Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | best of | Filmy | Inne | napisali... | Seriale
RSS
wtorek, 02 sierpnia 2016

Garść relacji z pierwszego rzędu. No, tak naprawdę zazwyczaj drugiego, ale to nie brzmi tak dramatycznie.

 

Chcąc nie chcąc, mierzymy się wszyscy codziennie z pytaniem o sens życia. No, serio. Zazwyczaj raczej podświadomie: nie zastanawiamy się, po co znowu idziemy do pracy, do łóżka ani do wesołego miasteczka, po co wkładamy cheeseburgera do swojej paszczy i kupujemy iPhone'a albo wysyłamy przelew na leczenie chorego Maciusia, lat 5. Nasze decyzje, można powiedzieć, kierują nami, niemniej wyłania się z nich jasny obraz naszych priorytetów w życiu. W historii mamy wiele przykładów, że człowiek pozbawiony zbyt wyrazistego sensu może często znaleźć takowy w zwykłej kontynuacji nawyków przodków, albo i własnych. Co roku o danej godzinie trzeba stanąć, zatrąbić, co roku być w danym miejscu i być częścią wspólnoty, która w ten sposób czyni ze zwykłego zdarzenia coś wyjątkowego. Poza rytuałem, czasami dla co bardziej znudzonej życiem osoby sens Nowych Horyzontów może się rozmyć; jak wtedy, gdy wydajesz 25 zł, by obejrzeć w ramach NH Neon Demon czy Chevalier, choć za tydzień można zrobić to samo w tani poniedziałek za pół ceny. Wtedy jednak sala nie będzie w pełni galowa, osób będzie tylko garstka, i nie będzie to z definicji święto kina, tylko codzienność kina. Niektóre rytuały, jakby się zastanowić, mogą być dziwne (oglądając od pierwszego do ostatniego filmu festiwalu ten sam zestaw reklam samych NH czy koncertów, zacząłem się zastanawiać, czy na opakowaniu czekolady umieszcza się reklamy czekolady?) ale przecież im bardziej są specyficzne i niepotrzebne, tym większa jest ich symboliczna wartość, czyż nie?

Czasami tylko człowiek świadomy staje i zatrzymuje się i próbuje zadać pytanie: po co, ale jak w to w życiu - krótkowzroczne "bo to przyjemne" pozostaje chyba najbardziej klarowną odpowiedzią, na jaką wymyśliliśmy słownictwo.

W tym roku na Nowych Horyzontach nie zobaczyłem żadnego filmu wybitnego, co zdarza się pierwszy raz. Po części to efekt przypadkowych zdarzeń, obowiązków itp., wskutek których nie wybierałem zwyczajowo "pewniaków". Obejrzałem sporo filmów dobrych i bardzo dobrych. Na tegorocznych Horyzontach w praktycznie każdej kategorii - trochę ironicznie jak na rok, w którym gościliśmy Claire Denis i oglądaliśmy Piękną pracę - nie było zbyt wielu uderzających obrazów, kina pięknego widoku, z kamerą jako bohaterem. Za to zobaczyłem niemało filmów, które zadawały po cichu pytania o rzeczy podstawowe, o wartości naszej codzienności: rodziny, społeczeństwa, miejskiego życia, i w reakcji skłoniły mnie, by samemu się nad tym zastanowić.

sieranevada9_h_2016

Najlepszym z nich była chyba Sieranevada, nazwana niczym piosenka alternatywnej kapeli - żeby było ładnie, bo przez trzy godziny filmu nie sposób znaleźć pewności co do znaczenia tego tytułu. Dzieło Cristiego Puiu było najbardziej spektakularnie "filmowe" spośród wszystkich, które chciałbym tu opisać, więc niech mówi za siebie fakt, że i tutaj praktycznie cała akcja dzieje się w jednym zwyczajnym, zatłoczonym rumuńskim mieszkaniu, wśród zwyczajnych rumuńskich gęb, które ujęte są w dość pospolity, quasi-dokumentalny sposób. Niemniej... kamera w Sieranevadzie subtelnie przyczynia się do budowania klimatu filmu opartego na pewnym zderzeniu codzienności z na tyle odpowiednią dawką absurdu, by ton ciągle zawieszony był gdzieś między serio a nie-serio. Zwłaszcza zwróciłbym tutaj uwagę na sposób, w jaki eksplorujemy przestrzeń mieszkania, z kamerą krążącą wokół pokoi w takim zagubieniu, że łatwo uwierzyć, iż ten zjazd rodzinny w typowym rumuńskim blokowisku odbywa się pośród co najmniej kilkunastu komnat istniejących w innym wymiarze. Odbywająca się podczas tradycyjnej ceremonii religijnej Sieranevada obśmiewa rytuały, zderzając je z praktycznym podejściem, które zachowujemy wobec większości spraw na co dzień. Przykładowo, według logiki rytuału, je się obiad dopiero wtedy i tylko wtedy, gdy ksiądz dokona poświęcenia danego ubrania, a wybrana osoba je założy. Według logiki codziennej, je się obiad wtedy, gdy się jest głodnym. Konflikt. W żwawym tempie filmu bohaterowie non stop kolidują ze sobą, często w ogniu kłótni, jak można sobie wyobrazić w każdej sytuacji, gdy do ciasnego pokoju upchasz całą rodzinę, która niecodziennie ma ochotę się spotykać.

Prawda, sugeruje Puiu, może gdzieś tam jest - prawda o tym, czy komunizm zbudował czy zrujnował Rumunię, kto stał za 9/11 i czy wujek Toni faktycznie przeleciał sąsiadkę - ale w całej tej gadaninie, w której każdy koniecznie musi mieć coś do powiedzenia na każdy temat, sama idea prawdy staje się po prostu przedmiotem Mrożkowej komedii. Nie ma szukania obiektywnej prawdy, jest próba przekrzyczenia innych i wyrażenia swojej wizji świata, swoich resentymentów, swojego niezadowolenia. A sam akt "rozmowy"? Nie ma celu do osiągnięcia. Jest tylko rytuałem.

thefamily2015JiaLiuShuminSIC3003

Może zabrzmi to dziwnie, ale pokręcona Sieranevada mimo wszystko potrafiła przypomnieć mi doskonale, ile mam sympatii, miłości i tęsknoty do codziennego życia w zatłoczonym mieście, gdzie wszystko dzieje się naraz, a kolejny dramat jest o krok, za następnymi drzwiami. W znacząco mniej napiętej atmosferze, na podobnych uczuciach bazuje Rodzina - trwający blisko 5 godzin film Shumina Liu, pokazywany co prawda "specjalnie" w Wenecji rok temu, a jednak nadal bez własnej strony na Filmwebie, "drugiej największej bazie danych na świecie". Rodzina jest wręcz rozbrajająco pozbawiona wydarzeń - wypełniona długimi, statytycznymi scenami, w których bohaterowie robią jedzenie, sprzątają, śpią czy oczywiście rozmawiają. I trudno nawet powiedzieć, o czym rozmawiają - głównie o swojej sytuacji życiowej. Przewijają się nieśmiale tematy pieniędzy, zdrowia, związków, sytuacji rodzinnej. Ma to wszystko sporo uroku. Jak to w życiu, dzieci są rozkoszne, stare małżeństwa są rozkoszne, a ludzie w więku pomiędzy - głównie styrani. Rodzina kształtuje się w swego rodzaju bilans życia pary "dziadków" odwiedzających swoje dzieci: raport stanu na ten rok, można by rzec. Jedyne coś, co przeciętny widz nazwałby "wydarzeniem" w dialogach pada gdzieś w czwartej godzinie filmu, jedyne "wydarzenie" fabularne - zdarza się na sam koniec. Nie jest łatwo rozmawiać szczegółówo o Rodzinie ani nawet zarekomendować ten film, aczkolwiek podobał mi się. Nie jest to jeden z tych azjatyckich filmów, które kręcili czy Ozu, czy Edward Yang, które rozkładały na łopatki głębią i doskonale subtelnymi elipsami scenariusza i kamery - to kino wręcz poczciwe. Przede wszystkim bazuje na zbudowaniu uczucia przywiązania - i ukazaniu prawdziwej, choć niespektakularnej więzi utwierdzającej się, w jakiś magiczny sposób, przez każdą banalną rozmowę na ławce i kolejny przygotowywany do wspólnego spożycia posiłek. Morał mógłby brzmieć na przykład tak: obyśmy zawsze mieli dla kogo takie posiłki przygotowywać.

1cae450d64c480a370807ccd30

Na sam koniec festiwalu, gdy w kinie trwał już sprawny demontaż, obejrzałem Wszystkie nieprzespane noce, film wyróżniony nagrodą publiczności i celebrowany przez wielu widzów jako "portret pokolenia". To cudownie wyróżniający się na tle zwyczajowego, poważnego polskiego kina hymn na cześć młodości, głupoty i nieodpowiedzialności: trochę jak Uczniowska balanga (Boże, nadal nie mogę uwierzyć, że to był polski tytuł) Linklatera umieszczona we współczesnej Warszawie. Oparta, bardzo otwarcie, na efekcie reminiscencji: reżyser i po projekcji mówił, że np. dyskusji o polityce tu nie ma, bo gdy wspomina swoją młodość, nie wspomina dyskusji o polityce. Podobnież, w filmie praktycznie nie pojawiają się takie "znaki czasu" jak młodzież wpatrzona w komórki czy uciekająca "online". Przeciwnie, Noce uwzniaślają to, co nazwalibyśmy chyba "prawdziwym ludzkim kontaktem", przynajmniej w wersji znanej młodzieży od kilku dobrych dekad: alkohol, muzyka, włóczenie się po mieście, ciągi rozmów i mnóstwo, mnóstwo papierosów. Film, można powiedzieć, skrojony idealnie pod typowego festiwalowicza, rzucającego dość niemałą kasę na to, by przez półtora tygodnia lata na przemian pić, palić, wciągać, oglądać filmy i rozmawiać, w sercu tętniącego życiem miasta... no co, podobno Wrocław też takowym jest. To nie są pijackie rozmowy "klasy niższej" typu "kurwa, jebię, kurwa", które słyszę co dzień w nocy na kwadracie na Ołbinie: to są pijackie rozmowy młodej klasy średniej, owszem, wulgarne i nieskoncentrowane, ale też poruszające tematy tożsamości, celów życiowych, marzeń, niezależności i ogólnie względności ego. Długo by opowiadać... Długo by też można wymieniać mocne punkty, które sprawiają, że ten dość szczeniacki, rozedgrany film mimo wszystko działa świetnie, ale zwrócę jedynie uwagę na to, że podejmuje temat typowego młodzieńczego rozerwania: z jednej strony niewątpliwa obsesja na punkcie kobiet i ogólnie uniknięcia horroru samotności, a z drugiej - przeraźliwa niechęć do kompromisu z czymkolwiek z zewnątrz, do zatracenia własnej integralności i osobistości. No... ja trochę tak to odebrałem. Dodajmy do tego, że reżyser Michał Marczak znalazł doprawdy wspaniałych aktorów, o których trudno wręcz uwierzyć, że nigdy wcześniej nie grali. Kobiety są piękne i młode, a faceci... w sumie też piękni i młodzi. I fascynujący, na swój sposób - uwiarygadniając nawet dość pozbawione gustu akty wandalizmu i niezdecydowania, których my, dorośli, nie lubimy oglądać w filmie. Nic rodziny, nic trwania. Tylko piękne, podrasowane używkami momenty. A potem: ich wspomnienia. To zupełnie inna odpowiedź na tytułowe pytanie.

