Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
czwartek, 28 lutego 2008

Gala Oscarów już minęła i większość ludu o niej zapomniała. Dobra okazja, by wreszcie o niej napisać. Mi się ta gala bardzo podobała. Wygrały, w dominującej większości, dobre filmy, choć oczywiście można się zastanawiać, czy Złoty Kompas faktycznie oferuje lepsze efekty wizualne od Transformersów. Ale generalnie, nagrody były dość trafne i nie można powiedzieć, że jakiś obraz został z Oscara okradziony lub też, że dostał nagrodę na wyrost.

Kadr z filmu "Miasto Gniewu"

Jednak to, co mnie najbardziej w gali rozradowało, to prowadzący. Jon Stewart powrócił po nieudanym eksperymencie z Ellen DeGeneres i błyszczał chyba jeszcze bardziej, niż dwa lata temu. Żartował sobie z wszystkich, przy czym najbardziej oczywiście ze środowiska Hollywoodu. Z jego prolewicowych poglądów, udawanej wrażliwości na biedę i ekologię, ze snobstwa i z wielkich fortun. Warto zachować choć niektóre  z jego bon motów, którymi raczył przez cały wieczór.

Jon Stewart

- Oscar ma od dzisiaj już 80 lat, więc automatycznie staje się faworytem w wyścigu o nominację prawicy.

- Oczywiście, ciągle odczuwamy skutki strajku scenarzystów. Emocjonalnie, finansowo, a co chyba najgorsze spośród wszystkich - że odwołano pooscarowe przyjęcie. Hm, podobno zrobiono to, aby "okazać szacunek scenarzystom". Wiecie, w jaki sposób moglibyście okazać szacunek scenarzystom? Może pewnego dnia _zaproście_ ich na pooscarowe przyjęcie. Nie bójcie się, nie będą się do was mieszać!

- Jeśli się zastanawiacie, co my tu robimy podczas przerw na reklamy, to głównie siedzimy sobie i rzucamy złośliwe uwagi dotyczące strojów, jakie wy nosicie w domu. Tak tak, to działa w obie strony.

- Nawet Norbit dostał nominację do Oscara, co mnie bardzo cieszy. Akademia zbyt często ignoruje filmy, które po prostu nie są dobre.

- Dziś rozdajemy ekologiczne, zielone Oscary. Tak więc, tego wieczoru, prezenterzy będą iść przez _całą_ drogę do mikrofonu.

- Według IMDB, nasza następna prezenterka jest gwiazdą Nicole Kidman's 2010 Untitled Project. Panie i Panowie, przed Państwem zdobywczyni Oscara, Nicole Kidman!

- Diablo Cody była niegdyś tancerką egzotyczną, a teraz jest nominowaną do Oscara scenarzystką. Mam nadzieję, że podoba ci się twoja nowa pensja.

- Wszędzie maniakalni zabójcy. Co się dzieje z tym miastem? To nie jest kraj dla starych ludzi, Sweeney Todd, Aż poleje się krew... Wszystko, co mogę powiedzieć: Bogu dzięki za nastoletnią ciążę.

niedziela, 24 lutego 2008

Wszyscy krytycy się w to bawią, również i my sobie nie odpuścimy okazji do wytypowania zwycięzców Oscarów. Już za kilkanaście godzin będzie można przeczytać tą notkę i podziwać celne typy, ewentualnie wyśmiać niecelne, bo i tych na pewno się nieco zbierze.

Listę wszystkich kategorii i nominacji można zobaczyć tutaj .

Najlepszy film - Bumkacherzy typują To nie jest kraj dla starych ludzi, czyli arcydzieło Coenów, ale wcale nie jest on pewniakiem (ponad 2 dolary do wygrania za 1 postawionego). Na pewno sensacją byłoby zwycięstwo kogoś z trójki Juno, Michael Clayton czy Pokuta, ale Aż poleje się krew i To nie jest kraj... to niemal równorzędni faworyci. Ten drugi wydaje się jednak zbierać mniej negatywnych opinii krytyków, mając jednocześnie masę zalet (napięcie, wykonanie, aktorstwo, głębia, adaptacja bestsellerowej książki). Mój typ: To nie jest kraj dla starych ludzi.

Aktor - tutaj sprawa jest faktycznie przesądzona, wygra ten, który wygrywa wszędzie. Daniel Day-Lewis.

Daniel Day-Lewis

Aktorka - bardzo wyrównana kategoria. Najlepsza jest chyba Marion Cotillard, ale to Francuzka, grająca we francuskim filmie. Jej szanse wobec tego maleją. Widzowie zdecydowanie najbardziej lubią Ellen Page, czyli 16-letnią Juno, ale jej z kolei nie kochają krytycy. Za to Julie Christie to dojrzała Amerykanka, która zasługuje na nagrody, tylko że gra w dość przeciętnym filmie - Away from Her. Kto więc zdobędzie najwięcej głosów? Wydaje mi się, że "ignoraci z Hollywoodu" mogą zrobić niespodziankę i wybrać Ellen Page.

Aktor drugoplanowy - bezwzględnie Javier Bardem. Jedna z najbardziej zapadających w pamięć kreacji w ostatnich latach i rola, która przejdzie do historii kina. Wszyscy nominowani aktorzy są świetni i warto ich zobaczyć - żaden po prostu nie jest tak wybitny, jak Bardem.

Aktorka drugoplanowa - znowu urodzaj. Cate Blanchett  gra faceta, a to jest zawsze mile widziane. Amy Ryan gra kobietę, ale robi to doskonale. Pozostała trójka również ma spore szanse. Mimo wszystko powinna zwyciężyć Cate Blanchett. Oddanie głosu na I'm not there będzie również hołdem dla Heatha Ledgera - w końcu to jego ostatni film, opublikowany za jego życia.

