Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
środa, 20 lutego 2019

Muszę zaraz iść do fabryki, więc wybaczcie ewentualne literówki.

 

Reżyseria: od jakiegoś czasu, sekcja reżyserów w Akademii wyrasta zdecydowanie na jej najbardziej sympatyczny dla kinomanów zakątek, nie wybierając już tylko najpopularniejszych filmów, ale pełniąc wręcz rolę kuratora. Jeśli nawet Green Book może wygrać główną nagrodę, to jego twórca statuetki nie dostanie, bo reżyserzy już na wstępie na to nie pozwolili. Nominacja dla Pawła Pawlikowskiego to jedno z największych, ale i najmilszych zaskoczeń od dawna. Jedyny minus jest taki, że znowu nie ma tu żadnych emocji przed galą i to jedna z tych kategorii, gdzie nikt nie wyobraża sobie zaskoczeń - Oscar pozostanie w Meksyku, gdzie lądował już 4 razy w ciągu ostatnich 6 lat. Miejmy nadzieję, że ich filmy przetrwają próbę czasu lepiej, niż jedyny nominowany tutaj w całym XX wieku film autora z Ameryki Południowej, czyli Pocałunek kobiety pająka z 1985 r. Wygra: Alfonso Cuaron. Mój głos: Cuaron.

 

Scenariusz oryginalny: zazwyczaj główny zwycięzca COŚ poza tym wygrywa, i w razie filmów o mniej imponującej technice, zazwyczaj jest to właśnie scenariusz - dlatego przyznanie tej statuetki uważam typowo za zwrotny moment gali. Tak będzie i tym razem - jeśli nie wygra Green Book, to wydawać się będzie, że jego szanse na triumf nie będą zbyt wysokie - tak, jak to było ostatnio w przypadku Trzech Billboardów oraz La La Landu, które właśnie w tym momencie przestały być faworytami. No i tutaj mam zagwozdkę: czy tak... głupkowaty film jak Green Book może dostać Oscara za scenariusz? To brzmi nietypowo. Rywalem opowieści o jedzeniu kurczaków ma być tutaj przede wszystkim Faworyta, na którą kurs jest zaskakująco niski. Niby to zwycięzca znacznie bardziej godny, ale nawet ja przyznam, że skrypt Green Book jest mimo wszystko bardziej dopracowany, wyważając różnorakie wątki i prezentując tematy społeczne w wieloznaczny sposób bez rezygnowania z lekkiego charakteru w żadnej scenie. Właściwie na tym polega mój problem z Faworytą, że tego wszystkiego nie robi ani trochę. Ogólnie jest to dobra paka. Wygra: Green BookMój głos: First Reformed

Scenariusz adaptowany: prezentacja tej kategorii na pewno przyprawi o depresję organizatorów show - pomyślcie, ile selfików z Avengersami można by zrobić Samsungiem w czasie, który zajmuje wymówienie "scenariusz autorstwa Erica Rotha, Bradleya Coopera i Willa Fettersa, oparty na scenariuszu filmu z 1954 roku autorstwa Mossa Harta oraz scenariuszu filmu z 1976 roku autorstwa Joan Didion, Johna Gregory'ego Dunne'a oraz Franka Piersona, w oparciu o opowiadanie autorstwa Roberta Carsona i Williama A. Wellmana".  Albo... okej, nie będę zaczynał z wymienianiem źródeł filmu braci Coen. Ale za pewniaka jest tutaj uważany scenariusz napisany przez cztery osoby na podstawie ledwo jednej książki: to nie tylko okazja do nagrodzenia Spike'a Lee za całokształt kariery, ale też zwrócenie uwagi na doprawdy interesującą historię adaptacji - w której te najbardziej przesadzone fragmenty okazują się akurat oparte na faktach. Lee przegrał właśnie nagrodę związku scenarzystów z Can You Ever Forgive Me?, ale głosy z całej Akademii na temat jego filmu są ostatnio mocno entuzjastyczne i niektórzy wieszczą nawet więcej statuetek dla filmu. Wygra: Black Klansman. Mój głos: Buster Scruggs.

 

 

Muzyka: nie stawiam tu kasy, bo widzę tu szanse dla więcej niż czterech filmów, bo nawet Black Klansman jest na orbicie, chociaż jako jedyne nie dostało żadnych innych większych wyróżnień. Jednak rzadko zawodzi mnie instynkt, by tutaj stawiać na po prostu najbardziej dostrzegalny soundtrack, a w świetle szokującego pominięcia Pierwszego człowieka (i trochę zaskakującego pominięcia Suspirii), to chyba każe postawić na Beale Street. Nastrojowy sposób opowiadania Barry'ego Jenkinsa miał według pierwotnych oczekiwań zebrać więcej wyróżnień w innych kategoriach, ale na pewno pozwolił, by muzyka była znacznie bliżej pierwszego planu, niż u wypełnionych dialogami konkurentów. Wygra: Gdyby ulica Beale mogła mówić. Mój głos: Ulica Beale.

Piosenka: stawiając 100 zł na piosenkę "Shallow", możecie teoretycznie zarobić 3 zł - niby mało, ale w naszej obecnej ekonomii zwykła lokata każe przecież czekać latami na taki zwrot, a jest co najwyżej równie pewna, jak to, że Lady Gaga będzie miała okazję wspomnieć ze łzami w oczach, że wystarczy, by uwierzyła jedna osoba, a wy zaczniecie zazdrościć Bradleyowi Cooperowi tego, co go czeka na bankiecie po rozdaniu nagród. Wygra: "Shallow". Mój głos: "Shallow", nucę to do dziś.

Montaż dźwięku: pora przejść do spraw smutnych, czyli szalonej popularności Bohemian Rhapsody. Film ciągle zbiera nagrody za rzeczy, które, zdawałoby się, robi beznadziejnie: w tym za dźwięk. Zarówno specjaliści, jak i członkowie BAFTA nagrodzili właśnie film najczęściej określany do tej pory w mediach jako "ten dużo gorzej nakręcony hit muzyczny". Ten film każe wyrzucić instynkt przez okno i uwierzyć w to, co się widzi, a widzi uwielbienie dla scen, które prawie, prawie, w swoich najlepszych momentach, pozwalają poczuć się, jakby puścić sobie na laptopie występ Queen na YouTube. Nadal pozostaje tu nadzieja na wygraną którejś z "normalniejszych" opcji, które są też faworytami bukmacherów - Pierwszy człowiek, a za nim Ciche miejsceWygra: Bohemian RhapsodyMój głos: Pierwszy człowiek.

Miks dźwięku: tutaj więcej osób stawia na filmy muzyczne, bo i mają pewną tradycję wygrywania. Przypomnijmy jednak, że ostatni - La La Land - przegrał z filmem o kosmitach (okej, wiem, to tak naprawdę był FILM O JĘZYKU). Nie wiem, czy mistrzowskie osiągnięcie zgrania występów Queen z YouTube'a i wstawienia ich do ruszającego ustami Ramiego Maleka można wliczyć do tej kategorii, czy tylko jako montaż dźwięku, ale tak czy siak, efekt jest niesamowity: czujemy się niemalże, jakbyśmy słuchali Freddy'ego Mercury'ego. I to, jak się okazuje, wystarcza całkiem szerokiej widowni do doznań szczytowych. Wygra: Bohemian RhapsodyMój głos: Roma.

 

Scenografia: chociaż istnieją historyczne wyjątki, "komputerowe" filmy nadal rzadko mają tu szanse z pożądnym zamkami, komnatami i obrazami mającymi odwzorowywać dwór sprzed co najmniej 150 lat - a tak się składa, że jeden z bardziej lubianych filmów tego roku dzieje się w sypialni królowej Anglii. Myślę, że Wakanda pozostanie w ukryciu, ale jest na pierwszym miejscu u wielu typerów. Wygra: FaworytaMój głos: Faworyta.

Zdjęcialeć, Łukasz, leć, krzyczałby Dariusz Szpakowski, gdyby nie spał o tej porze. Jest kilka powodów, dla których ta - niby ważna - kategoria została zrelegowana przez organizatorów do grona "wsadzimy gdzieś retransmisję przemowy": wśród nominowanych brak filmów Disneya i w ogóle wielkich kasowych hitów, a do tego wszyscy wydają się przekonani, że statuetkę odbierze ten sam koleś, który później będzie miał okazję sobie pogadać przy nagrodzie za reżyserię. Widząc, że Cuaron przypisał sobie "creditsy" za zdjęcia Romy, byłem trochę rozczarowany zdawszy sobie sprawę, że nie latał sam z kamerą w rękach wokół aktorów, ale Meksykanin dostał za dużo nagród w ostatnich miesiącach, bym śmiał postawić patriotycznie na, jak by powiedział Mateusz Borek, Naszego Łukasza. To by była duża niespodzianka, ale z ww. powodu - uważam, że możliwa. Żal ma tylko jedną szansę. W tle Faworyta, która, hej, jest kolorowa! Wygra: RomaMój głos: Zimna wojna.

 

Charakteryzacja: istnienie tej kategorii to zawsze najlepsze przypomnienie, że "świętować kino" można na różne sposoby, i choć tym razem beneficjentem nie okazały się komiksowe szmiry czy komedie Tylera Perry'ego, to po raz trzeci w ciągu ostatnich 4 lat nominowany jest gatunkowy film ze Szwecji, co naprawdę każe mi się zastanawiać, kto właściwie pracuje w tej branży Akademii i jakie ma haki na resztę. Nie ma jednak wiele dyskusji o samym głosowaniu na Oscara: Vice ma tak wyrazistą charakteryzację, że ma nawet ona szanse dostać Oscara za główną rolę męską, a popularnością przebija rywali stukrotnie. Wygra: ViceMój głos: Vice.

Kostiumy: tak jak w przypadku scenografii, popularny film z sukniami królowej to zawsze będzie pierwszy podejrzany, ale właściwie w ostatnich latach wcale nie była to reguła na wygraną. Widzę tu nieco większe szanse dla Czarnej Pantery, ale komiksowe filmy to nadal underdog w każdej kategorii. Wygra: Faworyta. Mój głos: Czarna Pantera.

 

Montaż: Urrgh. O tym jednym można by napisać całą książkę (albo nakręcić film, ciekawszy niż Bohemian Rhapsody). Gdy tylko okazało się, że zmontowana prawdopodobnie w intencji odzwierciedlenia tego, co robią sami rękami ludzie oglądający zdjęcia i filmy na aplikacjach w telefonie historia Queen dostała tutaj nominację, twitter zapełnił się wyrazami załamania. Wyszedł z tego pewien pozytyw - nigdy nie widziałem tak wiele dyskusji o tym, jak montuje się filmy i co to znaczy dobry montaż. Nie jestem w stanie przebić tego masowego hejtu, więc chyba nie będę próbował. Wygrana... cóż, to byłby najbardziej rozpaczliwie opłakiwany wybór czegokolwiek do czasów, gdy Trump został prezydentem. Właściwie to spodziewam się tego, ale zostańmy przy filmie, który wygrał BAFTA, i w sumie też ma 1000 cięć na minutę, więc powinien mieć solidne szanse. Ponadto, znów: są głosy o rosnącej popularności Czarnego klansmana w ostatnim tygodniu. Wygra: ViceMój głos: Black klansman

Efekty specjalne: "nadrabianie" tej kategorii naprawdę mnie w tym roku bolało. Jak zawsze, specjaliści od efektów z Akademii nominowali kupę szajsu, a całościowe gremium pewnie jak zawsze wybierze ten film, który widzieli - zupełnie niezależnie od ilości i jakości samych efektów. Problem jest taki, że First Man ma doprawdy mało wyraziste atuty w tej stawce, ale w sumie kto inny ma wygrać? Marvele i Disneye, pogrążone w obsesji zapewnienia co 3 sekundy feerii kolejnych pozbawionych wagi laserków w innym kolorze, czy też Spielberg, który właściwie poszedł ich śladem? U buków bardzo niski kurs mają Avengers, ale jak na razie, wszystko wskazuje na to, że organizatorzy nie mają wpływu na same głosy - i choćby zdjęto z anteny pozostałe 23 kategorie, chyba nie sprawi to, że Akademia zacznie głosować na przeznaczoną dla 3-latków papkę. Chyba. Wygra: Pierwszy człowiek. Mój głos: Player One.

 

 

 

 

 

 

wtorek, 19 lutego 2019

Może śmierć nie jest najgorszym, co może cię spotkać. Jeśli myślicie, że to trochę ciężkawy sposób na otwarcie dyskusji o pozbawionej znaczenia gali gwiazd i rzemieślników targowiska próżności zwanego Hollywood, to pomyślcie, jakie podsumowanie mogłoby być lepsze. Dla mnie, jedną z bardziej przygnębiających cech życia w Naszych Czasach jest nie tylko to, że będziemy oglądać koniec wszystkiego, co znamy, ale też fakt, że najpierw przez długi czas będziemy obserwować, jak wije się w konwulsjach. Dotyczy to zwłaszcza mediów. Gazety czy pisma nie upadają od razu, ale najpierw przechodzą przez długie stadium, w którym próbują się "adaptować do współczesnych czasów". Próbują przejść na wideo, bo Zuckerberg im powiedział, że to ich może uratować, albo przejść na chamski clickbait, taki sam, jak wszyscy, którzy jeszcze istnieją w popularnej świadomości. Nawet gazety lokalne, jak "Wrocławska", starają się "wymyślić na nowo" jako kopalnię linków o dżihadystach, zdjęć piesków i quizów pytających, jakim typem tostera jesteś. Wszyscy wiemy, że nawet taka instytucja upadnie, ale najpierw sprawi, że nie będziemy pamiętać, za czym obchodzimy żałobę.

 

Tak samo jest z Oscarami. Jeśli po zeszłorocznych "nudnych" nagrodach mogliśmy zastanawiać się, czy będzie w ogóle co pisać o następnych, organizatorzy robili przez cały rok wiele, by jednak był materiał do dyskusji. Niestety, we współczesnym słowa znaczeniu, osiągalnym dla tracącego znaczenie medium: głównie chodzi o materiał do beki.

