Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
piątek, 31 lipca 2015

Krótkie opinie o Koniu Dinheiro i Zabójczyni, dwóch jasnych punktach festiwalu.

Nowymi Horyzontami, jak życiem, delektować można się na wiele sposobów: eksplorować przestrzeń, błądzić po programie i ożywionym centrum miasta (oraz samym kinie NH - chyba najfajniejszym miejscu w Polsce), skupiać się na highlightach - gwiazdach festiwalu sławnych z Cannes lub starych klasykach, czy też celowo odkrywać najmniej oświetlone miejsca - konkursowe debiuty, trzecie oko, czy (o brawuro) zestawy krótkich metraży. Ja postawiłem, klasycznie, na nadrobienie hiciorów z Cannes, ulubionych reżyserów - i to bardzo nielicznych, tak więc w tym roku będzie tylko krótka relacja mająca potwierdzić ten zaiste niewiadomy wam na pewno jeszcze fakt, że tak, Hou Hsiao-Hsien i Pedro Costa robią całkiem dobre filmy. Hej, człowiek musi się podzielić wrażeniami. Obu panów, wstyd przyznać, widziałem w kinie pierwszy raz. Dla Hou to pierwszy duży film od 10 lat (i podobno ostatni), z kolei Costa publikuje niby regularnie (w tym, w 2009, dobrze przyjęty Ne Change Rien), ale trudno te filmy zdobyć i ostatnie, co od niego widziałem, to powalające Juventude em Marcha z 2006 roku.

Czemu kocham kino? Bo jest przytulne. Lubię ciemne i ciche miejsca, na co dzień nieco mi ich brak. W dzisiejszej epoce, gdy całe życie człowiek spędza wyglądając bacznie na telefon (z tęsknotą, że ktoś się odezwie z czymś miłym, ale i niepokojem, że oczywiście to będzie jednak prędzej komornik lub szef z przykrymi wieściami), kino zawsze było dla mnie jedynym miejscem, gdzie mogłem faktycznie się wyizolować. Nie rozumiałem nigdy ludzi, którzy siadają daleko, jakby nie chcieli przypadkiem obejrzeć zbyt dużo filmu - ja siadam w pierwszym-trzecim rzędzie, chcę być zanurzony... może muszę być. Chcę, żeby twarz bohaterów filmu była bliżej, niż twarz osób, które spotykam, żeby krajobraz był niemal tak realny, jakbym zwiedzał go osobiście. Moim zdaniem, statyczny kadr wciąga w pierwszym rzędzie po stokroć bardziej, a ruch kamery działa tylko tam tak, jak powinien, poruszając cały mój świat. Najważniejszym czynnikiem w filmie, oczywiście, jest światło. Sala jest ciemna, i pomijając ten drobny, pomijalny detal wyjść ewakuacyjnych, poza światłem filmu nie ma w sali nic. W pierwszym rzędzie często siedzę sam, więc mogę siedzieć, jak chcę, robić, co chcę - jestem w filmie, jestem w tym świetle. Mrok sali czyni ją przytulną, a dwa filmy, które zwróciły moją uwagę, oba korzystają wielce - czy wręcz opierają w większości cały swój przekaz - z oddziaływania światła i ciemności, choć na różne sposoby, które chciałbym pokrótce przedstawić.

Koń Dinheiro

Jeśli widzieliście Juventude... (albo inne z arcydzieł Costy, No Quarto da Vanda), to wiecie, czego można się po Koniu Dinheiro spodziewać. To film w podobnym stylu, i podobnej - niesamowicie wielkiej - jakości. Właściwie to chyba wręcz sequel tamtego filmu, z tym samym bohaterem, charyzmatycznym kabowerdeńskim wyrzutkiem Venturą. Koń..., tak jak to bywa u Costy, chyba jest dokumentem i przekazuje faktyczne historie przedstawianych osób, ale szczerze mówiąc, nigdy mnie to specjalnie nie obchodziło, bo przecież nie w tym tkwi "prawdziwość" sztuki (zwróćmy uwagę na to, jak ściemniać może film nominalnie "dokumentalny", jak Kurt Cobain: Montage of Heck, a jak prawdziwa może być fikcja, co pokazuje w sumie chyba większość polecanych na tym blogu dzieł).

Na pierwszym miejscu u Costy, przynajmniej dla mnie, zawsze był styl wizualny, czyli po prostu to, jak niewiarygodnie piękne są te filmy. Każde ujęcie to jakieś mistrzostwo fotografii, czy wręcz... designu? I to w stylu, którego nadal w kinie nie widziałem u żadnego innego twórcy. Costa robi najbardziej "czarne" filmy, jakie znam, i nie chodzi mi tu oczywiście o rywalizowanie ze Spike'iem Lee, ale to, że czerń często wypełnia większość kadru. I to nie jest tak, jak się trafia w kinie i fotografii nieco częściej, że światło jest dla ciemności jakimś kontrastem - kształty wyłaniają się z ciemności miękko, bez wątpienia są jej częścią, tylko trochę bardziej widoczną. Ta otchłań zaczyna do nas przemawiać, ta otchłań jest życiem tych bohaterów, ludzi marginesu, ludzi zniszczonych, żyjących umierając, czasami można powiedzieć - jak w jednym fenomenalnym ujęciu, gdy bohaterowie przechodząc przez framugę przybierają wręcz postać cienia - oni sami są tą otchłanią. Costa - jak życie - nie objawia sentymentów wobec tych postaci, ukazuje bez śladów emocjonalnych manipulacji całe te mroczne, mroczne historie, niezmierną biedę, izolację, i ogólnie to wszystko, co zapominacie, że istnieje, w swoich oświetlonych biurach i na wakacjach w Grecji, ale jest przecież codziennością dla ludzi ulicy czy mieszkańców baraków, robotników najgorszych prac. Ten świat robi niezwykłe wrażenie, a Costa tradycyjnie kadr po kadrze objawia geniusz do kompozycji, lepiej niż Caravaggio czy inny Solomon wciągając do wnętrza pomieszczenia. Gdybym oglądał Konia Dinheiro na komputerze, pewnie zachowałbym z 200 screenshotów, porobiłbym plakaty, zawiesiłbym kalendarz. To po prostu strasznie ładny film, chociaż zdaje się, że dla większości ludzi to, co nazywam tu pięknem, chyba jest brzydotą.

