Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
sobota, 29 marca 2008

Co prawda stacja HBO Polska nie należy do tych najpopularniejszych, ale kiedy do masowej, zapatrzonej w srebrny ekran publiczności trafia wreszcie nowy Bond - nie można tego przeoczyć. Casino Royale będzie można zobaczyć w TV jutro o 20.10.

Plakat z filmu Casino Royale

"Gazeta Telewizyjna" z ostatniego piątku wystawiła temu obrazowi 5 gwiazdek, czyli maksimum. Zadziwiająca to ocena. Z tego co pamiętam, to w "Gazecie" nawet kultowe Pozdrowienia z Moskwy takiej nie otrzymały. Moim zdaniem to chyba lekka przesada, bo to tylko film akcji, bez głębii. Tuż po premierze uznałem go za "zaledwie dobry". Jednak z perspektywy czasu coraz wyraźniej widzę, że Casino Royale jest dziełem naprawdę wartym wyróżnień. To prawdziwie wielkie kino - ogląda się je z zachwytem od pierwszej do ostatniej minuty. Przypomina mi to trochę wrażenie, jakie sprawiają filmy Petera Jacksona - oglądasz i myślisz sobie: "kurczę, ci goście się naprawdę postarali". Kreacja Craiga była chyba jedną z najbardziej wymagających w całej kinematografii - w końcu nie każda rola wymaga stworzenia na nowo postaci, która jest od 40 lat swoistym archetypem i klasą samą w sobie. Tymczasem Anglik poradził sobie z tą "mission impossible" wręcz wybitnie. Cały pomysł na "poważnego Bonda" został wykonany koncertowo, niemal każdy stereotyp serii został podjęty i odpowiednio zmieniony. Dla fanów tej postaci to prawdziwa uczta. Świetna, choć nie-bondowska jest piękność filmu, Eva Green. Świetny, choć nie-bondowski, jest główny Zły, Mad Mikkelsen. Ba, świetna i nie-bondowska jest nawet czołówka, która zawsze była znakiem charakterystycznym serii. Niby tylko napisy, ale we mnie i tak potrafią wzbudzić odpowiednie emocje i przygotować na 2 godziny filmu.

Tymczasem stacja bardzo popularna, TVP1 mianowicie, już dzisiaj o 20.15 zaserwuje nam Bonda przedostatniego, czyli Śmierć nadejdzie jutro. Jest to ostatnia odsłona serii, w której główną rolę gra Pierce Brosnan. Jako 20. część cyklu, Śmierć nadejdzie jutro stanowi swoiste ukoronowanie tego, co było do tej pory. Film roi się od cytatów do każdej z poprzednich części i powtarza większość schematów, przy okazji podnosząc je do potęgi. Jest więc, z założenia, pokazem kompletnej bufonady, nadęcia i absurdalności. Jednak swoje zadanie wypełnia nie gorzej niż Casino Royale. Bo plan typu "Bond podrywa dziewczęta i ociera się o śmierć 128 razy, a później wszystko wybucha, świat jest uratowany i Bond rzuca śmiesznym tekstem" też można wykonać inteligentnie, z jajem. Stąd otrzymaliśmy niewidzialny samochód, którym Bond ucieka po lodowcu przed wielkim laserem i inne tego typu szaleństwa. Brosnan, podobnie jak Craig, ma swoją rolę i wykonuje ją tutaj perfekcyjnie. Również pod względem realizacji Śmierć nadejdzie jutro jest filmem wielkim. Dlatego zawsze oglądam go z przyjemnością - a to się zdarza w przypadku filmów Hollywoodzkich bardzo rzadko.

Śmierć nadejdzie jutro to również jedna z najpiękniejszych bond-kobiet w historii. Rosamund Pike zadziwia swoim podobieństwem do Danieli Bianchi z Pozdrowień z Moskwy, ale nie jest to przygana. Bynajmniej. Oto obie panie:

Daniel Bianchi w filmie Pozdrowienia z Moskwy

Rosamund Pike w filmie Śmierć nadejdzie jutro

Skoro już mówimy o tradycjach serii i o słynnych Pozdrowieniach..., warto zauważyć, że szykuje się to, na co fani czekają od dawna - mianowicie powrót Seana Connery'ego. Szkota od dawno namawiano do tego, by pojawił się na ekranie jako postać drugoplanowa, ale ten twierdził, że nie oferowano mu wystarczających pieniędzy. Jednak podobno twórcy serii zaczęli ostatnio rozmowy na serio z Connerym, które mają zakończyć się jego występem jako głównego Złego serii. Connery przyznaje, że chętnie stanąłby naprzeciw Craiga, więc szanse są. Myślę, że dla wielu szokiem byłoby zobaczenie jako wroga agenta 007 człowieka, który tę postać praktycznie stworzył (łącznie zagrał go w siedmiu filmach, w tym pierwszym - Dr. No). Cóż, w obecnych czasach trzeba szokować.