 

U podstaw tego kryzysu Oscarów Naszej Epoki stoi, oczywiście, kryzys tożsamości. Po co właściwie są Oscary w epoce internetu? Nie są nagrodą dla ulubionych filmów publiki - publika sama już wie, co polubiła, zagłosowała portfelami i ocenami na Filmwebie, wyniki są jednoznaczne. Nie są TYLKO celebracją Hollywoodu we własnym gronie i docenieniem fachowców różnych dziedzin, bo przecież są zawsze transmitowane w TV. Tyle że dzisiaj wydarzenie telewizyjne - to już nie wydarzenie, nie w dziedzinie, w której reklama adresowana jest zawsze do najmłodszego pokolenia, a obecnie takowe nie spędza czasu oglądając biernie to, co im liderzy przygotowali. Adaptacja "ceremonii" (czy to słowo jest nadal dozwolone?) na czasy wydarzeń internetowych od kilku lat przebiega w sposób cokolwiek niezręczny i zazwyczaj żenujący. Tym razem, etap "pizzy na wynos" czy "robienia sobie selfie" rozciągnięto na cały proces organizacji programu TV Oscarów.

 

Jest tego wręcz za dużo, by wymieniać. Impreza ma nie mieć gospodarza, po tym, jak Kevinowi Hartowi wyciągnięto stare obraźliwe twwety. Akademia próbowała wprowadzić statuetkę dla "najlepszego filmu popularnego" (rozkosznie nie klarując wieloznaczności tego wyrażenia), ale po odgłosach odrazy wycofała się z pomysłu. Próbowano w programie gali zrobić miejsce tylko dla dwóch nominowanych piosenek - tych popularnych - ale po kolejnych protestach, chyba się z tego częściowo wycofano (będą jakieś fragmenty).

Bardzo długa dyskusja dotyczyła pytania o liczbę samych nagród. Nie pojawiła się co prawda koncepcja, by jakąś zlikwidować, ale Akademia ewidentnie uznała, że część kategorii musi podzielić los nagród specjalnych, za całokształt twórczości itp., i zniknąć z transmisji TV, by nie zanudzać prostych ludzi pracy koniecznością oglądania kolesi i typiar trzymających w ręku kamerę, montujących dźwięk czy rysujących jakieś projekty. Ostatecznie, po wielu miesiącach oburzenia, udało się zachować owcę prawie całą: tylko cztery kategorie zostaną potraktowane "specjalnie", bez całego rytuału prezentowania nominowanych i spaceru na scenę - ale samo ogłoszenie przez prezentera i przemowa zostaną jakoś wmontowane w późniejszą część transmisji, tak więc będziemy mogli zobaczyć PRAWIE na żywo, co powiedział na scenie Łukasz Żal, jeśli zostanie nagrodzony za zdjęcia. To wszystko nadal wzbudza protesty, ale dla organizatorów to przecież dobrze: protest to wspaniałe narzędzia tworzenia "wiralności" i popularności w internecie, a samą galę niektórzy włączą tylko po to, by zobaczyć, czy Akademia nie ustąpiła gwiazdom po raz kolejny.

 

Założenie jest jasne - organizatorzy myślą, że show na 3,5 godziny to dla pokolenia Snapchata za długo, ale jeśli zejdziemy do 3 czy 2,5 godziny, to na pewno zaczniemy rywalizować o popularność ze streamerami Fortnite'a. Cała kampania przebiega nieco w cieniu niesamowitego komizmu tego przekonania. Tak jak "Gazeta Wrocławska", Oscary jako show TV zdały sobie sprawę, że istota ich działalności nie przyciąga już wystarczającej liczby osób - ale rezygnując z tego, czym z założenia były, stawiają pytanie, po co miałyby teraz istnieć w ogóle, skoro mają być tylko słabszą kopią wszystkiego innego. Jeśli badania popularności wskazują, że dla programu najlepiej, by na scenie cały czas po prostu stali kolejni Avengersi, a założenie całej zabawy jest takie, by nagradzać najlepsze filmy, a nie Avengersów, to co zostaje po "adaptacji do współczesnych czasów"?

 

Tutaj możemy płynnie przejść do sprawy Marvela. W końcu, film współczesnego hegemona kinematografii popularnej został doceniony przez Akademię (przypomnijmy: wśród miliona rzeczy, jakie posiada Disney, jest też sama stacja ABC, czyli organizator Oscarów). Wzbudziło to bardzo różne opinie. Osobiście nie jestem tym zdziwiony. Film mi się podobał - znacznie bardziej, niż wiele innych. Dla mnie też to jest przełomowy Marvel - po prostu dobry film. Na pewno sto razy lepszy od Bohemian Rhapsody, które stało się najbardziej kasowym filmem nie-akcji od czasów Titanica. Wiele osób uważa inaczej, kwestia gustu. W każdym razie, komedia wszystkiego wokół Oscarów sprawiła, że dyskusje o znaczeniu Czarnej Pantery zeszły nawet na boczny tor. Amerykańscy dyskutanci o rasie skupili się na filmie mającym realne szanse wygranej, czyli Green Book: jak tu śmią nagradzać film, w którym bohater wyrzuca szklanki, a potem uczy jeść kurczaka? A jednak film ma wystarczająco wielu fanów, by być mocnym kandydatem w głównej kategorii. Jeśli chodzi o poziom, większość krytyków zachodnich zgodziła się, że Bohemian Rhapsody (i gwarantowany Oscar dla Ramiego Maleka, i nominacja tego filmu za MONTAŻ!) to znacznie większa obraza dla dobrego smaku. Czarna pantera od razu po premierze zebrała świetne opinie (w tym, co mnie samego zdziwiło, moją) i było uważane za Oscarowego kandydata, podczas gdy sukces Bohemian Rhapsody rosnący z tygodnia na tydzień nadal zadziwia tych, którzy uważali za jakąś przeszkodę fakt, że film... jest tak bardzo cienki i nijaki. Tylko w ostatnich dniach uderzyły kolejne szoki, gdy film oskarżanego o gwałty na nieletnich Bryana Singera zwyciężał podczas gali nagród montażystów, montażystów dźwięku czy mikserów dźwięku.  Przez całą kampanię Oscarową, czytanie tweetów kinomanów na temat Bohemian Rhapsody i oglądanie gifów z tego komicznie czasami złego filmu znacząco poprawiało mi humor. Ale widzimy znów ten wspomniany rozkrok: filmy, które wzbudzają najwięcej negatywnych emocji, to właśnie te, które ktokolwiek na szerszą skalę kojarzy, i pozwala, by zasięgi w mediach społeczonściowych były dla Oscarów znacznie większe, niż gdyby nominowana była tylko piątka RomaViceFaworytaNarodziny GwiazdyCzarny klansman.

(Nie da się też ukryć, że planowany występ ZESPOŁU QUEEN (czy co z niego zostało) to dla większości Ameryki nieco większe wydarzenie, niż usłyszenie smętnej piosenki country z filmu braci Coen. To w pewnym sensie zrozumiały ruch, by skupić się na tym, co popularne na wielką skalę - to "tylko" uderza we wszelką integralność sensu istnienia tej instytucji).

 

A ja musiałbym zmienić obecne podejście tych zapowiedzi, bo nie miałbym o co się wyzłośliwiać. Pamiętacie dawne czasy, gdy byłem w stanie czuć sympatię do większości nominowanych do Oscara filmów? Heh, nudne czasy.

Chociaż to pewnie świadczy tylko o mnie. W tym roku inne firmy zdobywały nagrody związków reżyserów, producentów, aktorów, scenarzystów (tutaj wygrały Eighth Grade oraz Can you ever forgive me?) i ktoś mniej zgorzkniały mógłby pewnie wyciągnąć z tego opis współczesnego kina, w którym jest miejsce na wszystko: komiksowe durnoty, biografie, "filmy ważne", filmy kręcone jedną cyfrówką i wyglądające jak miliard dolarów, filmy indie, a nawet, o cholera... filmy polskie. 

Gdyby ktoś mi powiedział 20 lat temu, że polski film będzie miał kilka nominacji, i że otrze się o kilka kolejnych, a krytycy będą trzymać za niego kciuki w większości z nich, pewnie uznałbym, że to wzbudzi większe podniecenie, niż to się stałow  tym roku.

 

Najlepszy film: chociaż przy kursie 26 nieco intrygują mnie rosnące notowania Black Klansmana, to umówmy się, że to raczej wyścig dwóch koni, z których ten czarno-biały wydaje się jednak na prowadzeniu. Roma po prostu... jest lepsza? Zrządzeniem losu, film, który mógłby w najmniej kontrowersyjny sposób w historii sięgnąć po główną statuetkę, ma problem zupełnie nowego typu: to film Netflixa. Wiele osób w Hollywood uważa, że głos na Romę to zbyt szybkie poddanie broni wobec Nowego Świata: jej wygrana oznaczałaby wręczenie najcenniejszej nagrody kina już przy pierwszym podejściu kolesiom, którzy mówią, że "Romę można oglądać z przyjemnością w kinie albo na komórce, obie metody są legitne". Nie miejmy złudzeń: tak jak popularyzacja internetu niby zdaniem optymistów nie musiała, ale już zabiła jakościowe dziennikarstwo i ogólnie jakościowe pisanie, tak Netflix zabije kino - ale póki co, żyjemy w tym paradoksalnym momencie, gdy Roma stanowi najlepszy przykład Prawdziwego Kina w całej stawce, i nawet dano nam łaskawie okazję się o tym przekonać (w Kinie Nowe Horyzonty leci wręcz codziennie od miesięcy). Green Book to bardziej ludyczna przyjemność, ale widać w internecie, że wiele osób zagłosuje na niego tylko dlatego, że ma dość nagonki związanej ze, zdaniem krytyków, niewrażliwością i obraźliwością rasową filmu. To samo w sobie jest tematem na cały esej, ale mam wrażenie, że samo w sobie nie wystarczy. Głupi i głupszy 3 ma rzadziej w USA omawianą, bo może nudniejszą dla ludzi, ale inną, kolosalną zaletę: mówi się w nim po angielsku. Jeszcze nigdy w historii Oscara nie dostał film w innym języku, choć parę razy miał niby duże szanse. Ba, ostatni raz jakąkolwiek statuetkę (za rolę Marion Cotillard i charakteryzację) dostał jakikolwiek nieanglojęzyczny film. Czaicie, w epoce oglądania filmów na komórce nie jest tak łatwo śledzić jeszcze napisy na dole sześciocalowego ekranu. I to jest główny powód, dla którego kurs ponad 4 na Green Book uważam za atrakcyjny. Oprócz reżyserów i scenarzystów, Akademię tworzy mnóstwo rzemieślników, którzy lubią, jak sami mówią, "się odmóżdżyć" i obejrzeć coś niezbyt dobrego, i niewymagającego czytania, ani nawet specjalnie słuchania. Widać to po popularności Bohemian Rhapsody, i może być widać w wygranej Green Book. Bukmacherzy są w błędzie, ale dla mnie 51% szans ma nadal faworyt. Nie wiem. Wydaje się po prostu za dobry w porównaniu do reszty, by nie wygrać. Wygra: RomaMój głos: Roma.

 

Aktor: to nie jest pierwszy rok, w którym 4 na 5 nominowanych odtwarza znane postaci historyczne, i w przy takim rozumieniu "aktorstwa", jakie obecnie jest uznawane, mogliśmy zawsze zastanawiać się tylko, czy nagroda dla najlepszego aktora będzie oznacza nagrodę za osiągnięcie charakteryzacji, czy protetyki dentystycznej. Ta druga opcja zdecydowanie wygrała i można traktować tylko jako manifest głosy typerów dających szanse Christianowi Bale'owi, bo w anonimowych sondażach z Akademii Rami Malek wydaje się mieć jakieś 100% poparcia. Nie wiem, co jest lepsze w tej roli - to, że Oscara można dostać za wyglądanie w miarę podobnie do kultowej postaci, robienie jednej creepy miny i założenie zębów, czy też to, że ta "rola roku" w połowie polega na śpiewaniu, które leci tu z taśmy, co dosłownie oznacza, że widzowie bawią się świetnie głównie dzięki temu, czego Malek nawet w ogóle nie robił. To jedna z tych kategorii, w których pytanie nie brzmi, kto wygra, ale od razu: jak z tym będziemy dalej żyć. Wygra: Rami Malek, Mini Playback Show. Mój głos: Christian Bale.

 

Aktorka: tak jak można się było domyślać, kampania z udziałem Lady Gagi była wyjątkowo... dziwna, choć w inny sposób niż bym się spodziewał, na czele z samym przyjętym motywem przewodnim, w którym bohaterka nie wyszła wcale z roli i tak mieliśmy okazję słuchać, jak cholerna LADY GAGA wypowiadała się cały czas o BRADLEY COOPERZE w takim tonie, jakby faktycznie to ją samą ten wielki gwiazdor wyciągnął znikąd  i dał okazję zaistnieć po raz pierwszy. Dał jej szansę. Lady Gadze. Dodatkowo robiła to tak samo na jedno onieśmielone kopyto, jak w filmie. W tym świetle można z pewną ulgą typować tutaj wygraną słowami: it's Close, and it's not even close. Przepraszam, ktoś już pewnie tego użył. Od czasu, kiedy światek uznał jesienią, że będzie brać film oparty na realistycznym założeniu "przecież kobieta nie może wydać książki!!!" poważnie, przynajmniej w tym jednym aspekcie, jego załamana gwiazda stała się zbyt dobrą kandydatką, by nawet imponująca rola Olivii Colman stanęła jej na drodze do kolejnych nagród. Close stała się najstarszą zdobywczynią nagrody związku aktorów, co samo w sobie prawie zawsze pokrywa się z Oscarem, a odbieranie teraz biedaczce animuszu pachniałoby wręcz wredotą - myślę, że się nie zdarzy. Część typerów stawia na Colman. Wygra: Glenn Close. Mój głos: Yalitza Aparicio. 

 

Aktor drugoplanowy: w dość pozbawionej wyrazu grupie po raz drugi naznaczony niezwykłą charyzmą Ali nie wydaje się nawet mieć poważnej konkurencji, a do tego znowu jest jedynym "pewniakiem" do wyróżnienia w swoim bardzo popularnym filmie. Możliwe, że Green Book pójdzie drogą Moonlight i zgarnie też statuetki za scenariusz oraz film, ale tylko tutaj rywale na pewno nawet nie przygotowują przemów. Których zresztą zdaniem Akademii i tak nie powinni przygotowywać, bo na spotkaniu nominowanych rekomendowano, by brać wzór ze Stevena Soderbergha i nie zajmować cennego czasu naszych niecierpliwych telewidzów jakimś dziękowaniem ludziom, dzięki którym powstał film. Wygra: Mahershala Ali. Mój głos: Ali.

