Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
piątek, 25 lipca 2014

Otwierający festiwal zwycięzca Złotej Palmy dostarczył... festiwalowości w końskiej dawce. Choć można powiedzieć sto rzeczy o nowym filmie Nuriego Bilge Ceylana, we wrażeniach na świeżo zawsze pierwsze wyjdzie mi z ust, że jest... długi.

Zimowy sen to właściwie podręcznik, jak się robi dobre festiwalowe kino. Te wszystkie uproszczenia, które męczą w kinie popularnym, chociaż są konieczne, by produkt każdemu łatwo wchodził do gardła? Tu wszystko jest na odwrót. Już od pierwszego ujęcia: film popularny oczywiście musi się zacząć od dialogu albo od muzyki, żeby widz broń Boże nie zasnął w ciągu otwierających 15 sekund. Zimowy sen zaczyna się od statycznego ujęcia bliżej nieokreślonych krzaczków, na które jak się okaże spogląda bliżej nieokreślony pan. Nie jest to ostatecznie film wielce enigmatyczny, ale często można poczuć ten przyjemny dreszcz niedoinformowania, bo wszystko jest nam pokazane w formie naturalnej, organicznej - ludzie zachowują się mniej więcej tak, jak by mogli to robić w realu, a nie recytują po kolei zdania opowiadające nam film. Z tego powodu wydarzenia rozgrywają się... dość powoli (minęła chyba więcej niż godzina filmu zanim zorientowałem się, kto jest siostrą, a kto żoną głównego bohatera - no co, po prostu nikt tego nie mówił). Przede wszystkim jednak - czego nie wyobrażacie sobie w kinie popularnym? Scen typu "dwie osoby siedzą w pokoju i rozmawiają i naprawdę tylko o to chodzi w scenie", co nie? No więc w Zimowym śnie, jak się okazuje, większość filmu to trwające dziesiątkami minut sceny, kiedy osoby siedzą w pokoju i rozmawiają (zresztą dość zaskakujący zwrot akcji w przypadku reżysera, którego Uzak czy Klimaty kojarzyły się zdecydowanie jako dominujace ówcześnie na festiwalach kino ciszy). I nie jest to zgrabna szermierka na zręczne hasełka jak u Woody'ego Allena czy Aarona Sorkina - rozmawiają mniej więcej tak, jak by się rozmawiało na żywo (włączając to, że kwestie bynajmniej zgrabne i zręczne nie są, czasami wywołując we mnie coś pomiędzy ekscytacją a irytacją, jak bardzo można rozwlekać pomniejsze kwestie dyskusji). Coś jeszcze? Film trwa ponad trzy godziny i jest mało płynny - w zasadzie w każdej scenie wydaje się, że to nie tyle ciąg dalszy, co jakiś nowy film. W połączeniu z awarią klimatyzacji na sali miałem wrażenie, że to był jeden z dłuższych filmów, na jakim byłem w życiu. Był dobry. Ale też długi.

W jednej z głównych rol Melisa Soezen, czyli turecka Penelope Cruz

Nie jest to najłatwiejszy film do krótkiego opisania. Ceylan porusza w Zimowym śnie tak kolosalnie dużo tematów, że próba ich analitycznego rozłożenia musiałaby się skończyć w potężnym eseju, by była choć odrobinę uczciwa. Z kolei próba syntezy wątków mogłaby jedynie skończyć jako streszczenie wydarzeń, co nie jest ani potrzebne, ani przyjemne (w historii bez spektakularnych wizualnie dramatów odpowiednik napięcia buduje przez znaczną część filmu to, że nie do końca jeszcze wszystko wiemy o sytuacji). Przede wszystkim, pewnie byłoby upraszczająco stronnicze, ponieważ jak już zauważyłem w opiniach innych, zachowania bohaterów mogą być interpretowane odmiennie, w zależności od poglądów na życie - myślę, że bliskim przyjacielem Zimowego snu, nawet bardziej niż poprzednie filmy Ceylana, są ostatnie dzieła Asghara Farhadiego. Podobnie jak w Rozstaniu czy Przeszłości, tutaj podglądamy maleńkie konflikty pomiędzy jednostkami, których pozycja jest oczywiście mocno uwarunkowana przez różnorakie reguły ludzkiego świata – konflikty tak realne w swojej kompleksowości, że choć na początku by chciało się je opisać prostymi kategoriami ("to film o biedzie", "to film o władzy", "to film o godności", "to film o podstawach moralności"), to dalszy rozwój sytuacji zaraz przypomina, że taki pomysł nie wystarczy. Nie będę pierwszym, któremu film skojarzy się z Bergmanem, przy czym bohaterowie Ceylana są jeszcze bardziej wysublimowani, w każdym tego słowa znaczeniu, co sprawia, że nawet długaśne Sceny z życia małżeńskiego Bergmana wyglądają w porównaniu jak sprint po parku przy siedzeniu w dusznej pieczarze.