Chociaż film opowiada pewną historię, i to naprawdę pomysłową (czy dokument może mieć "pomysłową" historię?), wciągającą, kompleksową i mocną, i to również w miarę "konwecjonalnymi środkami" (gadaniem), to właściwie nie było to dla mnie aż tak ważne i film nie straciłby tak wiele, gdyby potraktować go po prostu jak serię żywych fotografii, najlepszy fotoreportaż roku. Z tym wiąże się pewna wada, na którą muszę zwrócić uwagę. Otóż im więcej tych obrazów, tym bawiłem się lepiej. Trafia się w Koniu... klasyczny montaż z piosenką, podczas którego dostajemy zupełnie nowy kadr niemal co sekundę, i to jest mój ulubiony moment filmu, i pewnie mojego życia w ogóle. Jednak pod koniec trafia nam się scena "zamknięcia", gdy bohater przez jakieś pół godziny stoi w windzie, i po całym filmie opadniętej kopary, ta jedna scena wyróżnia się w mojej opinii, swoją... mniejszą ilością geniuszu. Ujęcia w windzie w sumie są świetne, ale... pół godziny to dla mnie dość sporo czasu. Głosy z offu rozliczające się z przeszłością, bohater wyrzucający z siebie chaotycznie wszystko, co w nim tkwiło w jednej, nawet ładnej scenerii - jakbym lubił takie rzeczy to bym chodził do teatru.

Cóż jednak z tego, jeśli cały film nadal wypełniony jest treścią i estetyką, którą można by rozdzielić na 10 udanych produkcji? Koń Dinheiro to wspaniała rzecz.

Zabójczyni

No dobra, i Hou Hsiao-Hsien. Również jeden z moich faworytów. Widziałem wcześniej 11 jego filmów, praktycznie wszystko, do czego dało mi się dotrzeć, i każdy mi się strasznie podobał, a Lalkarz to jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Zabójczyni również zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, aczkolwiek chyba nie dołączy do grona tych absolutnych ulubieńców. Chyba... Bowiem przyznam, że oglądanie wschodniego kina zawsze zajmuje mi o wiele dłużej, niż trwa film. Na drugi dzień po projekcji - jestem jeszcze w trakcie przyswajania. Tak samo jak z Jią Zhang-Ke, tak było z Edwardem Yangiem itp. Znaczenia obrazów, gestów, i generalnie wszystkiego w kulturze Dalekiego Wschodu są na tyle odmienne od "naszych", że zanim jako tako zaczynam rozumieć film, mija nieco czasu. Najlepiej wtedy obejrzeć film po raz drugi, już bardziej "na 100%" (mam nadzieję, że to się zdarzy również w kinie, bo słyszałem coś, że ma chętnego dystrybutora - w co aż trudno uwierzyć, ile filmów Dalekiego Wschodu wyszło w ostatniej dekadzie w polskich kinach, dwa?). Podczas seansu tylko staram się nadążyć, z czasem "kapuję" coraz więcej tego, co do mnie dotarło. Film staje się kompletny. Wiem, że nie jestem w tym jedyny - aczkolwiek recenzje "na bieżąco" z Cannes, które Zabójczyni zebrała znakomite - sugerują, że niektórzy chyba tak nie mają. W każdym razie, z dwojga złego wolę taką kompleksowość, opartą na obrazie, niż "gadane" kino Dalekiego Wschodu - ono powstaje w sporej ilości, i masowa publika w np. Chinach je oczywiście woli od "kina festiwalowego", ale różnice w języku w przypadku takiego kina są tak duże, że często oglądając je naprawdę nie rozumiem, o co chodzi, i ani dzień, ani miesiąc po seansie nic się w tej kwestii nie zmienia. Zabójczyni jest w tej kwestii dość prosta - bardziej przystępna niż np. niedawny Mistrz Wong Kar-Waia, i dlatego mój maluczki "zachodni" umysł chyba jest w stanie ją przyswoić. Obejrzałem ją wczoraj - więc proces jeszcze trwa, ale już jest bardzo fajnie.

Do wniosku, że tematem Zabójczyni jest światło i ciemność, dotarłem podczas jednej z ostatnich scen (gdy, wstyd się przyznać do takiego wyrafinowania, walczą postać ubrana na biało i druga ubrana na czarno). Próbując "nadążyć", nie zwróciłem choćby przez cały film uwagi, że nawet imię bohaterki brzm jak "Yin i Yang", co brzmi przecież dość transparentnie. Na pierwszy rzut oka, chyba słusznie, Zabójczyni sprawia wrażenie bardziej "popularnego", prostszego, nieco mniej subtelnego kina, niż poprzednie dzieła Hou - tak jakby mistrz trochę już nie był pewien, co tu jeszcze "swojego" zrobić, więc zrobił normalne Wuxia, tyle że własnym językiem. Nawet kolorystyka i oświetlenie, choć bardzo piękne, trochę mnie jednak rozczarowały swoją... zgodnością ze współczesnym standardem? Takie nasycenie w mojej opinii czyni filmy bardziej... pospolitymi, odbiera im jakąś magię. Co więcej, niewiele tu AŻ TAK kompleksowych, odważnych w swojej głębi kompozycji, jakimi zachwycał w latach 80. czy 90. Wspominałem już, że jeśli nie widzieliście przypadkiem Lalkarza to, cholera, zróbcie to? Zabójczyni wypełniona jest za to do obłędu poziomymi panoramami, których siła oddziaływania jest w świecie kina znana i opisywana od czasów co najmniej Mizoguchiego, i pozwala w ciągu kilku sekund wyrazić całkiem bogate, zazwyczaj dużo bardziej rozpięte w czasie przeżycia. W dość laickim uproszczeniu, nazwijmy to choćby tak, że ruch w prawo to ruch "naprzód", ku nadziejom, planom, celom, z kolei w lewo to ruch "wstecz", ku przeszłości, sekretom, ku mrokowi. Właściwie większość tego, co się dzieje w Zabójczyni, to jakiegoś rodzaju ruchy w prawo i w lewo, i jeśli to do was nie przemawia, to w sumie nie jestem pewien, o czym ten film będzie w waszych oczach (ale o czymś będzie, bo zauważyłem, że niektórzy kompletnie to olali i film nadal im się podobał - choć wrocławska publika uczucia ma raczej dość mieszane). Mnie kręcą takie dualistyczne, dialektyczne tematy, a nowy film Hou używa ich bogato zarówno w sensie estetycznym, jak i narracyjnym, pokazując prostą dość historię dylematu moralnego jednostki i napiętego konfliktu politycznego. W sumie robi to kapitalnie, ale znów - robił to kapitalnie także w swoich poprzednich filmach, tyle że zazwyczaj podejmując bardziej oryginalne, "ludzkie", dotykające historie.