Sean Connery jako James Bond

O nadchodzącym Bondzie, czyli Quantum of Solace, też pamiętamy. Zapowiada się zabójczo ciekawie i czekamy na niego z niecierpliwością. Jeszcze kilka miesięcy sobie poczekamy.

środa, 26 marca 2008

Już od jutra razem z dziennikiem "Dziennik" będzie można zakupić film na DVD. Jeden z filmów, które uwielbiam i zmuszam każdego, kto jeszcze nie widział, by zobaczył i pokochał, jak ja.

Zakochany bez pamięci

Zakochany bez pamięci to chyba najwspanialszy romans science-fiction, jaki udało się zrobić w historii kina. Reżyser Michel Gondry uznał, że niby czemu filmowcy mają próbować racjonalizować miłość, skoro to rzecz nieracjonalna. I sworzył film absolutnie fantastyczny, acz urzekający życiową mądrością. Według mnie jest to absolutne arcydzieło i prawdopodobnie najlepszy film Jima Carreya (mówię "prawdopodobnie", bo Truman Show również kocham).

Swoisty akcent magii w naszym codziennym życiu stał się znakiem rozpoznawczym Gondry'ego. Francuz od czasu Zakochanego... nakręcił równie surrealistyczne Jak we śnie, a niedawno do kin w USA wszedł jego najnowszy film - Be Kind Rewind. I właśnie jemu chciałbym poświęcić niniejszy artykuł.

Be kind rewind

Be Kind Rewind zadebiutował na tegorocznym festiwalu w Sundance, a kiedy pojawi się w Polsce - jescze nie wiadomo. Film opiera się na godnym Gondry'ego, absolutnie zwariowanym pomyśle. W skrócie: główny bohater (Jack Black) próbuje zniszczyć elektrownię, która jego zdaniem próbuje stopić mu mózg. Ale nie udaje mu się to i w skutek naelektryzowania, facet kasuje treść wszystkich kaset video w pobliskiej wypożyczalni. Co teraz zrobić? Otóż Jerry, razem z kolegą Mike'iem (Mos Def) postanawia nagrać filmy własnoręcznie. Biorą do ręki kamerę i kręcą coś, co mniej więcej przypomina oryginał. W końcu ich najbardziej wierna klientka, starsza pani Falewicz (Mia Farrow) i tak nie zauważy różnicy...

Tutaj pora wyjaśnić tytuł artykułu. Otóż proces kręcenia na nowo filmowych klasyków nazywa się w obrazie Gondry'ego właśnie "szwecjowanie" (sweding). Jerry i Mike twierdzą bowiem, że nie ich niezwykłe filmy pochodzą ze Szwecji, stąd wyższa cena. I właśnie proces "szwecjowania" okazał się przyczyną wielkiego zainteresowania Be Kind Rewind. Choć sam proces parodiowania czy naśladowania był już wcześniej praktykowany, to właśnie film Gondry'ego rozbudził w domorosłych filmowcach żądzę na kręcenie klasyki po swojemu. Strona Filmmaking Frenzy ogłosiła prędko specjalny konkurs na najlepsze "zeszwecjowanie" filmu. Oto jeden z triumfatorów, czyli "zeszwecjowana" Szklana Pułapka:

 



Kultowy film z Bruce'em Willisiem okazuje się jednym z najczęściej "szwecjowanych". Oto inna próba:

 
Inny klasyk, który dość często jest brany na widelec, to trylogia Władcy Pierścieni. Tutaj można zobaczyć dwie wersje - jedną dość ubogą pod względem realizacyjnym, drugą - jak na amatorską robotę - całkiem wystawną. Nie da się jednak ukryć, że obie wywołują niepowstrzymaną ochotę do śmiechu. Obie odnoszą się też dość swobodnie do fabuły oryginału.
 