Cate Blanchett

Reżyser - tutaj sytuacja jest podobna jak z najlepszym filmem. Zacięta walka pomiędzy To nie jest kraj... oraz Aż poleje się krew. Reżyser francuskiego Motyla i Skafandra, Julian Schnabel, raczej nie zwycięży, bo to jest jednak Francuz. Moim zdaniem bracia Coen zostaną minimalnie wyprzedzeni przez twórcę monumentalnego Aż poleje się krew - Paula Thomasa Andersona.

Scenariusz oryginalny - raczej na pewno Juno. Konkurencja jest dość słaba.

Scenariusz adaptowany - tutaj do walki może włączyć się Pokuta, ale gdyby zwyciężyła, byłbym bardzo zawiedziony. Zdecydowanie najlepszą historię przedstawiono bowiem w To nie jest kraj dla starych ludzi i wyłącznie jemu kibicuję. No i Motylowi i Skafandrowi, ale to francuskie, więc raczej nie wygra.

Zdjęcia - bardzo mocna kategoria. Praktycznie każdy z nominowanych wykonał świetną robotę. Jednak filmem, w którym najbardziej rzuca się w oczy kapitalna praca kamery, jest Motyl i skafander, toteż ten właśnie obraz powinien zwyciężyć. Autor zdjęć, Janusz Kamiński, to człowiek dobrze znany, w końcu współpracuje ze Spielbergiem. Z drugiej strony - jako jedyny z nominowanych dostał już Oscara, nawet dwa, więc to może zniechęcić głosujących do dalszego promowania jego osoby. Wtedy zwycięży pewnie Pokuta albo To nie jest kraj dla starych ludzi.

Motyl i skafander

Montaż - zdecydowanie To nie jest kraj dla starych ludzi, choć być może członkowie Akademii będą chcieli docenić świetne kino rozrywkowe w postaci Ultimatum Bourne'a. Z reguły jednak takie filmy nie zodbywają statuetek, więc typuję braci Coen. To byłby ich trzeci Oscar tej nocy.

Scenografia - w tej kategorii nie ma jednego dzieła, które by zachwyciło. Większość nagród zdobywa Aż poleje się krew, więc postawię na niego.

Kostiumy - również bez faworyta. Być może, na pocieszenie dla kina francuskiego, zwycięży Niczego nie żałuję - Edith Piaf, ale Elizabeth oraz Sweeney Todd to jednako mocni kandydaci.

Niczego nie żałuję

Charakteryzacja - jedyna kategoria, w której zobaczymy film nagrodzony jednocześnie Złotą Maliną - chodzi oczywiście o Norbita. Poparcie tego gniotu byłoby dość ryzykowne, podobnie jest z Piratami - mój głos oddaję więc na Niczego nie żałuję, mimo, że to francuskie. Nie zmienia to faktu, że moim zdaniem Oscara powinni odebrać charakteryzatorzy z To nie jest kraj dla starych ludzi, autorzy niesamowitej fryzury Javiera Bardema.

Muzyka - prawopodobnie Pokuta. Trudno oglądać ten film i nie zwrócić uwagi na muzykę. Spore szanse daję też Ratatujowi - świetną ścieżkę dźwiękową ułożył tam Michael Giacchino, znany z muzyki do serialu Zagubieni. A 3.10 do Yumy? Nie, raczej nie.

Piosenka, dźwięk i montaż dźwięku - to by było zbytnie rozdranianie się;). Nie typuję.

Efekty specjalne - na pewno Transformers, w tym przypadku jakość filmu nie ma znaczenia. Efekty są tam bezkonkurencyjne.

Transformers

Film animowany - Persepolis jest francuskie, w dodatku opowiada o dorastaniu Iranki w Europie. Toteż, niestety, Amerykanie raczej nie będą się długo wahać i wybiorą Ratatouille.

Film zagraniczny - kompletnie dziwaczne nominacje. Nie ma nikogo z Francji, odpadły też wspaniałe 4 miesiące... oraz XXY. Zostały obrazy trochę znane i trochę lubiane, ale żaden z nich nie może się równać z Życiem na podsłuchu, ubiegłorocznym triumfatorem. Każdy z filmów ma też zdecydowane przesłanie polityczne. Wydaje się, że obecnie, kiedy mówi się o nadejściu następnej Zimnej Wojny, Amerykanie wybiorą Katyń, który jest całkiem antyrosyjski. Duże szanse mają też jednak Fałszerze czy Beaufort.

Dokument - trzy antybushowskie filmy o wojnie, jeden antybushowski film o amerykańskiej służbie zdrowia... i jeden o konkursie tańca w Ugandzie. No cóż, zbliżają się wybory prezydenckie, więc Hollywood na pewno chce przypomnieć ludziom, która partia jest niewarta ich głosu. Wśród dokumentów najlepsze opinie widzów i krytyków zbiera No End in Sight, w dodatku jest antybushowski, więc czemu by nie on. Drugim faworytem jest Sicko Michaela Moore'a - wszyscy zmęczeni tematem wojny zagłosują pewnie na niego z czystym sumieniem, bo ten obraz również jest antybushowski.