Film opowiada o zabójczyni, ale jego podejście jest właściwie w wielu detalach wywrotowe wobec standardów gatunku. Począwszy od tego, że przez większość filmu chodzi głównie o to, że zabójczyni nie zabija. Pytanie bez jasnej odpowiedzi brzmi, czy jest to dowód słabości, czy jednak jeszcze większej przewagi nad celem, niż gdyby zabiła. Sceny walki następują, ale zazwyczaj pokazane są szczątkowo, bo np. porzucane są gdzieś w trakcie, ostrym cięciem Hou przerzuca nas np. na statyczny kadr pokazujący drzewa czy co tam uznał w tym momencie za lepiej oddające jego uczucia wobec sprawy. Cięcia montażysty są tu zdecydowanie ważniejsze, niż cięcia miecza. Z Cannes słyszałem wiele głosów o wyjątkowym pięknie scen walki, ale jakoś nie odniosłem takiego wrażenia - oczywiście wszystkie detale są dopięte niczym te, oddane z diabelską precyzją, kostiumy i fryzury, ale jak dla mnie, te walki to nie jest show choreografii w stylu filmów Zhanga Yimou czy Przyczajonego tygrysa.... Ale to dobrze, bo nie są celem narracji, tylko jej elementem. Film ogólnie nie operuje na wysokim napięciu, jeśli tego oczekujecie po filmie, oficjalnie, reprezentującym gatunek "sztuk walki". Swoją historię opowiada raczej z buddyjskim, zdystansowanym emocjonalnie podejściem typu "shit happens". Ostatecznie ładunek emocjonalny można by porównać w kinie zachodnim do, no nie wiem, gdyby w Mistrzu zagrali Bill Hader i Jeff Bridges? Mimo wysokiego budżetu i starannie dopracowanych technikaliów, film nadal wydaje się dziełem zdominowanym nie przez przepych, a skromną powściągliwość, jaką lubimy kojarzyć z kulturami Dalekiego Wschodu.

Niezwykła jest kreacja Shu Qi, aktorki znanej i nagradzanej od dekad, ale ciągle wyglądającej jak piękna dwudziestoletnia. W Zabójczyni z jednej strony spoczywa na niej spory ciężar dramatyczny (bez TAKIEJ roli w jej wykonaniu nie wiem, czy film miałby w ogóle sens), a z drugiej, jakoś można odnieść wrażenie, że nie "robi" aktorsko zbyt wiele. Wystarczy, że wygląda, nieustannie magnetyzując - gdy czai się w ciemnościach, alarmuje, nie można od niej oderwać wzroku, a gdy w kadrze jej nie ma, widz tęskni, oczekuje na powrót. Oczywiście to zasługa także kamery i charakteryzacji, ale nadal - sam nie wiem, czy jest to wielkie osiągnięcie aktorstwa, czy raczej modellingu. W każdym razie, jest osiągnięciem.

 

W skrócie mówiąc, te dwa filmy całkiem mi się podobały. Zabójczyni mimo wszystko raczej nie wejdzie do kanonu faworytów, ot - bardzo, bardzo film i "tyle". Koń Dinheiro to coś więcej. Na obu filmach nie było zresztą nawet pełnej sali. Serio?

środa, 15 lipca 2015

Miesiąc temu skończył się w Ameryce Mad Men. Czas tego serialu skończył się, zanim skończył się sam serial. Z tego powodu nie płakałem za serialem. Ale popłaczmy za tym czasem.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015
niedziela, 15 lutego 2015
środa, 30 lipca 2014

Sensacja z Węgier: to nie żadne tam "kino festiwalowe", tylko efektowne hollywoodzkie widowisko, pompatyczna, wstrząsająca pomysłami i wyciskająca łzy historia dziewczynki i psa. Z psem w roli głównej.

Tak jak w Bezpańskich psach nie ma żadnych psów, tak w Białym bogu jest ich mnóstwo, mimo nieobecności w tytule. W filmie Kornela Mundruczo w ogóle trudno znaleźć cokolwiek białego, ani cokolwiek boskiego – wyczytana w internenecie sugestia, że to zapewne gra słów z filmem White Dog Fullera z lat 80. wydaje się najciekawszym wytłumaczeniem (chociaż raczej niezamierzonym przez autora, który w wywiadach wyjaśnia, że chodzi o dominację rasową, czy może w tym wypadku – gatunkową). Ale zanim na nią trafiłem, lubiłem myśleć, że to próba nawiązania do poetyki kina Republiki Weimarskiej. Wiecie, gdyby zmienić tylko kilka kosmetycznych detali, łatwo sobie wyobrazić, że jakiś Pabst kręci podobny film, może klasycznie z biedną kobietą zostającą prostytutką zamiast psa wysyłanego do schroniska, z tytułem Biała bogini, ale w każdym razie – o upodleniu maluczkich, zbędnych i uciśnionych przez tych, którzy mają władzę. Ta niby ogólnikowa opinia to i tak najwięcej, ile chciałbym opowiedzieć o wydarzeniach filmu, ponieważ był on dla mnie bardzo zaskakujący swoimi zwrotami akcji i na pewno nie chciałbym wnikać w to, jaki konkretnie staje się film w swojej dalszej części (innymi słowy, nie chciałbym być Pawłem T. Felisem, opowiadającym wszystko po kolei już w relacji z Cannes). Post factum jest to fabuła bardzo logiczna i konsekwentna, ale widząc nazwisko reżysera (m.in. podziwiająca poetycko naturę Delta i moim zdaniem mniej udany, a też dość powolny i wyciszony Projekt Frankenstein) i będąc na Nowych Horyzontach, kojarzonych raczej słusznie ze slow cinema, można naprawdę nie spodziewać się, że tutaj będzie... tyle się dziać. Jest płacz, ucieczka, walka, uderzanie w czułe nuty, ale też sporo przemocy – Avengersi by się nie powstydzili, przynajmniej gdyby byli targetowani dla dorosłych.

Znam trochę osób, które bardziej dotyka oglądanie cierpienia zwierząt, niż ludzi. Jeśli należycie do tej grupy, Biały Bóg wystawi was na próbę. Wiele fragmentów filmu można wręcz zatytułować Zniewolony: 13 Years a Dog. Psi protagonista znosi okrucieństwa od każdego, na kogo trafi, a Mundruczo nie ma problemu z pokazywaniem nam ich w może nie eksploatacyjny, ale bezwzględnie bezpośredni sposób. Inna sprawa, że to opowieść dość alegoryczna i efekciarska. Nie dostajemy nigdy wytłumaczenia, dlaczego źli są źli – przykładowo, musiałem zadawać sobie pytanie, dlaczego ojciec młodej bohaterki jest tak zawzięty, żeby wyrzucić jej psa z mieszkania? Koleś, to twoja urocza córeczka, kocha swojego pieska, przytula go i za nim płacze, a ty skąpisz na podatek od psa? Nie do końca przekonujące - musicie po prostu założyć, że facet jest zły, i oglądać dalej. Argumentacja filmu i psychologia postaci są ciosane tak grubo (jedna ze złych postaci jest chciwa i komunikuje się to nam w ten sposób, że w każdej scenie siedzi i przelicza banknoty), iż Białego boga najtrafniej chyba opisać jako utrzymaną w realistycznej estetyce baśń starego Disneya – taki Dumbo epoki Gry o tron; nie ma może piosenek śpiewanych przez ptaszki, ale nawet muzyka symfoniczna jest jednym z przewijających się motywów. Wspomniałem jednak, że konwencja jest na swój sposób realistyczna, więc nie mamy złudzeń, że biedny uciekający przed hyclami pies wyjdzie na swoje samą siłą niewinności niczym Kopciuszek. No ale wystarczy o wydarzeniach. Powiemt tyle - są ciekawe. Są sceny akcji, coś jakby poruszający romans, jest nawet szybko zmontowana z rozedrganych ujęć scena pościgu po mieście.