 
 
To tylko mała część obecnego dorobku "szwecjowania". Jednak parodia ma to do siebie, że aby śmieszyła, wymaga dość dobrej znajomości oryginału. Z tego powodu apraszam na Snacked , gdzie można zobaczyć niezwykle długą listę wszelakich tytułów, z których każdy na pewno coś sobie wybierze. Niektóre są wręcz wyborne. Prawdziwa magia kina.
 
A może sami zabierzecie się do roboty? Tutaj możecie zobaczyć zachętę do "szwecjowania" autorstwa Gondry'ego oraz Jacka Blacka. 
środa, 19 marca 2008

W tym tygodniu dystrybutorzy kinowi nas nie rozpieszczają (dziś w audycji "Filmowe Łowy" opowiemy o całkiem przeciętnym filmie Droga do przebaczenia), dlatego warto pozostać myślami przy filmie nieco starszym, mianowicie Control o życiu Iana Curtisa. Stamtąd pochodzi scena, która w brzmieniu podobna jest do sytuacji, gdy Legia gra z Koroną. Dlaczego podobna? Ponieważ mamy tu całkiem zbliżone natężenie "faków": 

 

Ten poemat, czy też utwór, to Chickentown pana Johna Coopera Clarke'a. Na YouTube można zobaczyć pełniejszą wersję, chociaż zamiast poczciwego słowa na "f" występuje tam "bloody", które jest nieco lżejsze.

Wróćmy jednak do sceny z Control. Trwa ona 33 sekundy i osiąga prędkość niemalże równo 1 faka na sekundę. Kiedy to zauważyłem, postanowiłem sobie przypomnieć, w jakich filmach najczęściej występowało to słowo i jak plasuje się w klasyfikacji Control. Z pomocą przyszedł mi Box Office Psychics. Oto pierwsza dziesiątka oraz adekwatna liczba brzydkich słów na "f":

1. Fuck - 824

2. Nic doustnie - 428

3. Kasyno - 398

4. Alpha Dog - 367

5. Twin Town - 318

6. Mordercze lato - 315

6. Potęga strachu - 315 (ex aequo)

8. Martin Lawrence na żywo - 311

9. Zagrożenie dla społeczeństwa - 300

9. Chłopcy z ferajny - 300 (ex aequo)

Jak widać, Martin Scorsese okazuje się niekwestionowanym mistrzem ukwiecania swoich dialogów ogromną ilością brzydkich słów. Jednak i on musiał polec przed filmem, który słowo na "f" ma nawet w swoim tytule. O dziwo, w top 10 brakuje filmów Quentina Tarantino - Wściekłe psy i Pulp Fiction pojawiają się dopiero pod koniec drugiej dziesiątki, licząc sobie nieco poniżej 270 faków.

Jak skomentować taką statystykę? Pozostaje mi życzyć czytelnikom, by w ich życiu częstotliwość "faków" była jak najmniejsza.

piątek, 14 marca 2008

Zacznę prawdą oczywistą: wszystko odchodzi w przeszłość i nie powraca. Czasem to źle, czasem bardzo dobrze. Ale rodzą się rzeczy nowe - tak na przykład na polskim rynku filmowym pojawił się niedawno dystrybutor - "35 milimetrów", którego założeniem jest wprowadzenie na nasze ekrany obrazów kinematografii rosyjskiej. Pierwszym zaprezentowanym przez niego filmem jest "Ładunek 200". Film ten opowiada o przeszłości. Spójrzcie na poniższy kadr i poczujcie jego klimat:

  Ładunek 200

Poczuliście?

Nieprawda - nie poczuliście. Bo "Ładunek 200" to obraz mroczny i skrajnie pesymistyczny. Nie ma w nim ani jednej nieskazitelnej postaci, ani jednego bohatera bez skazy. Nawet ci, których na początku obdarzamy sympatią, potem okazują się być zupełnie innymi ludźmi. Dlaczego? 

 Reżyser - Aleksiej Bałabanow - stawia dość radykalną tezę - wszystkiemu winien jest system. Rozliczenie autora z komunistyczną przeszłością Rosji jest ostre i zdecydowane. Wypaczona ideologia, wsparta aparatem władzy państwowej, pozwala rozkwitnąć w całej okazałości wszelkim zboczeniom i patologiom, które mogą wyrosnąć z ludzkich kompleksów czy z drobnych wad, nad którymi w normalnych warunkach przechodzimy do porządku dziennego. 