 No End in Sight

I to już tyle. Pozostaje poczekać do godz. 2.00 w nocy i patrzeć, jak to wszystko ułoży się w rzeczywistości. 

sobota, 23 lutego 2008

Tak, to już jutro. Tzn., w USA jutro, a w Polsce w poniedziałek rano, czyli dopiero pojutrze. Tak czy siak - już za jakieś 30 godzin powinna zacząć się gala oscarowa. Czujecie się podnieceni? My nie bardzo, ale nie zmienia to faktu, że wyniki owej gali będziemy pewnie rozstrzać jeszcze latami. Można się zgodzić, że Oscary żadnym autorytetem nie są. Że nie mają wiele wspólnego z jakością filmu. Można. Ale i tak za 30 lat nie będziemy rozstrząsać, że Pokuta zdobyła Złoty Glob, albo że Martwa natura wcale nie była najlepszym filmem na festiwalu w Wenecji 2006. Za 30 lat za to na pewno będziemy dyskutować, który z filmów zasłużył na Oscara, a który nie. Tak jak teraz dyskutujemy, dlaczego statuetek nie otrzymały niegdyś Chinatown lub Dawno temu w Ameryce. Cóż. Oscary są po prostu najważniejsze.

Zdobywcy Oscarów 2007: Forest Whitaker, Jennifer Hudson, Hellen Mirren i Alan Arkin

Jak pewnie wiecie, relacji z gali tym razem nie będzie w znanej i lubianej telewizji TVP. Wobec rego wszyscy kinomaniacy spędzą poniedziałkowy poranek oglądając transmisję w internecie, lub też w telewizji Canal+. Na szczęście dla posiadaczy, stacja ta przygotowała odpowiednio smaczne przystawki do niedzielnej transmisji. Najpierw, o godz. 20.00, zobaczymy Życie na podsłuchu - czyli film wybrany przez nas niedawno najlepszym obrazem 2007. Zdobywcę ostatniego Oscara za film zagraniczny. Po tym arcydziele będzie można zobaczyć produkcję rodzimą, mianowicie Testosteron. Wreszcie, zanim stacja przełączy się do, zobaczymy - co zadziwiające - mało znany horror Krwawe święta, opowiadający o seryjnym mordercy grasującym w akademiku. Taki dobór filmów nieco mnie zaskoczył, ale cóż - najważniejsze, że wyemitują Życie na podsłuchu, bo ten film jestem w stanie zawsze z radością obejrzeć.

Życie na podsłuchu

Inne stacje będą żerować na bezsennej nocy miłośników kina. Wspomniane TVP proponuje nam serię programów o tematyce Oscarowej, w której zapewne zobaczymy, jak to gwiazdy wchodzą po czerwonym dywanie i się uśmiechają do kamer, a potem znikają za drzwiami. Najważniejsze to poczuć atmosferę - takie jest pewnie założenie TVP. W międzyczasie będą też jednak filmy i to bardzo dobre: o 22.10 Ziemia Obiecana, a o 3.15 w nocy Monster z Oscarową rolą Charlize Theron.

Charlize Theron w życiu i w filmie Monster 

TVP tak się rozpędziła, że klasykę zaserwuje nam również dzień przed i dzień po Oscarach. Dzisiaj, o godz. 22.40 stacja ta wyemituje Działa Navarony, a w poniedziałek o 22.50 - Milczenie Owiec. To dwie świetne wiadomości. Możnaby spytać: po co komu gala, skoro można zobaczyć w TV tak znakomite, ponadczasowe produkcje? Tak więc, drodzy widzowie TVP, nie pękajcie. Nie będziecie osamotnieni w niedzielną, oscarową noc.

A jutro notka o tym, kto - naszym zdaniem - będzie miał najwięcej powodów do świętowania tego wieczoru. Innymi słowy, kto wygra. 

Trudno uwierzyć, ale jeden z naszych ulubionych filmów ostatniego okresu - Motyl i skafander - nie został doceniony w swojej własnej ojczyźnie, czyli Francji, gdzie właśnie przyznano Cezary. Cezary to takie francuskie Oscary, wiadomo.

Janusz Kamiński

Janusz Kamiński to nasz rodak, ale nie z tego powodu mu kibicowałem. Kibicowałem mu, bo zdjęcia, jakie nakręcił do Motyla i skafandra, są po prostu kapitalne. W momencie oglądania filmu byłem pewien, że Kamiński ma już w kieszeni Oscara. Tymczasem francuskie jury Polaka nie doceniło, zamiast tego wręczając Cezara za najlepsze zdjęcia Japończykowi Tetsuo Nagacie, który nakręcił Edith Piaf - Niczego nie żałuję. 

Film o legendarnej śpiewaczce, który w USA zwie się La vie en Rose, a w oryginale po prostu La Môme, wygrał też w innej ważnej kategorii - mianowicie najlepszej aktorki. Tutaj nie było żadnych wątpliwości, że wyróżniana BAFTA, Złotym Globem i nominacją do Oscara Marion Cotillard nie będzie miała konkurencji.

Mario Cotillard

Ale chyba największą niespodzianką jest triumfator głównej kategorii - najlepszy film. Tutaj bowiem zwyciężył mało znany film La graine et le mulet. Mało znany nie dlatego, że słaby, tylko dlatego, że mało rozpowszechiony. Do tej pory w zwyczajnych kinach mogli go zobaczyć tylko Francuzi, Belgowie i Włosi. W kilku innych krajach La graine et le mulet było wyświetlane tylko podczas festiwali (np. w Niemczech). Data premiery polskiej, jak i tutejszy tytuł, są oczywiście jeszcze nieustalone. Wygląda na to, że dopiero dzisiaj wieczorem dystrybutorzy zaczną się nim interesować.