Gdyby rozdawano Oscary za tresurę zwierząt, Biały bóg byłby faworytem w absolutnie każdym starciu. Bez zdziwienia, że otrzymał w Cannes rozdawaną tam corocznie nagrodę Palm Dog. To, co robią tu psy (a oprócz paru głównych postaci są tu też sceny zbiorowe), jest nie do opisania. Ja nie umiałbym pewnie skłonić psa, żeby wyszedł na dwór siku, a te tutaj wykazują większą dyscyplinę i elastyczność ekspresji, niż niejeden członek obsady Niezniszczalnych. Trochę jak Christopher Nolan, Mundruczo robiąc show odrzucił robienie całego filmu w komputerze i postawił na solidnie skonstruowane, fizyczne widowisko – co oczywiście działa na emocje znacznie intensywniej, niż obserwowanie laserków i teł dorysowanych aktorom na green screenie. To pewnie nie najlepszy film Nowych Horyzontów (jednak brakowało mi nieco rozwagi), ale na swój sposób zrobił na mnie największe wrażenie, czystą mocą skompresowanych emocji. Może za dużo tu okrucieństwa, żebym polecał go na randkę, ale przecież żyjemy w czasach, gdy młodzież w wieku po-nastoletnim najbardziej interesuje się Hannibalem i Detektywem, więc na pewno znajdziecie znajomych, by zobaczyć najbardziej spontaniczny i uderzający show Nowych Horyzontów.



wtorek, 29 lipca 2014

Mniej, chłodniej, wolniej - Tsai Ming-Liang nadal walczy o perfekcję w swojej własnej dziedzinie. Każde ujęcie nadal uderza tu jak kowadło. Znacie ten styl, chociaż jeszcze nie widzieliście w nim tak smętnej i posępnej historii.

Spośród gwiazd kina nie znajdziecie chyba żadnej innej tak kontrowersyjnej i specyficznej, jak Tsai Ming-Liang. Pisząc o nim, człowiek zawsze na nowo musi się zastanawiać, jak przedstawić konkretnie jego styl, by było to zrozumiałe również z zewnątrz, podczas gdy wtajemniczonym dużo łatwiej byłoby powiedzieć w skrócie: "no wiecie, w stylu Tsai Ming-Lianga". Tajwańczyk ma wśród kinomanów wielu niezwykle oddanych miłośników, ale myślę, że dla części jest kompletnie niewyobrażalne, żeby czerpać przyjemność z oglądania statycznych, wielominutowych ujęć codziennych życiowych sytuacji. Na pewno tacy są: mimo że jego marka wydaje się doskonale już znana, a Roman Gutek i prasa często przedstawiają Tsaia jako jednego z faworytów publiki Nowych Horyzontów (miał swoją retrospektywę jeszcze w Cieszynie), to i tak na rzadko którym filmie tyle osób wychodziło z sali, jak na Bezpańskich psach. Sam należę do wielkich fanów Tsaia i wymieniam go wśród moich ulubionych reżyserów - głównie za cztery filmy, które nakręcił od 1997 do 2003, same arcydzieła. Bezpańskie psy osiągają podobny poziom - to równie hipnotyzujące, fascynujące i jednocześnie sprowadzające na ziemię rzeczywistością przeżycie, jego najlepszy film od czasu Bu san (Goodbye, Dragon Inn).

Załóżmy, że nie kojarzycie Tsaia. Czego możecie się spodziewać? On jest naprawdę powolny. Na jednym końcu skali weźmy przykładowego Michaela Baya. W połowie drogi będzie Jim Jarmusch, a dalej w tym samym kierunku - właśnie Tajwańczyk. Wyobrażam go sobie jako wrażliwego, zamyślonego człowieka, może jakiegoś guru siedzącego na górze, który każdy ruch podejmuje powoli, ale przy proporcjonalnie spotęgowanym efekcie. Mógłby nie ruszać twarzą, ale będziemy się tym bardziej w nią wpatrywać, aż każdy por skóry wejdzie nam na stałe w czaszkę, aż dostrzeżemy ślady całej jej przeszłości, aż je przeżyjemy i przepłaczemy. Tak mniej więcej można by opisać zachowanie jego kamery. W klasycznym kinie narracyjnym trudno sobie wyobrazić bardziej minimalistyczne podejście - jak chwilę się nad tym zastanowić, trudno sobie nawet wyobrazić, że ktoś robi coś takiego, jak Tsai. Ale robi. Przeciwnicy wysyłają go do galerii, ale nigdy nie porównałbym jego dzieł do obrazów. Owszem, estetycznie można podziwiać jego staranne, zaskakujące perspektywą ujęcia w podobnym sensie, jak patrzymy na dzieła graficzne, jednak czas jest w filmach Tsaia wymiarem kluczowym - ostatecznie, zawsze chodzi o to, co się dzieje, co się stało i stanie... i, tak, także o to, kiedy. Montaż jest tutaj nie mniej, a jeszcze bardziej istotny dla budowania przekazu, niż w kinie "tradycyjnym". Dlatego nie w pełni umiem zrozumieć wypowiedzi ludzi, którzy widzą w kinie tego typu "kino kontemplacyjne", "wymagające", którzy zapraszają do przygotowania poduszek lub ogólnie wspominają o nudzie - to nie jest odpowiednik stania w kolejce, gdy chcemy dostać odpowiedni produkt i na niego czekamy, to autoteliczna czynność, która zwyczajnie  akurat tyle trwa i nie może krócej ani dłużej. Bo inaczej byłaby już czym innym. Wiecie, to jak z choćby wiadomościami w TV. Niby dziennikarze mogą mówić o samych faktach. Ale to, które kilka z miliona faktów wybiorą i w jakiej ilości, trochę wpływa na to, jaki obraz "wydarzeń na świecie" dostaniemy, czyż nie? Obcowanie z filmami Tsaia pozwala zauważyć, jak niewiele można spraw można opowiedzieć, pokazać w bardziej "standardowym" kinie, bo po prostu nie dzieją się one w odpowiednim tempie, nie są ładnie "skracalne". Co więcej, każe zadać pytanie, po co skracać? Filmy powolne są dla mnie łatwiejsze i przyjemniejsze w odbiorze, a do tego dają mi więcej swobody, jak chcę to robić - to jak destylat z przeżywania danych sytuacji samemu. Tsai stwierdził kiedyś, że zabrał się za filmy fabularne, by pokazać rzeczywistość trafniej, niż w dokumentach, pozornie paradoksalne wyrażenie, które jednak doskonalne ujmuje jego największe osiągnięcie. Mam tu na myśli zarówno sferę osobistych emocji, jak i pewien dość jasny przekaz dotyczący całego miejsca, być może całego kraju.