 

Aktorka drugoplanowa: nie tylko ja dopiero co obejrzałem Beale Street, i tak Regina King nie była nawet nominowana do nagrody związku aktorów, co od razu czyni tę kategorię zdecydowanie najmniej przewidywalną w aktorskim kwartecie. W siedzibie SAG nagrodzono Emily Blunt, która z kolei nie jest za Quiet Place nominowana do Oscara. Co roku typuję tutaj dla urozmaicenia jakieś niespodzianki i myślę, że w tym roku to może być tutaj. Rachel Weisz nie jest tu faworytą, ale ma większe szanse, niż wskazywałby kurs 8:1. Nie tylko jej film jest nieco bardziej popularny, ale przede wszystkim jej rola jest o wiele większa - mająca dwie sceny matka z Beale Street ma tutaj ten handicap, że to jest naprawdę drugoplanowa rola, a to zazwyczaj tutaj nie pomaga. Nie uważam jak niektórzy, że Weisz bardzo tutaj szkodzi sam fakt, że nominowana jest też Emma Stone - w ostatnich dwóch przypadkach, gdy w tej kategorii pojawiały się aktorki z tego samego filmu (The Help oraz Fighter), i tak wygrywała jedna z nich. To jest nieco typu na niespodziankę z nudów, ale niech będzie, że stawiam przeciw King, której zwycięstwa wszyscy oczekują. Wygra: Rachel Weisz. Mój głos: Marina de Tavira.

 

 

Film animowany: przy całej gadce o wpuszczeniu Marvela na salony, dość mało mówi się o tej kategorii, w której już nieraz "trzeba" było nagradzać dziecinną słabiznę i typerzy wydawali się pogodzeni z tą koniecznością i w tym roku, aż w grudniu niespodziewanie pojawił się Mesjasz: film Marvela, który podobał się i widzom, i krytykom; i dzieciom, i dorosłym. Jest Disneya, ale nie jest zły! To za dużo atutów naraz. Spiderverse wydaje się teraz, nie przesadzając, najpowszechniej lubianym filmem wszech czasów, i może gdyby wyszedł wcześniej, miałby nawet jakąś kampanię w innych kategoriach. Pewnie nieudaną, bo to kreskówka, ale zawsze. Wygra: Spiderman cośtam. Mój głos: Wyspa psów.

 

Film dokumentalny: to jedna z najbardziej wyrównanych kategorii, bo podobny kurs mają RBG oraz Free Solo (a niektórzy typerzy stawiają na Minding the Gap przy pociągającym kursie 13). Chciałbym powiedzieć, że wszyscy członkowie Akademii spoza Hollywoodu zagłosują na Free Solo, bo nie będą widzieli wiele ciekawego w idącej po łebkach hagiografii znanej sędziny, będącej amerykańskim odpowiednikiem chodzenia w koszulce "Konstytucja" - nie w porównaniu do oglądania kolesia, który wspina się na cholerną górę samymi ręcyma, pokazując, że toxic masculinity to także źródło awesome masculinity. Ale przecież RBG zgarnęło nawet nominację do BAFTA w Brytanii. Nadal nie jestem jednak w stanie tego poczuć. Ten film nie jest bardzo ciekawie nakręcony, ani nie dotyka ważnego tematu. Ujmijmy to tak, jaki był w tym tygodniu stopień wściekłości na Trumpa w narodzie hollywoodzkim? W miarę wysoki wskutek stanu wyjątkowego, ale bez żadnych rekordowych fal oburzenia. Być może, inni mają szanse. Wygra: Free SoloMój głos: Free Solo.

 

Film nieanglojęzyczny: ostatnio przekonałem się, że niektórzy w Polsce nadal mają problem z nazwą tej kategorii, ale muszę iść do pracy składać części samochodowe i nie czas na tego typu opowieści. Nie da się ukryć, że trzy nominowane ciekawostki stanowią tutaj tło dla dwóch czarno-białych tytanów, docenionych w tym roku przez liczne gremia na całym świecie. Według starych reguł, gdy głosujący tutaj musieli obejrzeć w salach wszystkie filmy, może bym nawet czuł krew i stawiał na kandydata niemieckiego, bo, przyznajmy, żaden temat nigdy nie będzie dla Hollywoodu w promilu tak ciekawy, jak Holocaust, zwłaszcza ukazany w tak dramatyczny sposób, jak robi to Florian Henckel von Donnersmark. Niemiec wie, jak to jest zaskoczyć wygraną - jego Życie na podsłuchu pokonało nominowany w wielu kategoriach Labirynt Fauna. Kurs 51 na film o obozach to coś, co po prostu trzeba postawić, choćby symbolicznie. Przy obecnych zasadach mam jednak wrażenie, że po prostu za mało osób go widziało w porównaniu do filmu, który stety czy niestety zobaczyć "trzeba", skoro nominowany jest w każdej kategorii i nawet jest na Netfliksie. Zimna wojna chyba nie ma wystarczająco mocnych atutów, by czaić się tutaj na wygraną z zaskoczenia. Nie w tej kategorii... Wygra: RomaMój głos: Roma.

 

 

sobota, 12 stycznia 2019

Przełamując kolejne bariery czasowe.

 

Sam już nie wiem, kim, gdzie i kiedy jestem. Ale to i tak lepiej, niż gdyby odpowiedź była każdego dnia oczywista i każdego dnia ta sama. Dobre/złe wieści są takie, że żyję i mam pracę, i że życie i praca nie ułatwiają bycia na bieżąco z kinem. A żyjemy w czasach, kiedy bycie na bieżąco wydaje się istotniejsze niż kiedykolwiek – mimo że kino wkracza coraz mocniej w drugie stulecie swojej aktywności (właśnie w latach 1918-19 pierwszy raz pojawiło się tak wiele atrakcyjnych aż do dziś filmów, jak Złamane lilie, Banici, Zwycięstwo czy Skarb Rodu Arne) i wydaje się dziedziną sztuki, w porównaniu do takich sfer jak gierki video czy też jakże cenione „robienie głupich min i piszczenie podczas grania w grę video i nagrywanie tego”, jakże przestarzałą.

 

To, że kino ewoluuje ostatnio w, zdaje się, szaleńczym tempie, jest dziwaczne jeszcze z innego powodu - przecież samo powstawanie filmów zajmuje lata, tak więc ewidentnie nawet one same nie są ze sobą „na bieżąco”. A jednak – pisanie o dziełach puszczanych w naszych kinach w roku przedzeszłym wydaje się jakoś kompletnie anachroniczne, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Od tego czasu Netflix zdążył już ze swoją produkcją wygrać Wenecję i ma niemałe szanse na Oscary, strasząc kolejką dziesiątek filmów na rok przyszły, Marvel nakręcił parę niezłych i jeden rewelacyjny film, monetyzując głosy o trafniejszą reprezentację wyglądu społeczeństwa USA, zaś coraz większa liczba mediów oraz Twitterowców wydaje się rozumieć słowa „dobry film” w sensie przede wszystkim moralnym: czy filmy, a także ich reżyserzy i producenci jako osoby… czynią „prawdziwe życie” lepszym? Chociaż to długi temat, to załóżmy na potrzeby tego jeno tekstu, że ja o tym nie mam pojęcia. Dla mnie tylko kino to „prawdziwe życie”. Wcale nie dlatego, że cieszę się jakimiś wspaniałymi przywilejami w realu. Och, nie. Mimo jakże opłacalnych cech białości i męskości, jakoś naprawdę nie mam nic, co by mnie trzymało na powierzchni, poza sztuką. Na szczęście wymienione powyżej filmy wydają się doskonale to rozumieć, i stanowią więcej niż wystarczający dowód, że reżyserzy potrafią do tego wszystkiego podejść w sposób po stokroć ciekawszy, bardziej przewrotny i mądrzejszy, niż większość odbiorców. (Zaznaczmy na marginesie, że w tym roku nie będzie żartów z tekstów magazynu „Kino”. Jeśli w grudniu 2018 nadal nie dopowiadacie ich sobie sami, to wasza strata).

 

Nie będę ściemniał: to nie był może najlepszy rok. Może to kwestia dystansu czasowego, ale nie miałem pojęcia, co wstawić na czołowych miejscach. Już w styczniu i lutym 2018 do polskich kin trafiły filmy, które podniecały mnie znacznie bardziej, niż wszystko, co rozważałem w podsumowaniu 2017. Wiele takich mogłem też zobaczyć nawet jednego dnia podczas Nowych Horyzontów. To nie znaczy, że nie wyselekcjonowałem elitarnej grupy, która w całości dała mi wiele radości podczas seansów. Na wielu z nich płakałem. Ale nigdy nie było mi tak trudno wstawić którykolwiek na pierwszym miejscu. To jednak coś znaczy.

Większość, oczywiście, wręcz cudownie podkreślała istotę epoki, w której wtedy żyliśmy; albo tej, w której żyjemy teraz, jakże długo później.

 

 

 

top10elle

 

1. Elle, reż. Paul Verhoeven  

 

Nie wiem, jak to o mnie świadczy w świetle dyskusji toczonych w Naszej Epoce, ale nadal lubię w sztuce bezwstyd, oczywiście najlepiej niepozbawiony empatii – i nie mogłem uwierzyć w to, jak słodki prezent sprawili mi 80-letni zbok z Amsterdamu oraz również mająca długą karierę za sobą Isabelle Huppert: dwoje wybitnych artystów, którzy w Elle znaleźli swój najlepszy i/bo najbardziej bezwstydny film. Najlepsze być może jest to, że każdy skrócony opis (dajmy na to: „film o właścicielce firmy produkującej ociekające seksem i przemocą gry video, toczącej widowiskowy i brutalny bój z nastawieniem swoim oraz innych do seksu i przemocy, często naraz”) będzie brzmieć bachanalnie, a jednak nadal w ogóle nie jest w stanie oddać, jak genialnie i przezabawnie perwersyjny jest na ekranie ten obraz, w jakiś sposób zawsze trzymając się tematu i jeszcze z minuty na minutę nakręcając akcję na najwyższe obroty. Nikt tu nie boi się krwi ani spermy, ba, specjalnie wręcz wsadzi rękę, niespiesznie, bez robienia taniej sensacji, zwyczajnie eksplorując ten typowy element życia. Huppert stoi za jedną z najciekawszych postaci kinowych ostatnich wielu lat – zawsze o krok przed innymi, komentująca rzeczywistość lakonicznym językiem i i genialnymi minami wartymi tysiąc słów, na jakie stać tylko kobietę, która spędziła kilkadziesiąt lat w Paryżu jako gwiazda i jest w kompletnie wszystkim lepsza od ciebie. Absolutnie bezlitosna, a przy tym tak inteligentna i w oczywisty sposób nadal… wrażliwa, że trudno jednak nie czuć sympatii. Wrzucając do miksera mnóstwo znaczeń i konfuzji, jakie wiążą się z relacjami siły, seksu, pożądania, fantazji i strachu, Verhoeven nie tylko robi film, który mógłby nakręcić Hitchcock, gdyby miał jaja, ale też, mam wrażenie, jeszcze przed rozkręceniem się w świecie kina Hasztaga Mi Tu dostarczył nam dzieło godne już następnej epoki, kiedykolwiek ona nastanie. W tym roku, poprzednim, albo w każdym innym – zawsze będzie to brzmiało tak samo genialnie i przewrotnie, gdy powiem zgodnie z prawdą, że pojawienie się Huppert we Wrocławiu na rozdanie Europejskich Nagród Filmowych rozbudziło moją największą niespełnioną filmową fantazję (nie, nie spotkałem jej, jestem tylko robolem), i może to podkreśla, czemu Elle jest moim filmem roku.

 

 

top10personal

 

2. Personal Shopper, Olivier Assayas

 

Hipotetycznie, można by nazwać staroświeckim film o, cholera, spirytyzmie. Ale to pretekst do opowieści szokująco aktualnej, a przecież tylko w Naszej Epoce widz może zrozumieć i zidentyfikować się z tak naprawdę bardzo życiową sceną, w której roztrzęsiona Kristen Stewart stara się nie doznać załamania psychicznego jadąc pociągiem i prowadząc dramatyczną rozmowę przez SMS (podmieńcie sobie SMS na iMessage, iTalk czy czego tam się w obecnych czasach używa). Nie padają żadne słowa… nie na głos, ale widzimy, co pojawia się na ekranie telefonu. Słowa są napisane idealnie, dokładnie tak, byśmy nie byli pewni, która z możliwych w danym momencie rzeczy się dzieje. To kapitalny scenariusz. Widzimy, jak kobieta nerwowo wstukuje słowa (czy w tych ujęciach Stewart miała, niczym postaci udające pianistów, kaskadera od dłoni, który byłby najlepszy akurat w tym zadaniu?), zastanawia się, czy może wysłać dane zdanie, cofa… Nagle, wstrząśnięta możliwością odpowiedzi na to, o co zapytała, włącza tryb samolotowy i chowa telefon, jakby tak naiwna ucieczka miała odwołać słowa. Jest w strzępach. Oczywiście nie mija wiele czasu, jak włącza telefon z powrotem. Tak jak wiele legendarnych scen thrillerowych, ta też zaczyna szybko sprawiać wrażenie, że trwa koszmarnie długo, zdecydowanie za długo, ale oczywiście w jak najbardziej pozytywnym sensie słowa. Ma WIELE zwrotów akcji. Stewart gra w tym filmie fenomenalnie, ale nie tylko dlatego ja na fotelu jestem równie zdemolowany, co ona. Doprawdy warto było mi znosić personę Stewart, która w tym filmie w pełni realizuje swój imidż idealnego obiektu westchnień lesbijek (nie tylko jest Kirsten Stewart, ale, wymieńmy tylko kilka: pali po męsku papierosa, lata w celach haute couture od Paryża do Londynu, pracuje z postaciami ze śmietanki które traktuje chłodno, jeździ motorem, ZAKŁADA UPRZĄŻ gdy w tle leci Marlena Dietrich…) już choćby po to, by zobaczyć scenę, którą zawsze będziecie wspominać jako najlepsze filmowe odzwierciedlenie dramatycznych rozmów przez SMS.

Oczywiście to tylko przykład. W tym filmie każda scena, począwszy od gdzieś tak drugiej czy trzeciej, ma genialne napięcie, dialogi, głębię i jest ogólnie piorunująca.

