Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
środa, 16 kwietnia 2008

Ze strony głównej IMDB.com zniknęły już nagłówki z odnośnikami do petycji w sprawie Uwe Bolla. Wygląda na to, że kwestia umarła i nie znalazł się milion ludzi, których by obchodził los niemieckiego reżysera. Ci, którym chciało się kilknąć dwa razy myszką, aby pogrążyć lub ratować Bolla, znalazło się niewiele ponad 200 tysięcy, czyli ilość mikroskopijna - biorąc pod uwagę, że stronę IMDB odwiedza ok. 60 mln ludzi.

Niekończąca się historia Uwe Bolla wygląda, jak na razie, tak:

1. Uwe Boll przychodzi na świat 43 lata temu w Wermelskirchen. W Niemczech dorasta i kształci się: studiuje reżyserię, literaturę, ekonomię. W Monachium, Wiedniu, Siegen, Kolonii. W 1995 r. dostaje dyplom. Jest fajnie.

Uwe Boll

2. Przestaje być tak fajnie. Uwe zaczyna kręcić filmy. Pierwsze z nich powstają oczywiście w Niemczech i praktycznie nikt (w tym niżej podpisany) ich nie widział, co tylko pomaga w budowaniu mitu tej postaci. Podejrzewa się powszechnie, że są to filmy kiepskie, choć nieliczni recenzenci nie dają co do tego pewności.

3. Niemieccy producenci widocznie dostrzegli coś w Uwe Bollu (prawdopodobnie możliwość obcięcia kosztów filmu od podatku, bo w Niemczech tak można). Nasz bohater zaczyna bowiem kręcić w Stanach. W 2000 r. powstaje Mordercza obsesja, przeznaczona dla telewizji. Opinie zbiera różne - od "słabo" do "beznadziejnie". Później dr Boll robi Blackwoods, niskobudżetowy horrorek, który trafia prosto na video. Film zbiera wiele pozytywnych recenzji, w tym w "New York Times". Jednak to ciągle kino z najniższej półki wypożyczalni, nieznane światu.

4. 2003 r. Nazwisko Bolla staje się znane. Niemiec postanawia bowiem nakręcić adaptację gry House of the Dead - Dom śmierci. Fani gier video interesują się, co z tego wyjdzie. Wychodzi coś słabego. Fani są źli. Nie każdy krytyk zajadle krytykuje film - trafiają się recenzenci, którzy doceniają oryginalny patent wmontowania w film fragmentów oryginalnej gry. Nie zmienia to jednak faktu, że skrawka inteligencji tu widz nie uświadczy. Sam Niemiec, zapytany później, czego się nauczył podczas pracy nad Domem śmierci, miał odpowiedzieć: Że scenariusz ma znaczenie. Pojawiają się pierwsze opinie typu "Głupi Boll".

5. Kilka lat po premierze Domu śmierci, Boll jest już gwiazdą, zwłaszcza w środowisku graczy. Przyczyniają się do tego kolejne premiery kiczowatych filmów opartych na grach: Alone in the Dark - Wyspa cienia oraz Bloodrayne. Ten drugi obraz staje się wręcz klasyką miernoty. Historia pół-wampirzycy, która pomaga tajnej agencji zabijać potwory i hitlerowców, dostaje 6 nominacji do Złotych Malin, co jest wyraźnym znakiem, że wypada się z Bolla śmiać. Toteż ludzie się śmieją.

Kadr z filmu Bloodrayne

6. 2006 rok. Boll jest zły, że ludzie się z niego śmieją. Niemiec oznajmia publicznie, że ci, którzy najgoręcej go krytykują, powinni stanąć z nim do walki. Bokserskiej. Boll wybiera więc pięciu krytyków, którzy najbardziej objeżdżają jego filmy w prasie lub internecie, po czym wyzywa ich do pojedynku. Reżyser wygrywa wszystkie pięć walk. Niektórzy dziennikarze narzekają później, że "to miała być tylko zabawa, a on naprawdę się bił". Inni z kolei są rozbawieni - doceniają entuzjazm Bolla oraz twierdzą, że w takim wydarzeniu jeszcze nigdy nie uczestniczyli. Reżyser postanawia wmontować fragmenty walk do swojego nowego filmu na podstawie gry - Postal.

7. Czasy współczesne. Kwiecień 2008. Uwe Boll daje wywiad stronie FEARnet . Pytają go o internetową petycję , która optuje za tym, by Niemiec przestał kręcić filmy. W momencie wywiadu podpisało ją 18 tys. internautów. Boll twierdzi, że taka liczba go nie przekona. A ile by go przekonało? Milion.