Bo załóżmy, że kojarzycie Tsaia. W takim wypadku warto tylko zaznaczyć, że Bezpańskie psy wydają mi się jego najbardziej ponurym filmem. Owszem, pewnie w każdym tekście o reżyserze zobaczycie słowa typu "aliencja", "izolacja" - Tajwan zawsze ukazywał jako chaotyczny, umęczony deszczem i wiatrem, bezwzględnie fizyczny (a więc, na co jak sądzę też warto zwrócić uwagę, pozbawiony wszelakiej metafizyki - która dla "tradycyjnego" kina jest właściwie wszystkim) świat, dość przerażający dla jednostek ludzkich, których spotkania zazwyczaj wyglądają na absurdalne w swojej przypadkowości zderzenia miotanych po całej przestrzeni wolnych atomów. Ale gdzie absurd, tam oczywiście humor, i zazwyczaj Tsai mógł wywołać więcej zainteresowania wśród ludzi jedynie zainteresowanych odkrywaniem kolejnych niepojętych, ale też niewywołujących większego niepokoju wschodnioazjatyckich dziwactw (przykładowo, Kapryśna chmura i Dziura to wręcz musicale, co zawsze potrafi dać uśmiech). Jak żaden poprzedni film, Bezpańskie psy kreślą dość bezwzględny obraz kapitalistycznego rozwoju gospodarki Tajwanu, pokazując jedynie jego ofiary, ludzi żyjących i pracujących w nędzy, borykających się z bezdomnością. Z czasem dostrzegamy, że kilka pokazanych postaci jest powiązanych więzami rodzinnymi, ale też właśnie wtedy zdajemy sobie sprawę, że dla całej reszty społeczeństwa ci ludzie zapewne nie istnieją - tylko dla siebie samych. To właśnie zjawisko, nazwijmy je w uproszczeniu poczuciem izolacji, jest odzwierciedlane w kamerze na wiele niesamowicie kreatywnych, trafnych i zaskakujących pomysłów realizatorskich. Nie chodzi tylko o tempo (w kilku scenach kamera po prostu przeraża swoją niechęcią do odwrócenia głowy choć na chwilę) czy dobór kadru (sporo tu ujęć przywołujących na myśl perspektywą kamery przemysłowe, tyle że kompozycją już fotografię artystyczną), ale też niesamowity sound design (ten film jakby cichutko dyszał ci do ucha) czy choćby scenografię, na czele z obserwowanym w pierwszej scenie domem, który trudno mi opisać poprzez skojarzenia ani z typowymi budynkami, ani naturą, ani cholera wie czym. Może tak: wygląda nieco jak architektoniczna adaptacja okładki Unknown Pleasures Joy Division.

 

Prawdziwie dobre, w pełni realizujące swój cel slow cinema (a, chociaż jestem miłośnikiem takiego kina, przyznam - nie ma takich filmów aż tak wiele) sprawia, że bariery sztuczności są niemalże nieodczuwalne i czujemy, jakbyśmy osobiście uczestniczyli w danym zjawisku. Dlatego Bezpańskich psów można się wręcz bać - bo tutaj "dane zjawisko" oznacza przede wszystkim uczucie pustki, porażki i wyplucia przez świat. Widać to zwłaszcza w twarzy głównego bohatera, którego gra Lee Kang-Sheng. To regularny aktor Tsaia, występujący u niego już po raz dziewiętnasty, nie pierwszy raz zachwycający swoim warsztatem przy tak trudnym realizatorsko wyzwaniu, ale wywołujący też współczucie - bo czy facet, który umie tak grać, może to wszystko włączać w danej sekundzie długiego ujęcia? Jakby trudno uwierzyć, że nie czają się tu poważniejsze problemy. W ogóle trudno uwierzyć, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, że to tylko film. A może dla wielu osób, także w naszym kraju, to jest rzeczywistość, której tylko nie czuliśmy, bo nie jesteśmy nimi. Jak to bywa, zwrócenie uwagi na daną barierę pozwala ją obalić. Film o izolacji nakłania do pomyślenia o innych w nieznany dotąd sposób. Tsai nadal jest jednym z tych (moim zdaniem kilku) reżyserów, bez których cały świat byłby naprawdę, na serio uboższy.

sobota, 26 lipca 2014

Dość jeszcze mało znany Ruben Ostlund okazuje się mistrzem reżyserii, wnosząc sporo polotu do tradycyjnej skandynawskiej zgryźliwej obserwacji cicho narastającego konfliktu w uśmiechniętej rodzinie. Jest napięcie, ale i sporo śmiechu.

W zasadzie Ostlund zrobił już dwa filmy, docenione w Szwecji Mimowolnie oraz wywołującą nieco kontrowersji na tle rasowym Grę, ale nie trafiła mi się jeszcze okazja ich obejrzeć. Do obejrzenia Turysty nakłoniły mnie entuzjastyczne donosy z Cannes i już uwielbiam kolesia. Film można by niby uznać za dość statyczny, ale jest fantastycznie nakręcony i zmontowany. Praktycznie każde przejście jest trafione w punkt, a tempo wymierzone idealnie. To taki typ widowiska, gdzie kamera po prostu pokazuje twarz bohatera i ludzie się śmieją z ciężaru zaistniałej sytuacji. Nie dziwią mnie dostrzeżone porównania do Hanekego czy Von Triera, przy czym oni nigdy nie byli tak gładcy (bo i pewnie nie chcieli), za to znacznie bardziej okrutni (bo i pewnie chcieli), tymczasem w przypadku Turysty mieszanka psychologicznej farsy i dramatu użyta do nakręcania napięcia jest na tyle lekka i pełna empatii wobec każdego z bohaterów, by przywoływać na myśl raczej te spokojniejsze filmy braci Coen.

Podobnie jak 50 twarzy Greya (a może i choćby Zimowy sen?), Turystę można by pewnie opisać jako metaforyczny, skondensowany poradnik, czego kobiety oczekują od mężczyzn - przy czym jak pierwsze pewnie można by wykorzystać do podrywania, drugi do zachowania w związku. Przedmiotem filmu jest potrzeba demonstrowania bezpieczeństwa - te znane większości sytuacje, gdy facet musi... no wiecie, być mężczyzną a nie mięczakiem. Oczywiście, w przeciwieństwie do pop-szajsu pokroju Greya, to nie jest żadna wyidealizowana wizja faceta, który bez problemów dane oczekiwania spełnia. W centrum obrazu mamy najbardziej klasyczną rodzinę szwedzkich everymanów - dwoje dzieci nosi nawet odpowiednie dla płci niebieskie i różowe ubranka. Cała rodzinka rusza na wakacje w Alpy, jest spokój, uśmiechy, iPhone'y. Nadchodzi jednak sytuacja nieco dramatyczna, w której ojciec nie wykazuje się odpowiednią męskością. Niby ostatecznie nic się nie stało. Ale to gryzie. Kolejne rozmowy. Spojrzenia. Wyjścia na korytarz. Nikt nie wie do końca, co z tym fantem zrobić. On wolałby o tym myśleć w sposób taki, ona myśli w sposób owaki. Są podstawy do obaw, że ona ma rację. No niedobrze. Rozkręca się dramat tyleż absurdalny, co moim zdaniem zupełnie wiarygodny. Ostlund wkręca w scenariusz tylko kilka osób - rodzinkę oraz dwoje przyjaciół, akurat tyle, by przyjrzeć się w mikroskopie wszelkich podstawowym warunkom i reperkusjom zdawałoby się drobnych zachowań i słów.