 

 

top10americanlepsze

 

3. American Honey, Andrea Arnold

 

Podobno w Naszej Epoce bogaci mają się coraz lepiej, a biedni coraz gorzej, ale niektóre tego oznaki potrafią na filmie wypadać uderzająco ponadczasowo: ot, ludziom zostaje "jedynie" tułaczka i cieszenie się pogodą, muzyką oraz swoimi młodymi, chętnymi, nieraz atrakcyjnymi ciałami. Zamiast uczyć się programowania i chińskiego, dzieci chwali się za słuchanie Dead Kennedys, a potem trzeba je podrzucać niczym kukułcze jajo... ich własnym rodzicom. Widok zaiste zarezerwowany dla śmieciowej Ameryki i trudny do znalezienia w jakiejś Holandii czy innym porządnym kraju - a jednak przez niemal trzy godziny filmu nie ma tu momentu na oddech, by pomyśleć, że chyba powinniśmy współczuć. Arnold ujmuje przestrzeń amerykańskiego południa, współczesną muzykę oraz roztańczone, niewyżyte ciała z powalającym, bombastycznym zachwytem: dopiero po seansie można zdać sobie sprawę, że najbardziej zachęcający film roku zdaje się zachęcać przede wszystkim do bycia biednym. No, dokładnie rzecz biorąc: bycia biednym w ciepłym kraju… American Honey jest nakręcone jak jedna wielka impreza, wzbudzająca tęsknotę do tego, co nie aż tak łatwo kupić: bycia ciekawym i młodym duchem człowiekiem. Każdy dzień wydaje się przygodą, nawet jeśli dość żałosną. To przepotężna deklaracja mocy pozbawionych pieniędzy mas, o których zazwyczaj w popularnej sztuce nie mówi się wiele; ale w znacznie większej mierze po prostu przepotężny pokaz mocy kina: ten film wygląda tak, jak myślicie, że wy wyglądacie, gdy po dwóch butelkach taniego wina śpiewacie do lecącej z komórki Rihanny na Wyspie Słodowej.

 

top10zabicie

 

4. Zabicie Świętego Jelenia, Jorgos Lantimos

 

Grek pierwszy raz gościł na tej liście ze swoim pierwszym puszczanym w Polsce dziełem, Kłem, i od tego czasu każdy jego film zbiera absolutnie dramatyczne opinie, ale dla mnie, właśnie teraz (wiem, wiem, nie jestem na bieżąco – udawajmy, że jest 2017 i to jego najświeższy film) w końcu zrobił coś być może jeszcze lepszego. Podejrzewam, że zajawki scenariuszy, jakie Lantimos sprzedaje producentom, zawsze zaczynają się od słów: „czy zauważyliście, że [element relacji międzyludzkich] to tak właściwie [brawurowo mocna metafora]???”. To jest… dobra zajawka, ale trudno w skrócie oddać z kolei, jak głębokie są jego filmy. Tutaj, dodatkowo, udało się zrobić dzieło niesamowicie emocjonujące, a powodem tego jest sięgnięcie po najbardziej oczywisty wzór pisania historii – greckiej tragedii. Właściwie, powiedzieć można, że autor celuje wręcz dokładnie pomiędzy dwie najbardziej klasyczne w historii pisma metody budowania konfliktu i narracji: te motywy to walka człowieka z bogiem oraz negocjacja człowieka z diabłem. Główne uczucie pozostaje takie same, jak w bardziej „socjologicznych” filmach Greka do tej pory, czyli: bezradności. Jak zawsze - podkreślanej tymi jego genialnymi dialogami, które są bez wyjątku przeokrutne i przezabawne. Uwięzione w sztywnych formach, nieskłonne do zmiany; umiejące negocjować i walczyć, ale nie rozmawiać z sobą; postaci te są – jak bohaterowie antycznych tragedii – skazane na odegranie swojej roli w krwawym spektaklu, którego każda minuta była niby do uniknięcia, a jednak, w pewnym sensie, w ogóle nieunikniona. Może wam ten film skojarzy się z którąś pracą socjologii, może historii… może i ekonomii. Zabicie Świętego Jelenia to kapitalna komedia, zagwozdka moralna i starcie charakterów, ale też miło jest na koniec zdać sobie sprawę, że kiedy Florida Project czy American Honey są radosnym okrzykiem odnajdywanej godności klasy niższej, to Lantimos nie waha się wziąć tych żyjących w dostatku na cel, zawiązać im oczy i… hm, może tylko pozostawić każdego, by grał swoją rolę.

 

top10ladym

 

5. Lady M., reż. William Oldroyd

 

Opowieści o dawnych purytańskich rodzinach arystokratycznych, oraz traktowaniu żon i służących jako swoją własność, wydają się być w Dzisiejszych Czasach także o czym innym, co widać doskonale przeglądając recenzje Lady Makbeth – ale nie myślcie sobie, że nawet specjalnie mnie to w tym filmie obchodzi. Jeśli debiut Oldryoda – nadal, odważę się powiedzieć, jednego z najmniej znanych reżyserów na świecie – nie wszystkim przypasował jako satysfakcjonująca współczesnych krytyka ról płciowych i rasowych (oni są w błędzie, ale mniejsza z tym...), to zawsze bawię się doskonale oglądając go z powodów, w które wierzę. Mianowicie, to bardzo ładny film. To bardzo emocjonalny film. Przede wszystkim – to bardzo zimny film. Jeden z najzimniejszych, jakie widziałem. Od samego początku stanowi serię scen, jedna po drugiej, praktycznie bez wyjątku, które przeżywa się mniej więcej tak, jakby w metrze ktoś podszedł do ciebie, strzelił ci policzek i poszedł sobie, kompletnie nic nie mówiąc, kompletnie nie tłumacząc. To mocny akt, ale być może najmocniej przeżyjecie ten brak komentarza, ton oczywistości i faktu dokonanego. Tajemnica to ostatnia rzecz, jaką zawarł tutaj Oldryod, ale wszystkie pojedyncze ujęcia są rozkosznie bezceremonialne, co tworzy wspaniałe napięcie. Czasami przez długi czas nie mówi się tu nic, a czasami padają słowa, które bolą jak bicz, często w niezwykle zabawny sposób. Potraktujcie to jak specjalny odcinek Breaking Bad – opowieść o władzy, walce o władzę i o tym, jak to każdy radzi sobie z problemami i potrzebami; opowieść przy tym używająca przesady i aktów przemocy jako akcentów. Oglądając Lady Makbeth nieustannie chichotałem z zachwytu: „wow, ktoś się odważył tak to zrobić”. Albo, czasami, krzywiłem się z niesmakiem: „wow, ktoś odważył się to zrobić”.

 

top10moonlight

 

6. Moonlight, Barry Jenkins

 

Gdy 10 lat temu czułem się jak jedyny w promieniu tysięcy kilometrów fan filmu Medicine for Melancholy, nigdy bym nie pomyślał, że już za moment nastanie Epoka, w której następny film „indie” Jenkinsa będzie mógł dostać cholernego Oscara. Czymże jednak jest popularność tej miary? Nie oszukujmy się – żyjemy w czasach, w których na listach „top 10 najbardziej oczekiwanych filmów roku” widzimy 10 filmów Disneya; ale filmy czy gry video „indie” mogą przynajmniej doczekać się w Polsce premier kinowych, jeśli są naprawdę, naprawdę dobre i wyjątkowe. Moonlight zdecydowanie jest – przenosząc w realia amerykańskie czułość, ostrość i kontrast kamery znane do tej pory tylko zś filmów Claire Denis czy innego Wonga Kar-Waia, daje nam okazję poczuć żar i żal Florydy tak dosadnie, że aż przechodzą ciarki. Jeśli Moonlight jest dosłownie opowieścią o kolorze skóry, to jeszcze bardziej w sensie zmysłowym, niż społecznym, wyróżniając się przede wszystkim jako jeden z najciekawiej oświetlonych, a może i w ogóle najlepiej nakręconych filmów, jakie widziałem - wczesna scena pływania jest zrealizowana z tak namacalną techniczną maestrią i tak niewiarygodnie piękna, że nie może nie przejść do historii sztuki obok obrazów Vermeera i Caravaggia. Kiedyś, by coś takiego zrobić, trzeba byłoby na samą kamerę wydać więcej, niż na budżet całego tego filmu – ale w Naszej Epoce wystarczy Alexa i komputer, a z tego wynika, że filmy o tak niesamowitej estetyce może nakręcić nawet specyficzny i bezkompromisowy artysta, który zamiast oferować sprawdzony towar dla możnych sponsorów, ma ochotę powiedzieć i pokazać nam wiele rzeczy, jakich jeszcze nie widzieliśmy. Najlepsze jest to, że mimo tego wszystkiego Moonlight jest cholernie daleki od bycia filmem, który po prostu byłby ładny – każdy obraz jest tu też treścią, która za nim stoi. Zanurzenie w wodzie oceanu to zmierzenie się z siłą przeznaczenia i otoczenia, spod siły których nie sposób się uwolnić, a padające na spoconą czarną twarz upalne słońce nie daje szans ukryć tego, jak powierzchowność definiuje naszą rzeczywistość, z wielu więcej powodów niż tylko kolor. To nie jest film o płynięciu pod prąd, ale raczej o tym, jak prąd uderza w ciebie z całą siłą: o małej rybce, która nie wiedzieć czemu słyszy cały czas od prądu, że „z nim to jest coś nie tak”, by ostatecznie wyłonić się, jako, cóż, jakiś swój rodzaj rybki. Niekoniecznie wygrany, ale Jenkins naprawdę kocha i twarze ludzkiej porażki, o wiele bardziej niż większość osób opisujących się w Obecnych Czasach jako aktywiści "równościowy". Strach, przemoc, siła, słabość, rozmowa, walka, dotyk, seks, ciepło, zimno, ludzie, jednostka, czas, zabawa – czy to nie cud, że w jednym „małym” filmie może być tak wiele.

 

top10erdmann

 

7. Toni Erdmann, Maren Ade

 

Co, gdyby zrobić Milczenie owiec, z taką głębią tematu i emocji, a przede wszystkim, dwoma tak przepotężnie mocnymi i fenomenalnie zagranymi postaciami w nierozwiązywalnym konflikcie charakterów i wizji świata - ale tematem tego wszystkiego uczynić nie zjadanie ludzkich wątrób, tylko coś nieco bliższe życiu, jak praca w korpo? Powstanie Frankenstein codziennego życia, a na imię mu Toni Erdmann. Miejsce tego filmu w panteonie współczesnych klasyków i jego obowiązkową obecność na każdej liście można by ująć już w jednym niewiarygodnym osiągnięciu Maren Ade: otóż udało jej się sprawić, że na dwie i pół godziny cały świat pokochał niemieckie poczucie humoru. To jedyny film, który zajął jednocześnie miejsce na szczycie top 10 roku wszystkich mediów, które znam, czyli „Slant”, „Cahiers du Cinema” i „Sight & Sound”. Niespotykany triumf filmu jako komedii wynika, oczywiście, z faktu, że Ade chciała zrobić dramat o wielu poważnych sprawach. Na szczęście, kiedy robisz film tak dobrze, obie te rzeczy, i wiele więcej, pojawiają się samoistnie na każdym kroku, a lista osiągnięć Ade nie ma końca. W pewnym sensie jest to film, jak Florida Project, o rodzicu, który nie chce wydorośleć: a jednak ze względu na inne okoliczności, jakże łatwo tutaj dojść do odwrotnego wniosku, iż to jest właśnie to, czego dziecko potrzebuje. Być może żaden film wcześniej tak dobrze nie oddał wieloznaczności wiążącej się z czystą radością rodzica z kontaktu ze swoim dzieckiem: przez lata czujemy zażenowanie, że ta osoba mówi na nas „Pawełku” podczas załatwiania spraw w urzędzie i ogólnie robi nam wstyd swoją (ble!) miłością na każdym kroku, aż nagle zdamy sobie sprawę, często za późno, że to i tak najlepsze, co ktokolwiek będzie do nas kiedykolwiek czuł. W każdej sympatii do drugiego człowieka jest niemały element kompromitacji, i to starcie korpo-człowieka-sukcesu (naszej generacji ludzi klasy średniej, którzy chyba najbardziej są dumni z bycia „normalnym" i niewychodzenia nigdy na scenę zaśpiewać) z kompletnie niesukcesywnym, nieeuropejskim typem (dzisiejsza młodzież powiedziałaby pogardliwie o nim tylko: „cringe”, „autyzm”, czy co teraz jest na topie). Wydaje mi się to najbardziej życiową batalią ze wszystkich dotykających nas osobiście konfliktów codzienności Naszej Epoki. I naprawdę nie da się powiedzieć, żeby ktoś tu miał „rację”. Nie chcę przesadzać po dosłownie dwóch filmach, jakie widziałem (jeszcze chyba fajniejsi Wszyscy inni byli tutaj na liście w 2011 r.), ale Ade może być najlepszym twórcą filmów na świecie: niezrównany jest jej talent do ukazywania, jak kompleksową i wymagającą czasu wojnę gestów, słów i myśli stanowi każda relacja dwojga ludzi, i że to jest właśnie najpiękniejsze.

 

top10vincent

 

8. Twój Vincent, reż. Dorota Kobiela i Hugh Welchman

 

Dość sporo w przypadku tego filmu mówi się o wykorzystaniu technologicznych zdobyczy Naszej Epoki i stworzeniu/zmontowaniu/wymalowaniu przepięknego dzieła. To prawda, film zachwyca oko, i to w sumie najważniejsze. Jednakże ironia jest trochę taka, że mimo wielu podobieństw, wygląd tego filmu nie oddaje wcale tego, co w malarstwie Van Gogha jest najważniejsze – ale za to mamy do czynienia z opowieścią o Van Goghu, która najlepiej oddaje ducha opowieści o Van Goghu. Przez co, oczywiście, mam na myśli, że najlepiej oddaje to, jak ja sobie wyobrażam sens istnienia tej postaci. A nie wyobrażam sobie nic, co by wymagało przytaczania nieskończonych powierzchownych detali dotyczących akurat tej jednej osoby na świecie, ale pewnego typu artystów, z których Holender miał akurat traf być tą jedną znaną. Twój Vincent, choć początkowo tego nie zapowiada, jest przede wszystkim po prostu smutny. Osiąga to, robiąc coś, czego filmowi biografowie zazwyczaj unikają: nie starając się na siłę robić wiernej biograficznej opowieści O Van Goghu, zamiast tego skupiając się na tym, co ciekawe i rezonuje powszechnie u każdego człowieka. Ostatecznie, to sama prawda, że ten film – choć nie dostałby wtedy kasy – mógłby chyba być o każdym tragicznym artyście. Może i jest wierny faktom, może nie, ale co z tego, jeśli używa tego nie do opowiadania o heroizmie, a o człowieku, który „jest tak samotny, że nawet kruk kradnący mu śniadanie rozświetla jego dzień”? W epoce, w której świat narzędziami social media przypomina nam wręcz z obsesyjną nieustannością, że miarą człowieka jest to, jak wielu innych „go lajkuje”, ten film - zgodnie z oryginalnym tytułem Loving Vincent - skupia się przede wszystkim na zaprezentowaniu człowieka, który może nie otwierał codziennie rano Fejsbuka z tysiącem nowych powiadomień, ale przede wszystkim sam miał do rozdania wiele „lajków” dla świata, a jego jedyną "ambicją" było podzielić się ze światem tym, jak mocno czuł.