Szczerze mówiąc, to nawet ja nie mam pojęcia, o czym jest La graine et le mulet i dlaczego to takie fajne. Obraz zdobył trzy najważniejsze Cezary (film, reżyseria, scenariusz oryginalny), a czwarta statuetka powędrowała dla aktorskiego odkrycia - Hafsii Herzi.

Hafsia Herzi

A wracając do filmów dobrze nam znanych i wychwalanych podczas naszej audycji, warto wspomnieć o Persepolis. Ten fantastyczny obraz zdobył, tak jak Motyl i skafander, dwa Cezary - za debiut i za scenariusz adaptowany.

Persepolis

La graine et le mulet nie wszedł jeszcze do kin w USA, więc nie wiadomo, jak zostanie tam przyjęty. Natomiast Persepolis, Edith Piaf - Niczego nie żałuję oraz Motyl i skafander to są wszystko obrazy nominowane do tegorocznych Oscarów. I to w głównych kategoriach, a nie jako film zagraniczny. Oj, mają dobry okres w swojej kinematografii Francuzi, mają. Czego oczywiście życzymy. Polsce, sobie i Wam.

wtorek, 19 lutego 2008

Scenarzyści to biedni ludzie. Pracują nad niesamowitymi historiami, które zabawią nas wszystkich. Wiedzą jednocześnie, że, nawet jeśli widzowi oglądającemu film historia się spodoba, to rzadko kiedy obejdzie go, kto ją napisał. "Steven Spielberg niezły jest", powie widz. Albo "postać Julii Roberts jest fajna". Nigdy nie powie: "Susannah Grant napisała świetne dialogi", nie powie "Ian Watson udanie przełożył język książki na film". Zapytajcie kogoś, kim jest Charlie Kaufman. Pewnie nie będzie wiedział, mimo, iż Kaufman w swoich scenariuszach objawia wyobraźnię nie mniejszą, niż choćby Quentin Tarantino. Ale kogo obchodzą scenarzyści?

Diablo Cody

Aby stać się znanym scenarzystą, trzeba spełnić wiele warunków. Dobrze jest być młodą i atrakcyjną kobietą. Ciekawa biografia też jest w dobrym tonie - wystarczy, jeśli np. pracowałaś, rozbierając się w barze. Przydałoby się też, aby twój debiut od razu dostał nominację do Oscara i był faworytem w wyścigu o statuetkę. Nie da rady? Ano znalazła się taka, co dała radę. Za tydzień, po oscarowej gali, pisać i mówić o niej będą wszyscy. Przed państwem Diablo Cody, znana scenarzystka.

 
Znana stała się dwa lata temu, kiedy wydała książkę pod tytułem Candy Girl: Rok z życia niecodziennej striptrizerki. Książka była na tyle dobra, że Diablo wystąpiła w programie Davida Lettermana, który to możecie zobaczyć powyżej. Diablo opowiada w nim przezabawnie, jak została striptizerką. - Pracowałam jako kopistka, przepisywałam teksty, aż pewnego dnia przekładałam papiery i pomyślałam sobie: kurde, to jest absolutnie do dupy! Już wolę się rozbierać dla kasy. Jak pomyślała, tak zrobiła - kiedy przechodząc obok baru ze striptizem zobaczyła ogłoszenie o Nocy Amatorek, zapisała się i pierwszy występ na tyle jej się spodobał, że postanowiła zatrudnić się w branży. Jak jej się żyje, relacjonowała na swoim blogu , a w końcu napisała wspomnianą książkę. Potem Diablo pracowała w sex-telefonie, co, jak przyznała w innym wywiadzie Lettermana , było świetnym treningiem scenopisarskim. Ogółem Cody miło wspomina ten okres i bez skrępowania przyznaje, że świetnie się bawiła, rozbierając się dla facetów. Ale po sukcesie książki Diablo postanowiła skupić się na pisaniu. Najpierw myślała o sztuce, ale ostatecznie z materiału wyszedł film. Film, który obecnie święci triumfy jako Juno.
 
Kadr z filmu Juno
 
Zastanawiałam się, jakiej tu historii jeszcze nie opowiedziano - wspomina Cody - na początku przyszło mi na myśl: wiem, Chicago Bears '85 i ich droga do Super Bowl. Ale za chwilę pomyślałam: nie, nie. Może lepiej to: dziewczyna zachodzi w ciążę, postanawia urodzić i oddać dziecko do adopcji. Jak sobie z tym radzi. I żeby to wszystko było w formie komedii. Tak właśnie wygląda fabuła Juno. O filmie pewnie jeszcze nie raz wspomnimy, bo jego polska premiera to dopiero 4 kwietnia (ponad pół roku opóźnienia!). Na razie liczy się dla nas to, że Juno zbiera świetne opinie prasy i widzów. Liczy na Oscary w czterech kategoriach: film, reżyser, scenariusz oraz główna rola kobieca. Za tę ostatnią odpowiada Ellen Page i, podobnie jak Diablo Cody, jest faworytką do statuetki, przynajmniej według użytkowników portalu IMDB . Page w filmie gra szesnastolatkę, ale jest dużo bardziej doświadczona od 29-letniej Cody - pierwszą rolę w telewizji zagrała już w 1997 roku, w kinie pojawiła się pięć lat później. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że Juno to jak na razie jej życiowa rola.
 
Ellen Page i Diablo Cody
 
Jak potoczy się dalsza kariera Diablo po tym olśniewającym debiucie? Czy stanie się gwiazdą taką, jak aktorzy czy reżyserzy? Tego jej życzę i wiele na to wskazuje. Kolejne jej projekty są rozchwytywane przez producentów. Pieniądze na serial jej pomysłu, The United States of Tara, organizuje w tej chwili nikt inny, jak Steven Spielberg. W realizacji jest też kolejna produkcja kinowa, którą napisała Cody, mianowicie Jennifer's Body. Film pojawi się w kinach dopiero w 2009, ale wiemy już, kto zagra w nim główną rolę. Będzie to inna ślicznotka, znana z Transformersów Megan Fox.
 