i_daniel_blake_no_film_school_interview

Rozczarowały mnie nieco filmy dwóch mistrzów: Chantal Akerman i Kena Loacha. No Home Movie Akerman to, nawet jak na nią, skrajny przykład antyfilmu, odrzucającego wszelką estetykę i fabułę, poświęconego banalnym rozmowom z własną matką, w którym rolę scen akcji pełnią ujęcia z nieruchomej czy postawionej w aucie kamery, obserwującej bliżej nieokreśloną amerykańską pustynię (jakże inną, a jak podobną do tej z zakończenia Neon Demon). Recenzje tego filmu (niefilmu?) zazwyczaj opierają się na wyciąganiu wniosków ze szczegółów, i samej biografii reżyserki. Po śmierci matki i wydaniu No Home Movie, Akerman popełniła w wieku 65 lat samobójstwo. Będąc kultową artystką, na samotność raczej narzekać nie mogła, a jednak można odnieść wrażenie, że poza tymi codziennymi rytuałami rozmowy ze starą matką i opiekowania się nią, nie zostało jej nic wartego kontynuowania w życiu. Rozumcie to, jak chcecie.

Nagrodzony Złotą Palmą Ja, Daniel Blake to typowe kino brytyjskie, które miłośników... kina brytyjskiego zachwyca, a mnie niekoniecznie. Od Kes po swój najnowszy przebój, Loach jest w moich oczach reżyserem osiągającym w swych filmach poziom między po prostu słabym (np. Szukając Erica) a co najwyżej dobrym, nie uderzając w żadne wysokie nuty. Ta przyziemność to trochę oczywiście cały cel jego kina i niby zaleta, ale... jego manipulacje, by "zwyczajność" stworzyła ładną historię, sprawiają, że trudno to wszystko nazwać chociażby realistycznym. Zajrzyjmy na przykład na samych bohaterów Daniela Blake'a: tytułowy emeryt to wręcz heros, doskonały mężczyzna, odpowiedzialny, silny, umiejący zrobić w domu wszystko, jedynie z racji zdrowia zmuszony do domagania się o zasiłek. Bohaterka damska to, oczywiście, samotna matka, która ok, popełniła błędy, ale ach, zdaje się krzyczeć nam do ucha Loach, ależ ona się dla tych dzieci poświęca, ależ kocha. Trudno nie sympatyzować z sytuacją, gdy ktoś tak wspaniały naprawdę się stara - wyrzucony przez biedę z rodzinnego dużego miasta i zesłany na prowincję; walczący, by swoje dzieci nie były przez rówieśników wyszydzane przez swoją biedę. Niemniej współczesny kinoman, mający za sobą The Wire (a który nie ma? Jurorzy z Cannes?) może pozostać nieprzekonany - choćby dlatego, że Loach w ogóle nie poświęca pół sekundy na sugestię, czemu właściwie życie tej kobiety powinno być naszym wspólnym problemem. Nie ma tu też wiele sympatii wobec urzędników wykonujących swoją pracę, przestrzegających przepisy, które kazano im wypełniać, może napisanych niefortunnie, ale jednak wiemy, że tak naprawdę nie bez powodu. To film wręcz religijny, bo zło jest w nim jednowymiarowe i pozbawione twarzy innej niż tych wspomnianych urzędników. Zło nie ma tu też powodu innego niż taki, że ktoś widocznie po prostu nie szanuje biednych i nie pozwala im dostać zasiłku w sytuacji, gdy oni, kurczę, naprawdę się starają. Mogę uwierzyć, że ludzie myślą o tym w ten sposób i może nawet w taki sposób rodzą się rewolucje, ale odór zwyczajnej manipulacji nie pozwolił mi w pełni przejąć się tym... dobrym i jedynie dobrym filmem.

 

Daniel Blake (bohater i film) wydaje się przekonany, że w życiu najważniejsza jest godność, można by rzec: by nie żyć na kolanach. Jednak po serii kompromisów wydaje się jasne, że przecież nie udaje mu się ani walczyć z systemem, ani z niego korzystać. Ta "godność" staje się wręcz raczej pociechą po porażce, niż jakimkolwiek wyborem drogi życiowej. Nieco potwierdza to obraz świata 2016 malowany przez filmy tego festiwalu, a nawet - zbieg okoliczności - jego "zglitchowany" plakat na ten rok: oto Europa w chaosie, pozbawiona wspólnot i zgody co do idei, stawiająca ludzi z desperackim pytaniem, co zostaje, jeśli nie opieramy się na rodzinie, lecz na kimś lub czymś, co może nas porzucić.

 

rester_vertical_h_2016

Być może najprawdziwsze wnioski wysuwa więc nieco absurdalny, moim zdaniem sięgający po mroczną wersję Borisa Viana, w pewnym sensie bardzo dobry - ale i zły - film W pionie Alana Guiraudie: uderzający naturalistycznymi scenami porodu czy gejseksu, ale zmierzający wraz ze swoim bohaterem donikąd. Guiraudie, zdaje mi się, mówi: ależ nie ma sensu, nie ma celu. Nie ma nic poza pożądaniem, każdy z nas tylko wysysa z innych, ile się w danej sytuacji da, żyjemy tylko w labriyncie chęci, przyzwolenia od innych i zadowolenia siebie, samego siebie.

poniedziałek, 30 maja 2016

Stało się. Rok 2015 w kinie minął. Niektórzy by nawet powiedzieli, że minął 1 stycznia, ale mniejsza z tym, jest lato, ciepło, dobry czas, by wspominać, co też dobrego nas spotkało. Od czasu wprowadzenia oceniaczki na blogu można obserwować niemalże na żywo, jakież to filmy mi się spodobały, a jakie mniej, i ile ich zobaczyłem. Robienie rankingu top 10 z grupy mniejszej niż ze 100 wydawało mi się statystycznie śmieszne, i to co roku się nie zmienia. W roku 2015 dodatkowo postawiłem sobie za cel, by zobaczyć wszystkie filmy, które znalazły się w czyimkolwiek top 10 roku w magazynie Kino. Głównie chyba dlatego, by pod jeszcze jednym względem osiągnąć efekt, o który generalnie chodzi w każdym tekście na tym blogu - żeby było lepsze, niż wszystko, co publikuje Kino. Nie chciałem żyć z myślą, że być może przegapiłem coś, co miało szanse mi przypaść do gustu. Ostatecznie do końca się nie udało (przynajmniej jeśli chodzi o kryterium obejrzenia tych samych filmów...), bo kilka produkcji po prostu przegapiłem w kinie, a nie wyszły jeszcze z anglojęzycznymi napisami na DVD. W tym gronie znalazły się Biały cień (hicior Nowych Horyzontów sprzed bodaj trzech lat), Pod ochroną, Moja chuda siostra oraz... W cieniu kobiet, które zobaczyłem, ale po francusku, rozumiejąc gdzieś tak połowę kwestii. W tym momencie można by coś napisać o top 10 roku w magazynie Kino. A, tak. Pierwsze miejsce zajęło tam Body/ciało. Mam więc gotową zajawkę: zapraszam do top 10, w którym nie będzie filmu Body/ciało! Oto top 10 dla ludzi, którzy nie mają już 15 lat i dawno przestali sprawdzać co piątek, czy tym razem kolejny przeciętny polski film dostał od Felisa 5 czy 6 gwiazdek.

Powiedzmy coś o roku. To był rok, gdy wiele osób w różnych miejscach Europy doszło dobitnie do postanowienia w sprawie swojej tożsamości i zachciało jakoś to wyrazić. Ludzie dla potwierdzenia sensu swojego istnienia bawią się w rzeczy, które współcześnie nie mają racji bytu, jak nacjonailzm czy pisanie blogów - właśnie dlatego, że nie mają racji bytu. Niektórzy chcą po prostu mieć dobre życie, ale inni chcą być kimś i mieć coś do powiedzenia - a ku swemu niezadowoleniu, zazwyczaj nie są i nie mają. Zostaje im albo depresja, albo agresja... albo pisanie bloga o osiągnięciach innych ludzi. Moja ulubiona kapela po serii pięknych okładeczek Storma Thorgersona teraz nagrała płytę, na której okładce są po prostu oni, członkowie kapeli, we wrażliwej pozycji, mówiąc wprost, jakie mają zamiary: to jesteśmy my, nie przejmujemy się, że coś może być zbyt dosłowne, otwarte i prosto z serca, żeby nie zostało skreślone jako kiczowate. Skreślajcie śmiało - nie z waszej akceptacji płynie nasza siła, ale z faktu, że oddaliśmy wszystko, by zrobić to właściwie. Podobnie jak muzykę, tak i kino (i pisanie) można uprawiać dla osób fajnych i zadowolonych z siebie: oto kino, które jest robione tak, by było kinem dla ludzi, którzy są fajni. Recenzent zadający pytanie: czy to dzieło stworzył ktoś fajny i dla ludzi fajnych?, będzie pod wrażeniem. Ale można to robić z innym priorytetem: żeby wykrzyczeć coś ważnego, czy to pod względem argumentu, czy emocji. To zawsze oznacza ryzyko ośmieszenia, czy może inaczej - wręcz pewność, że dla wielu osób to, co robisz, będzie beznadziejne. Najlepsze co można powiedzieć: jeśli jesteś utalentowany, to nie będzie beznadziejne dla wszystkich. To, co 10 lat temu uważałem za perfekcyjne - Led Zeppelin, Lot nad kukułczym gniazdem, longera w KFC - dziś z tych samych powodów uważam za nijakie i marnujące mój cenny czas. Niczym Daniel Day-Lewis w trakcie Mojej lewej stopy, dziś wiem, kim jestem, mam dość bezproduktywnych ceremoniałów odprawianych "żeby było miło", i interesuje mnie tylko prawdziwa miłość. I to jest mniej więcej motyw tego top 10, który odkryłem dopiero podczas robienia opisów. Większość z tych filmów łączy jedno: kompletny brak cierpliwości dla kina, które nie ma nic ważnego do powiedzenia.