Gdzieś tam pod koniec filmu, pojawia się plotka, że był geniuszem, ale trudno powiedzieć, na ile popularna. Przy wielu niepewnościach dotyczących śmierci van Gogha, pewnym pozostaje tylko to, że w każdym możliwym wariancie, umarł tak, jak żył: jak szczur, z lekką nutką romantyzmuu.

A nawet nie zacząłem mówić o głównej postaci filmu, czyli wkręcającym się w mini-dochodzenie synu listonosza, który poznaje jakże przydatne życiowo lekcje: że wystarczy bez uprzedzeń wszystkich pytać o prawdę, żeby w ciągu najwyżej tygodnia wszyscy cię nie lubili! Boże, co za film.

 

top10cemetery

 

9. Cmentarz wspaniałości, Apichatpong Weerasethakul

 

Wyjątkowe uczucie bycia w filmie Weraseethakuna to jeden z prostych dowodów na to, ile tracą Netfliksiarze. Podglądanie Cmentarza na małym ekranie nie daje zbyt wiele wskazówek co do tego, czemu ludzie wychodzili z kina przemienieni – nawet w takich okolicznościach jak ja, oglądający ten film w malutkiej, biedniutkiej salce w skromniutkim łódzkim kinie Charlie, samemu, mimo przybycia na premierowy seans w piątkowy wieczór. Popularny „Joe” kompletnie nie przejmuje się wrażeniami domowych oglądaczy i nadal kadruje w sposób, który ma sens tylko na ścianie: rozmawiające postaci zajmują zazwyczaj obszar na jakieś 20% ekranu, nie tyle ginąc w tle, co stanowiąc pewną jedność z otoczeniem, nabierając równie względnego i pomijalnego znaczenia, co wszystko inne w kinie. Czy te postaci istnieją? Czy są duchami? Czy to wszystko jakiegoś typu religijna przypowieść? Tak można by nazwać ten klimat, nawet gdy zupełnie przyziemne postaci rozmawiają o najbardziej przyziemnych tematach, w chyba najbardziej „realistycznej”, medytacyjnej opowieści, jaką do tej pory zaserwował nam Taj. W czasach, w których widownia, mam wrażenie, coraz bardziej wymaga od filmów i seriali spełniania pewnych określonych kryteriów, Weraseethakul przypomina nam, że nie tyle ludzka wyobraźnia, ale nawet sama pozostawiona samopas jaźń potrafi bez wysiłku sięgać niesamowicie daleko i przenikać konwencjonalne bariery w tajemniczy, właściwy snu, jakby wyjęty z paranaturalnej wizji sposób. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że to nie jest przecież wcale typowy „film festiwalowy”, który „opowiada obrazem”. Na początku, oczywiście, było słowo: nie znając historii, pewnie przez cały seans nie zdalibyśmy sobie sprawy, jak nie/zwykłe obrazy mamy przed sobą.

 

top10ghost

 

10. A Ghost Story, David Lowery 

 

Jak większość moich ulubionych filmów, Ghost Story to dzieło, które – jeśli ktoś chce – jest bardzo łatwo wyśmiać; ale w tym przypadku ton wielu negatywnych recenzji po pierwsze przypomniał mi tylko, że w Dzisiejszych Czasach wielu publikowanych młodych krytyków filmowych nie chodzi nawet do kina, bo po co marnować czas. Jeśli uważacie, że chodzenie do kina, do galerii, do muzeów, oglądanie statycznie zdjęć czy obrazów czy filmów to strata czasu, bo mało się rusza przed oczami, to faktycznie może nie być film dla was. Nie sprawdza się oglądany na komputerze, ale pamiętam, co czułem, gdy widziałem go w kinie. Zaiste, jest trochę jak seria zdjęć, z przerwą na jedną scenę, która jest jak stand-up. Wiem, brzmi fatalnie, ale jest tego więcej. Ghost Story to opowieść o mijaniu czasu i używa czasu w olśniewająco zaskakujący, pozbawiony (typowej w epoce sukcesu Avengers Bohemian Rhapsody) padaczki sposób. To dotyczy większej liczby filmów, ale Ghost Story to jeden z najbardziej przystępnych i klarownych na to przykładów – czasami film naprawdę nie może być „szybki”, żeby w ogóle miało to sens. Nie wiem, jak można by w inny sposób osiągnąć to wyjątkowe uczucie, jakie wywołuje tutaj Lowery, uczucie konfrontacji z jedną z najstraszniejszych myśli dla każdego człowieka: o upływie czasu i nieuchronnie z nim wiążącej się destrukcji wszystkiego, co nas dotyczy. I całej rozpaczy i desperacji, z którą chcemy krzyczeć, że tak być nie może – ale nikt nas już nie słyszy. Ten film to też historycznie dobry przykład na inną rzecz, którą tak często mam ochotę krzyczeć, patrząc w internet: że bycie mądrym nie jest wcale przeciwieństwem bycia prostym. Od kilkunastu lat mamy pewien trend w kinie popularnym, który zdaje się oparty o przeciwne założenie, a Ghost Story to cudowny i niekwestionowany dowód na to, że dużo ciekawsze są historie, w których udaje się powiedzieć jedną rzecz, ale naprawdę.

 

 

top10florida

 

11. Florida Project, Sean Baker

 

Przyznam, że w mojej pamięci z czasem ten film nieco zrósł się w jeden byt skojarzeń z American Honey – wiadomo, jest ciepło, ludzie są biedni, praktycznie identyczny film! - ale po obejrzeniu jeszcze raz całości, nie da się zaprzeczyć, że Florida Project (swoją drogą, wow, czy to najlepszy tytuł filmu ever?) to dzieło jedyne w swoim rodzaju. Baker jest prawdziwym artystą Naszej Epoki bynajmniej nie ze względu na samą nośną ciekawostkę, iż kręcić kinowo wyglądające filmy umie nawet iPhone’em (tutaj tylko bodaj jedną scenę), ale dlatego, że jak nikt inny potrafi opowiadać o śmieciowej Ameryce w sposób… widzicie, właściwe słowo to: uroczy, ale nie chodzi mi o to rozumienie słowa „uroczy”, jaki zazwyczaj serwuje nam Hollywood, czyniąc z życia w nędzy, niczym z wojny, akt godnej siły i romantycznego uniesienia w cierpieniu. Nie, Florida Project to film kompletnie niewysublimowany: bieda jest w nim do dupy, bohaterka jest okropną osobą, a uroczym elementem jest to, w jaki sposób wytatuowana na 15 sposobów samotna matka w szortach śmieje się do zarządcy swojej „faweli”, że ma pecha prosząc o czynsz, bo ona przecież nie ma kasy. Ktoś to już pewnie napisał, bo jest w filmie baaardzo mocno akcentowane, ale to generalnie opowieść o ucieczce. Rozbrajająco pokazana jest bezczelna analogia dorosłej matki i małej córki, które tak samo marzą o ucieczce od obowiązków i ciężaru życia, co w przypadku dziecka, cóż, po prostu czyni je dzieckiem, uroczym, dodającym optymizmu i energii widzowi, ale w przypadku matki przeradza się bardziej w koszmar. Absolutna, naiwna wiara w życie bez konsekwencji i łatwe wybaczanie (sobie i innym) dużych błędów są w wielu filmach dla dzieci i tych niby-nie-dla-dzieci ukazywane jako postawy, które czynią życie pięknym, cechy przy tym niemalże pozbawione wad – ale Baker, przepraszam za wyrażenie, opowiada o prawdziwym życiu. Robi to, co myślą, że robią Magazyn Porażka i wszyscy tego typu średnioklasowi warszawscy „zwykli ludzie” (albo, ok, celujmy wyżej: co myśli, że robi Ken Loach), czyli pokazuje porażkę jako… porażkę właśnie, piękną w swej głupocie i wolności, ale definitywnie pod każdym względem gorszą w życiu niż brak porażki. I to dobrze? Tak, uważam, że to dobrze, bo myślę, że nawet fajni ludzie czasami w życiu czują się tak, jak te postaci, gdy tylko sprawy układają się odrobinę zbyt źle, byśmy mieli siły nawet udawać, że je organiamy.

 

top10getout

 

12. Uciekaj, Jordan Peele

 

Coś gryzie w momencie, gdy ankietę na najlepszy film roku w „Sight & Sound” wygrywa taka oto gatunkowa mieszanka wielu znanych zagrywek komedii i horroru, mająca tyle wdzięku, ile można się spodziewać po twórcy znanym głównie z w miarę niezłych, doskonale sprawdzających się jako hity YouTube’a pastiszowych skeczów. Film, o którym nie wiem, czy powiedzieć, że wypromował na hit roku „Redbone” Childisha Gambiny, czy na odwrót. Aha, no i Oscar oraz szokująco wielki sukces kasowy. Furora zrobiona przez Uciekaj przerasta sam film, ale tylko trochę: trudno o coś lepszego niż odkrycie nowego, zupełnie unikatowego oraz przy tym sprawnego technicznie autora, a Peele zdecydowanie takim jest. Akcja, obraz i dialog są soczyste i przystępne niczym w mainstreamowej komedii, ale typowa dla horroru projekcja rzeczywistości jako wszystkiego najgorszego, czego się spodziewasz, jest tu subtelna i bogata niczym w najlepszych japońskich filmach poruszających takie tematy. Znów – polskojęzyczny blog o filmach to nie miejsce na zaznaczenie, że nie jestem czarny, ale lubię myśleć, że jakoś rozumiem, co przeżywa w kontekście tego filmu bohater Daniela Kaluuyi – codzienne, konwencjonalne, pozornie przecież miłe i grzeczne zdania, które jedno po drugim kłują jak igły, przypominając o społecznych hierarchiach. Nawet wtedy, gdy nikt nie miał złych intencji. A może miał? Ostatecznie, to „film gatunkowy”, więc udziela nieco bardziej dosłownych odpowiedzi na to pytanie, niż bym może chciał, ale jeśli w 2018 roku miałbym się czepiać filmu za to, że TYLKO dwa pierwsze akty są arcydziełem, a trzeci po prostu kawałem niezłej zabawy, to macie pozwolenie na zunfollowanie mnie na Twitterze, czy jakie są teraz najgorsze formy kary. Marzę, by tworzyć taką sztukę, jak udało się tu Peele’owi – na pierwszy rzut oka łatwą do zbycia jako nieco zbyt oczywistą i przyjazną, ale w pełni wartą myślenia więcej, oglądania powtórnie i szukania głębiej, nagradzającej dodatkowy wysiłek w niemalże każdym detalu. Hit roku? To dobrze, że gryzie.

 

 

 

Inne filmy, które rozważałem: Śmierć Ludwika XIV, Król rozrywki, The Square, Mięso.

 

Najgorszy film roku: Uczeń.

 

 

niedziela, 12 sierpnia 2018

Jeśli kino jakie znamy faktycznie umiera, wspaniały wrocławski festiwal jawi się jako bezwstydnie atrakcyjny zombiak niczym z opowieści dla nastolatek.

 

Rok temu spędziłem tutaj sporo czasu, by zwrócić uwagę na komercjalizację festiwalu: impreza za droga, twórcy chcą zarobić jak najwięcej, karnetowiczom ciężko pójść na filmy, które by woleli, i tak dalej - a ludzie i tak na to się zgadzają, bo mają zbyt dobrze w życiu. Właściwie to wszystko prawda, a w tym roku nie było lżej: zniknęło kino na Rynku i plaża na Solnym, dodano więcej sal, droższe bilety były jakby częstsze. Ale jak to zwykle w życiu (i tych mądrzejszych serialach kryminalnych) bywa, na każdą chęć zarobienia pieniędzy można spojrzeć z większą dozą empatii. Ktoś tam potrzebują zadbać o chorą córkę, kto inny utrzymać firmę w działaniu; a organizatorzy Nowych Horyzontów chcą nadal móc co roku otwierać kolejne edycje, do czego konieczne jest domknięcie jakoś budżetu. Po części z racji na ich właśnie słowa, myślałem o tym sporo w tym roku. Inaczej niż w kinie, w życiu Apokalipsa najczęściej przychodzi bardzo cicho i stopniowo, a gatunki wymierają nie wskutek uderzenia meteorytu, ale zapomnienia przez świat. W świecie szutki potężnym slo-motion meteorytem jest, oczywiście, internet. Ot, pisanie tekstów: lubię to robić od kilkunastu lat, od czasów, gdy "trzeba było" kupować pisma, bo nie było wiele innego do roboty. Wychowałem się w świecie, w którym np. zainteresowanie kinem oznaczało, że się czytało o kinie. W którym dokładnie momencie tych kilkunastu lat zdałem sobie sprawę, że nikt już nie czyta i nie będzie? Że ja sam z roku na rok wchodzę na coraz mniej stron, czytam dłuższe i mądrzejsze rzeczy coraz rzadziej, by pewnie też skończyć za jakiś czas tylko na przewijaniu palcem filmików na Fejsie i Twitterze?