A Haluk Bilginer w brodzie to oczywiście turecki Orson Welles

Bohater filmu jest majętnym, wykształconym człowiekiem związanym z teatrem, posiadaczem mieszkań i ziemi (znów rodzima dla Ceylana Anatolia, której malowniczość podziwiamy tu jednak tylko w kilku krótkich kadrach), dodatkowo cieszy się potężną posturą i przyzwoitą brodą, wyglądając zupełnie jak Orson Welles - co pozwoliłoby łatwo skojarzyć go to z postaciami Szekspirowskimi odtwarzanymi przez Wellesa w jego filmach, czy wręcz z Obywatelem Kane'em siedzącym w swoim Xanadu, delektującym się tyranicznym wpływem na tych, którzy nie posiadają - żonę, siostrę czy najemców. Ale nie chcę rozwijać tego porównania, bo czuję, że nie byłoby sprawiedliwe wobec głównego bohatera. Wierzcie mi, nie lubię bogatych ludzi bardziej, niż wy - ale Aydin wydaje się w zasadzie wzorcowym przykładem takiego paradoksu, jak dobry bogacz. Co więcej miałby zrobić, żeby zadowolić innych i widza? Ja nie wiem, on nie wie, oni też nie wiedzą. Może główny przekaz filmu jest taki, że w społeczeństwie pełnym ludzi chcących (świadomie lub nie) być lepszymi od innych, zawsze będziesz przez większość postrzegany albo jako żałosna łamaga, albo jako arogancki dupek. To moja propozycja.

 

Ceylan dostał w tym roku Złotą Palmę, co w zasadzie można uznać za puentę równie oczywistą, przewidywalną i odwleczoną w czasie, jak te z narracji Zimowego snu. Bywalec festiwalu już od momentu swojego pierwszego krótkiego metrażu 19 lat temu, Ceylan dostawał w XXI wieku nagrody kolejno dla swoich aktorów, za reżyserię, krytyków oraz grand prix - w tym roku był już tylko jeden wyższy stopień do zdobycia. Moja opinia o tureckim reżyserze się nie raczej nie zmienia - tak jak już przy Uzaku, tak jego nowe dzieło uważam za dobre, ciekawe, warte zobaczenia kino, ale trochę zbyt zakochane w sobie, rozdęte i pretensjonalne, żeby pękły bariery i żebym mógł je pokochać. To nie wina klimatyzacji, Ceylan, po prostu nie ma między nami tego czegoś.

piątek, 11 lipca 2014

Tradycyjnie już, wszelki wolny czas kinomanów (i ich portfel) zostanie w lipcu wydrenowany przez Nowe Horyzonty, jeden z lepszych festiwali w Europie. Tradycyjnie będę i zapraszam.

 

Nowe Horyzonty są fajne. Jeśli czytacie tego bloga, pewnie zdążyliście to zauważyć.