Uważam, że Turysta oddziałuje równie głęboko, co Zimowy sen, dotykając podobnych sfer analizy socjologicznej i kulturowej, jednocześnie opowiadając znacznie ciekawiej, bardziej - jak to mówią mądrzy polscy krytycy - "kinowo" i dwie godziny łyka się błyskawicznie (fakt, że na swojej trzeciej projekcji Nowych Horyzontów trafiłem w końcu na salę bez duchoty pewnie nieco pomógł). Tu również większość scen polega na rozmowach na kanapie, ale pada tylko tyle słów, ile trzeba - i tyle ciszy, ile trzeba, a kapitalny rytm uzupełniają doskonałe wizualnie zagrywki poza głównym wątkiem, jak choćby napotkana grupa mężczyzn, którzy... hm, krzyczą (nie ma sensu opisywać więcej, ale wierzcie - scena jest cudowna i jak będzie na YouTube, obejrzę ją ze sto razy). Są tu także małe momenty magii kamery, jak pogrywanie z wszechogarniającą bielą śniegu czy krótkie, ale urocze ujęcie, gdy główny bohater siedzi bardzo blisko obiektywu i w zależności od jego drobnych ruchów zniekształcenia powodują na przemian, że jego ręce wyglądają to wątło, to potężnie. Zabieg bardzo w stylu tego filmu - łatwy do przeczytania, oczywisty, a błyskotliwy, mówiący tyle, co tysiąc słów Ceylana. Nie pomyślcie sobie, że jestem wyjątkowo krytyczny wobec Zimowego snu czy w ogóle "kina gadanego" - ale ciekawie jest zauważyć różnicę w porównaniu, a akurat Turysta jest wykonany tak klasowo, że łatwo włączam go tam, gdzie Ceylana nie wpuściłem - do półki podpisanej "dla mnie rewelacja, zobacz koniecznie".

piątek, 25 lipca 2014

Otwierający festiwal zwycięzca Złotej Palmy dostarczył... festiwalowości w końskiej dawce. Choć można powiedzieć sto rzeczy o nowym filmie Nuriego Bilge Ceylana, we wrażeniach na świeżo zawsze pierwsze wyjdzie mi z ust, że jest... długi.

Zimowy sen to właściwie podręcznik, jak się robi dobre festiwalowe kino. Te wszystkie uproszczenia, które męczą w kinie popularnym, chociaż są konieczne, by produkt każdemu łatwo wchodził do gardła? Tu wszystko jest na odwrót. Już od pierwszego ujęcia: film popularny oczywiście musi się zacząć od dialogu albo od muzyki, żeby widz broń Boże nie zasnął w ciągu otwierających 15 sekund. Zimowy sen zaczyna się od statycznego ujęcia bliżej nieokreślonych krzaczków, na które jak się okaże spogląda bliżej nieokreślony pan. Nie jest to ostatecznie film wielce enigmatyczny, ale często można poczuć ten przyjemny dreszcz niedoinformowania, bo wszystko jest nam pokazane w formie naturalnej, organicznej - ludzie zachowują się mniej więcej tak, jak by mogli to robić w realu, a nie recytują po kolei zdania opowiadające nam film. Z tego powodu wydarzenia rozgrywają się... dość powoli (minęła chyba więcej niż godzina filmu zanim zorientowałem się, kto jest siostrą, a kto żoną głównego bohatera - no co, po prostu nikt tego nie mówił). Przede wszystkim jednak - czego nie wyobrażacie sobie w kinie popularnym? Scen typu "dwie osoby siedzą w pokoju i rozmawiają i naprawdę tylko o to chodzi w scenie", co nie? No więc w Zimowym śnie, jak się okazuje, większość filmu to trwające dziesiątkami minut sceny, kiedy osoby siedzą w pokoju i rozmawiają (zresztą dość zaskakujący zwrot akcji w przypadku reżysera, którego Uzak czy Klimaty kojarzyły się zdecydowanie jako dominujace ówcześnie na festiwalach kino ciszy). I nie jest to zgrabna szermierka na zręczne hasełka jak u Woody'ego Allena czy Aarona Sorkina - rozmawiają mniej więcej tak, jak by się rozmawiało na żywo (włączając to, że kwestie bynajmniej zgrabne i zręczne nie są, czasami wywołując we mnie coś pomiędzy ekscytacją a irytacją, jak bardzo można rozwlekać pomniejsze kwestie dyskusji). Coś jeszcze? Film trwa ponad trzy godziny i jest mało płynny - w zasadzie w każdej scenie wydaje się, że to nie tyle ciąg dalszy, co jakiś nowy film. W połączeniu z awarią klimatyzacji na sali miałem wrażenie, że to był jeden z dłuższych filmów, na jakim byłem w życiu. Był dobry. Ale też długi.

W jednej z głównych rol Melisa Soezen, czyli turecka Penelope Cruz

Nie jest to najłatwiejszy film do krótkiego opisania. Ceylan porusza w Zimowym śnie tak kolosalnie dużo tematów, że próba ich analitycznego rozłożenia musiałaby się skończyć w potężnym eseju, by była choć odrobinę uczciwa. Z kolei próba syntezy wątków mogłaby jedynie skończyć jako streszczenie wydarzeń, co nie jest ani potrzebne, ani przyjemne (w historii bez spektakularnych wizualnie dramatów odpowiednik napięcia buduje przez znaczną część filmu to, że nie do końca jeszcze wszystko wiemy o sytuacji). Przede wszystkim, pewnie byłoby upraszczająco stronnicze, ponieważ jak już zauważyłem w opiniach innych, zachowania bohaterów mogą być interpretowane odmiennie, w zależności od poglądów na życie - myślę, że bliskim przyjacielem Zimowego snu, nawet bardziej niż poprzednie filmy Ceylana, są ostatnie dzieła Asghara Farhadiego. Podobnie jak w Rozstaniu czy Przeszłości, tutaj podglądamy maleńkie konflikty pomiędzy jednostkami, których pozycja jest oczywiście mocno uwarunkowana przez różnorakie reguły ludzkiego świata – konflikty tak realne w swojej kompleksowości, że choć na początku by chciało się je opisać prostymi kategoriami ("to film o biedzie", "to film o władzy", "to film o godności", "to film o podstawach moralności"), to dalszy rozwój sytuacji zaraz przypomina, że taki pomysł nie wystarczy. Nie będę pierwszym, któremu film skojarzy się z Bergmanem, przy czym bohaterowie Ceylana są jeszcze bardziej wysublimowani, w każdym tego słowa znaczeniu, co sprawia, że nawet długaśne Sceny z życia małżeńskiego Bergmana wyglądają w porównaniu jak sprint po parku przy siedzeniu w dusznej pieczarze.