W kinach zapach obawy też zaczyna coraz mocniej być odczuwalny po sukcesie Netflixa. Tak jak z tekstami, niby zalety kina są oczywiste, ale ile osób będzie to nadal obchodzić, gdy oglądanie w mieszkaniu kusi wygodą, oszczędnością, a teraz także możliwością obejrzenia... czegokolwiek? Ten rok był dla mnie przełomowy w tym względzie, bo Netflix ewidentnie przestał być syty samymi serialikami będącymi równowartością filmowego hamburgera: wypuścili Anihilację, a potem rąbnęli świat serią umów z "prawdziwymi" reżyserami, jak bracia Coen, Dan Gilroy, Alfonso Cuaron, David MacKenzie, Martin Scorsese, David Michod, i tak dalej... 2018 - to może być ostatni rok, kiedy mówiąc "premiera filmu" czujemy, że nie trzeba dodawać oczywistości, iż chodzi nam o wizytę w kinie. A ekskluzywnośc "kontentu" to dla kin istotny element bytu. Mając wybór - ludzie bez wątpienia częściej siedzą w domu, oglądając, co chcą, kiedy chcą, w piżamie i z kanapką. Sam już na początku festiwalu zwróciłem nieświadomie uwagę, jakie to dziwne uczucie w 2018 roku: kiedy przegapiam film i nie mogę po prostu go sobie puścić z internetu. Jak bez ręki. Wydawane czasem przez Gutka DVD to nie tylko rozdzielczość sprzed dwóch epok, ale też narzędzie, którego niektórzy nawet już nie mają w domu. Z perspektywy rynku, zrobienie z marki Nowe Horyzonty jakiejś kolejnej platformy do streamowania wydaje się... oczywiste. Współczesne. Jak z każdym innym biznesem. Cyfryzacja, stream, SaaS, niski abonament miesięczny, niskie koszta powielania produktu czy usługi, maksymalizacja zasięgu, i tak dalej - trudno nie mieć wrażenia, że chyba nic innego się dzisiaj nie może opłacać. Dopiero po pewnym czasie pomyślałem nad tą rozmową i zdałem sobie sprawę, jak smutna byłaby ta "rynkowa nieuchronność". Owszem, faktycznie żałuję, że jakimś cudem jak co roku przegapiłem 90% filmów, które zdobyły najwięcej uznania wśród festiwalowiczów. Ale, zapytajmy szczerze, gdybym mógł je wszystkie streamować na komputerze... czy w ogóle robiłbym co innego? Czy zwlekałbym się z łóżka, by iść do kina? I czy teraz miałbym z czego pisać relację? Być może tylko oglądałbym Netflixa, a zamiast pisać bloga kręciłbym filmiki, głównie o samym sobie, robiąc krzykliwe miny, nie wstając z fotela, jak popularni Youtuberzy. Może tak by było lepiej. Wygodniej. Bardziej opłacalnie. Może wszyscy powinniśmy tak już robić.

W skrócie mówiąc, ten tekst dotyczy pewnego uczucia, które w tym roku po raz pierwszy się we mnie pojawiło: że może kino i festiwal Nowe Horyzonty to jest coś, o czym będę niedługo najwyżej opowiadał wnukom (czyimś), a one nie będą czaić.  

Ale na razie jesteśmy przy Kazimierza Wielkiego 19a-21, ja i oni, wydajemy liczne setki złotych na bilety, albo też zrywamy się o 8.30 celem rezerwacji na swoim karnecie, mordujemy swe młode organizmy, by oglądać filmy od godziny 10 rano do północy, zaburzamy swój rytm dzienny, nocny, trawienny, pracy, odpoczynku, podejmujemy ryzyko, często żałujemy, że poszliśmy na X, albo że nie poszliśmy na Y... I mamy czego żałować, bo bierzemy udział w aktywności takiego typu, jaki w XXI wieku (epoce ETEWAF) zanika: aktywności jednorazowej i niepowtarzalnej. Człowiek Netflixa nigdy nie ma czego żałować, a my owszem. Nadal, choć to może niewydajne, organizatorzy chcą to organizować, a ja chcę pisać długie eseistyczne teksty na blogu, którego nikt nie czyta. Nie jestem pewien, czemu tak się dzieje. Powiedzmy, że na razie zostawiam odpowiedź wam. Być może w tym, co niewydajne, jest jakaś inna wartość.

Może, i tutaj już kontynuuję myśl sprzed roku, to głównie kwestia przynależności społecznej. Jak na imprezach. Widzisz fajne miejsce i fajnych ludzi, i chcesz tam, bez dodatkowego celu. Towarzystwo i wspólne przeżycia pompują ci poziom endorfin. Dla mnie Horyzonty na pewno są taką imprezą. Robię to, bo mogę, bo mam siły, bo chcę myśleć że jestem młody, bo nigdy nie wiadomo czy kogoś nie spotkam, bo to nie jest siedzenie w domu. W tym roku, mając oficjalnie urlop zaplanowany głównie w celu oddania się Horyzontom, przy tej piekielnej temperaturze od pierwszego do ostatniego dnia festiwalu, próbowałem, jak mogłem, by bawić się, jakby świat (kina) się kończył. Oczywiście, bawić tak, jak to już ja umiem najlepiej, czyli siedząc na fotelu bez ruchu oglądając czyjś film, a następnie dla odmiany siedząc na fotelu bez ruchu myśląc, cóż to się zdarzyło. 

 

tajemnicesilverlake

 

Wyjątkowo długo siedziałem na fotelu po zakończeniu Tajemnic Silver Lake Davida Gordona Mitchella. Okej, nawet nie: zrobiły na mnie takie wrażenie, że w końcu wstałem, podszedłem do ekranu i chłonąłem jak cep plansze z napisami wykonane w tak samo powalającej estetyce, jak całe dzieło. Czułem, że doświadczyłem czegoś wzniosłego. Po świetnie przyjętym Coś za mną chodzi, Mitchell niespodziewanie dla mnie wypada teraz niczym prodiż pisarski, który wypromowawszy kilka zgrabnych opowiadań bierze się za powieść i od razu jak na złość okazuje się także wybitnym powieściopisarzem. W tym przepastnym (trudno uwierzyć, ile się dzieje przez 140 minut!) filmie jest właściwie wszystko, co kojarzymy z kalifornijskim noire, z takimi filmami jak Chinatown, Tajemnice Los Angeles itd.: bohater, którego ciało i dusza błąkają się bez celu, odkrywający pomniejsze intrygi składające się na absurdalnie głęboko sięgającą całość, a to wszystko w klimacie całodobowej glamour-imprezy wypełnionej groteską, światłami, gwiazdami świata rozrywki i skakaniem do basenów. Ale jest tu też wiele więcej. Zamyślony ton filmu (odzwierciedlany w twarzy wspaniałego Andrew Garfielda) sprawia, że drobne teorie spiskowe, z których utkana jest tu właściwie akcja, nie tylko zapewniają masę śmiechu, ale też nabierają wymiaru wręcz filozoficznego, a bohater szuka już nie tyle odpowiedzi na pytanie "kto zabił?" czy nawet "kto za tym stoi i czemu?", lecz sensu życia, miłości ORAZ sztuki. Nie każdy weźmie to wszystko serio (wystarczy zobaczyć opis Małgorzaty Sadowskiej na stronie Nowych Horyzontów, po którym spodziewałem się zupełnie innego filmu...), ale ja nie miałem z tym problemu i czułem się, jak po rytuale religijnym - po rytuale opowiadającym takim językiem, którym można przemówić właśnie do mnie.

 

lemondetoi_Moviestill08

 

W wiecznej udręce z cyklu "który film wybrać?", dość często stawiam na obrazy, powiedzmy, "rozrywkowe" - przy których idzie się pośmiać i posłuchać śmiechu innych. Pełna sala ekscytująca się akcją czy humorem i napędzająca się wzajemnie do okazywania emocji to jedno z tych wyjątkowych przeżyć, dla których chodzi się do kina, a w tym roku doświadczyłem na Horyzontach więcej udanych selekcji tego typu, niż w ostatnich latach. Wtopy też się trafiły (wyglądającą studencko kompilację 10-minutowych horrorów The Field Guide to Evil broni co najwyżej tak-zły-że-prawie-dobry gniot na poziomie The Room), wiele pozycji oczywiście przegapiłem (będę zawsze się zastanawiał, jak to wyszło, że nie zobaczyłem nowego Pan-Eka Ratanaruanga). Ale zazwyczaj wieczór spędzałem czy to próbując dosłuchać się dialogów spod salw śmiechu na BlaKKKlansman, czy też podziwiając bezceremonialne kolory i sound design w Niech ciała się opalają, filmie biorącym podejście "zróbmy stary spaghetti western" duużo bardziej dosłownie, niż Tarantino. Ale na najwyższych obrotach bawiłem się oglądając francuski film, który w Polsce obdarowano tytułem The World Is Yours. Jakoś po cichu liczyłem, że znany do tej pory z teledysków Romain Gavras odzwierciedli nastrój gorących imprez toczących się całe lato w Paryżu i dostałem dokładnie to, ale co lepsze - Gavras pod każdym innym względem okazał się też wybornym reżyserem. Podobnie nieco jak Silver Lake, Cytat ze Scarface'a przedstawia nam bohatera, który cały czas ma minę, jakby nie ogarniał, co się dzieje - a także historię, która w pełni tę minę uzasadnia. Cały zastęp postrzelonych antygeniuszy zbrodni tworzących tutejsze ensemble wymyśla w każdej scenie kolejne szokujące sposoby, by wszystko spieprzyć, ale są to też mistrzowie w uciekaniu do przodu i robieniu tego ze stylem. Film jest na swój sposób bardzo brutalny, nie pod kątem przemocy, ale nihlistycznego i pozbawionego szacunku posługiwania się postaciami, rzeczami, stereotypami w celu akcji i humoru - jednak Gavras często przypomina nam, że rozumie świat i pokazywanie świata oczami rzezimieszka wcale nie oznacza wspierania tej wizji. Jednocześnie... efekt jest po prostu spektakularny. Dzięki takim filmom mniej wstydzę się mówić, że jestem za stary na Pacino, na Chłopców z ferajny - jakkolwiek buńczucznie by to nie brzmiało, dzisiaj młodzież, która umie się bawić, bawi się tak, jak na The World Is Yours. Tak w każdym razie sądzę. Ja spędziłem projekcję niczym weekend w Paryżu, czyli - patrząc się i ciesząc, w jakiej to imprezie biorę udział. Oglądając ją. C'est la vie.

 
touchmenot

 

Żebyście nie pomyśleli bynajmniej, że mówiąc o festiwalu jako "imprezie" rozumiem to słowo jako potupanki przy elektro, najlepiej wspomnieć o filmie, który również stworzył niesamowitą, wyjątkową atmosferę... międzyludzką na sali, chociaż od wszelkich standardów popularnej sztuki rozrywkowej jest mu kompletnie daleko - a mowa o Touch Me Not. Rzeczy, którą nadal trudno mi streścić ludziom lepiej niż "wiecie, to sztuka, jak w muzeum". To naprawdę kontrowersyjny film, także w środowisku krytyków ("Guardian" dosłownie zaczął swoją relację z Berlina słowami "Brexit. Trump. A teraz ogłoszenie Złotego Niedźwiedzia") - liczne grono szyderców i gardzących właściwie rozumiem, sam bym chętnie takie rzeczy zjechał jako typowy snobistyczny pokaz galeriankowego traktowania siebie dużo, dużo zbyt poważnie... ale nie mogę, bo prawda jest taka, że dość szybko Touch Me Not mnie przekonało do swojego języka, wciągnęło, a co za tym idzie, rozłożyło na łopatki.

Nie byłem chyba nigdy na tak napiętym pokazie w kinie - czułem się, jakbym oglądał pornografię. Ale taką udaną, mądrą, "realną", znacznie bardziej niż klasyczne pornosy - te zazwyczaj operują wyobraźnią widza na poziomie pewnej mało wnikliwej bajeczki. Tutaj zaś bohaterowie skłaniają poprzez kolejne rozmowy o swoim ciele, by widz zaczął myśleć o swoim. By zaczął myśleć o własnym dotyku, o potrzebie cudzego dotyku, o swoim napaleniu, o swoich seksualnych realiach i fantazjach. Jeśli ktoś krytykuje film mówiąc, że dość banalne są wnioski typu "ciało jest barierą tak samo dla każdego, obojętnie jak wygląda i jak jest popularny" (i wiele innych), to mam tylko ochotę zapytać, ile z waszych ulubionych filmów mówi niby coś BARDZIEJ donośnego? Na jakim świecie wy żyjecie? Touch Me Not trudno jest podsumować w jakichś wyjątkowo mądrych słowach, ale fillm działa, i to dla mnie najważniejsze. Robi to na kilka sposobów. Byliście kiedyś na imprezie, na której każdy podpiera ścianę? Wyobraźcie sobie, że ktoś zaczyna mówić za was wszystkich, a wy, cóż - pewnie dalej podpieracie ściany, nie zaczynacie żadnych interakcji, ale czujecie, że poprzez ten jeden głos, jakoś się zrozumieliście. Nie możecie, nie chcecie wyrazić siebie... Może nie macie z kim. Może brak wam właściwej, szczerej reakcji świata. Może nie wiecie, co właściwie można by wyrazić, nie ma na to słów, jest tylko uczucie bycia właśnie wami. Może ludzie niemający takich barier nie poczują tego filmu, a może chodzi o coś innego. Ja czułem. Wiele osób dokoła też. Czy ostatecznie lepiej czy gorzej było to zrobić z nimi, a nie samemu w domu? Nie wiem, ale nie żałuję.

 

western_2_h_2017

 

Jeśli uczuciem nieodłącznie towarzyszącym Nowym Horyzontom jest strach, że coś nas ominie, to w oczach widowni dość specyficzną pozycję zaczynają mieć filmy "średnio stare": te już nie do końca "premierowe", pokazywane na świecie może ponad rok temu, z wygasłym już "hype'em" - więc niezachęcające tylu osób do oferowania dziewictwa w zamian za bilet jak ClimaxShoplifters, Kafarnaum, Siedzący słoń itp. A jednak ciągle hity światowej publiki kinomanów, hity nadal u nas niepuszczane w kinach, poza może jakimiś pojedynczymi przeglądami, kroczące gdzieś w cieniu tego dzikiego harmonogramu, puszczane tutaj zazwyczaj na małych salach, gdzie można poczuć się jak nowohoryzontowa alternatywa i nawet nie wiedzieć, dlaczego (czy inni olali te filmy? A może już je jakoś widzieli na wakacjach w Londynie?). Kilka spośród właśnie takich filmów uzupełnia moją listę największych zachwytów tej edycji. Jeden to Western, który ma wyjątkowo wiele czaru dla robola pracującego w obcym kraju, ale z sali czułem wyraźnie, iż nie trzeba nim być, by poczuć magię tego baletu - przywodzącego trochę na myśl Claire Denis i jej kino zwykłości pokazanej z taką wrażliwością, że aż hipnotyzująco pięknej. Obserowane w tym "Z kamerą wśród ludzi" na pograniczu bułgarsko-greckim pod flagą niemiecką sytuacje wydają się początkowo drażniąco pozbawione znaczenia, bo nikt nie może się z nikim dogadać. Z czasem... nie, żaden z bohaterów nie robi wielkich postępów w nauce bułgarskiego ani niemieckiego, ale zaczyna się czuć, że ta historia brzydkich typków w dżinsach ma czysto mityczny charakter - tak ponadczasowe i ponad słowami są przedstawione tu konflikty. Valeska Grisebach robi to neutralnym, jakby podglądającym postaci kadrem; statecznym, a jednak tanecznym tempem; robi to kapitalnymi dialogami-niedialogami. Ostatecznie przypomina, że choćby dokoła nas byli ludzie, z którymi nie chcemy być, do których nie pasujemy, i którzy nas też nie lubią - gdy gra muzyka, chcemy tańczyć.