 

Ale nie wszystkie. Jak zawsze, część filmów była po prostu zrobiona tak dobrze, że cieszyłem japę przez cały czas projekcji tak samo, jak wszyscy siedzący obok - i nie mogło być tak, by nie trafiły na listę. Na pierwszym miejscu ostatecznie znalazł się ten sam film, który znalazł się wszędzie indziej na pierwszym miejscu. Początkowo tam nie był - wypisałem go bodaj jako trzeci - ale po czasie uznałem, że nie ma sensu opierać się nawałnicy, jaką wyczynił obraz, na który zawsze czekamy, by poczuć się jak dzieci... sprzed stu lat: grupowo zachwycone tą samą rzeczą, a przez to połączone we wspólnocie. Ten film mi to dał. W roku 2015 spotkałem sporo ludzi, o których nie mogłem porozmawiać o wszystkich innych wymienionych tu filmach, ale mogliśmy pogadać o Mad Maksie, i nawet się pozgadzać. Po ustaleniu zwycięzcy dość łatwo było mi wymienić filmy 2-4 oraz 5 - te filmy pewnie byłyby w top 10 w niemal każdym roku. Miejsca 6-12 były pewnym dylematem, który rozwiązywałem oglądając wszystkie kolejne razy i dla odmiany nawet trochę myśląc. Ostatecznie Feniksa skreśliłem, bo choć to wspaniały film, to jakoś ciągle miałem więcej do napisania o jego wadach, niż zaletach - a Victorię chyba głównie za to, że wkurzało mnie jak fajne życie mają ci młodzi, podróżujący po Europie, poznający ludzi bohaterowie.

 

I to w sumie tyle. Przez kolejny rok doświadczyłem sporo dobrego kina, i sporo słabego, i to wszystko - to były jedne z najmniej bolesnych godzin, jakich doświadczyłem przez ten rok. Ten coroczny ranking jest celebracją tego faktu, którą traktuję jak pamiątkę, obojętnie, kto go czyta.

Ale jeśli macie ofertę zrobienia slajdszoła z opisem na jedno zdanie za kasę, to dajcie znać.

top10madmax

1. Mad Max: Na drodze gniewu, George Miller

To było do przewidzenia, że po dwóch częściach zarówno Babe – świnka w mieście, jak i Happy feet – tupot małych stóp, Miller dostarczy nam wszystkim film, na który czekaliśmy całe życie: dostarczający wszystko to, czego wymaga masowa publika (pościgi, strzelanie, przemoc), tylko że robiący to… dobrze, a nawet, kurczę… no nie wiem, powalająco. Ten film ma być może najefektowniejszą, najlepiej zaprojektowaną, wykonaną, nakręconą, zmontowaną i udźwiękowioną scenę akcji, jaką widziałem… nazywa się Mad Max: Na drodze gniewu i trwa dwie godziny. Co tu się w ogóle dzieje? Wszystko. Weź najlepsze bijatyki wschodniej Azji, łączące balet z montażem na miarę Dżigi Wiertowa, podlej to wszystko benzyną, wsadź na kółka i jedź, jedź, jedź bez końca. Wiele, wiele razy podczas projekcji nie mogłem uwierzyć, co tu się dzieje. Podczas gdy „kino akcji” zazwyczaj w istocie spędza 2/3 czasu tłukąc widza po łbie dosłowną ekspozycją, Mad Max rypie faktycznie akcją, a przy tym ciągle, nieustannie, odkrywa nam przy okazji nowe fascynujące prawa tego wyjątkowego, szalonego, bogatego w swoją własną kulturę, ciągle tajemniczego świata. Wszystko jest tu tak cholernie… filmowe. Chce się o Mad Maksie mówić bez końca, i się będzie, a jednocześnie, jak z każdym arcydziełem, jest to wrażenie, że słowa nie potrafią oddać tego, co trzeba, profanując tylko przeżycie.

top10dheepan

2. Imigranci, Jacques Audiard

Ten film mógłby mieć tytuł Bękarty wojny w takim sensie, w jakim Złodzieje rowerów mają tytuł Złodzieje rowerów. Z tym że o ile filmy De Siki nigdy mną nie wstrząsały, Imigranci zrobili ze mnie mokrą szmatę, która cieszy się, że siedzi w pierwszym rzędzie i nikt nie widzi. Początkowo wcale się na to nie zapowiada. Audiard, zawsze zręczny koleś (jego W rytmie serca również należy do moich ulubionych filmów), fenomenalnie mierzy tempo i posuwa akcję do przodu na tyle, żebyśmy mieli to przyjemne uczucie, że ciągle coś odkrywamy – w spojrzeniu, geście, kadrze – a jednocześnie nadal jeszcze do końca nie „łapiemy” tej kompleksowej międzyludzkiej sytuacji, jaka została tu ukazana, jesteśmy o krok za rozwojem wydarzeń. Przez długi czas Imigranci są po prostu filmem o tym, że ludzie sobie żyją, nie będąc idealnymi, ale starając się znaleźć własny spokój i szczęście – to maksymalne zbliżenie sprawia tylko, że ostateczne „duże tematy” podjęte przez Audiarda odczuwa się o tyle mocniej. Jednym z nich jest kwestia, która mnie, jako zboczonego miłośnika sprawiedliwości, zawsze poruszała: otóż żeby brać udział w wojnie, nie trzeba wcale chcieć. Wystarczy, że jedna strona chciała, i masz do wyboru być ofiarą albo bojownikiem. Ludzie będą cię oceniać za to, co zostało ci narzucone. Spokojny dom jest przywilejem nielicznych, a reszta szarpie, jak może. Robiąc złe rzeczy, a więc zapewne będąc złymi ludźmi. To jednak nie tak, że mieli specjalnie duży wybór. Audiard łamie serca w ostatniej scenie, pytając, czy nie byłoby jednak pięknie, gdyby mogło się udać. Oj. Byłoby.

top10zjazd

3. Zjazd absolwentów, Anna Odell

Sztuka moim zdaniem jest wspaniała głównie dlatego, że może powiedzieć to, czego nie możemy tak po prostu mówić dosłownie. Bo w formie bezpośredniej jest żenujące, poniża nas otwartością, robi z nas debili, a poza tym… po prostu nikt nie słucha, nikogo nie obchodzi twoje życie i uczucia i wizja świata. Zjazd absolwentów to najbardziej fascynująca zabawa z tym tematem: jednocześnie, zdaje się, faktycznie TO ROBI, a poza tym kręci, że to robi… i pokazuje to ludziom, którym miał to robić. Zręczne. Niektórzy nazwali to „performance'em”, ale dla mnie to najczystsza sztuka i film, który każdy powinien zobaczyć. Odell zderza się z postaciami, które wychodzą z przeciwnego od niej założenia: temat nieprzyjemny? Zagadać, pośmiać się, wyłączyć, tego tematu nie ma. Każda „negatywna” treść musi zostać wyrzucona poza margines, a nieatrakcyjni ludzie – najlepiej, żeby raczyli łaskawie umrzeć gdzieś skuleni w kącie, z dala od nas, bo cóż innego doradzić. Od nikogo z nas na szczęście nie wymaga się przecież takiego poświęcenia, by spędzać czas z kimś, kto jest niefajny, krępujący i dziwnie się patrzy - a i nie możemy się zmusić do polubienia kogoś. Zmusić się można jedynie do fałszywych uśmiechów i powtarzania „oj nie mogę akurat teraz rozmawiać, oddzwonię jak będę mieć czas”, co boli i poniża niefajnego bardziej niż zwykłe „spadaj, nie będziemy się kolegować”, ale za to fajnym znacząco poprawia wskaźnik „klasy”. To wspaniały film o tym, jacy to wszyscy są mili i łagodni: nikt nie lubi zabijać, ale też nikt nie ma ochoty ratować – ostatecznie, wszystko da się załatwić, ustawiając kij odpowiednim końcem - ofiara "sama się prosi". Bohaterka wstaje i mówi: cholera! Cóż to za hipokryzja! Wy normalnie mnie nienawidzicie! Cokolwiek nie zrobię – da się to ująć słowami tak, by podać to jako powód, dla którego nie chcecie ze mną się zadawać! Nie ma na to wszystko przyjemnej odpowiedzi (którą próbowały znaleźć liczne media dość żenująco interpretujące film jako "zemstę" Odell - oj, faktycznie, ależ musiało im pójść w pięty...). Możemy albo żyć w uśmiechniętym, wesołym kłamstwie, albo przyznać się przed sobą do własnej hipokryzji i nic nie zyskać, a za to zepsuć sobie i naszym fajnym znajomym humor. No właśnie, nikt nie jest tak głupi, żeby zrobić to drugie. Dlatego potrzebujemy, żeby ktoś to puścił na filmie, z dystansem, że niby o kim innym...

top10turysta

4. Turysta, Ruben Östlund

W wieku 40 lat Ostlund w końcu znalazł środki, by powiedzieć coś O Życiu, mistrzowsko przy tym wykorzystując swój niezmienny (i niezmierny) talent do opowiadania montażem. W Turyście co chwila jest taka scena, że w sumie postaci po prostu patrzą się na siebie, a robi się i śmieszno, i straszno, i sporo się mówi o tym, jak powstają stosunki siły w codziennych relacjach między ludźmi. Wszystko w tym filmie wypala i w rezultacie powstaje coś jak kino braci Coen czy Woody'ego Allena, tylko jednocześnie i mądrzejsze, i bardziej życiowe, i bardziej subtelne w formie narracji. Widziałem w życiu bardzo mało tak… treściwych filmów, jak Turysta, który jest niemalże jak poradnik, czego się w życiu oczekuje od mężczyzny. Humor jest tu niezwykle czarny, bo choć przyzwyczailiśmy się MÓWIĆ, że pokazane tu dramaty nie są żadnymi dramatami (czy ktoś umiera? Ściga go mafia?), to tak naprawdę WIEMY, że dla każdej osoby są faktycznymi dramatami, i to ogromnymi. Zupełnie niespodziewanie, bohater – zadbany, żyjący w dobrobycie Szwed – w trakcie filmu stacza się w lawinę prawdziwego horroru: bycia pierdołą, a przez to utraty wszelkiej wartości w oczach innych ludzi, stania się śmieciem. Z jedynej perspektywy, z jakiej przeżywamy życie – naszej własnej – jest to wydarzenie na miarę apokalipsy, i polecam oglądać ten film właśnie jako de facto katastroficzny. To dobry companion piece dla poprzedniego filmu na liście, ponieważ zaiste: Tomas boi się, że skończy jak bohaterka Zjazdu absolwentów. A to nie jest przyjemny los. Dodajmy do tego żonę przerażoną najgorszym losem dla kobiety: bycia żoną pierdoły. Jeśli nie znacie tego losu to może po prostu się pośmiejecie jak z małp w zoo, nie zdając sobie nawet do końca sprawy, że bohaterowie wiszą na krawędzi istnienia.

