderson robi komedie romantyczne, a Lars Von Trier jest nużący i zbyt jednoznaczny. Kogo by tu jeszcze... aha. Ken Loach to Świat według Bundych.

Mam nadzieję, że lubicie zarost i papierosy, bo jest ich dużo w tym filmie

Jeszcze jedno tytułem wstępu. Głód wziął mnie z zaskoczenia. Widziałem ten film dość dawno, jeszcze zanim był we Wrocławiu na Nowych Horyzontach. Nie miałem pojęcia, o czym jest, bo przed obejrzeniem filmu z reguły nie czytam żadnych recenzji. Nie spodziewałem się niczego specjalnego. Nie wiedziałem, kim był Bobby Sands, a strajki głodowe IRA znałem tylko powierzchownie. Dlatego ciągle jest we mnie obawa, że publikując ten tekst, mogę zabrać ludziom to, czego ja sam doświadczyłem. Bo przecież każdy recenzent w Polsce przed napisaniem tekstu sprawdzi sobie na Wikipedii historię i przedstawi tło historyczne. No i oczywiście wspomni o tym, że "to całkiem ciekawe, ten facet naprawdę w tym filmie umiera, umiera przez pół filmu normalnie". I każdy opisze TEN dialog, który ja po prostu oglądałem, z każdą minutą otwierając paszczę coraz szerzej ze zdziwienia. No więc: ja chciałbym tak nie robić. Skupię się na zaletach artystycznych filmu. Wydaje mi się, że tak jest najlepiej. Bo owszem, film jest o IRA, i owszem, można różnie interpretować, co o konflikcie IRA-Thatcher chciał powiedzieć McQueen, ale to przede wszystkim historia jednostki. Pokazana w sposób szokujący.

Mam nadzieję, że lubicie radio, bo będzie przez 15 sek. w tym filmie

Ogromna jest ilość niedopowiedzeń. Dialogi sprowadzone do minimum. Chyba, że oczywiście chodzi o TEN dialog, przy którym, jak już wspominałem, Tarantino to betka etc. Reżyser mówi, że chciał przede wszystkim skupić się na uczuciach postaci i dobierał środki tak, by jak najlepiej to wyrazić - wyszło mu to wybornie. McQueenowi udało się osiągnąć ciszę, przy której każdy szept nabiera znaczenia. Bobby Sands nie jest człowiekiem, który krzyczałby "Freeedom!". Podejmuje decyzje ze spokojem, po czym konsekwentnie się ich trzyma. Jest katowany przez strażników, głoduje, robi inne wstrętne rzeczy - i jego konsekwencja automatycznie staje się czymś nie do objęcia umysłem. Czymś, zależy jak patrzeć, albo heroicznym, albo szalonym. I mam tu na myśli prawdziwe szaleństwo. Generalnie uważa się, że wariata jest łatwo i fajnie zagrać, bo wystarczy robić to, czego normalnie się nie robi. Michael Fassbender poszedł w innym kierunku. Po obejrzeniu filmu nie będziecie mieć wątpliwości, że rola wymagała od Fassbendera ogromnego zaangażowania, ale przecież... w ogóle tego nie widać. Aktor szarżuje, wznosi się na wyżyny, a przecież zachowuje kamienną twarz. Tak samo jak jego bohater, który wiele nie mówiąc, wykonuje w imię swoich przekonań rzeczy, których chyba nikt z nas sobie nie wyobraża. Podczas TEJ sceny upór Sandsa jest wręcz bolesny - zwłaszcza, gdy ogląda się film drugi raz i już wie, do czego ten upór doprowadzi. Do tego gdzieś tam nad widzem wisi pamięć o tym, że te wydarzenia miały miejsce naprawdę, całkiem niedawno, w cywilizowanym kraju, do którego jeździmy pracować w klubach i na lotniskach. Jakbym pisał ten tekst do jakiegoś pisma, to pewnie bym dodał, że "film nie daje łatwych odpowiedzi", jak to zawsze piszą o filmach europejskich, lecz nie sądzę, by faktycznie niedawanie łatwych odpowiedzi było najważniejszą rzeczą w świecie sztuki. Materiał do rozmyślań jest w każdym razie spory. Sands jest przedstawiony jako figura w pewnym sensie mesjańska - brodata, zniszczona, ale ciągle niezłomna. A jednak daremność jego działań jest zbyt oczywista, by ktokolwiek był w stanie po prostu przyjąć go jako bohatera. Ale skoro taki współczesny Chrystus okazuje się zwykłym szaleńcem, to jak to świadczy o tym oryginalnym? Film można odebrać jako atak na Margaret Thatcher, ale to raczej tylko pozory. Przede wszystkim oglądamy tu zderzenie dwóch idei. Jedna z nich ma akurat do reprezentacji władzę, ma strażników z pałami. Druga nie i wali głową w mur. Druga strona przegrywa. Świat o niej zapomina. Czasem ktoś przypomni o niej swoim filmem, ale i tak mało kto go obejrzy. Wniosek niemal tak samo przerażający jak same wydarzenia przedstawione na ekranie.