Megan Fox
 
Przesłanie tej notki jest takie jak zawsze, mianowicie: talent i ciężka praca potrafią doprowadzić człowieka od udawania seksu w barze za 60 dolarów na sam szczyt, gdzie czerwony dywan gęsto się ściele, a potentaci z Hollywood kasę sypią wprost do kieszeni. Czego Wam i sobie życzymy.
poniedziałek, 18 lutego 2008

Ukoronowaniem tego tygodnia będzie bez wątpienia niedzielne rozdanie Oscarów. Z tego powodu przez najbliższy czas blog zapełni się tematyką okołooscarową. Od czego zaczniemy? Oczywiście od recenzji największego faworyta nadchodzącej gali, mianowicie To nie jest kraj dla starych ludzi Ethana i Joela Coenów. Ogółem film zdobył aż 8 nominacji do nagród Akademii: za najlepszy film, scenariusz, reżyserię, montaż (wszystkie autorstwa braci Coen), a także za rolę drugoplanową (Javier Bardem), dźwięk, zdjęcia i montaż dźwięku. Sensacją jest fakt, że To nie jest kraj... nie wygrał ani Złotych Globów, ani BAFTA, ale niech to was nie zmyli - absolutnie nic nie przemawia za tym, żeby nie zdobył nagrody najważniejszej. Oscara.

 
Jeśli z powyższego zwiastunu nic nie zrozumieliście, to w sumie lepiej - warto zobaczyć ten film "na świeżo", kiedy człowiek nie domyśla się, co będzie dalej. Czym w zasadzie jest film Coenów? Myślę, że najbliższe prawdy są określenia: antywestern, western noir. To nie jest kraj... nosi wszelkie znamiona westernu - jest poważny jak cholera, a także bardzo brutalny. Ani przez moment nie mamy wrażenia, które w hollywoodzkich produkcjach jest nagminne - że przemoc jest przesadzona, przerysowana, że to się nie dzieje naprawdę, że kolejne trupy mają tylko wytworzyć uśmiech na ustach. W filmie Coenów, owszem, uśmiechniemy się nie raz, głównie za sprawą kapitalnych dialogów - ale żadnej wesołości nie odczujemy. Będzie to śmiech, który tylko rozładowuje napięcie, nagromadzone przez ogrom okrucieństwa.
 
To nie jest kraj dla starych ludzi
 
Dlaczego jeszcze western? To nie jest kraj... opowiada o Ameryce. Jego przesłanie niby jest uniwersalne... ale nikt nie zrozumie tego filmu tak, jak Amerykanie. To jest opowieść całkowicie o historii American Dream - o historii kraju, który nigdy nie został napadnięty, na terenie którego żadne państwo nie toczyło wojny. Kraju, który jest świątynią nowej religii zwanej konsumpcja. Kraju, który niszczy się sam, gnije od wewnątrz. Coenowie nie oszczędzają nikogo. Starych oskarżają o słabość. Młodych o zepsucie. A wszystkich ostrzegają: to was zniszczy. Jeśli możemy powiedzieć o głównym motywie filmu, to bez wątpienia jest to motyw darwinowski, czy też nietzche'ański. Chodzi o to, jak nowe wypiera stare. Wypiera bezlitośnie, torując sobie miejsce wszelką możliwą metodą. Pozbawione jest uczuć, bo one nie pomagają w przetrwaniu. Symbolem tej nowej, brutalnej siły jest Anton Chigurh, fenomenalnie grany przez Javiera Bardema. Jeszcze człowiek, czy już bestia? A może po prostu übermensch? Chigurh to socjopata pozbawiony uczuć, który ludzi dzieli tylko na dwie grupy - tych, którzy zasługują na śmierć, i tych, którzy mogą żyć. Tych pierwszych Chigurh zabija bronią do uboju bydła. Nie widzi żadnego powodu, dla którego miałby darować komuś życie. Gdy ma jakiekolwiek wątpliwości, nie negocjuje z ofiarą - zdaje się po prostu na rzut monetą. Widzi tylko swój cel, do którego brnie najprostszą drogą - niszcząc wszystko, co stanie mu na drodze. Chigurh jest bez wątpienia najmocniejszym elementem filmu, postacią, którą zapamiętuje się na całe życie. No i ma zabójczą fryzurę. Podobno, gdy Javier Bardem pierwszy raz zobaczył się z nią w lustrze, powiedział: "O nie, przez najbliższe dwa miesiące nikt się ze mną nie prześpi".
 
Javier Bardem w To nie jest kraj dla starych ludzi
 
Kto staje naprzeciw Chigurha? Zwykli, szarzy ludzie, którzy może mają swoje życiowe zasady, ale muszą polec wobec najważniejszej zasady - zasady życia i śmierci. Tomy Lee Jones jako szeryf Ed Tom Bell pojawia się na ekranie głównie po to, by mówić. Nie jest w stanie działać, świat go przerasta - to właśnie szeryf Bell symbolizuje tytułowych "starych ludzi". Bell, choć bezsilny wobec okrutnych zabójców, jest człowiekiem bardzo mądrym. Warto wsłuchiwać się w jego słowa, zwłaszcza te otwierające i zamykające film, ponieważ to one nadają metafizyczny sens całej opowieści. Szczególnie przemowa końcowa szeryfa Bella udowadnia, że on jeden wie, o co w tym chodzi i co tu się dzieje. To swoisty filozof Dzikiego Zachodu.
 