 

foxtrot

 

Wśród filmów typu "nie wierzę, że nie ma więcej osób na sali" znalazł się też Fokstrot, inny nowy klasyk z zamierzchłych czasów roku 2017, a przez to jakoś mało już dla horyzontowiczów podniecający. To też jednak dla nas film przyszłości, bo dopiero będzie w kinach. I to jest dla kin wiadomość doskonała. Tak jak inni z moich osobistych faworytów, dzieło Samuela Maoza doskonale uderza jakby właśnie w moje poczucie humoru i moje poczucie mroku, splatając je w Pinterowsko pełnym napięcia uścisku, tak, że widzowie w DCF-ie muszą siedzieć na krańcu krzesła, nie wiedząc, co właściwie powinni teraz czuć. To wyjątkowa gra. Poważne to jest, czy niepoważne? O tym, jak soczysty jest styl Maoza, niech świadczy fakt, że można by już godzinami opisywać rękę kolesia mającego właściwie na koncie dwa filmy: jak łączy teatralnie kameralne sceny w budzacy nowe znaczenia sposób, na jaki pozwala tylko kinowy montaż; jak wydobywa stresującą groteskę wojny z jej najbardziej banalnych momentów i jak kompletnie beztrosko odnosi się do jej momentów najbardziej makabrycznych... Fokstrot budzi ekscytację tego najlepszego typu "spodziewałem się dużo, a dostałem więcej", bo wiele lat po nagrodzonym stertą pochwał Libanie czuć, że reżyser znacząco podniósł poprzeczkę. Jest coś bardzo właściwego w możliwości zobaczenia filmu tak dopracowanego i kapitalnego od początku do końca na sali, która nie jest nawet pełna, schowana przed Romanem Gutkiem w innym budynku - a na twarzach imprezowiczów dokoła widzisz, że nie tylko ty myślisz: "wow, jak można by to przegapić".

 

twarzeplaze

 

Jakby sam festiwal nie dawał wystarczająco zajęcia, miałem przecież jeszcze w tym czasie 10 dni letnich wakacji, a każdy dzień z tak samo idealną pogodą, bez niemal żadnej chmurki, w otoczeniu ludzi wakacyjnych jak nigdy. Po prostu fenomen. Dziś już pada we Wrocławiu, a ja zastanawiam się, czy można by kiedykolwiek mieć wystarczająco dużo lata. Te gorące Horyzonty będą mi więc zawsze kojarzyć się także z takimi filmami, jak Mektoub (tyuł dłuższy, tytuł dłuższy) Abdellatifa Kechiche'a: mocno fetyszystyczny obraz beztroskich (jak dla kogo) wakacji wypełnionych tańcami i podrywami, rozciągnięty na wiele godzin mimo braku treści, a jednak zawsze sprawiający, że chce się więcej; lata, plaży, alkoholu, tańca i młodych kobiet zawsze chce się więcej.

Ale jeśli chcecie być pewni, że opisywane przeze mnie lato to nie kwestia młodego ciała i gibkich ruchów, ale kwestia podejścia, możecie zajrzeć w kierunku Twarzy plaży stworzonych przez 90-letnią Agnes Vardę. Belgijka nakręciła film do spółki z JR-em, francuskim artystą ulicy nazywanym "współczesnym Cartierem-Bressonem", ale samo dzieło jest zdecydowanie bardziej pogodne, relaksacyjne i w sumie płytkie, niż by można się spodziewać widząc takie zestawienie dwóch wybitnych artystów "zaangażowanych". Nie żeby zaangażowania dało się im odmówić, ale zaangażowani są w same pozytywne relacje i zabawę. Oglądamy, jak oboje siedzą przy stoliku, a odziany zawsze w okulary i kapelusz JR pyta Vardy o jej pomalowane włosy: "dlaczego?". A ona odpowiada, że to ciekawsze. Potem gdzieś sobie jadą na wieś i gadają z rolnikami czy robolami. Chociaż film to sielanka, nie da się nie zauważyć, że tematy, o które się ociera, mogłyby być w innym przypadku użyte do zaniepokojonego, może wręcz apokaliptycznego spojrzenia na Francję, i może słusznie: a to hodowla zwierząt wcale-nie-free-range, a to wielokrotnie zmniejszająca zatrudnienie na roli mechanizacja, a to pracownicy na dokach, a to przemijanie czasu i śmierć naszych znajomych. Jakby tego było mało, Jean-Luc Godard okazuje się gnojem. Jednak Varda i jej współreżyser postanawiają w trakcie swojej słonecznej wycieczki po Francji zachwycać się wszystkim i każdym, a spotkanym ludziom dać trochę radości przez sztukę. Nie zmieniają wiele na świecie, drukując czyjeś twarze na zdjęciach, a zdjęcia umieszczając na ścianach: przyjemny, ulotny gest. Bezrobocie wśród młodzieży od tego nie spadnie, klimat nie wróci do stabilizacji, kobiety nie przestaną być obłapiane. Filmowcy nie dają tym ludziom wiele. Tylko jakieś momenty do zapamiętania w inny sposób niż taki, że siedzieli w domu. Trochę chętnego towarzystwa. Trochę imprezy. Dopóki jest coś poza Netflixem i dopóki mają na to budżet.

 

 

wtorek, 27 lutego 2018

Kliknij by przekonać się, w której kategorii stawiam na Baby Drivera i czy ma to coś wspólnego z Kardashianami!!! ...Tak to się robi?

poniedziałek, 26 lutego 2018

Dobiega końca jeden z najdziwniejszych i najciekawszych wyścigów Oscarowych w historii. Aż zbyt ciekawy - nikt nie chce pisać w przewidywaniach "cholera, wszystko jest możliwe".

piątek, 25 sierpnia 2017

Światowi ludzie na światowym festiwalu oglądają światowe filmy. I widzą Świat trochę w jakimś kryzysie, a trochę taki jak zawsze.

 

Zawsze się o tym strasznie dużo mówi, a w ostatnich latach jakby jeszcze więcej, choć w różnym znaczeniu: otóż na świecie jest sobie Polska, ale jest też Świat. Zdecydowanie najczęściej kontekst jest taki, że Świat to tzw. Zachód, czyli kraje bogatsze. Ale różniące się z tego powodu i jako tego przyczyna nie tylko cyferkami na koncie obywateli. Świat "na Wschód", czyli ogólnie "poniżej" Polski, jest traktowany jako opozycja do Polski znacznie rzadziej. Zazwyczaj być w Polsce znaczy nie być w Świecie, zazwyczaj oznacza to przechadzkę polskimi ulicami i możliwość czytania komentarzy na polskich stronach internetowych, które są jakie są - im większa strona, tym bardziej... nie-światowe. 

Zupełnie inaczej jest na Nowych Horyzontach. Kino i okolice na półtora tygodnia wypełniają się miłośnikami sztuki z całej Polski, Europy, ogólnie Świata. Rozmowy na korytarzach dotyczą faktu, jak trudno dostać bilet na nowy film Rubena Ostlunda, albo jakie stanowisko w kontekście sztuki współczesnego "feminizmu" zajmuje ostatecznie Mięso, a nie tego, jak to, panie, w ryj dać takim a takim, Niemcy wywołali wojnę, a w ogóle to czemu Legia przegrała panie, piłkarzom się nie chce biegać. Jedną z różnic jest oczywiście to, że - inaczej niż na co dzień na ulicy - ludzie są w kinie NH, bo przyszli dobrze się bawić i miło spędzać czas, nierzadko, jak dla mnie, jest to dla nich najtęskniej wypatrywany moment każdego roku, pozwalający na chwilę zapomnieć o przygnębiającym życiu. Ale nie tylko. Chodzi też o to, jak się bawić, i jak miło spędzać czas. Jak nazwa festiwalu wskazuje, nie musi to odbywać się kosztem poznawania czegoś nowego. Te umysły są, mniej lub bardziej, otwarte. Nie mają nic przeciwko, by zobaczy życie z perspektywy osób z innych krajów, kontynentów, kultur, o innej zawartości portfela, innych preferencjach w życiu. Informacja o tym, że usłyszą coś spoza swojego wąskiego kręgu zjednoczonego wyglądem, poglądami i budżetem - nie wyzwala w nich agresji, ale ekscytację. Zazwyczaj są z Polski, ale jednak ludźmi Świata. 

Jak to bywa z ludźmi Świata, zazwyczaj są też pięknymi ludźmi, co sprawia, że festiwal dla mnie osobiście niesie coraz większą opresję na własny sposób. W kinie, w którym na co dzień czuć można się dość samemu, przychodząc jeno na projekcję i siadając w ciemnej sali w pierwszym rzędzie, podczas festiwalu non stop kręcą się podekscytowani publicyści mediów, które mnie nie pubilkują; dziennikarze ze świata dostający za to wszystko kasę, zamiast wydawać zbierane miesiącami grosze; różnorakie osobistości kultury dostające tysiące "lajków" na fejsie za każdy dyrdymał, z których najbardziej w oko zapada zazwyczaj mający na sobie codziennie inny zestaw za tysiące Jacek Dehnel; znajomi ze studiów; masa pięknych dziewczyn tak bardzo spoza mojej ligi, że właściwie reprezentuję inny gatunek; i generalnie wszyscy, na których wstyd patrzeć. Tłum wyzwala uczucie samotności, a zażarte dyskusje o filmach są jedynie podsłuchiwane, swoim entuzjazmem sugerując, że lepiej założyć słuchawki i do czasu następnej projekcji zmyć się z kina i okolic. Nowe Horyzonty to dla mnie zbyt światowe wydarzenie, ale potrzebuję tych filmów.

 

Jak co roku niemal, na NH 2017 na bieżąco ulegałem chęci, by zobaczyć największe przeboje razem ze wszystkimi i być częścią tego wydarzenia, mimo że to "niewydajne" - te filmy potem będą w kinach, na Bluryju itd. A jednak gdy wszyscy zaczynają gadać o Mięsie, gdy możesz zobaczyć na uroczystym wręcz kinowym pokazie laureatów z Cannes - trudno nie ulec. To wyzwala wręcz uczucie rozdarcia, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak mocno "mainstreamowe" były w tym roku pokazy z sekcji Nocne Szaleństwo (zdaniem prowadzących, cytuję, "najbardziej oryginalne obrazy współczesnego kina gatunkowego") - magia chwili sprawiała, że na tak banalny i pozbawiony jakiegokolwiek zastrzyku charakteru, poprawny zombie-film Wszechstronna dziewczyna koneserzy sztuki stali w kolejce pół godziny, a ja mogłem zacząć szybko czuć się rozczarowany, że nie zobaczyłem czegoś, czego nigdzie indziej nie zobaczę - może coś z Litwy, Izraela, Korei, Grecji, Argentyny. Wiele z tych filmów nie zapadnie mi na pewno samo w sobie w pamięć jako wybitne dzieła (przykładowo, z przeglądu Izraela załapałem się na względnie nieciekawą Włamywaczkę, o której nie czas pisać), ale składają się na szerszą paletę smaków, z jakim poznaje się i patrzy się na wszelkie sprawy, właśnie dlatego, że każą mi przez dwie godziny patrzeć na świat oczami kogoś, kto na co dzień mnie nie obchodzi i empatyzować nie mam ochoty. Splendor wielkiego wydarzenia artystycznego jakoś do tego zachęca.

(I to może jest najprostsza definicja podziału sztuki popularnej oraz, hm, ambitnej. Co nie znaczy oczywiście, że Mad Max nie jest stokrotnie od Włamywaczki lepszy. Ale - daje ludziom tylko to, czego chcieli. Cieszyć - cieszy. Rozwijać - nie rozwija).

Ostatecznie wyszło pół na pół, zobaczyłem trochę hitów, ale i kilka rzadkich filmów z różnych stron. I miałem okazję podsłuchać, o czym się mówi w Świecie. A mówi się o czym innym, niż w Polsce.

 

inthefadegermanfilm

Mocno odczuwałem to oglądając choćby W ułamku sekundy Fatiha Akina, mimo że nie chciałem. A jednak cały czas podczas projekcji miałem jakieś wrażenie, nabyte oczywiście spędzaniem codziennych dni w polskich fabrykach i na polskich forach, iż zaraz ktoś wyskoczy i mi lutnie w ryło, że śmiem oglądać film, gdzie ciapaci są traktowani jak ludzie i w ogóle zamiast biegać z nożami i kozami to po prostu zamierzają sobie żyć. Akin opowiada historię, która sama w sobie nie jest specjalnie nietypowa (oddaje współczesny lęk towarzyszący wielu imigrantom w Europie), ale uwarunkowany społecznie, czułem się wręcz niezadowolony, jak jednostronnie film sympatyzuje ze swoimi bohaterami, w tym i takimi, którzy śmią pochodzić z Kurdystanu. A tak serio - to zawsze lubię filmy, które zachęcają do faktycznego rozszerzenia horyzontów, więc mimo gorącej rekomendacji Walkiewicza na Filmwebie, nie umiałem się zachwycić filmem, którego motywem przewodnim wydaje się stwierdzenie, iż mordujący ludzi naziole są źli. Po stokroć bardziej interesowałby mnie film sympatyzując z naziolami, pozwalający zrozumieć, czemu dla niektórych bycie katem oznacza tak naprawdę bycie wybawcą, i że z ich perspektywy to heroizm wart czczenia w czwartej klasie podstawówki. Tymczasem W ułamku sekundy to pod względem dramatycznym w istocie teatr jednej aktorki, świetnej Diane Krueger, która przez te dwie godziny przechodzi różne procesy emocjonalne. I tyle. Ja się tym za bardzo nie najadłem.