top10mrturner

5. Mr Turner, Mike Leigh

Mam mieszane relacje z panem Leigh, ale Mr Turner okazał się trzecim już strzałem w dziesiątkę, po Nagich oraz Topsy-Turvy. Bliżej mu zdecydowanie do tego drugiego: z obu zapamiętałem przede wszystkim to, jakie są ładne. Obu też nigdy nie spodziewałbym się pokochać, bo biografie malarzy wydają mi się równie fascynujące, co opera. A jednak wśród wielu twórców, którzy próbują nie tylko pokazać historyczną postać, ale i oddać urok jej sztuki, Leigh faktycznie potrafi zafascynować tym, jak światło rozkłada się na białych żabotach, grubych tkaninach wierzchnich, drewnianych stelażach stoisk handlowych, satynowej pościeli… Ten film jest jak złapanie „bez potrzeby” za cycka: nie brzmi to jak najbardziej doniosłe wydarzenie miesiąca, a jednak nieustannie poprawia humor w szczery, bezpretensjonalny sposób. I tak jest cały czas, scena po scenie: jak uroczo sobie szczebioczą po niderlandzku dwie kobiety idące zachodem słońca przy wiatraku, jak uroczo uśmiechają się świńskie główki na targu mięsa, jak uroczo Turner grbrcze i hrbrrbcze to, co ma do powiedzenia, idąc krokiem beczułki, jak jego twarz reaguje na nadchodzącą świadomość, że zaraz do pokoju wejdzie ktoś, kogo nie chciałby widzieć… Wszyscy wyglądają, ruszają ciałem oraz twarzą i mówią tak uroczo, że nie da się nie mieć uciechy. No i, tak, film jest cały czas strasznie ładny. Dla mnie to sztandarowy dowód, że coś takiego jak komedia brytyjska istnieje i ma sens.

top10nightmoves

6. Night Moves, Kelly Reichardt

Pierwszy dystrybuowany w Polsce film Kelly Reichardt, moim zdaniem jednej z najlepszych reżyserów na świecie, jest może i jej „najsłabszym”, ale i tak to rewelacyjne widowisko budujące szalone napięcie poprzez staranną grę przestrzenią negatywną – zarówno w sensie estetyki obrazu, jak i treści. Innymi słowy, Reichard starannie dobiera to, co mówi, i to czego nie mówi – co odbieram jako jedną z największych przyjemności w kinie, gdzie bardzo często po prostu papla się wszystko dosłownie, jakby w obawie, że, nie daj Boże, pięcioletnie dziecko po wyjściu do toalety na kwadrans mogłoby się poczuć w którejś scenie zagubione. W Night Moves jesteśmy cały czas zagubieni, bo świat tego filmu to świat, gdzie trudno podjąć dobrą decyzję w obliczu zagłady, chyba że jesteście fanami obojętności. Tak że, tak, to tylko w świecie tego filmu. W żadnym innym. Nie martwcie się. Reichardt napisała sobie dość komicznie niesympatyczne postaci – Dakota Fanning nieustannie irytuje wtłaczaniem hipsterskiego sarkazmu typu „czaisz w jakiej epoce żyjemy” do każdej rozmowy, podczas gdy ewolucja persony Jesse'ego Eisenberga z miana „tego uroczo nieporadnego w niczym kolesia w stylu Michaela Cery” do „najbardziej niepokojąco patrzącego się na ciebie socjopaty Hollywoodu” już kilka filmów temu mogła być uważana za nie tylko ciekawostkę celebrycką, ale i pewną opowieść o świecie, w którym osoba pogardzana i pomiatana przez społeczeństwo reaguje na to, jak może – znienawidzeniem własnych emocji i agresją. Ogólnie, po obu stronach kamery, sporo tu talentu do tworzenia niesamowicie niezręcznych, choć/bo życiowych sytuacji (ta scena, gdy spotykają turystę siedząc nad rzeką...). I choć autystyczni bohaterowie szybko każą się zastanawiać, na ile może chodzić im o Sprawę, a nie tylko o hipokrytyczne wyżycie się, reżyser i tak przepięknie maluje tragedię osoby, której zależy – zostawionej w kompletnej bezradności, bo świat dokoła niej czuje się bardzo dobrze z obojętnością, a przez to zostaje jej tylko albo cierpieć przez całe swoje życie, albo zadawać cierpienie innym w płonnej nadziei, że „świat zrozumie”. Świat nigdy nie zrozumie, Jesse. Jak powiedział Zappfe, „Tak długo, jak ludzkość lekkomyślnie podąża w brzemiennej w skutki iluzji bycia przeznaczonej do triumfu, nic istotnego się nie zdarzy”, a ty, mimo swej ambicji, nie jesteś Ostatnim Mesjaszem. Jeśli boli cię konformistyczne płynięcie z prądem, to… no masz pecha, pod prąd i tak będzie tylko trudniej. To film o ciężkich wnioskach, ale tym bardziej o talencie Reichardt do kadru i montażu świadczy fakt, że i tak chłonie się to gładko z wrażeniem, że Dostojewski mógłby kręcić amerykańskie thrillery.

top10joanna

7. Joanna, Aneta Kopacz

Z wielu powodów, obecność Joanny na tej liście to niemal cud. Po pierwsze – dokument, po drugie – polski, po trzecie – krótkometrażowy… Na szczęście to wszystko, co w ogóle przez projekcją wiedziałem, nie znając nawet zarysu historii z ulotki, który, jak się okazało, brzmi jak materiał na tani, sentymentalny bestseller Empiku. A jednak traf chciał, że Joanna (oświetlona entuzjastycznymi opiniami w USA przy okazji oscarowej nominacji) wpasowała się idealnie w mój typowy tani poniedziałek w kinie i okazała się znacznie bardziej warta ceny biletu, niż oglądane obok niej „duże” produkcje. Wbrew „streszczeniom”, Joanna to głównie nie film o tym, jak kończy się człowiek, ale jak powoli powstaje nowy – kształtując swoje słowa, postawy, uczucia… i dyskusja po dyskusji negocjując granice swojego istnienia, dzień po dniu pomału ucząc się przeklinać i ucząc się kochać. Joanna w ogóle nie podąża za żadnymi zgranymi schematami fabularnymi, które kuszą tak wielu filmowców, w istocie dając Linklaterowskie wrażenie podglądania prawdziwych dyskusji. Wyjątkowość tego filmu opiera się po prostu na intymności rozmów matki z dzieckiem, które podglądamy. Widziałem w całym swym życiu niewiele dzieł sztuki, i życia, które dają taką okazję zobaczyć prawdziwą więź.

top10bialybog

8. Biały bóg, Kornél Mundruczó

Biały bóg to typ filmu, który nie zmieni waszego spojrzenia na życie, przynajmniej o ile nie uważaliście do tej pory, że pieski i dziewczynki nie są słodkie, albo że krwawa rewolucja uciskanego proletariatu nie jest potrzebna. A kto by się z tym i tak nie zgadzał! To tak naprawdę dość błahy film, często irytujący komiksowym wykorzystywaniem stereotypów dla nadania opowieści bajkowo emocjonalnego i uproszczonego charakteru. Za to może nieco zmienić wasze spojrzenie na kino, pokazując, że średnio utalentowany reżyser z kraju, który kinomanom kojarzy się głównie z czarno-białymi, siedmiogodzinnymi ujęciami Beli Tarra, może nakręcić najlepszą hollywoodzką superprodukcję roku. Czegoż tu nie ma! Film praktycznie co kwadrans zmienia kierunek i nastrój, korzystając z zagrywek gatunkowych, tyle że różnych gatunków. To jak kreskówka Disneya potrafiąca bez autocenzury sięgnąć po estetykę rynsztoka, łącząc ludyczny (choć niektóre języki mają lepsze słowo, bardziej wręcz pod: podniecający) charakter amerykańskich bajeczek „dla dzieci oraz dorosłych chcących być dziećmi” oraz horrorów. Sęk w tym, że robi to mądrze. Te psy nie mówią, nie nadaje im się ludzkich cech, żebyście zaczęli je lubić: starają się przekonać was, żebyście rozważyli możliwość szanowania kogoś czy czegoś pomimo niewybaczalnej zbrodni bycia nieodwracalnie odmiennym od was. I chociaż przemoc niezbyt mnie pasjonuje, to też trudno nie zauważyć, że inaczej niż w bajkach Disneya, w „realu” rzadko kiedy ktoś zdobył szacunek odnoszenia się do niej. W istocie film przypomina Batmany Nolana: przegięty ponad miarę pretensji, szarżujący srogo, dość nierówny, mroczny jak cholera, z co najmniej kilkoma scenami tak efektownymi, że będziecie patrzeć dokoła siebie w kinie mówiąc „co!? Co!?” i zapamiętacie je na wiele lat. Tak jak język Mad Maxa tworzą jego kaskaderzy, tak Białego boga opowiadają najlepiej wytresowane psy, jakie w życiu widziałem. Dla nich warto, po stokroć warto, a że niektóre momenty pudłują i wywołują tylko wzdrygnięcie się? Zbyt wiele razy mówiłem przez ten rok wydawcom, że dzieło sztuki nie jest od tego, żeby było równe, żeby teraz zdradzać szczere, płynące prosto z serca, brawurowe, popularno-wysublimowane potpourri, jakie serwuje nam Mundruczo.