Tommy Lee Jones w To nie jest kraj dla starych ludzi
 
Wspominałem wreszcie o konsumpcji, moralnym rozpasaniu. Ją reprezentuje Llewelyn Moss, przeciętny kowboj, który lubi wziąć strzelbę, pójść na prerię i choć przez chwilę mieć poczucie władzy, kiedy celuje do bezbronnej sarenki. Rolę Llewelyna miał początkowo dostać Heath Ledger, ale nie miał akurat czasu, więc Coenowie wybrali kogoś innego - Josha Brolina. Postać Brolina podczas jednego z polowań znajduje 2 miliony dolarów, pozostałe po mafijnej strzelaninie. Postanawia wystawić siebie i świat na próbę, zgarnąć pieniądze i spróbować przeżyć. Moss nie idzie na kompromisy, poświęca wszystkich i wszystko, byle przechytrzyć pościg i zatrzymać kasę. Jest pozbawiony zasad, nastawiony tylko na bieżącą przyjemność i na przetrwanie, jak zwierzę. Łatwo go złamać, łatwo przechytrzyć. W porównaniu z niezniszczalnym, perfekcyjnym Chigurhem, Moss jest jak szczur, skazany na porażkę. Całe jego życie to próba zatłumienia świadomości nadchodzącej śmierci.
 
Josh Brolin w To nie jest kraj dla starych ludzi
 
Tym sposobem przedstawiłem dość obszernie film, który od kilku dni możemy oglądać w kinach. Oczywiście, to nie jest wyczerpująca analiza - możnaby chociażby wspomnieć o poemacie W. B. Yeatsa, który był inspiracją dla książki i filmu. Nie wspomniałem o "szczegółach" typu wyjątkowy klimat, wspaniałe kreacje aktorskie, nieustający suspens, doskonała reżyseria. Myślę, że to trzeba zobaczyć samemu - jeśli jeszcze nie widzieliście To nie jest kraj..., po prostu musicie wybrać się do kina. Baczcie, aby wybrać porę, o której sala nie będzie tłoczna - uczucie z oglądania tego obrazu w ciszy jest bowiem wyjątkowe.
 
A gdy już objerzycie, chyba zgodzicie się ze mną, że film zasługuje na statuetkę Oscara, jak mało który. Czy zwycięży, o tym przekonamy się za 6 dni. Bracia Coen mogą zostać rekordzistami, zdobywając za jeden film 4 nagrody Akademii. Przed nimi tylko jeden człowiek dostał choćby 4 nominacje - był to Orson Welles, oczywiście za Obywatela Kane'a. Ja typuję, że Coenowie mogą liczyć na 3 nagrody, co i tak umieści ich w historii kina. Ich filmu już tam umieszczać nie trzeba. On sobie to miejsce wydarł. My, szarzy ludzie, nie możemy stanąć mu na drodze.
niedziela, 17 lutego 2008

Znajomi często mnie pytają. Hej Paweł, widziałeś zwiastun nowego Indiany Jonesa? Co o nim myślisz? Zajefajnie się zapowiada, co nie?

No więc: jasne, że widziałem. Tak, myślę coś o nim. Nie, nie zapowiada się zajefajnie.

 
Nie jestem w stanie objąć rozumem ilości patosu, która z tego zwiastunu się wyłania. Ja rozumiem, że twórcy bijącego rekordy naiwności Skarbu Narodów cisną, a duet Spielberg-Lukas chce udowodnić, że w dziedzinie ratowania świata nie ma sobie równych, ale... Ostatnie wysiłki duetu wychodzą według mnie dość kiepsko. "Pokonał armie zła", "uratował kolebkę ludzkości", "obronił boską moc"... nie wiem, jak bardzo trzeba być zakochanym w Indiana Jonesie, by łykać takie slogany bez zażenowania. Wybaczcie, ale Indiana nie był bohaterem mojej młodości. Nie kocham go i nie chce mi się słuchać wspominków o tym, jak to wspaniały dr Jones po raz kolejny uratował ludzkość i w ogóle Wszechświat.
 
Jak radzi sobie z problemami nasz niekonwencjonalny profesor archeologii? Za pomocą jakże oryginalnego kopniaka. Samego ciosu oczywiście nie zobaczymy, za to usłyszymy charakterystyczny, sztuczny odgłos uderzenia. Kiedyś było to sympatyczne, w obecnych czasach wygląda co najwyżej śmiesznie. Harrison Ford nie wygląda już bowiem tak:
 
Harrison Ford - portret
 
Tylko tak:
 
Harrison Ford - rzeczywistość
 
Równie anachronicznie, co sam bohater główny, prezentuje się muzyka w trailerze. Ciągle ta sama. Nie wiem, jak wy, ale ja już nie staję na baczność na jej dźwięk. To zwykła, kiczowata muzyczka. Za wiele razy ją słyszałem w dzwonkach telefonów komórkowych i w reklamach dziecięcych pieluch, żeby teraz ciągle ją znosić. Zobaczcie, jak to zrobili twórcy filmów o Bondzie - tam niby też mamy nieśmiertelny, rozpoznawalny motyw, ale jednak w każdej kolejnej produkcji nie odczuwamy, że słuchamy ciągle tego samego. Tam występują wariacje, zabawa z tematem. Tutaj mamy to samo, co w roku 1981. Kop, kop, ta-ta-ta, fanfary. Uratował pan świat.
  