 

 

jupiters_moon_h_2017

Z Aktualnym Tematem mierzy się na przedziwny sposób węgierski Księżyc Jowisza (rozwikłam wam od razu sprytną zagadkę: Europa to księżyc Jowisza, a jednocześnie miejsce lodowate, pozbawione życia), w którym jeden z bohaterów ucieka z Syrii, ale też ma magiczne moce. Z jakiegoś powodu organizatorzy napisali w programie, że film ten obśmiewa "idiotyczny stereotyp" że "każdy terrorysta jest muzułmaninem" i pomijając fakt, że może idiotyczny, to trudno zrozumieć, czemu autor poczuł taką potrzebę stwierdzenia tego akurat w tym miejscu. Film Kornela Mundruczo, podobnie jak poprzedni Biały bóg, jest mocno metaforyczny, baśniowy wręcz i niejednoznaczny, i podobnie jak jego poprzednie działa - momentami mocno mnie irytował, choć na pewno zrobił wrażenie scenami kulminacyjnymi. Jak mówił mi Mundruczo po filmie, niczym Chris Nolan lubi kręcić wszystko "na żywca", w komputerze jedynie wycinając sznurki, i tak film nakręcony za kilka milionów wymagał między innymi zbudowania na wzór Incepcji obracającego się pokoju. Wow! Jeśli chodzi o to, co Księżyc Jowisza mówi o Europie (i o samych Węgrzech, jednego z tych wielu miejsc świata, które w relacjach ludzi z Polski - nie ludzi Świata - przybiera mityczną postać niemającą wiele wspólnego z faktami), sprawa jasna nie jest, aczkolwiek raczej bawi się w bardziej wyrafinowaną grę, niż nazywanie czegokolwiek idiotycznym. Prawdopodobnie jeden z głównych wniosków jest podobnie mocny, co z W ułamku sekundy, że każda istota ludzka ma swoją duszę i zasługuje na szacunek. Biały bóg podobał mi się znacznie bardziej, ale mam szacun dla Mundruczo, że zawsze robi coś naprawdę wyjątkowego i zachęcajęgo do myślenia na różne sposoby.

 

 nocturama_044

Nocturamie francuski reżyser Bertrand Bonello wizualizuje zamach terorrystyczny pewnie inaczej, niż by tego ludzie z Polski obecnie chcieli, podobnie jak niedawno Kelly Reichardt w Night Moves kreślając raczej wizję kojarzącą się z tym słowem w poprzednich dekadach - zagubionych nastolatków, których motywy pozostają do końca niewytłumaczone, ale wiemy, że mają coś wspólnego z ogólnym niezadowoleniem z rządu, finansjery, kapitalizmu, hedonizmu, seksualizacji sztuki i mediów, materializmu i wszelakich pięknych ludzi. Kamerę Bonello bardziej interesuje jedynie to, co bohaterowie wysadzą i jak, w trwającej około godziny scenie kulminacyjnej stanowiącej pierwsze pół filmu, a potem - czy i jak unikną kary. Brak wyjaśnień tylko dodaje brutalności filmowi, przypominając, że każdy cios boli postokroć bardziej, kiedy nie możesz nawet zapytać "za co?". Być może wniosek jest taki, że tak naprawdę nigdy nie ma dobrej odpowiedzi. Jesteś wkurwiony, podnosisz rękę na ludzi, którzy twoim zdaniem reprezentują zło, wysadzasz ich, w sumie nic z tego nie wynika dla nikogo poza tym, że rząd francuski swoją większą rękę podnosi na ciebie, i miażdży ci głowę. Co też ostatecznie nie oznacza nic poza skończeniem kilku kolejnych istnień. Z innej strony jest to film o paradoksie buntu, w tym przypadku przeciw kapitalizmowi czy konsumpcjonizmowi, ale dotyczy to chyba każdej kontrkultury: jesteśmy źli na coś, co nas tworzy (powyższe ujęcie można by wręcz uznać za streszczenie Nocturamy w jednym obrazku). Ale też można uznać, że Nocturama nie ma nic specjalnego do powiedzenia o wybuchach ani ideologii, używając ich jedynie jako klasyczny w świecie kina mechanizm spektakularnej hiperboli w historii, która opowiada po prostu o tym, jak to jest być nastolatkiem. Co spotyka ludzi całego świata. Podobnie jak wyżej wymienione filmy, Nocturama mogłaby z drobnymi zmianami powstać właściwie w dowolnym roku przez ostatnie 50 lat - usuńcie komórki z rąk i mogę właściwie uwierzyć, że nakręcił to John Carpernter w okolicy kultowego Ataku na posterunek.

 

a_quiet_dream__h_20161

Nowe Horyzonty można zawsze potraktować równie dobrze jak portret Europy, jak i okazję do zobaczenia wielu filmów z Azji, która już naprawdę jest kontynentem w Polsce mało znanym na co dzień i rzadko doczekującym się wydań filmów nawet w bluryju czy streamingu, a co dopiero w kinach. Można zobaczyć na przykład mniej znane z dalek oblicze Seulu, który na co dzień łatwo sobie wyobrażać jak miasto nowoczesnego science-fiction niczym z Valeriana. Nie w Cichym śnie Zhanga Lu, imigranta z Chin, który nakręcił niskobudżetowy indie komediodramat o przygodach trzech lumpów, przypominający bardziej Chłopaków z Baraków, a często też wyglądający niemal jak rozwinięcie idei tych trzech śmiesznych stworków z Valeriana. Jest taki poziom fizycznej komedii, który zsynchronizowana trójka ludzi wykona najlepiej: dwóch to za mało, zaś ruch czterech wygląda już jak zbyt skoordynowany, taneczny występ. Podobnie jak w Polsce, jak widać także w Korei nie każdy jeszcze jest klasą średnią, a niektórzy przemycają swoje życie za kulisami, włócząc się po ulicy w łachmanach, zbierając grosze, czerpiąc radość z posiadówy na ławeczce i, oczywiście, wiecznie marząc o tym, że stanie się cud i atrakcyjna koleżanka dostrzeże w nich mężczyznę - co jest głównym tematem komedii oraz dramatu filmu. Cichy sen to film wybitnie przyjemny i wybitnie przyjemnie koreański, inaczej niż filmy Honga Sang-soo, które opisać mogę za każdym razem jako generalnie to samo, co robi Woody Allen. Jak z Woody'm Allenem, można to uznać za zaletę lub wadę, mniejszą lub większą w zależności od każdej kolejnej produkcji, których na NH 2017 dostaliśmy cztery. Ja zobaczyłem Aparat Klary i cóż, film dzieje się w Cannes, a jego głównym wątkiem jak zawsze u Honga jest fakt, że fajnie być reżyserem filmowym, bo się poznaje ludzi i kręci to kobiety. To niejedyny twórca który jest na tyle... stabilnym standardem Nowych Horyzontów, że można spokojnie go ochrzcić Starym Horyzontem. 

 

 womanwholeft_032

Do dalekiego rejonu kazał mi zajrzeć Lav Diaz, którego Kobietę, która wyszła zdecydowałem się obejrzeć mimo niedosytu poprzednimi filmami "mistrza" znanego m.in. z faktu kręcenia rzeczy po prostu długich. Nowy film, laureat Wenecji, trwa tylko 4 godziny i podobał mi się znacznie bardziej. Co się w nim dzieje? Głównie starsza już kobieta rozmawia albo z garbatym sprzedawcą balutów (w filmie nie mówiąc, co to jest balut, a to dopiero by było dla Europejczyka... poszerzenie horyzontów...), albo z ogólnie bezdomną transwestycką prostytutką (o której zresztą do końca nie wiem, jak mówić, bo filipińskiego nie znam, a tłumacz napisów polskich używał czasem rodzaju męskiego, ale i czasem damskiego). Oglądając długą scenę, podczas której dwie postaci śpiewają piosenki, naszła mnie mocna myśl, że gdyby robili to samo Jennifer Lawrence i Bradley Cooper w sukience, byłbym zapewne na kolanach. Gdyby robili to piękni, kolorowi ludzie, ze znanego mi kraju. Kiedy to samo robią biedni, niepiękni ludzie z Filipin, zanurzeni w odmętach czarno-białej taśmy... Wciąga to mnie jakby mniej. Ale film i tak mi się bardzo podobał, bo jest zwyczajnie dobry. Tak jak dobra poezja brzmi dobrze nawet wtedy, gdy nie znasz języka. Podobnie jak Cichy sen, film pozwolił mi zaznać nieco czegoś, co pachnie jak prawdziwe życie, i na pewno jest jednym z lepszych, jakie widziałem na NH 2017 (być może najlepszym obok Solilokwii). 

 

 thesquare1

Wydarzeniem festiwalu i jednocześnie rozkosznie znamiennym komunikatem był film The Square Rubena Ostlunda, którego poprzednie dzieło, jak wiadomo, uwielbiam. "Kwadrat" opowiada między innymi o świecie współczesnej sztuki i, podobnie jak ona, może być rozumiany wielorako - recenzje powiedzą właściwie więcej o recenzencie, niż o jakimkolwiek "dziele jako takim", co niektórych razi, ale dla mnie jest zwykłym elementem życia. Zdaniem Walkiewicza na Filmwebie, na przykład, Kwadrat pokazuje "paradoksy państwa opiekuńczego". Jego opinia. Być może przede wszystkim, "Kwadrat" jest cudowny, bo daje okazję każdemu poczuć się zadowolonym z wytknięcia palcem innych - tych, którzy sami wytykają palcami. Tych, którzy jakże interesują się sztuką o biednych ludziach, ale nigdy biednymi ludźmi. Którzy wierzą w dobro, współpracę i pomoc innym, ale mają przecież swoje obowiązki pięknych ludzi i brak czasu na to, by te rzeczy samemu uprawiać. Ostatecznie, niczym bohaterowie Mad Men, sprzedają produkt, który z powodu optymalizacji kosztów ma tylko za zadanie wyglądać jak autentyczny. Rozkosznie dwuznacznie ogląda się ten film, i słucha reakcji na niego, właśnie na takim festiwalu (przy okazji którego goście mogli też np. odwiedzić wernisaż w BWA pokazujący nam wybitne dzieła jak pokój z lustrem czy film pokazujący świnię zjadaną przez rekiny, albo też zajrzeć do kawiarni w OVO i razem z bodaj 10 osobami oglądać filmy, w których Ellen Page zwiedza Brazylię i jest zszokowana, że ludzie dziwnie się tam patrzą na pary homoseskualne). Festiwalu, który bez wątpienia otwiera horyzonty i ogólnie na tle całej działalności w Polsce jest pewnie lepszy niż inne rzeczy, ale też przecież jest produktem dla ludzi, których na niego stać, określanym czasem - jak na forum przez użytkownika "balt" - "wyłudzaczem pieniędzy", pozbawiającym posiadaczy karnetów szans na swobodny wybór filmów, których by chcieli, jako że to się festiwalowi po prostu nie opłaca, lepiej sprzedawać bilety po 22 czy 24 złote, a za karnety brać bez dawania żadnych gwarancji. Dziś, po zakończeniu Nowych Horyzontów, jestem mniej więcej taki sam, jak zawsze, jak co roku - wyruchany przez system, bez grosza ni nadziei, apatyczny, pozbawiony choćby złudzenia sprawczości czy wartości, niewnoszący nic do życia wspólnoty - ale jako że "Kwadrat" wytknął publicznie na moich oczach hipokryzję pseudozaangażowanej klasy średniej, czuję się jakby bogatszym człowiekiem; czuję, że zrobiono coś właściwego. Heh - i może właśnie o tym jest "Kwadrat".

 

Elciudadanoilustre1

I może dlatego jednym z moich ulubionych filmów festiwalu był Honorowy Obywatel z Argentyny, w kinach puszczany, na świecie wielokrotnie nagradzany, ale przeze mnie wcześniej przegapiony. Film, o którym długo myślałem, że chce po prostu powiedzieć, jaki to bohater jest cywilizowany, a nie-światowi ludzie z jego rodzinnego zapyziałego miasteczka są okropni. No, otwórzcie codziennie "Wyborczą" i reportaż o koszmarze dawania kasy biedakom z 500+, albo otwórzcie Facebooka i usłyszcie dramaty znajomych skazanych na niesprawiedliwy los dzielenia planety z żulami - trochę tak to pachniało. Z czasem jednak Honorowy obywatel daje do zrozumienia, że nie chce prezentować tej wizji, ale: chce tylko zaprezentować, że to jest wizja klasy średniej, ludzi tworzących i konsumujących sztukę. Niekoniecznie ją chyba potępia, ale też nie jest już jasne, że w całości popiera. I ta zamiana perspektywy, choć sam film czyni niby podobnym, jednocześnie kompletnie odmienia jego wymowę. I to pokazuje jedno z największych moich zdaniem wyzwań sztuki. Dopóki film nie puścił oka, nie powiedział: "nie popieram tej wizji świata, tylko ją pokazuję", był dla mnie średni, chociaż przecież nie miałem podstaw uważać, że wniosek i tak nie był właśnie taki. Po puszczeniu oka - film uważam za świetny. I dość niejednoznaczny, bo nagle daje jasny sygnał do niekończących się sporów o to, na ile wizja świata cechująca bohatera jest prawdziwa, a na ile nie. Na ile, na przykład, Wrocław jest miastem, gdzie często autentycznie trochę strach iść paląc szluga, bo ludzie proszący o podarowanie szluga nierzadko zaczynają po włożeniu stopy w drzwi wyrażać kolejne potrzeby, a na ile miastem, w którym, przykładowo, wyizolowana klasa średnia z iPhone'em w ręku debatuje po wyjściu z kina NH czy teatru o problemach społecznych, jednocześnie ukłądając sobie życie tak, by zawsze mieć jak najmniej kontaktu z biedakami, których postrzega jako nieustanne zagrożenie. 

Nie mam oczywiście na to prostej odpowiedzi, bo sztuka chyba ogólnie nie ma mieć prostych odpowiedzi, a jeśli ma, to nie jest dobra. Tak jak i ludzie, którzy nie mają pytań, a mają dużo odpowiedzi, zazwyczaj zbyt dobrymi nie są. Nie mając prostych odpowiedzi, jest najtrudniej być w błędzie, albo kogoś skrzywdzić. To nie jest ogólnie opłacalne podejście. Ale miło się je ogląda, i może warto zapłacić, by przez tydzień żyć w świecie, w którym jest naturalne - żyć w Świecie.

 

 

sobota, 17 czerwca 2017
sobota, 25 lutego 2017

Coroczna próba odpowiedzi na to, czy lepiej być czarnym w USA, czy niedocenianym publicystą filmowym.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25

statystyka