(doceńcie, że nie sięgnąłem po słowo „gulasz”)

top10aferim

9. Aferim, Radu Jude

Lubię być przeniesionym do innego świata, a Aferim, najstarszy film 2015, trzyma formę wycyzelowaną bardziej precyzyjnie, niż dowolna inna produkcja tych 12 miesięcy. Możliwe, że film jest mocno oparty na faktycznym obrazie życia na Wołoszczyźnie… okej, jest, są o tym napisy, ale dla mnie nie miało to znaczenia – takie określenia jak „na wschodniej prowincji” i „dawno temu” w tym wypadku wydzielają wystarczająco specyficzny zapach, żebym nie musiał rozdzielać, czy Aferim pachnie mi bardziej średniowieczną chaotyczną Sodomą rodem z Trudno być bogiem, pogańskim śmieszno-strasznym surrealizmem prymitywnych wierzeń Rękopisu w Saragossie, bezwzględnie bijącym po tyłku nacjonalizmem niczym film zasługujący wręcz na tytuł 12 Years a Cygan, czy też słynnymi amerykańskimi westernami. Co łączy te perspektywy, to fakt, że w przepięknie nakręconym, okraszanym rozkładającymi momentami na łopatki dialogami świecie Aferim wszystko wydaje się możliwe, ale tylko z naszej perspektywy – dla bohaterów reguły są jasno ustalone, nawet jeśli mogliby mordować się z mieszkańcami innych prowincji o to, czy na przykład rację ma mądry klecha, tłumaczący jasno, że „każdy naród ma swój cel: Żydzi oszukiwać, Turcy krzywdzić… a my, Rumuni: kochać, oddawać cześć i cierpieć jak dobrzy chrześcijanie”. Ciągle nie wiem, co się zdarzy, bo to dla nas obcy świat, natomiast dla bohaterów to wszystko jest oczywiste – w ten właśnie sposób powstaje wyjątkowa swojskość, która sprawia, że oglądanie Aferim jest jak wycieczka do egzotycznego kraju bez przewodnika.


top10agentka

10. Agentka, Paul Feig

Podobnie jak wiele moich ulubionych współczesnych komedii, Agentka znajduje siłę w mierzeniu się z porażkami i poniżeniami w bezwstydny sposób. Ten, kto jest fajny – albo kto nie jest, ale uważa za faux pas nie zachowywać się, jakby był – nigdy do końca nie poczuje uroku amerykańskich komedii, które generalnie starają się powiedzieć, jak mogą, że nie każdy jest fajny, i wcale nie jest to największa tragedia. Znam choćby ludzi, którzy już za sam tytuł nie chcą oglądać wielce przeze mnie lubianego Czterdziestoletniego prawiczka – tak jakby mieli się zarazić porażkowością przez sam fakt zobaczenia na ekranie czegoś tak dla nich odrażającego, jak istnienie osoby nieatrakcyjnej seksualnie. Brr. Agentka jest mocna z podobnych powodów, co najlepsze filmy Apatowa. Jest komedią, bo film o Mellissie McCarthy kopiącej tyłki musi być komedią – szeroka publika nie przyjęłaby nigdy inaczej filmu, w którym kopiący nie jest piękny i smukły. Jest bardzo dobrą komedią – łącząc szybkie tempo, niezły poziom żartów i ich zgrabną egzekucję, dostarcza tyle śmiechu, co mało który film w polskich kinach 2015 (sceny z udziałem Jasona Stathama i niektóre dialogi należały do scen 2015, które najczęściej sobie powtarzałem – za występami Das Sound Machine z Pitch Perfect 2 oraz sceną w akwenie ze świetnego Kryptonimu UNCLE). A jednocześnie kwestionuje nieustannie własną „komediowość”, bo i przypomina o szeregu takich Meliss prawdziwego życia, zdających testy lepiej, niż piękni i fajni Jude'y Lawy i Rose'y Byrne'y tego świata, ale i tak spędzających życie w opanowanym przez szczury biurze i podłej kawalerce, podczas gdy tamci błyszczą w szerokim świecie. Jeśli marzyliście kiedyś nie o tym, żeby być Jamesem Bondem, tylko żeby być sobą i robić to, co James Bond – powinniście zrozumieć, czemu miałem wiele radochy z oglądania Agentki, nawet jeśli powrót po roku zdradził, że film zrealizowany jest z niewielką głębią w porównaniu do innych tu zamieszczonych.

Inne filmy, które rozważałem: Victoria, Feniks, W objęciach węża, Mały Quinquin (czyt. pti kłkł), Duke of Burgundy, Wędrówka na Zachód, Plemię, Wyspa kukurydzy, Foxcatcher.

wtorek, 10 maja 2016

Louis CK postanowił zrobić serial przestrzegający praktycznie wszystkich prawideł tego, jak w 2016 roku nie należy robić serialu. Cel się udał, czyli wyszła z tego kompletna klapa. Szacun, pozdro, dzięki, nara.

 

Okej, zacznijmy od pierwszego pytania, jakie się narzuca. Serio, Jarek? Horace and Pete? Serio? Minęły dekady od kiedy opisałeś jakiś nowy serial na blogu, i sięgasz po Horace and Pete? W momencie, gdy stacje i internet wypełniają się rokrocznie dziesiątkami interesujących, nowatorskich pomysłów i prawdziwie kinowych środków wyrazu, inspirując do wypowiedzi o stylu, obrazie, polityce i narracjach, zdobywając sławę, a przez to dając okazję do przytakującej rekomendacji lub przekłucia balonu... to jest moment na Horace and Pete? Powiem wam, że tak, i spróbuję udawać, że nie chodzi wcale o fakt, że serial jest po prostu krótki i zdołałem go obejrzeć w taki sposób, by podczas ostatniego odcinka jeszcze pamiętać, co było w pierwszym. Otóż styl tego dzieła jest wyjątkowy i wręcz transgresywny na własny, pod wieloma względami agresywnie tradycyjny sposób - co daje nam okazję za jednym zamachem wypowiedzieć się i o tym serialu, i o kontekście, a nim właśnie jest ten cały świat popularnych i fajnych seriali, które znacie i oglądacie. Aha. Jeden z bardziej wykształconych serialowców świata, Alan Sepinwall, powiedział, że to najlepszy serial, jaki widział w 2016 roku - i nie spodziewa się, żeby coś mu dorównało.

A może po prostu miałem ochotę zwrócić uwagę na nieudane dzieło, którego autor nie dość, że stworzył coś smutnego, specyficznego i ambitnego, to jeszcze kompletnie zaniechał wysiłków na prormocję, nie dając sobie nawet szansy na osiągnięcie sukcesu... którego, jak sądzę, by nie osiągnął, bo sięgnął po kontrowersyjną, niejednoznaczną, mieszającą gatunki i konwencje formę i takiż przekaz.

 

horace2

Horace'a and Pete'a być może nie znacie w ogóle. Ja uznałbym się za osobę ciągle nieco zainteresowaną światem ambitnych amerykańskich seriali oraz za fana twórczości Louisa CK, a jednak trafiłem na Horace... dość przypadkowo. Było to około miesiąca temu, gdy emisja dobiegła już końca. CK z żalem poinformował, że jego genialny pomysł na pójście w ślady Beyonce i wydawanie swojego dzieła "niespodziewanie" do końca nie wypalił. Tworzony dosłownie "na bieżąco" serial po prostu nie zarabiał przez tydzień sprzedaży internetowej tyle, żeby wystarczało na kolejny odcinek, więc kasa szybko się skończyła - a potem, zdaje się, twórca pożyczył kilka milionów, które będzie spłacał przez resztę życia. Co, jeśli obejrzycie serial, uznacie za wyborną puentę, utrzymaną jak cały serial w klimatach mrocznej ironii (tak samo jak fakt, że najwięcej newsów o nim pojawiło się w mediach poświęconych sztuce właśnie z okazji śmierci). CK mógł się tego spodziewać, bo na pewno zna wielu niezależnych twórców i wie, jakie idą z tym koszty, a on sam, choć jest cenionym twórcą i popularnym komikiem estradowym, nie jest też znowu Justinem Bieberem czy Kim Kardashian, by reklamować serial swoim nazwiskiem. Nie wiadomo więc, czym się kierował, mimo to uruchamiając produkcję bez udziału sieci, oferując odcinek pilotowy jedynie w internecie na swojej stronie, w cenie 5 dolarów.

Tutaj zaznaczmy jedną rzecz. 5 dolarów to niewiele. To uczciwa cena za godzinę sztuki, w której powstanie liczne utalentowane osoby włożyły trochę wysiłku. To dwudziestokrotnie mniej, niż przeciętny bilet na sztukę na Broadwayu, co dla nowojorczyka CK zapewne było punktem odniesienia. A jednak... uczciwa cena nie zawsze się ludziom podoba. Wszyscy chyba wiemy, że klient na mieście, a klient przed komputerem, to dwie znacząco odmienne istoty. Ten drugi jest rozleniwiony, rozpieszczony i każdy grosz wydaje mu się niepotrzebnym wydatkiem. Ten drugi myśli tak: 5 dolarów to połowa miesięcznej opłaty za Netflixa, co, jeśli jesteście naprawdę zręczni, możecie przełożyć na setki godzin oglądania seriali. Za 15 dolców macie HBO. Oczywiście, Horace and Pete to nie jest koń z niczyjej stajni, ale dizki ogier bujający grzywą na wolności, więc "powinniśmy" porównywać go do innych samodzielnych dzieł. Zakup wszystkich 10 odcinków serialu to koszt 31 dolarów. A więc tylko troszeczkę więcej, niż film na blureju, dający 2 godziny dobrej albo nie rozrywki. Cena w pewnym sensie jest uczciwa. A jednak... przyzwyczailiśmy się do nieuczciwej. Krytyków filmowych i serialowych cały ten akapit nie interesuje, bo za to nie płacą. Klienta jednak z kolei nie obchodzi proces produkcyjny i dystrybucyjny. Patrzy na to, co dostaje i za ile. Film - to film, serial - to serial w stacji TV czy na Netflixie, a web series - to projekty pasji, których twórców można pochwalić, że coś robią w życiu, ale niekoniecznie płacić. Przeciętny klient kocha Netflix, bo ten pozwala mu za 10 dolarów podzielić dzień na jasne, łatwe do wykonania połowy wykonywania pracy której nie znosi oraz leżenia z partnerem pod kołdrą i oglądania wszystkiego po kolei. Nie kocha podejmowania ryzykownych emocjonalnie i finansowo inwestycji w zakup kontrowersyjnych, smętnych, wyglądających jak teatr telewizji seriali za 31 dolarów. Tutaj można by zadać pytanie: czy człowiek na tyle znany i utalentowany jak CK nie wychodzi po prostu na narcyza, robiąc taki serial? Pytanie paradoksalne, wszak poświęcił wiele, by zrobić jak najlepszy swoim zdaniem show, nie bacząc na zyski i splendor. A jednak... nie mógł po prostu pójść do stacji i wyprosić jakiś kompromis w postaci wygładzonej, przyjemnej i zadowalającej każdego produkcji, jak wszyscy piękni ludzie show biznesu? Odpowiedzi na ten dylemat zostawiam ku waszej opinii.