8. Słowo "milion" roznosi się w internecie. Link z petycją jest roznoszony z gorliwością wartej większej sprawy. Można go znaleźć wszędzie. Petycję podpisują dziesiątki tysięcy, ale do miliona daleko. Uwe Boll jednak chyba się zasmucił, bo nagrał takie oto video:

Boll zachęca w nim, by stworzyć petycję "za Bollem". W końcu nie jest on (przepraszam za cytat) "pieprzonym debilem" jak Michael Bay (reżyser Transformers) albo Eli Roth (Hostel). Jeśli lepiej wpatrzymy się w jego filmy, dostrzeżemy, że Boll jest prawdziwym geniuszem. A kiedy zobaczymy Postal, to zrozumiemy, że to jest o wiele lepsze od całego "wtórnego szajsu", który kręci George Clooney. Że czegoś takiego nikt nie zrobił w ciągu ostatnich lat. Pozwolę sobie nie komentować tej wypowiedzi.

9. Ktoś w końcu zakłada petycję pro-Boll. Obie petycje oraz filmik trafiają na główną stronę IMDB. Jednak niewiele to zmienia. W chwili, gdy to piszę, "za" głosowało 4265 osób, a "przeciw" - 201 240 osób. Liczby te rosną w nikłym tempie. Nici z emocjonującego "wyścigu po milion", na który ostrzyłem sobie ząbki. Wszystko zostanie po staremu - Boll będzie kręcił filmy, a spora grupka fanów gier będzie go objeżdżać, bez względu na to, czy zobaczy jego filmy, czy tylko przeczyta nazwisko reżysera.

I na tym na razie zawieszona zostaje historia pana Bolla. 23 maja do kin w USA wejdzie film Postal. Na różnych stronach już teraz można czytać komentarze typu: "beznadziejny film! Nie widziałem i nie zobaczę". Ci, którzy się odważą wybrań na film, będą mieli okazję zobaczyć znaną z gry scenę, w której bohater używa kota... jako tłumika do swojej strzelby. Uwe Boll jest bojownikiem o prawa zwierząt, więc w scenie tej użył oczywiście specjalnej, realistycznej kukły, która kosztowała 45 tys. dolarów. Ot, taka ciekawostka.

A inna ciekawostka? Ulubiona konsola do gier pana Bolla to Super Nintendo. Za to przybijam Niemcowi wirtualną piątkę.

sobota, 12 kwietnia 2008

Jak wspomniałem w środowych "Filmowych Łowach" - nieczęsto zdarza się film, który postanawiam obejrzeć niezależnie od tego jakie dostanie noty od recenzentów, nawet jeśli zostanie zmieszany z najgorszym gatunkowo błotem.

Takim filmem, już w chwili kiedy przeczytałem o nim pierwsze wzmianki, stał się "Wszystko za życie" Seana Penna. Oparty na biografii autorstwa Jona Krakauera obraz opowiada historię Christophera McCandless'a - człowieka, który porzucił społeczeństwo, zerwał wszelkie kontakty z bliskimi i jako Alexander Supertramp wyruszył w podróż przez Amerykę, w kierunku Alaski, gdzie zamieszkał we wraku autobusu otoczonym dziewiczą przyrodą.

Oto ostatnie zdjęcie Christophera McCandless'a, znalezione na niewywołanej kliszy w aparacie, niedaleko jego wygłodzonych, dwutygodniowych zwłok:

Chris McCandless

Poruszający - użyłbym tego (przyznajmy - mało precyzyjnego) określenia, gdybym miał określić "Wszystko za życie" jednym słowem. Przez nieco ponad dwie godziny projekcji obserwujemy wędrówkę bohatera (w tej roli wiarygodny Emile Hirsch), poznajemy napotkanych przez niego ludzi, głównie podobnych jemu wyrzutków, a w retrospekcjach poznajemy przeszłość McCandlessa, która ukształtowała jego obecny światopogląd.

Właśnie w owych retrospekcjach kryje się jedna z (niewielu) słabości filmu - najczęściej mają one formę komentarza z offu siostry Chrisa (znana np. z "Donniego Darko" Jena Malone) i przybierają formę dość łopatologiczną: było to tak, a spowodowało, że Chris stał się taki, a nie inny. Osobiście wolałbym na podstawie podsuwanych przez reżysera fragmentów przeszłości bohatera sam wysnuć wnioski, a nie żeby były mi one wtłaczane do głowy...

Into the wild

Innym mankamentem jest próba wyjaśnienia przez Penna radykalnej decyzji bohatera, tylko za pomocą jednej przyczyny. W tej kwestii oczekiwałem czegoś więcej. Choć może to wina mało subtelnego przekazu, o którym pisałem wyżej?

Tak czy inaczej "Wszystko za życie" pozostaje dla mnie bardzo dobrym filmem, przepełnionym taką subtelną magią, sprawiającą, że lubię spojrzeć jeszcze raz na któryś z kadrów i spróbować poczuć jeszcze raz klimat Życiowej Wyprawy ku Samopoznaniu.