I zarost i papierosy

No i w sumie udało się, powychwalałem ten wybitny film i nie napisałem o nim nic konkretnego. Jezus, jeśli się interesujecie kinem, to musicie to zobaczyć. Nie jest to rzecz, na którą się zabiera bliskich i pogryza popcorn, ale tego się chyba domyślacie, widząc liczbę polskich kin, które to grają. To już niemalże tradycja, że filmy nieco mniej sztampowe do naszego kraju albo nie wchodzą, albo wchodzą w ilości 2-3 kopii. Jeśli więc macie okazję i sztuka cokolwiek dla was znaczy, to zwyczajnie nie przegapcie tego. Wesprzyjcie. A nuż McQueen jeszcze kiedyś coś nakręci, i to znowu będzie tak dobre, i znowu będzie możliwość zobaczenia tego w kinie. To by było niesamowite przeżycie. Takim jest Głód.

piątek, 01 stycznia 2010

Według Mnie.

Jak co roku zamieszczam ranking najlepszych filmów, które w 2009 r. weszły do polskich kin. Często piszę o tym, że polskie kina to trochę nędza, ale dopóki ja i moi czytelnicy mieszkamy w Polsce - tak to będzie wyglądało na blogu. Zwłaszcza że, po podsumowaniu tego roku, odniosłem wrażenie, iż trudno będzie wybrać jedynie dziesiątkę filmów. Musiałem pominąć wiele obrazów, o których po obejrzeniu myślałem: "okej, to będzie na bank Top 10 roku". Frost/Nixon, Droga do szczęścia, Tulpan, Dystrykt 9, Dobry, zły i zakręcony, Antychryst, Kocham cię od tak dawna - to tylko kilka przykładów. Próbując zdeterminować ostateczny kształt listy, postanowiłem więc użyć programu do losowania trzymać się swojego osobistego odczucia na daną chwilę.

Co ciekawe, w tym roku aż trzy filmy na liście można nazwać "animowanymi". Oczywiście Odlot. Oczywiście Walc z Baszirem, prawdziwe arcydzieło - takiego filmu animowanego jeszcze nie widzieliście. No i jest Avatar, który balansuje na granicy między filmem "normalnym" a animacją. Chyba w żadnym filmie "aktorskim" nie było tak niewiele aktorów w aktorach, natomiast w żadnej animacji na pewno nie było ingerencji ludzkiej tak wiele. Niedawno pisałem, że Avatar jest wśród faworytów do Oscara, ale im bardziej o tym myślę, im więcej czytam, tym mniej wydaje mi się to prawdopodobne. To jest mimo wszystko "skomputeryzowany" film science-fiction. Gwiezdne Wojny nie dostały Oscara. Mroczny Rycerz nie był nawet nominowany. Władca Pierścieni potrzebował trzech części, by wygrać. Titanic wygrał, ale to nie był najlepszy film Camerona - za to jako jedyny nie był fantastyką. I tak dalej... W dodatku jest ta lewicowa ideologia - która przy Oscarach nigdy nie pomaga, tak samo jak otwarta krytyka wobec Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Panowie mają jakieś wąty?