Nie wiem, czy w ten sposób twórcy puszczają oko do widza, czy faktycznie planują zrobić film w taki sam sposób, jak to robili 3 dekady temu. Jeśli to drugie, to niedobrze. Jeśli to pierwsze, to niech im będzie - w takim wypadku pozostaje stwierdzenie, że trailer absolutnie mnie do niczego nie zachęca. Cały bowiem opiera się na nostalgii tłumów za swoim idolem (to już prawie 20 lat, jak widzieliśmy go w kinach!). Ja nie tęsknię. Harrison, zbliża się siódma dyszka - może pora choć trochę dorosnąć?
środa, 13 lutego 2008

Tytuł może dość mocny, ale i sprawa dla nas - ludzi filmowo-krytycznych - dość poważna. Otóż bowiem Pokuta, która od piątku można zobaczyć w polskich kinach, zdobyła ostatnio Złoty Glob oraz nagrodę BAFTA za najlepszy film roku. Są to dwie najważniejsze - obok Oscara - nagrody filmowego światka. I my w zasadzie nie wiemy, za co. Ja nie wiem. Redaktor Golis też nie wie. A cały świat się zachwyca.

 
O czym jest Pokuta? O grzechu i o żalu, generalnie. Akcja zaczyna się przed II wojną światową na angielskim dworze. 13-letnia Briony Tallis obserwuje przez przypadek kilka dziwnych zdarzeń, które błędnie interpretuje - odnosząc wrażenie, że robotnik Robbie (James McAvoy) jest zboczeńcem. Briony (Saoirse Ronan) oskarża Robbie'ego o gwałt, co dla chłopaka kończy się więzieniem. By wydostać się z niewoli, Robbie zaciąga się do armii. Briony tymczasem powoli zaczyna rozumieć, co zrobiła i ogarnia ją niewysłowione poczucie winy. Aha, i jest też ukochana Robbie'ego. Ukochana nazywa się Cecilia Tallis. Gra ją Keira Knightley.
 
Keira Knightley i James McAvoy
 
To, co uderza w Pokucie, to wyraźna brytyjskość tego filmu. Niby nic dziwnego, jeśli to właśnie Brytyjczycy zrobili ten film, ale specyficzny klimat wysp czuć w Pokucie jak mało gdzie. To chyba tłumaczy, dlaczego krytycy spoza USA (bo to oni przyznają BAFTA oraz Złote Globy) z taką chęcią wręczali obrazowi Joego Wrighta statuetki. Praktycznie wszyscy aktorzy mówią pięknym, brytyjskim akcentem. Przy okazji wojny pojawia się wyraźne przesłanie patriotyczne - co witam jako miłą odmianę, bo powoli przyzwyczaiłem się, że monopol na patriotyzm w kinie mają Amerykanie. Tylko że ten wyspiarski styl zbyt szybko się wyczerpuje. Pierwsze pół godziny, które rozgrywa się w sielskiej atmosferze, jest świetne - kipi angielskim humorem, dystansem, manierami hrabiowskiego dworu. To wymarzona otoczka, by opowiadać o młodzieńczych nieporozumieniach na tle seksualnym. Jest lekko i przyjemnie.
 
Saoirse Ronan w Pokucie
 
Gorzej, kiedy tonacja scenariusza zmienia się na bardziej ponurą. Zaczyna się opowieść o dręczącym poczuciu winy i niezmazywalnych plamach. O koszmarze wojny. O wielkiej miłości i wielkiej tęsknocie. Tutaj oczekiwałem czegoś dosadnego, anatomicznie wręcz realnego. Tymczasem historia nadal jest pokazywana z chłodnym dystansem, który sugeruje, by wszystkich tych zdarzeń nie brać na poważnie. Najwyraźniej widać to w scenie na plaży w Dunkierce. Robbie wraca z piekła. Ledwo idzie. Jest zmęczony, chce mu się pić. Trudno mu wytrzymać, najchętniej byłby już do domu. Tak przynajmniej się domyślamy... Bo kamera, zamiast oddać ciężką sytuację bohatera, woli podziwać widoki. W bardzo długim, imponującym technicznie (ponad 5 minut!) ujęciu Robbie wydaje się najmniej ważny - zamiast niego oglądamy zachodzące słońce, śpiewających cudaków, zniszczone okręty. I tak jest przez cały film - zupełnie bezosobowo. Zamiast odczuwać coraz większe emocje, widz coraz bardziej upewnia się, że to tylko film kostiumowy. Dystans. Ale Joe Wright to przecież młody reżyser (35), jeszcze długa droga przed nim.
 
James McAvoy
 
Nie zrozumcie mnie jednak źle. Pokuta to dobry, wartościowy obraz. Byłoby błędem zniechęcać do jego obejrzenia. Dla mnie jednak nie jest on żadnym wybitnym dziełem, zasługującym na setki wyróżnień, a po prostu kawałkiem dobrze wykorzystanej taśmy filmowej. Aktorstwo stoi na świetnym poziomie - na tyle, że zasługuje na osobną notkę. Scenariusz, powstały na podstawie niezłej książki Iana McEwana, faktycznie jest udany i prowokuje do refleksji. Główne przesłanie - że nie warto oceniać ludzkich działań bez poznania przyczyny - można uznać za banalne, ale ja uważam, że o takich rzeczach zawsze warto przypominać. Boli nieco fakt, że trudno się tu tak naprawdę doszukać tytułowej pokuty - po zakończeniu filmu ciągle mam wrażenie, że kto zgrzeszył, wcale swoich win nie odpokutował, a wręcz przeciwnie, nic mu się nie stało. Osobiście bardzo mnie to mierzi.
 