Polecam.

Into the wild

A tymczasem wracam do słuchania świetnej ścieżki dźwiękowej autorstwa Eddiego Veddera. Red. [ogqozo] nie przychyla się do pomysłu nadania jej w następnych "Filmowych Łowach", ale będę walczył. Do usłyszenia w środę ok. 19:30 w UniRadiu!

17:40, goliskuba
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 kwietnia 2008

Świetny, choć rzadko akutalizowany blog o filmach Aspect Ratio zwrócił niedawno uwagę na sprawę... znikających napisów otwarcia. Bardzo mnie to ucieszyło, bo już myślałem, że jestem jedynym kinomaniakiem, którego obchodzą takie szczegóły. Autor notki słusznie zauważa, że w dzisiejszym kinie do lamusa odchodzą tradycyjne sekwencje, kiedy przez kilka minut widz oglądał jedynie nazwiska twórców, ozdobione głównym motywem muzycznym filmu. Tutaj, zapewne z łezką w oku, pan Wright przytacza film Superman i jego ociekające patosem otwarcie:

Dzisiaj, rzecze pan Wright, nikogo już nie obchodzi to kilkuminutowe dziełko sztuki, jakie można zrobić z napisów początkowych. W filmach nominowanych do Oscara - Michaelu Claytonie, Aż poleje się krew czy To nie jest kraj dla starych ludzi - gdzieś pomiędzy pierwszymi scenami pojawia się tytuł, a napisy następują dopiero po zakończeniu. Podobnie w Zabójstwie Jesse'ego Jamesa, który jawił mi się jako antyteza klasycznego westernu. W końcu tam zawsze było tak, że na początku mieliśmy okazję podziwać plansze z nazwiskami i wsłuchiwali się w piosenkę country, gdzie jakiś facet o niskim głosie nucił o swej niedoli.

Obecny upadek napisów początkowych można powiązać jeszcze z innym zjawiskiem współczesnego kina, mianowicie - z zanikiem charakterystycznych motywów muzycznych. Od dobrych kilku lat nie doczekaliśmy się w praktycznie żadnym filmie melodii, która zapadałby w pamięć i przeszła do popkultury, tak jak to robiły chociażby Indiana Jones, Gwiezdne Wojny, Ojciec Chrzestny. Pozostaje pytanie, czy to twórcy filmów nie mają już ochoty raczyć nas chwytliwami dźwiękami, bo te mogłyby odwracać uwagę widza od opowiadanej historii, czy też kompozytorzy nie potrafią już ich komponować. Tak czy siak, jest to dla mnie zcdecydowanie większy problem od znikających napisów początkowych. Niech przykładem będą tegoroczne Oscary, gdzie w kategorii "najlepsza muzyka" były nominowane filmy używające jej tylko jako tło. Za wyjątek można uznać Pokutę, ale przyznam szczerze - ja sam, kilka miesięcy po obejrzeniu, nie pamiętam już żadnej melodii z tego obrazu. I mało znam ludzi, którzy by pamiętali.

Wróćmy jednak do znikających czołówek. Moim zdaniem Benjamin Wright nieco panikuje. Bowiem i w dzisiejszych czasach znaleźć można wiele filmów, które potrafią podać napisy początkowe w sposób smaczny i oryginalny. Różowa Pantera, co prawda, jakby się wycofała, ale już taki James Bond w każdej swej odsłonie prezentuje nam coś ciekawego w tej kwestii. Trudno zapomnieć o świetnych czołówkach, jakie zaserwowali nam twórcy Złap mnie, jeśli potrafisz czy Pana życia i śmierci . A ostatnio... a ostatnio pojawiła się np. Juno.

 

I właśnie Juno będzie bohaterem naszej dzisiejszej audycji w UniRadiu . Kiedy? Mamy nadzieję, że uda się wystartować o planowej godzinie 19.30. W audycji naturalnie nie pokażemy czołówki, ale na pewno będą piosenki z bardzo udanej ścieżki dźwiękowej do filmu. Zapraszamy. A tych, którzy chcieliby pooglądać więcej napisów początkowych, zapraszam do obejrzenia kompilacji (dość subiektywnej) na YouTube.

piątek, 04 kwietnia 2008

Dzis kończyłby 29 lat. Aż trudno mi sobie wyobrażać, ile wspaniałych projektów mógłby jeszcze zrobić.

Heath Ledger

Mówi się, że Heatha Ledgera wykończyła rola Jokera w Mrocznym Rycerzu. Rola dająca tak wielkie możliwości, że szalenie ambitny Ledger został nią kompletnie owładnięty. Stąd miałyby się wziąć jego problemy ze snem, które zakończyły się przypadkowym przedawkowaniem środków nasennych.