W filmie obserwujemy losy kilku, pozornie zwyczajnych bohaterów - komendanta milicji Żurowa, córki sekretarza partii Angeliki, wiejskiego gospodarza. Zostają oni połączeni jedną intrygą, którą scala tytułowy Ładunek 200 - tak nazywany jest transport trumien z ciałami radzieckich żołnierzy poległych w Afganistanie. Ładunek 200

Teraz już nieco trafniej jesteście w stanie przewidzieć nastrój filmu. Właśnie on jest jedną z najmocniejszych stron obrazu - autorzy z żelazną konsekwencją, do ostatniej sekundy budują atmosferę opuszczenia i beznadziei, zapełniając ekran groteskowymi postaciami i wydarzeniami jak z najstraszniejszych fantazji.Ale sporo jest też humoru! Nie muszę chyba dodawać, że jego zabarwienie przypomina zdecydowanie świeżo wylany na radzieckiej drodze asfalt.

"Ładunek 200" to z pewnością jeden z lepszych filmów jaki ostatnio widziałem. Oglądajmy, pocieszajmy się, że to już przeszłość i miejmy głęboką nadzieję, że coś takiego nigdy więcej się nie powtórzy.

 

01:00, goliskuba
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 marca 2008

Wykrzyknik wstawiłem trochę przekornie, albowiem słuchacze "Filmowych Łowów" na pewno wiedzą, że w głowie zawracają nam raczej innego typu produkcje, niż te o Harrym Potterze. Poza tym, plotki w tej kwestii chodziły już od jakiegoś czasu. Sprawa jednak jest warta zaznaczenia. Adaptacja ostatniej części serii J. K. Rowling, Harry Potter i Insygnia Śmierci, ukaże się w kinach i na DVD jako dwie osobne części. Tym sposobem z siedmiu tomów książki powstanie ostatecznie osiem filmów.

Harry Potter i Insygnia Śmierci - okładka

Decyzja ta w sumie mnie nie dziwi. To powszechnie wiadome, że szefowie wytwórni Warner Bros. budzą się z krwawym potem na czole, gdy tylko przyśni im się w nocy fakt zakończenia tej ogromnej pop-sagi. Przychody, jakie przynosi im marka Harry Potter, są ogromne (prawie 5 miliardów dolarów!). Trudno się z nimi rozstać. Ale mniejsza z tym - mnie nie obchodzi, kto ile zgarnie kasy. Decyzja o rozczłonkowaniu powieści na dwa obrazy może wyjść na dobre samym filmom. Pamiętacie, jakie były wasze wrażenia po Zakonie Feniksa? Bo moje były takie: "słabo... ale jak mogło być inaczej, skoro chcieli zmieścić 900 stron akcji w dwóch godzinach filmu? Tak się nie da.". Zbytnie ściśnięcie akcji, które kompletnie demoluje strukturę dramatyczną filmu, to częsty błąd adaptacji. Ostatnio mogliśmy go "podziwać" choćby w Złotym Kompasie, wcześniej w kolejnych filmach o Harry Potterze. Dobre historie, które źle przeniesiono na ekran.

W tej sytuacji podjęta przez wytwórnię decyzja może być trafnym kompromisem. Fani będą podwójnie zadowoleni: jednocześnie zobaczą na ekranie całą historię, jak i dostaną dobry film. To drugie oczywiście nie jest przesądzone, ale jeśli scenarzyści dostaną do zagospodarowania 4 godziny zamiast dwóch, to bez wątpienia szanse na udany skrypt rosną.

Zresztą, dokładnie to samo mówi uwielbiany aktor odtwarzający rolę Harry'ego Pottera, czyli Daniel Radcliffe: 

Daniel Radcliffe na planie filmu Journey

Tylko w ten sposób to się da rozwiązać, jeśli nie chce się wycinać sporych partii książki. - mówi Radcliffe dla Los Angeles Times - Poprzednie tomy miały wątki poboczne, możliwe do pominięcia. Tutaj tego nie ma, siódmy tom to jedna, wielka, nieustająca akcja.