A Haluk Bilginer w brodzie to oczywiście turecki Orson Welles

Bohater filmu jest majętnym, wykształconym człowiekiem związanym z teatrem, posiadaczem mieszkań i ziemi (znów rodzima dla Ceylana Anatolia, której malowniczość podziwiamy tu jednak tylko w kilku krótkich kadrach), dodatkowo cieszy się potężną posturą i przyzwoitą brodą, wyglądając zupełnie jak Orson Welles - co pozwoliłoby łatwo skojarzyć go to z postaciami Szekspirowskimi odtwarzanymi przez Wellesa w jego filmach, czy wręcz z Obywatelem Kane'em siedzącym w swoim Xanadu, delektującym się tyranicznym wpływem na tych, którzy nie posiadają - żonę, siostrę czy najemców. Ale nie chcę rozwijać tego porównania, bo czuję, że nie byłoby sprawiedliwe wobec głównego bohatera. Wierzcie mi, nie lubię bogatych ludzi bardziej, niż wy - ale Aydin wydaje się w zasadzie wzorcowym przykładem takiego paradoksu, jak dobry bogacz. Co więcej miałby zrobić, żeby zadowolić innych i widza? Ja nie wiem, on nie wie, oni też nie wiedzą. Może główny przekaz filmu jest taki, że w społeczeństwie pełnym ludzi chcących (świadomie lub nie) być lepszymi od innych, zawsze będziesz przez większość postrzegany albo jako żałosna łamaga, albo jako arogancki dupek. To moja propozycja.

 

Ceylan dostał w tym roku Złotą Palmę, co w zasadzie można uznać za puentę równie oczywistą, przewidywalną i odwleczoną w czasie, jak te z narracji Zimowego snu. Bywalec festiwalu już od momentu swojego pierwszego krótkiego metrażu 19 lat temu, Ceylan dostawał w XXI wieku nagrody kolejno dla swoich aktorów, za reżyserię, krytyków oraz grand prix - w tym roku był już tylko jeden wyższy stopień do zdobycia. Moja opinia o tureckim reżyserze się nie raczej nie zmienia - tak jak już przy Uzaku, tak jego nowe dzieło uważam za dobre, ciekawe, warte zobaczenia kino, ale trochę zbyt zakochane w sobie, rozdęte i pretensjonalne, żeby pękły bariery i żebym mógł je pokochać. To nie wina klimatyzacji, Ceylan, po prostu nie ma między nami tego czegoś.

piątek, 11 lipca 2014

Tradycyjnie już, wszelki wolny czas kinomanów (i ich portfel) zostanie w lipcu wydrenowany przez Nowe Horyzonty, jeden z lepszych festiwali w Europie. Tradycyjnie będę i zapraszam.

 

Nowe Horyzonty są fajne. Jeśli czytacie tego bloga, pewnie zdążyliście to zauważyć.

 

Weźmy kwestię samotności i wspólnoty. Przez cały rok premiery filmów, które mi się podobają, są w kinach nieliczne. Od czasu, gdy Gutek "przejął" za błogosławieństwem miasta całe 9-salowe kino Helios przy Rynku, sytuacja oczywiście nieco się zmieniła i atrakcji jest niemało, ale z różnych oczywistych powodów rytm codziennego życia nadal wyznaczają filmy wypuszczane w ogólnopolskich premierach. A te w ponad 90% dobierane są według klucza, który nie jest mi bliski. Kolejne kreskówki, komedie klepiące widza po główce, kino akcji nieróżniące się niczym od poprzedniego, komedie romantyczne wstawiające tylko nowe piękne twarze do tego samego szablonu... Ogólnie mówiąc, produkty dla ludzi, którzy mają ochotę zobaczyć swój pierwszy film i żeby za bardzo nie bolało. Ale nic ciekawego dla kogoś, kto zdążył kino polubić i w sumie trochę nie ma ochoty zużywać czasu i pieniędzy na zapychanie sobie głowy tymi samymi uproszczeniami, które już od pierwszych minut filmu może recytować pamięć. Codzienne życie w kalendarzu premier (jak i w społeczeństwie) napawa mnie przekonaniem, że jestem jakiś nadwrażliwym dziwakiem, osobą o skrajnych, nieakceptowalnych poglądach, która powinna się najlepiej na temat filmów nie odzywać w towarzystwie, żeby normalnych nie kusiło do założenia mu kaftanu i umieszczenia po wsze czasy w odpowiednio odległej instytucji.

 

I nagle są Nowe Horyzonty. "Są" to mało powiedziane - można by pomyśleć, że te filmy po prostu zostają emitowane i można je zobaczyć, po czym wszyscy wracają do życia. Nic podobnego. Horyzonty przejmują władzę nad centrum miasta (czyli z wszelkiego kulturowego punktu widzenia, nad całym Wrocławiem). Przez chwilę to ja jestem tym, który ma mnóstwo do nadrobienia, zobaczenia, poznania, nauczenia się. To jak wielkanocna obżerka dziesiątkami ciast i mięs po więcej niż 40 dniach postu. Filmy, na które śliniłem się latami, nagle sypią się jak z rękawa. Jest ich więcej, niż mogę ogarnąć. Przede wszystkim: okazuje się, że nie tylko ja na nie czekałem. Że jest nas mnóstwo - nas, czyli osób, które uwielbiają filmy, przykładowo (dobór mocno przypadkowy) Claire Denis, Edgara Wrighta, Shane'a Carrutha, Pan-Eka Ratanaruanga, Kima Ki-Duka, Apichatopnga Weeresathakula, Terrence'a Davisa, Lisandro Alonso, Patrice'a Chereau, Jean-Luca Godarda, Terrence'a Malicka, Bruno Dumonta, i tak dalej, i tak dalej... Oni wszyscy dokoła właśnie to lubią, jak ja to lubię. Okazuje się, że mój gust nie jest zupełnie w niczym ekscentryczny, że nie jestem nijak zagubiony. Nie chodzi oczywiście o same nazwiska, które przecież niczego nie gwarantują - Godard czy Chereau i mnie potrafią rozczarować słabym filmem (rok temu nie mogłem wytrzymać nudy na szeroko docenianym w kręgu filmie Apollonide Bonello), ale o przestrzeń, w której się obracamy, zbliżone oczekiwania. Przykładowo: gdzieś tam, w zimnym i strasznym świecie pozahoryzontowym, jeden z moich ulubionych filmów - Le Quattro Volte - jest traktowany jako "dziwactwo", bo nie ma dialogów (no jak to?) i w ogóle jest to film próbujący ukazać w szkle powiększającym pewne ważne rzeczy dotyczące istoty życia, a nie zakrzyczeć je irracjonalnymi zwrotami akcji i rytmicznymi do bólu eksplozjami naciąganych konflików. Na Nowych Horyzontach? Dostał nagrodę publiczności. Nie jestem sam.