Być może tak właśnie było, może nie. Jednak ta historia - jedna z wielu - pokazuje dobrze, że dawno żaden występ aktorski nie interesował ludzi tak bardzo, jak właśnie Joker w nowym filmie o Batmanie. Dawno nie było roli, która byłaby niemalże legendarna na kilka miesięcy przed premierą obrazu w kinach. A ta jest. Ci, którzy oglądali nakręcony materiał, wypowiadają się o kreacji Ledgera z wielkim entuzjazmem i sugerują, że Australijczyk może otrzymać pośmiertną nominację do Oscara. Nie byłby to pierwszy taki przypadek - w końcu pośmiertnie nominowanych było już pięciu aktorów, a James Dean nawet dwukrotnie. Reżyser Mrocznego Rycerza, Christopher Nolan, uważa, że Ledger jak najbardziej na to zasługuje. - Jest zachwycająca, jest ikonowa. Wgniecie ludzi w fotel - mówi Nolan o roli Jokera.

Heath Ledger jako Joker

Ostatni film, w jakim brał udział Ledger, czyli The Imaginarium of Doctor Parnassus (który do kin powinien wejść w 2009 r.), również da nam zasmakować talentu tragicznie zmarłego aktora. Pomysł na film zmieniono na tyle, że w głównego bohatera wcielą się czterej aktorzy - w tych fragmentach, których nie nakręcił Ledger, jego postać grać mają Johnny Depp, Collin Farrell oraz Jude Law. Dziwny to pomysł, ale mam nadzieję, że resyżer Terry Gilliam (Brazil, 12 małp) wie, co robi.

Wróćmy jednak do Batmana i Christophera Nolana. Bezpośredni poprzednik Mrocznego Rycerza, czyli Batman: Początek, będzie można zobaczyć dzisiaj w TV. Konkretnie: o godzinie 20.00 na stacji TVN. Jest więc znakomita okazja, by odświeżyć sobie po raz kolejny historię człowieka-nietoperza. Zanim w fotel wgniecie nas Heath Ledger i jego Joker

wtorek, 01 kwietnia 2008

Jak co roku nadszedł dzień 1 kwietnia. Z tej okazji media wszelkiej maści raczą nas porcją wiadomości o wiarygodności wątpliwej: Małysz kolejny raz kończy karierę, radio Maryja ma nadawać w szkołach, odbierają Polsce i Ukrainie prawo do organizacji Euro 2012... Ten ostatni żart, przygotowany przez Dzień Dobry TVN, Radio Zet i Fakt, niesie przynajmniej za sobą jakąś wartość - może stać się impulsem do dyskusji nad stanem przygotowań do imprezy.

Patrząc jednak na większość dowcipów odnoszę wrażenie, że są robione "na siłę" - jest Prima Aprillis, więc mus! społeczeństwo musi mieć kawał! Nawet jak nic oryginalnego do głowy nie przychodzi... Co zaserwowały nam serwisy związane z kinematografią? Jest dyskwalifikacja "Fałszerzy" na rzecz "Katynia" (Stopklatka.pl. Pomysł mało wymyślny, a i wykonany kiepsko), nieco lepiej moim zdaniem jest z najwyższą kategorią wiekową dla nowego Indiany Jonesa (Filmweb.pl).

Indiana Jones

Zabawa z czytelnikiem oczywista, ale napisana z większym polotem. Jest też projekt filmu o posłance Sawickiej w reżyserii Kazimierza Kuca (dziennik.pl. Choć to może nie jest żart? - z politykami nigdy nic nie wiadomo).

Odnoszę wrażenie jakby większość redakcji nagle przypomniała sobie, że ma stażystów. Czy nie lepiej poświęcić trochę środków, ale zrobić coś porządnie? O dowcipach, po których widać nakład pracy, pamięta się dłużej, przekazuje wiadomość o nich znajomym - a to przecież reklama. Tym lepsza, że pochodząca "od ludu".

Jak powinien wyglądać dobry medialny żart? Wiele osób z pewnością kojarzy słynny dowcip amerykańskigo komika Jimmiego Kimmela z Mattem Damonem. To było coś! Oczywiście - nie każdego stać na podobną, szeroko zakrojoną akcję. Z naszego podwórka przypominam sobie primaaprillisowy spot polskiego, niezależenego reżysera - Stanisława Mąderka:

 

 

Ilość pracy, jak w każdej twórczości, przekłada się na efekt końcowy. Dlatego życzę sobie i Wam, żeby dowcipy, którymi raczą nas media na początku kwietnia nie były przygotowywane "na kolanie" i z przymusu. Żeby były dowcipami, a nie... tym czym tam są obecnie...

13:34, goliskuba
Link Dodaj komentarz »

statystyka