Radcliffe dorasta razem ze swoją postacią. Rolę dostał jako 10-latek. Obecnie jest już pełnoletni (powyżej: na planie swojego nowego filmu Journey). A dopiero pracuje nad częścią szóstą. Harry Potter i Insygnia Śmierci pojawi się w kinach pod koniec roku 2010, część druga w połowie 2011. Wtedy Radcliffe będzie mógł spokojnie powiedzieć, że większość swojego życia spędził jako Harry Potter. Dobrze to czy źle, nie mnie oceniać. Myślę, że wielki wysiłek i wielka frajda idą w jego życiu w parze. Naprawdę go podziwiam, kiedy pomyślę, ile przeszedł od czasu, gdy wyglądał tak:

Daniel Radcliffe na planie Kamienia Filozoficznego

Wielka przygoda Daniela Radcliffe'a oraz największa pop-saga XXI wieku dobiegną końca za 3 lata. Czy na pewno? Być może kultura zafunduje im, jak Gwiezdnym Wojnom, życie wieczne? Tego nie przewidzi na razie nikt.  

środa, 12 marca 2008

Jak donosi Hollywood Reporter, krwiożercze zmutowane pomidory ciągle nie dają za wygraną i widać nie spoczną, dopóki nie zabiją wszystkich ludzi. Wszystko za sprawą kultowego już filmu, czyli Ataku pomidorów zabójców, który 30 lat po swej premierze doczeka się remake'u.

pomidor zabójcy

Znowu więc zobaczymy, jak tomaty-agresorzy mordują niewinnych, a powstrzymać ich próbuje chociażby mistrz kamuflażu przebrany za czarnego Adolfa Hitlera. A propos kamuflażu. Twórca ww. remake'u to Kent Nichols, który do tej pory "błysnął" publikowaną jedynie w internecie serią Zapytaj Ninja, gdzie przedstawiciel tego fachu odpowiada na pytania laików. Oto pierwsze wydanie tej serii: 

Warto kliknąć i zobaczyć wszystkie odcinki. W każdym razie trzeba przyznać, że nowy Atak pomidorów zabójców zapowiada się na prawdziwą rozkosz dla fanów kiczowatych horrorów i na prawdziwą torturę dla pozostałych. Wszyscy znamy takie pozycje.

plakat z filmu Wiem, kto mnie zabił

A dzisiaj, w audycji ok. godziny 19.20, będziemy gawędzić na antenie UniRadia o filmie Control.

poniedziałek, 10 marca 2008

Taki oto tytuł nosi w Polsce nowe dzieło Kena Loacha, które od piątku zobaczyć można w naszych kinach. W kinach bardzo nielicznych, warto dodać - wszystkie większe sieci z niego zrezygnowały, wobec czego jak zwykle ratować się musiałem wrocławskim Atomem. Wróćmy jednak do tytułu. Łatwo zrozumieć, dlaczego Polak potrzebny od zaraz uznano za bardziej chwytny niż oryginalne It's a Free World... ("To wolny świat"). Jednak taki tytuł zdecydowanie spłaszcza wymowę filmu. Nie jest to bowiem obraz skoncentrowany wyłącznie na losie polskich imigrantów w Londynie. Dzieło Loacha jest bardziej przekrojowe - pokazuje światek "handlarzy pracownikami" od samej góry do samego dołu. Widzimy tutaj zarówno fabryki, które nie mogą sobie pozwolić na drogich pracowników z Wysp, więc próbują ściągać ich z innych rejonów, byle móc im zapłacić mniej. Widzimy strefę ludzi, którzy zajmują się znajdowaniem takich pracowników dla firm. Wreszcie, widzimy samych imigrantów, którzy w Wielkiej Brytanii znajdują się z różnych powodów, ale prawie wszystkich ich łączy jedno - żyją w okropnych warunkach i nie mają na nic pieniędzy.

Kadr z filmu Polak potrzebny od zaraz

Główna bohaterka Polaka potrzebnego od zaraz, Angielka o imieniu Angie (Kierston Wareing), znajduje się mniej więcej pośrodku całej tej piramidy. Jej zadaniem jest wyszukiwanie imigrantów, którzy będą dużo i dobrze pracować, a przy tym mało zarabiać. W końcu oprócz wypłaty dla nich, trzeba też wziąć prowizję dla siebie. Wynika z tego prosta analogia - im mniej pozwolisz zarobić biednym imigrantom, tym więcej zostaje ci w kieszeni. A przecież pieniądze potrzebne, a przecież dzieci, kredyty... Angie przez cały film przypomina więc bohaterkę kina moralnego niepokoju - staje przed klasycznym dylematem, czy być uczciwym biedakiem, czy bogatym łajdakiem. Którą drogę ostatecznie wybiera? To zobaczcie sami. 