Saoirse Ronan i James McAvoy
 
Technicznie jednak, Pokuta jest bez zarzutu. Zdjęcia oraz kompozycja plastyczna scen robią wrażenie. Kostiumy oraz scenografia - doskonałe. Muzyka jest dobrze wykonana i pomysłowa - w głównym motywie przewija się odgłos maszyny do pisania, który ma również znaczenie dla fabuły. Chociaż mi bardziej podobały się kompozycje z niedawnego Ostrożnie, pożądanie - filmu, który w tej kategorii nominacji do Oscara niestety nie dostał. W kwestii zdjęć zaś Pokutę przewyższa chociażby Motyl i Skafander - obraz zdecydowanie głębszy i bardziej sugestywny. Taka jest właśnie cała Pokuta - niezła, ale w każdej kategorii zostawia lekki niedosyt. Nie jestem w stanie klęknąć przed tym filmem. Ale polecam zobaczyć.
poniedziałek, 11 lutego 2008

Grał we Francuskim łączniku, klasyku nad klasykami.

Francuski łącznik

Grał w Całym tym zgiełku, kapitalnym musicalu Boba Fosse'a.

Cały ten zgiełk

Grał w Od siedmiu wzwyż, gdzie zmierzył się z archetypem samotnego gliny, który w mrocznym mieście musi sam wymierzyć sprawiedliwość.

Od siedmiu wzwyż

Ale nie da się ukryć, że jego twarz instynktownie kojarzy się tylko z jednym filmem. Ze Szczękami. To było 33 lata temu, ale i tak nie znajdziesz dzisiaj człowieka, który by nie znał tego obrazu.

Szczęki

Scheider od dłuższego czasu grał coraz mniej, w rolach coraz bardziej podrzędnych. Poważnie chorował. Zmarł w wieku 75 lat. Jego śmierć nie jest takim szokiem jak nagłe zgaśnięcie gwiazdy Heatha Ledgera, ale i tak nas boli. Nas i całe pokolenie, dla których Szczęki są jednym z najwyraźniejszych wspomnień z młodości. 

niedziela, 10 lutego 2008

Niestety - jak zauważyli już nasi słuchacze - przez najbliższe tygodnie, tak jak i w tym, "Filmowe Łowy" nie będą nadawać. Spowodowane jest to przerwą zimową w UniRadiu. Do internetowego eteru wrócimy za jakiś czas. Jednakże nie mamy zamiaru zwalniać zimą tempa. Jest blog, a na nim pisać będziemy, co najbardziej warto obecnie oglądać - w kinie i w TV.

A jest co oglądać. W tym tygodniu w kinach wiele premier, w tym jedna na wielką skalę.

Pokuta - plakat

Pokuta to jedno z wielkich zaskoczeń ostatnich miesięcy. Wydawało mi się, że z książki Iana McEwana wyjdzie typowe romansidło. Tymczasem film zrealizowano z rozmachem, oprawiając go w pierwszorzędny obraz i dźwięk, nie tracąc jednocześnie sensu powieści. Złoty Glob dla najlepszego filmu to była spora sensacja, a w kolejce czeka aż 7 nominacji do Oscara - za najlepszy film, scenariusz, muzykę, zdjęcia, kostiumy, scenografię oraz dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Tą ostatnią wyróżniona została 13-letnia Saoirse Ronan, która wydaje się coraz bardziej przyćmiewać Keirę Knightley. Keira miała być główną gwiazdą filmu, natomiast większośc krytyków po obejrzeniu Pokuty nie może się nachwalić Saoirse, która wzięła się znikąd i zagrała podobno najlepszą rolę w całej tej superprodukcji.

Keira Knightley i Saoirse Ronan

O Pokucie na pewno będziemy jeszcze pisać. Jednak nie tylko Hollywood puka w tym tygodniu do naszych bram. Wielibiciele kin studyjnych na pewno z chęcią wybiorą się na Podróż czerwonego balonika - rewelacyjnie przyjętą przez światową krytykę opowieść o współczesnym Paryżu. Twórca francuskiej produkcji, Hsiao-Hsien Hou, zaczyna być po tym filmie porównywany do Jima Jarmuscha. Za co? Za lekkość, za spontaniczność, za przewrotną zabawę z kinem. Za umiejętność zrobienia filmu o niczym i o wszystkim, który działa bardzie atmosferą, niż opowiadaną historią. W roli głównej gra jakże znana, choć w blond perukę przyodziana, Juliette Binoche.

Podróż czerwonego balonika - kadr

Co jeszcze? Do polskich kin nareszcie wchodzi słynna szwedzka produkcja z 2006 roku, czyli Telenowela. Film jest prawie nie do zdobycia (maleńka liczba kopii), ale postaramy się go wyłowić, obejrzeć i zdać relację. Ilość nagród, jakie Telenowela otrzymała w festiwalach na całym świecie, mówi sama za siebie. Chyba warto.

Telenowela - plakat

Fani Hollywoodu mogą za to wybrać się na Królestwo albo Królów Nocy. W tym pierwszym, bohaterscy amerykańscy żołnierze zostają wysłani na trudną misję do Arabii Saudyjskiej, gdzie terroryści chcą ich pozabijać. Występują Jennifer Garner oraz Jamie Foxx. W tym drugim zaś widzimy starcie dwóch braci, z których jeden ma kontakty z mafią, a drugi jest policjantem, i obaj bracia są z powodu tej rozbieżności smutni. Grają Joaquin Phoenix, Mark Wahlberg, Robert Duvall.

Obifty tydzień.

 
1 , 2

statystyka