Sztuka to nie tylko doznania i piękne idee, które udaje się autorowi wywołać w odbiorcy lub nie. Sztuka to też sprzedaż, i czegokolwiek nie doznacie oglądając Horace and Pete, jednemu nie zaprzeczycie: troszeczkę kosztuje.

horace1

Popatrzmy jednak wreszcie na produkt, bo i on sam w sobie jest wystarczająco brawurowy. Żyjemy podobno w złotej epoce serialu. Jeśli przegapiliście, to przypomnijmy: w telewizji poleciał Oz, The Sopranos, a potem sporo innych rzeczy, które osiągnęły wręcz filmowy poziom scenariusza i, momentami, reżyserii, a przy tym dzięki postokroć większej wolności artystycznej twórców i dłuższemu, rozłożonemu w czasie trwaniu mogły stać się znacznie ciekawsze, niż trafiające do kin filmy. Super, nie? No więc skreślcie to wszystko. Horace and Pete to dzieło złotej epoki... w rozumieniu, które przypisywane było pojęciu w literaturze serialowej w XX wieku. Tak, ta pierwsza złota epoka to było kilkanaście lat po II wojnie światowej, gdy TV już zaczęła technicznie funkcjonować dość sprawnie, ale nadal była na tyle droga, że dostępna jedynie wyższym sferom. Wiecie, jak sztuki na Broadwayu. Z tej racji, no coż, TV przypominała sztuki na Broadwayu, nie wpadając jeszcze na tak świetne pomysły jak doniesienia, z kim wzięły ślub gwiazdy i cyrk zwany obecnie oficjalnie "rozmowami o polityce". Telewizja oryginalnej "złotej epoki" to głównie po prostu masowej skali (i gęściej przyodziany w reklamy) teatr, co zresztą widać po tytułach najlepszych seriali, z których połowa zawiera słowo theathre, a połowa playhouse (które to słowo, zaznaczmy dla wszystkich bywalców lokalu na alei Solidarności, tak naprawdę również znaczy wyłącznie "teatr"). Produkcje te jednak zazwyczaj sięgały po stosunkowo lekką tematykę, jak np. kryminał, i z reguły były znacznie bardziej... rozrywkowe niż dzieło Louisa CK, który naprawdę sięgnął po Broadwayowskie klimaty, próbując działać w podobnej sferze i z podobną głębią, co Harold Pinter, August Strindberg czy Eugene O'Neil. Jeśli jesteście prawdziwymi Polakami XXI wieku i nigdy nie byliście w teatrze, hoho, podejrzewam, że się nieźle zdziwicie! Wszyscy są tacy niesympatyczni, a ich życie tak bardzo nieudane. Każda rozmowa opiera się na nierozwiązywalnym konflikcie, którego bohaterowie sami szukają, aby dać jakiś upust swemu rozczarowaniu. W pewnym momencie jedna z postaci dosłownie dostaje raka, co można uznać raczej za przesadę, bo i bez tego większość kwestii utrzymana jest w pasywno-agresywnym tonie... albo zostaje tak zrozumiana, by można było przedstawić rozmówcę w złym świetle. Aha, to wszystko dzieje się głównie w rodzinie! Zapewne znacie ten rodzaj kaustycznego dramatu, który stara się oczywiście pokazać na jaw to, co sztuka popularna tak pracowicie ukrywa, by poprawiać nam humor - a więc zestaw kompleksów, resentymentów i przywiązań, który tworzy nasze relacje społeczne i naszą tożsamość w grupie i społeczeństwie. Jeśli należycie do ludzi, którzy widząc konflikt, nie mają ochoty zrozumieć, ale skreślają z góry jako "narzekanie" i "robienie dramatu", konieczność obejrzenia tego serialu byłaby dla was zapewne najgorszą torturą. Jest też bowiem naprawdę powolny i wyrachowany, a momenty pozytywne naprawdę nie są zbyt efektowne. Teoretycznie trzeba zaznaczyć, że się pojawiają, jednak moim zdaniem oschły ton i je pozbawia smaku.

horace4

Zaznaczmy dla pewności - chociaż Louis CK jest niezłym dramatopisarzem jak na kolesia, któremu największą sławę zdobyły żarty o waleniu konia i wizytach na kiblu (w pewnym sensie smutny dla każdego intelektualisty fakt, który CK sam podejmuje w Louie'm), to nadal, delikatnie mówiąc, Pinterem nie jest (a przecież i Pinter nie był znowu aż tak fajny). Najbardziej jest to chyba odczuwalne podczas mających zapewne tworzyć "przestrzeń" i "świat" rozmów gości tytułowego baru, skupiających się zazwyczaj na sprawach, o których głupi ludzie często rozmawiają: wiecie, tak zwanych sprawach społecznych, np. w kwestii trwającej jeszcze kampanii prezydenckiej w USA, konserwatyzmu i liberalizmu, znanych polityków, prawa do aborcji i innych tematów, na które tak przyjemnie się rozmawia z kimś, kto się nie zgadza. CK uwielbia drążyć tematy, o których nie wypada rozmawiać, słysząc które tzw. klasowy człowiek wywraca oczami z pogardą, i to chyba jeden z powodów, dla którego tak go lubię. Z charakterystyczną dla siebie empatią, autor Horace'a... stara się przedstawić "od wewnątrz" zderzające się poglądy, jednak rozpisanie tego na dialogi często wypada po prostu sztucznie i dydaktycznie, nawet jeśli teoretycznie powinno tchnąć uczciwością nieco w myśl zasady "jeśli obie strony się z tobą nie zgadzają, to dobry znak". Przez 10 odcinków można trafić na kilka przyjemnie udanych myśli, na czele chyba z padającym w pewnym momencie wnioskiem, że ludzie upraszczają i karykaturalnie wypaczają odmienne światopoglądy właśnie dlatego, żeby nigdy się nie zgodzić, czerpiąc przyjemność z poczucia wyższości nad wymyślonym grupowym wrogiem. Ale faktem pozostaje, że jeden film o klasie taki jak choćby zeszłoroczne Prawie jak matka, Zjazd absolwentów, Aferim, Dureń... i tak dalej, może podjąć takie tematy w sposób subtelniejszy, realniejszy i pełniejszy zarazem. Nie chodzi o to, by uciekać od kompleksowości i trudu pewnych problemów - oj nie, nienawidzę tego. Ale mocno dosłowne podkreślanie tych aspektów ludzkiego świata sprawia, że paradoksalnie, problem znowu zostaje "rozwiązany", choć na to nie zasługuje - powstaje efekt irytującego, kiczowatego uproszczenia ("widzicie, to wszystko dlatego, że wy chcecie X, a oni Y! Mówcie mi Sokrates"). Aha, byłbym zapomniał. Główne role odtwarzają dobrzy aktorzy - CK, Steve Buscemi, Alan Alda itp. - ale ci drugoplanowi, wcielający się w gości baru, czasami potrafią przybić najbardziej wyrozumiałego widza. Podejrzewam, że ściśle rzecz biorąc, i na ich barki trzeba by złożyć dialogi, które przy tym stylu produkcji zapewne były w przynajmniej pewnej mierze improwizowane.

horace5

Oczywiście główny wątek dotyczy granego przez CK Horace'a oraz jego rodziny, trzymając wyższy poziom i zachęcając, jak sądzę, do paru refleksji. Także z powodów powiązanych ściśle z przyczynami, dla których dla wielu będzie to nudna i smętna projekcja. Ludzkość Horace'a and Pete'a nie jest bowiem niezadowolona ot tak, żeby zrobić nam na złość - ale z powodu niedostatków i napotykanego na swej drodze uprzywilejowania innych. Tytułowy bar istnieje od 100 lat, chociaż właściwie nie wiadomo, po co - jak mówi sam Horace, po coś trzeba żyć, a kultywowanie tradycji nadaje takie właśnie znaczenie. Tak samo jak to robił często Louie, Horace... jest ciekawym obrazem amerykańskiego patriarchatu, oddziałującego nawet na drobne elementy życia poprzez fakt, że faceci nieustannie tutaj odnoszą się do tradycji, posiadania i pielęgnowania tego, co mają od ojca, kobiety zaś, cóż, "tylko narzekają", bo mają pragmatyczne i interesowne podejście do życia, naturalne dla osób, które nie posiadają. W skrócie mówiąc, kobiety chcą zmiany - chcą zburzyć ten niepotrzebny bar i zrobić z pieniędzmi coś pożytecznego. Chcą, by ojciec przestał dbać tylko o zaspokojenie swoich moralnych i estetycznych ambicji i zaczął po prostu być miłym dla ludzi podczas bieżącej interakcji. I tak dalej... Bez tradycji, "większego celu", marzeń o unieśmiertelnieniu swej działalności. Oczywiście dzisiejsza sztuka, na czele z filmami Hollywoodzkimi, nauczyła nas, że ten stereotypowo "kobiecy" zestaw wartości jest zły, a ten "męski" dobry (porównajmy np. ile osób obecnie emocjonuje się śmierciami i zniszczeniami powstania warszawskiego, widząc w nich wzór i wartość, a ile odbudowywaniem Warszawy). Horace and Pete pozwolił mi pełniej zrozumieć, czemu w klasycznym serialu osławiona "żona głównego bohatera" jest zazwyczaj nielubianą przez widzów (zwłaszcza polskich) postacią, w opinii większości męczącą, płaczliwą i roszczeniową zołzą - zazwyczaj prezentuje ona właśnie takie wartości, psując kompletnie zabawę naszemu kochanemu gangsterowi, który chciałby tylko robić akurat to, co widza ekscytuje - kłamać, zabijać i ryzykować dla większego zysku. Celowo czy nie, zołzę Horace'a and Pete'a odtwarza pierwsza zołza naszej nowej złotej epoki TV, czyli Edie "Carmela Soprano" Falco. Filmy popularne generalnie muszą odzwierciedlać popularne poglądy społeczne, a więc np. kino o superbohaterach, choć niby tworzone tylko dla eksplozji, zawsze opiera się na założeniu, że zmiana jest zła, a tradycja dobra. Pozytywny bohater może być draniem, zabijać i niszczyć miasto, ale pozytywnym czyni go fakt, że broni tradycji i "naturalnego stanu rzeczy", z kolei zły to zawsze jakiś typek, który chce zmieniać to, co "normalne" i ogólnie wypaczać. Tam ma to wymiar często fizyczny, tutaj oczywiście tylko społeczny i emocjonalny, ale działa podobny mechanizm - władza to siła, a siła po prostu wygląda fajniej, niż słabość; nikt nie wypada dobrze, kłócąc się z silniejszym, zwłaszcza na filmie. Wydaje mi się, że by czerpać przyjemność z Horace'a and Pete'a, trzeba mieć podobne jak jego autor przekonanie, że także człowiek, który nie wygląda cool, może zasługiwać na to, by mu się przyjrzeć i zrozumieć. Nie dlatego, że w następnej scenie poświęci życie dla innych, rzucając się na wraży granat, albo zostanie obiektywnie "wywyższony" moralnie w inny tego typu sposób - ale dlatego, że jest człowiekiem, i jeśli nawet uważamy, że nie ma racji, to ma swoje racje i ma swoje powody. Powtórzmy dla pewności: Horace and Pete nie jest w tym powalająco dobry. Ale coś tam umie, a co może ważniejsze - przynajmniej chce.