Co podoba mi się w tej historii najbardziej, to wysiłek, z jakim Ken Loach stara się, aby nie moralizować. Reżyser nie sugeruje, które rozwiązanie byłoby właściwe - koncentruje się na przedstawieniu prawdy. A prawda jest taka, że dzisiejszy świat, skupiony na pieniądzu jak nigdy, wymaga od człowieka coraz to nowych poświęceń, by tylko utrzymać się w obiegu, by nie dać się wyprzedzić. Skoro jedni są w stanie harować przez 60 godzin tygodniowo za kiepską stawkę, to ty, aby nie wylądować na ulicy, musisz starać się jeszcze bardziej. Skoro inni nie płacą za ubezpieczenie, nie załatwiają dokumentów, to ty też musisz, bo inaczej nie będziesz dla nich konkurencją. Od jednego moralnego kompromisu do drugiego toczy się życie Angie. To nie jest w porządku, ale co byłoby w porządku? Tutaj odpowiedzi nie widać. Bo ten świat tak obecnie działa. Wybór drogi życiowej jest tak nędzny, że praktycznie nie ma wyboru. Jednak kiedy oglądamy, jak bezwzględnie czasami zachowują się bohaterowie, trudno czuć do nich sympatię. Co najwyżej współczucie. Postacią, z którą najłatwiej się chyba zidentyfikować, jest ojciec Angie, Geoff, człowiek starej daty. Jednak żaden z niego bohater - jedyne, co robi ojciec, to załamywanie rąk nad zepsuciem obecnego społeczeństwa. "Za moich czasów tak nie było", mówi przygnębiony, po czym wraca do swojego małego, ubogiego mieszkanka. Myślałem nawet, że w pewnym momencie usłyszę z ust Geoffa zdanie "To nie jest kraj dla starych ludzi", ale nie tym razem.

Kierston Wareing

Kierston Wareing w roli Angie gra doprawdy znakomicie. W obsadzie mamy też kilku aktorów z Polski - jedną z głównych ról dostał mało znany Lesław Żurek. Jego postać jest jedną z sympatyczniejszych w obrazie - ogółem trzeba przyznać, że Loach pokazuje imigrantów w Wielkiej Brytanii w sposób dość przyjazny. Jak wypada cały film? Bez wątpienia jest to obraz mądry, wyważony, inteligentny. Ja jednak miałem podczas jego oglądania wrażenie swoistego dej? vu. Polak potrzebny od zaraz niesłychanie bowiem przypomina mi swoją strukturą i przesłaniem filmy Krzystofa Krauzego - chociażby Plac Zbawiciela. W obu przypadkach mamy portrety zwykłych ludzi, którzy nie radzą sobie z brutalnym światem. Akcja też rozwija się w sposób podobny. Oba podobnie wyglądają, oba równie kiepsko brzmią. Nie robię z tego Loachowi wyrzutów, bo jego film jest na pewno skierowany bardziej do ludzi Zachodu, podczas gdy Krauze tworzy raczej filmy dla Polaków. Jednak uczucie wtórności nie mogło podczas projekcji odpuścić. Z tego powodu, nie mogę nazwać Polaka potrzebnego od zaraz obrazem doskonałym. Ale bez wątpienia warto go zobaczyć.

środa, 05 marca 2008

"Filmowe Łowy" wracają po przerwie zimowej. Okazja, aby nas posłuchać, już dziś o godzinie 19.45 w UniRadiu . Blog również powinien obudzić się ze snu zimowego i stopniowo poprawiać regularność notek. A co dzisiaj w audycji?

Na pewno będziemy mówić o ostatniej wielkiej premierze kinowej, czyli Aż poleje się krew.

Aż poleje się krew

I będziemy mówić o oscarowej roli Daniela Day-Lewisa.

 Daniel Day-Lewis

I pewnie wspomnimy też coś o Marion Cotillard.

 Gwiazda Marion Cotillard

Do usłyszenia. 

statystyka