 

Przekleństwem Nowych Horyzontów jest mnogość atrakcji, przyprawiającej o dylematy tak samo upiorne, jak ograniczona pojemność żołądka przy światęcznym stole. Tych filmów jest po prostu mnóstwo. Nawet posiadacze karnetów, którzy teoretycznie przez 10 dni mogą zobaczyć 50 filmów (większość, których spotykam, to burżuje-marnotrawcy, i oglądają dziennie nie pięć, jedynie cztery, a czasem, o zgrozo, nawet trzy filmy!) stoją przed trudnym wyborem. Podstawowa kwestia: czy rzucić się na najbardziej oczekiwane premiery kinomanów z całego świata, często przybywające do Wrocławia z Cannes czy Berlina? A może odkrywać nowe, wyjątkowe rzeczy, których często nie będzie okazji zobaczyć już nigdy, bo nie wyjdą na Bluryju w żadnym kraju?

Osobiście zawsze wybieram na Nowych Horyzontach ścieżkę bezpieczną i rzucam się głównie na filmy, które nie tylko Roman Gutek i jego selekcjonerzy, ale też cały świat (na czele z Sight & Sound czy Cahiers du Cinema) mi polecają. Nie żebym nie chciał spróbować propozycji konkursowych. Nie żebym nie miał ochoty podelektować się na dużym ekranie licznie puszczaną klasyką (w tym roku choćby Mama i dziwka Eustache'a). Nie żebym nie był ciekaw krótkich metraży, wśród których łatwo o przeoczone, inspirujące perełki. W meandry konkursu zapuściłem się tylko raz, na jednym z American Film Festivali, czemu sprzyjały dwa warunki: po pierwsze, amerykańska klasyka to w całości filmy, które już widziałem albo będę miał okazję zobaczyć, więc nie wysilałem się w tym kierunku, a po drugie, miałem akredytację, co obniżało napięcie związane z brakiem czasu i pieniędzy. I co się okazało? Otóż wiele filmów w konkursie AFF określiłbym jako co najwyżej niezłe, ale też trafiłem na fenomenalny film pt. We Are the Sea Neila Truglio, który zdaje się nikogo poza mną tak bardzo nie dotknął i nie doczekał się premiery kinowej nawet w USA, a i spośród festiwali zaliczył jedynie kilka pozycji. To było dla mnie jak one-night stand, jak Weekend, jak Medicine for Melancholy, jak pierwsza część Przed wschodem słońca, gdybym sequele nigdy nie powstały - spędziłem z tym filmem cudowne, intymne dwie godziny, porozumieliśmy się doskonale, po czym... zniknął.

 

Tym razem uderzam tradycyjnie w ostrożność.

Zaznaczmy na początku, że z góry odpuszczam Boyhood Linklatera oraz Zrywa się wiatr Miyazakiego. Obaj należą do reżyserów, którzy dali mi mnóstwo wspaniałych przeżyć, a ich nowe filmy są dość celebrowane (wielu krytyków na świecie po prostu oszalało na punkcie Boyhood). Ale... te filmy będą już w sierpniu regularnie w kinach i wtedy zobaczę je bez tłoku, w tani poniedziałek.

Co poszło więc na pierwszy rzut (finansowy doradca w mojej głowie mówi: pierwszy i ostatni!, ale z kolei doradca hedonistyczny krzyczy: i tak zanim ruszy festiwal, dokupisz jeszcze trzy razy tyle biletów)? Te, na które od zawsze czekałem:

Zimowy sen - oczywisty faworyt, zwycięzca Cannes i produkcja Ceylana, którego może nie kocham, ale... lubię bardzo i jeszcze się nie zawiodłem.

Cuda - proste, kolejny faworyt z Cannes.

Bezpańskie psy - a tu już mój ukochany od lat reżyser, czyli Tsai Ming-Liang. Facet, który zrobił wiele spośród moich ulubionych filmów - co prawda większość z nich już jakiś czas temu, ale Psy często są opisywane jako wielki comeback. Z żalem nie zakupiłem biletu na Podróż na zachód (w której gra Denis Lavant!), krótszy metraż, który zapowiada się równie ciekawie.

Turysta - siła wyższa oraz Biały Bóg - reżyser w jednym wypadku mi nieznany, w drugim - niezbyt podziwiany (jego ostatni Frankenstein mi się podobał, ale nie powalił, chociaż dwa poprzednie filmy świetne), kryteria są dość proste: opinie z Cannes, gdzie oba dostały najważniejsze nagrody sekcji Un Certain Regard i ogólnie wszystkim się podobały.

Pożegnanie z językiem - na ten film czekam może najbardziej, bo słyszałem niejedną opinię, że Godard z marszu podbił język kina 3D. Socjalizm był dziwaczny, ale i tak byłem zachwycony.

Lewiatan - na dotychczasowe trzy filmy Andrija Zwiagincewa dwa trafiły do mojego top 10 roku, więc to chyba jasne, że się lubimy. To również jeden z obiektów największych zachwytów w Cannes.

Manakamana - film dostał na mojej ulubionej stronie Slant świetną recenzję, porównującą go z Lewiatanem (nie tym Zwiagincewa, tym dokumentem, który leciał na NH rok temu). Mało słów, podglądanie życia niby to pasywną kamerą, głębokie wnioski - tyle wyciągnąłem podobieństw przeglądając pobieżnie recenzję i tyle mi wystarczy, żebym kliknął "kup bilet" i... zobaczymy, o czym to jest.

 

Jak widać, wybrałem typy oczywiste. Żadnych polskich filmów albo rzeczy spoza "głównego nurtu festiwalowego", jeśli chwytacie to pozornie paradoksalne wyrażenie. Nie wyczerpałem listy "pewniaków" - weźmy chociażby Dzikie historie, Sils Maria (te dwa zdecydowanie byłyby pierwsze w kolejce, ale trochę nie grają mi pory ich emisji), kontrowersyjny Moebius Kima Ki-Duka (z tego co rozumiem, film dość... odważny w perwersje), Ostatniego niesprawiedliwego (nowy dokument Claude'a Lanzmanna od Shoah), Szaloną miłość Jessiki Hausner, australijskie Ścieżki... cholera, weźmy całą sekcję Panorama, a z konkursu głównego - choćby same polskie premiery, nowe filmy Wojcieszka i Sasnali.

 

To jest mój plan zrujnowania się pod koniec lipca - bo oczywiście oprócz filmów (tych wymienionych wyżej i tych następnych, którym się nie oprę...) dochodzi rujnowanie się w ulubionych lokalach w centrum miasta, przecież zasuwać w przerwach do domu na Nadodrze nie wyrobię.

A wy będziecie? Przeżycia innych na Nowych Horyzontach są dla mnie strasznie ciekawe, więc jeśli najdzie was ochota się nimi podzielić w przerwach między seansami, koniecznie odzywajcie się na ogqozo@o2.pl.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24

statystyka