 horace64

Serialowi udaje się osiągnąć idealną synergię formy i treści, ponieważ ta pierwsza również jest kompletnym zaprzeczeniem dzisiejszych popularnych standardów, i w sumie nie wiem, czy większe znaczenie ma tutaj intencja twórców i chęć odtworzenia wspomnianego teatru telewizji, czy po prostu budżet. Louis CK raczej z dumą wyrażał się o partyzanckich wręcz metodach produkcji serialu, które nie są dla niego pierwszyzną. Ich zaletą na pewno są niskie koszty, ale też nie bez powodu większość seriali jednak wydaje pieniądze, by tego uniknąć. Horace and Pete został nakręcony nawet przyzwoitą kamerą, lecz w warunkach zupełnie telenowelowych. Fachowo mówi się na to "multi-camera series"... Wiecie, niektóre seriale wyglądają jak House of Cards czy Boardwalk Empire, a "multi-camera" to z kolei tryb, który dał nam co najwyżej takie "arcydzieła", jak Will i Grace oraz Jak poznałem waszą matkę. Celem jest nakręcenie odcinka "na raz", by na drugi dzień był już gotowy do emisji. Niestety, wraz z oglądaniem serialu, mimo pewnej wczuwy, nie mogłem do końca zignorować faktu, że rozwiązanie to ma mnóstwo wad w przypadku dzieła dramatycznego. Brak zaprojektowanych ujęć i zbliżeń daje bowiem wrażenie statyczności i przede wszystkim sztuczności. To zaś może nawet pasować do pustych komedyjek, ale moim zdaniem nie do dramatu, gdzie pojawia się płacz, krzyki, złość i tak dalej. Zawsze parskam śmiechem, gdy te wszystkie momenty "wtem!" dzieją się w teatrze, bo udawany charakter całej zabawy staje się wtedy tak oczywisty - a przecież w teatrze mamy jednak dużo większą dynamikę obrazu za sprawą faktu, że ludzkie oko samo robi ruchy i zbliżenia. No i samo bycie świadkiem "na żywo" na pewno wzmacnia doznania. Horace and Pete zaś nie prezentuje nawet tyle stylu, by sięgać po odpowiednik słynnego "spojrzenia Ridge'a" z Mody na sukces, często rozpływając się w budyniowej masie mającej tylko tyle charakteru, ile wnosi sepiowata kolorystyka głównej scenografii i, co za tym idzie, każdej jednej sceny w serialu. Kino żyje montażem, i wiecie co z tego zdania logicznie wynika? Że bez niego kino nie żyje. Zostaje coś innego, co zapewne też może być fajne, a może i fajniejsze w swojej odmienności. A jednak myślę, że widziałem w życiu tyle naprawdę różnych filmów indie (niedawno w postaci Mandarynki podziwiając kino które, jak się dowiedziałem potem, kręcono iPhone'em), iż nie będzie to niegrzeczne, jeśli przyznam sobie prawo uznać, że Horace and Pete nie pachnie zbyt mocno dziełem surowym, oszczędnym i skupionym, choć niby spełnia ku temu warunki - zbyt często słowo, które najlepiej oddaje wrażenia, to po prostu "tani".

 horace72

Możliwe, że Horace and Pete jeszcze stanie się kultowym serialem, i nawet w perspektywie lat na siebie zarobi. Kto wie? Być może jego mrok i beznadzieja będą wspominane w podręcznikach historii jako fatalna przepowiednia zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach - zjawiska, które większość amerykańskich intelektualistów (i, nie będziecie mieć wątpliwości po obejrzeniu serialu, także CK) postrzega w kategoriach kompletnego upadku wszystkich złudzeń co do istnienia jakichkolwiek limitów przyzwoitości w Ameryce. Ja jednak obowiązki mam polskie i muszę przyznać szczerze, iż mam wrażenie, że serial dość szybko wyparuje z mojej jaźni. Wielu krytyków uznało Horace'a... za najlepszy i najważniejszy serial 2016 i w ogóle wieku, i w sumie mogę to zrozumieć, ale nie mogę przytknąć. I to chyba nie dlatego, że jestem stary i zrezygnowany. Umiem się bowiem nadal zachwycić innym serialem o starości i zrezygnowaniu, do którego opisania zabieram się od momentu premiery 2 lata temu, ale chyba jest po prostu za dobry, bym umiał (a jaki to tytuł? Ha, w świecie seriali nie godzi się spoilerować!). W pamięci zostanie mi przede wszystkim piękna piosenka tytułowa napisana przez nikogo innego jak Paula Simona - który, jak się okazuje, 50 lat po wydaniu Sound of Silence nadal żyje, i artykułuje słowo "drink" w sposób jednocześnie tak melacholijny, jak i zmysłowy, by nie zostawiać wątpliwości, jakie budzi serial. Tak, może to jest mój światopogląd, z którego obalaniem nie mogę się zgodzić - tak powinno się pić. Ku śmierci i zapomnieniu, może trochę się rozgadując ponad miarę, ale z zapiętym kołnierzem i lekką nutką tajemnicy za dźwiękami gitary.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy, niż rok bez tradycyjnego typowania Oscarów.

piątek, 31 lipca 2015

Krótkie opinie o Koniu Dinheiro i Zabójczyni, dwóch jasnych punktach festiwalu.

Nowymi Horyzontami, jak życiem, delektować można się na wiele sposobów: eksplorować przestrzeń, błądzić po programie i ożywionym centrum miasta (oraz samym kinie NH - chyba najfajniejszym miejscu w Polsce), skupiać się na highlightach - gwiazdach festiwalu sławnych z Cannes lub starych klasykach, czy też celowo odkrywać najmniej oświetlone miejsca - konkursowe debiuty, trzecie oko, czy (o brawuro) zestawy krótkich metraży. Ja postawiłem, klasycznie, na nadrobienie hiciorów z Cannes, ulubionych reżyserów - i to bardzo nielicznych, tak więc w tym roku będzie tylko krótka relacja mająca potwierdzić ten zaiste niewiadomy wam na pewno jeszcze fakt, że tak, Hou Hsiao-Hsien i Pedro Costa robią całkiem dobre filmy. Hej, człowiek musi się podzielić wrażeniami. Obu panów, wstyd przyznać, widziałem w kinie pierwszy raz. Dla Hou to pierwszy duży film od 10 lat (i podobno ostatni), z kolei Costa publikuje niby regularnie (w tym, w 2009, dobrze przyjęty Ne Change Rien), ale trudno te filmy zdobyć i ostatnie, co od niego widziałem, to powalające Juventude em Marcha z 2006 roku.

Czemu kocham kino? Bo jest przytulne. Lubię ciemne i ciche miejsca, na co dzień nieco mi ich brak. W dzisiejszej epoce, gdy całe życie człowiek spędza wyglądając bacznie na telefon (z tęsknotą, że ktoś się odezwie z czymś miłym, ale i niepokojem, że oczywiście to będzie jednak prędzej komornik lub szef z przykrymi wieściami), kino zawsze było dla mnie jedynym miejscem, gdzie mogłem faktycznie się wyizolować. Nie rozumiałem nigdy ludzi, którzy siadają daleko, jakby nie chcieli przypadkiem obejrzeć zbyt dużo filmu - ja siadam w pierwszym-trzecim rzędzie, chcę być zanurzony... może muszę być. Chcę, żeby twarz bohaterów filmu była bliżej, niż twarz osób, które spotykam, żeby krajobraz był niemal tak realny, jakbym zwiedzał go osobiście. Moim zdaniem, statyczny kadr wciąga w pierwszym rzędzie po stokroć bardziej, a ruch kamery działa tylko tam tak, jak powinien, poruszając cały mój świat. Najważniejszym czynnikiem w filmie, oczywiście, jest światło. Sala jest ciemna, i pomijając ten drobny, pomijalny detal wyjść ewakuacyjnych, poza światłem filmu nie ma w sali nic. W pierwszym rzędzie często siedzę sam, więc mogę siedzieć, jak chcę, robić, co chcę - jestem w filmie, jestem w tym świetle. Mrok sali czyni ją przytulną, a dwa filmy, które zwróciły moją uwagę, oba korzystają wielce - czy wręcz opierają w większości cały swój przekaz - z oddziaływania światła i ciemności, choć na różne sposoby, które chciałbym pokrótce przedstawić.

Koń Dinheiro

Jeśli widzieliście Juventude... (albo inne z arcydzieł Costy, No Quarto da Vanda), to wiecie, czego można się po Koniu Dinheiro spodziewać. To film w podobnym stylu, i podobnej - niesamowicie wielkiej - jakości. Właściwie to chyba wręcz sequel tamtego filmu, z tym samym bohaterem, charyzmatycznym kabowerdeńskim wyrzutkiem Venturą. Koń..., tak jak to bywa u Costy, chyba jest dokumentem i przekazuje faktyczne historie przedstawianych osób, ale szczerze mówiąc, nigdy mnie to specjalnie nie obchodziło, bo przecież nie w tym tkwi "prawdziwość" sztuki (zwróćmy uwagę na to, jak ściemniać może film nominalnie "dokumentalny", jak Kurt Cobain: Montage of Heck, a jak prawdziwa może być fikcja, co pokazuje w sumie chyba większość polecanych na tym blogu dzieł).

Na pierwszym miejscu u Costy, przynajmniej dla mnie, zawsze był styl wizualny, czyli po prostu to, jak niewiarygodnie piękne są te filmy. Każde ujęcie to jakieś mistrzostwo fotografii, czy wręcz... designu? I to w stylu, którego nadal w kinie nie widziałem u żadnego innego twórcy. Costa robi najbardziej "czarne" filmy, jakie znam, i nie chodzi mi tu oczywiście o rywalizowanie ze Spike'iem Lee, ale to, że czerń często wypełnia większość kadru. I to nie jest tak, jak się trafia w kinie i fotografii nieco częściej, że światło jest dla ciemności jakimś kontrastem - kształty wyłaniają się z ciemności miękko, bez wątpienia są jej częścią, tylko trochę bardziej widoczną. Ta otchłań zaczyna do nas przemawiać, ta otchłań jest życiem tych bohaterów, ludzi marginesu, ludzi zniszczonych, żyjących umierając, czasami można powiedzieć - jak w jednym fenomenalnym ujęciu, gdy bohaterowie przechodząc przez framugę przybierają wręcz postać cienia - oni sami są tą otchłanią. Costa - jak życie - nie objawia sentymentów wobec tych postaci, ukazuje bez śladów emocjonalnych manipulacji całe te mroczne, mroczne historie, niezmierną biedę, izolację, i ogólnie to wszystko, co zapominacie, że istnieje, w swoich oświetlonych biurach i na wakacjach w Grecji, ale jest przecież codziennością dla ludzi ulicy czy mieszkańców baraków, robotników najgorszych prac. Ten świat robi niezwykłe wrażenie, a Costa tradycyjnie kadr po kadrze objawia geniusz do kompozycji, lepiej niż Caravaggio czy inny Solomon wciągając do wnętrza pomieszczenia. Gdybym oglądał Konia Dinheiro na komputerze, pewnie zachowałbym z 200 screenshotów, porobiłbym plakaty, zawiesiłbym kalendarz. To po prostu strasznie ładny film, chociaż zdaje się, że dla większości ludzi to, co nazywam tu pięknem, chyba jest brzydotą.