Na pierwszym miejscu mojej listy oczywiście Bękarty wojny. Oczywiście - bo to jedyny film z tego roku, który staje się kultowy. No, przynajmniej na tyle, na ile film może być kultowy w XXI wieku. Byłem zachwycony Bękartami od początku, ale naprawdę nie spodziewałem się, że po pół roku jego popularność będzie tak wysoka. Tarantino po prostu znowu to zrobił - obraz tak nietypowy, porzucający schematy, teoretycznie wręcz nieskładny, z nielogicznym scenariuszem i z samymi bohaterami negatywnymi... a jednocześnie trafiający do praktycznie każdej widowni. Do tego jest to jego najambitniejszy film - i nie mam tu na myśli odniesień do klasyki itp., tylko po prostu mnogość możliwych interpretacji. Podejście Tarantino do moralności jest chore i spaczone, ale on zdaje sobie z tego sprawę i inteligentny widz od razu to zauważa. Bękarty lecą ostatnio w odwrotnym kierunku, niż Avatar. W moim rankingu Oscarowym wymieniłem film Tarantino na szóstym miejscu i teraz już pewnie wszyscy się ze mnie śmiejecie. Coraz więcej ekspertów zaczyna bowiem pobąkiwać, że Bękarty spokojnie mogą zwyciężyć. Avatar to w sumie bajka, The Hurt Locker nikt normalny nie oglądał, a Bękarty są super. Podobają się plebsowi i krytykom. Film dostał nominacje do wszystkich najważniejszych kategorii Złotych Globów. Stowarzyszenie Aktorów Filmowych (jedna z największych i najważniejszych ogranizacji Hollywoodu) wyróżniło nie tylko całe ensemble oraz Christopha Waltza, ale nawet Diane Kruger, co wydawało się zupełnie poza radarem. I tak właśnie to wygląda - kiedy jeszcze dwa tygodnie temu wszyscy uznali, że zwycięstwo Bękartów byłoby zbyt piękne, to nagle się okazuje, że... czemu nie? Ponieważ Dziewięć okazało się niesamowitą porażką, bracia Weinstein, cudowni "wydobywacze nagród", przerzucają całą swoją machinę promocyjną na film Tarantino. Tak to wygląda na ten moment. Ale wystarczy o Oscarach - miało być o moich ulubionych filmach.

Na drugim miejscu Biała wstążka, którą każdy się zachwyca, ale nikt jej nie widział. Sam nie napisałem recenzji na blogu, bo zasady są takie, że piszę o filmach w okolicach ich polskiej premiery, tymczasem w tym czasie film Hanekego... nie miał ani jednej kopii na Wrocław. No ale to jest coś wybitnego. Kinomaniacy nie mogą tego przegapić.

Na liście po raz pierwszy od dawna jest polski film. Dom zły po prostu na to zasługuje - nie jako polskie dzieło sztuki, zwyczajnie, jako dzieło sztuki. Nie wiem, dlaczego obraz Smarzowskiego jest olewany za granicą. Być może to jednak jest zbyt specyficzna rzecz, a może zupełnie brakuje promocji. Nie wiem. W każdym razie to najlepszy polski film od bardzo dawna. Przy Rewersie pisałem, że "jak na Polskę super, ALE...". I właśnie Dom zły jest tego "ale" pozbawiony. Jeśli porównać go bezpośrednio z tytułami, które na liście się nie zmieściły, to można się kłócić, czy faktycznie zasługuje na Top 10. Jednakże ta pozycja to tylko kwestia do dyskusji - a nie oczywista protekcja wobec filmu zrobionego przez moich rodaków.

Dobra, starczy tych smętów, oto 10 najlepszych filmów, jakie w 2009 leciały w Polsce:

  1. Bękarty wojny
  2. Biała wstążka
  3. 500 dni miłości
  4. Mój brat jest jedynakiem
  5. Zapaśnik
  6. Wątpliwość
  7. Walc z Baszirem
  8. Avatar
  9. Odlot
  10. Dom zły

Z okazji 1 stycznia życzę czytelnikom, by w tym roku było nie mniej ciekawych filmów w kinach, ale oczywiście przede wszystkim, żeby w życiu się im układało.

P.S. Lista moich ulubionych filmów minionej dekady? Będzie za jakiś czas. Najpierw chcę mieć pewność, że obejrzałem absolutnie wszystko, co warto wziąć pod uwagę z tego okresu. Sporo tego było przez te dziesięć lat!

20:49, ogqozo , Inne
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20

statystyka