Chociaż film opowiada pewną historię, i to naprawdę pomysłową (czy dokument może mieć "pomysłową" historię?), wciągającą, kompleksową i mocną, i to również w miarę "konwecjonalnymi środkami" (gadaniem), to właściwie nie było to dla mnie aż tak ważne i film nie straciłby tak wiele, gdyby potraktować go po prostu jak serię żywych fotografii, najlepszy fotoreportaż roku. Z tym wiąże się pewna wada, na którą muszę zwrócić uwagę. Otóż im więcej tych obrazów, tym bawiłem się lepiej. Trafia się w Koniu... klasyczny montaż z piosenką, podczas którego dostajemy zupełnie nowy kadr niemal co sekundę, i to jest mój ulubiony moment filmu, i pewnie mojego życia w ogóle. Jednak pod koniec trafia nam się scena "zamknięcia", gdy bohater przez jakieś pół godziny stoi w windzie, i po całym filmie opadniętej kopary, ta jedna scena wyróżnia się w mojej opinii, swoją... mniejszą ilością geniuszu. Ujęcia w windzie w sumie są świetne, ale... pół godziny to dla mnie dość sporo czasu. Głosy z offu rozliczające się z przeszłością, bohater wyrzucający z siebie chaotycznie wszystko, co w nim tkwiło w jednej, nawet ładnej scenerii - jakbym lubił takie rzeczy to bym chodził do teatru.

Cóż jednak z tego, jeśli cały film nadal wypełniony jest treścią i estetyką, którą można by rozdzielić na 10 udanych produkcji? Koń Dinheiro to wspaniała rzecz.

Zabójczyni

No dobra, i Hou Hsiao-Hsien. Również jeden z moich faworytów. Widziałem wcześniej 11 jego filmów, praktycznie wszystko, do czego dało mi się dotrzeć, i każdy mi się strasznie podobał, a Lalkarz to jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Zabójczyni również zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, aczkolwiek chyba nie dołączy do grona tych absolutnych ulubieńców. Chyba... Bowiem przyznam, że oglądanie wschodniego kina zawsze zajmuje mi o wiele dłużej, niż trwa film. Na drugi dzień po projekcji - jestem jeszcze w trakcie przyswajania. Tak samo jak z Jią Zhang-Ke, tak było z Edwardem Yangiem itp. Znaczenia obrazów, gestów, i generalnie wszystkiego w kulturze Dalekiego Wschodu są na tyle odmienne od "naszych", że zanim jako tako zaczynam rozumieć film, mija nieco czasu. Najlepiej wtedy obejrzeć film po raz drugi, już bardziej "na 100%" (mam nadzieję, że to się zdarzy również w kinie, bo słyszałem coś, że ma chętnego dystrybutora - w co aż trudno uwierzyć, ile filmów Dalekiego Wschodu wyszło w ostatniej dekadzie w polskich kinach, dwa?). Podczas seansu tylko staram się nadążyć, z czasem "kapuję" coraz więcej tego, co do mnie dotarło. Film staje się kompletny. Wiem, że nie jestem w tym jedyny - aczkolwiek recenzje "na bieżąco" z Cannes, które Zabójczyni zebrała znakomite - sugerują, że niektórzy chyba tak nie mają. W każdym razie, z dwojga złego wolę taką kompleksowość, opartą na obrazie, niż "gadane" kino Dalekiego Wschodu - ono powstaje w sporej ilości, i masowa publika w np. Chinach je oczywiście woli od "kina festiwalowego", ale różnice w języku w przypadku takiego kina są tak duże, że często oglądając je naprawdę nie rozumiem, o co chodzi, i ani dzień, ani miesiąc po seansie nic się w tej kwestii nie zmienia. Zabójczyni jest w tej kwestii dość prosta - bardziej przystępna niż np. niedawny Mistrz Wong Kar-Waia, i dlatego mój maluczki "zachodni" umysł chyba jest w stanie ją przyswoić. Obejrzałem ją wczoraj - więc proces jeszcze trwa, ale już jest bardzo fajnie.

Do wniosku, że tematem Zabójczyni jest światło i ciemność, dotarłem podczas jednej z ostatnich scen (gdy, wstyd się przyznać do takiego wyrafinowania, walczą postać ubrana na biało i druga ubrana na czarno). Próbując "nadążyć", nie zwróciłem choćby przez cały film uwagi, że nawet imię bohaterki brzm jak "Yin i Yang", co brzmi przecież dość transparentnie. Na pierwszy rzut oka, chyba słusznie, Zabójczyni sprawia wrażenie bardziej "popularnego", prostszego, nieco mniej subtelnego kina, niż poprzednie dzieła Hou - tak jakby mistrz trochę już nie był pewien, co tu jeszcze "swojego" zrobić, więc zrobił normalne Wuxia, tyle że własnym językiem. Nawet kolorystyka i oświetlenie, choć bardzo piękne, trochę mnie jednak rozczarowały swoją... zgodnością ze współczesnym standardem? Takie nasycenie w mojej opinii czyni filmy bardziej... pospolitymi, odbiera im jakąś magię. Co więcej, niewiele tu AŻ TAK kompleksowych, odważnych w swojej głębi kompozycji, jakimi zachwycał w latach 80. czy 90. Wspominałem już, że jeśli nie widzieliście przypadkiem Lalkarza to, cholera, zróbcie to? Zabójczyni wypełniona jest za to do obłędu poziomymi panoramami, których siła oddziaływania jest w świecie kina znana i opisywana od czasów co najmniej Mizoguchiego, i pozwala w ciągu kilku sekund wyrazić całkiem bogate, zazwyczaj dużo bardziej rozpięte w czasie przeżycia. W dość laickim uproszczeniu, nazwijmy to choćby tak, że ruch w prawo to ruch "naprzód", ku nadziejom, planom, celom, z kolei w lewo to ruch "wstecz", ku przeszłości, sekretom, ku mrokowi. Właściwie większość tego, co się dzieje w Zabójczyni, to jakiegoś rodzaju ruchy w prawo i w lewo, i jeśli to do was nie przemawia, to w sumie nie jestem pewien, o czym ten film będzie w waszych oczach (ale o czymś będzie, bo zauważyłem, że niektórzy kompletnie to olali i film nadal im się podobał - choć wrocławska publika uczucia ma raczej dość mieszane). Mnie kręcą takie dualistyczne, dialektyczne tematy, a nowy film Hou używa ich bogato zarówno w sensie estetycznym, jak i narracyjnym, pokazując prostą dość historię dylematu moralnego jednostki i napiętego konfliktu politycznego. W sumie robi to kapitalnie, ale znów - robił to kapitalnie także w swoich poprzednich filmach, tyle że zazwyczaj podejmując bardziej oryginalne, "ludzkie", dotykające historie.

Film opowiada o zabójczyni, ale jego podejście jest właściwie w wielu detalach wywrotowe wobec standardów gatunku. Począwszy od tego, że przez większość filmu chodzi głównie o to, że zabójczyni nie zabija. Pytanie bez jasnej odpowiedzi brzmi, czy jest to dowód słabości, czy jednak jeszcze większej przewagi nad celem, niż gdyby zabiła. Sceny walki następują, ale zazwyczaj pokazane są szczątkowo, bo np. porzucane są gdzieś w trakcie, ostrym cięciem Hou przerzuca nas np. na statyczny kadr pokazujący drzewa czy co tam uznał w tym momencie za lepiej oddające jego uczucia wobec sprawy. Cięcia montażysty są tu zdecydowanie ważniejsze, niż cięcia miecza. Z Cannes słyszałem wiele głosów o wyjątkowym pięknie scen walki, ale jakoś nie odniosłem takiego wrażenia - oczywiście wszystkie detale są dopięte niczym te, oddane z diabelską precyzją, kostiumy i fryzury, ale jak dla mnie, te walki to nie jest show choreografii w stylu filmów Zhanga Yimou czy Przyczajonego tygrysa.... Ale to dobrze, bo nie są celem narracji, tylko jej elementem. Film ogólnie nie operuje na wysokim napięciu, jeśli tego oczekujecie po filmie, oficjalnie, reprezentującym gatunek "sztuk walki". Swoją historię opowiada raczej z buddyjskim, zdystansowanym emocjonalnie podejściem typu "shit happens". Ostatecznie ładunek emocjonalny można by porównać w kinie zachodnim do, no nie wiem, gdyby w Mistrzu zagrali Bill Hader i Jeff Bridges? Mimo wysokiego budżetu i starannie dopracowanych technikaliów, film nadal wydaje się dziełem zdominowanym nie przez przepych, a skromną powściągliwość, jaką lubimy kojarzyć z kulturami Dalekiego Wschodu.

Niezwykła jest kreacja Shu Qi, aktorki znanej i nagradzanej od dekad, ale ciągle wyglądającej jak piękna dwudziestoletnia. W Zabójczyni z jednej strony spoczywa na niej spory ciężar dramatyczny (bez TAKIEJ roli w jej wykonaniu nie wiem, czy film miałby w ogóle sens), a z drugiej, jakoś można odnieść wrażenie, że nie "robi" aktorsko zbyt wiele. Wystarczy, że wygląda, nieustannie magnetyzując - gdy czai się w ciemnościach, alarmuje, nie można od niej oderwać wzroku, a gdy w kadrze jej nie ma, widz tęskni, oczekuje na powrót. Oczywiście to zasługa także kamery i charakteryzacji, ale nadal - sam nie wiem, czy jest to wielkie osiągnięcie aktorstwa, czy raczej modellingu. W każdym razie, jest osiągnięciem.

 

W skrócie mówiąc, te dwa filmy całkiem mi się podobały. Zabójczyni mimo wszystko raczej nie wejdzie do kanonu faworytów, ot - bardzo, bardzo film i "tyle". Koń Dinheiro to coś więcej. Na obu filmach nie było zresztą nawet pełnej sali. Serio?

środa, 15 lipca 2015

Miesiąc temu skończył się w Ameryce Mad Men. Czas tego serialu skończył się, zanim skończył się sam serial. Z tego powodu nie płakałem za serialem. Ale popłaczmy za tym czasem.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015
niedziela, 15 lutego 2015
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24

statystyka