 

Weźmy kwestię samotności i wspólnoty. Przez cały rok premiery filmów, które mi się podobają, są w kinach nieliczne. Od czasu, gdy Gutek "przejął" za błogosławieństwem miasta całe 9-salowe kino Helios przy Rynku, sytuacja oczywiście nieco się zmieniła i atrakcji jest niemało, ale z różnych oczywistych powodów rytm codziennego życia nadal wyznaczają filmy wypuszczane w ogólnopolskich premierach. A te w ponad 90% dobierane są według klucza, który nie jest mi bliski. Kolejne kreskówki, komedie klepiące widza po główce, kino akcji nieróżniące się niczym od poprzedniego, komedie romantyczne wstawiające tylko nowe piękne twarze do tego samego szablonu... Ogólnie mówiąc, produkty dla ludzi, którzy mają ochotę zobaczyć swój pierwszy film i żeby za bardzo nie bolało. Ale nic ciekawego dla kogoś, kto zdążył kino polubić i w sumie trochę nie ma ochoty zużywać czasu i pieniędzy na zapychanie sobie głowy tymi samymi uproszczeniami, które już od pierwszych minut filmu może recytować pamięć. Codzienne życie w kalendarzu premier (jak i w społeczeństwie) napawa mnie przekonaniem, że jestem jakiś nadwrażliwym dziwakiem, osobą o skrajnych, nieakceptowalnych poglądach, która powinna się najlepiej na temat filmów nie odzywać w towarzystwie, żeby normalnych nie kusiło do założenia mu kaftanu i umieszczenia po wsze czasy w odpowiednio odległej instytucji.

 

I nagle są Nowe Horyzonty. "Są" to mało powiedziane - można by pomyśleć, że te filmy po prostu zostają emitowane i można je zobaczyć, po czym wszyscy wracają do życia. Nic podobnego. Horyzonty przejmują władzę nad centrum miasta (czyli z wszelkiego kulturowego punktu widzenia, nad całym Wrocławiem). Przez chwilę to ja jestem tym, który ma mnóstwo do nadrobienia, zobaczenia, poznania, nauczenia się. To jak wielkanocna obżerka dziesiątkami ciast i mięs po więcej niż 40 dniach postu. Filmy, na które śliniłem się latami, nagle sypią się jak z rękawa. Jest ich więcej, niż mogę ogarnąć. Przede wszystkim: okazuje się, że nie tylko ja na nie czekałem. Że jest nas mnóstwo - nas, czyli osób, które uwielbiają filmy, przykładowo (dobór mocno przypadkowy) Claire Denis, Edgara Wrighta, Shane'a Carrutha, Pan-Eka Ratanaruanga, Kima Ki-Duka, Apichatopnga Weeresathakula, Terrence'a Davisa, Lisandro Alonso, Patrice'a Chereau, Jean-Luca Godarda, Terrence'a Malicka, Bruno Dumonta, i tak dalej, i tak dalej... Oni wszyscy dokoła właśnie to lubią, jak ja to lubię. Okazuje się, że mój gust nie jest zupełnie w niczym ekscentryczny, że nie jestem nijak zagubiony. Nie chodzi oczywiście o same nazwiska, które przecież niczego nie gwarantują - Godard czy Chereau i mnie potrafią rozczarować słabym filmem (rok temu nie mogłem wytrzymać nudy na szeroko docenianym w kręgu filmie Apollonide Bonello), ale o przestrzeń, w której się obracamy, zbliżone oczekiwania. Przykładowo: gdzieś tam, w zimnym i strasznym świecie pozahoryzontowym, jeden z moich ulubionych filmów - Le Quattro Volte - jest traktowany jako "dziwactwo", bo nie ma dialogów (no jak to?) i w ogóle jest to film próbujący ukazać w szkle powiększającym pewne ważne rzeczy dotyczące istoty życia, a nie zakrzyczeć je irracjonalnymi zwrotami akcji i rytmicznymi do bólu eksplozjami naciąganych konflików. Na Nowych Horyzontach? Dostał nagrodę publiczności. Nie jestem sam.

 

Przekleństwem Nowych Horyzontów jest mnogość atrakcji, przyprawiającej o dylematy tak samo upiorne, jak ograniczona pojemność żołądka przy światęcznym stole. Tych filmów jest po prostu mnóstwo. Nawet posiadacze karnetów, którzy teoretycznie przez 10 dni mogą zobaczyć 50 filmów (większość, których spotykam, to burżuje-marnotrawcy, i oglądają dziennie nie pięć, jedynie cztery, a czasem, o zgrozo, nawet trzy filmy!) stoją przed trudnym wyborem. Podstawowa kwestia: czy rzucić się na najbardziej oczekiwane premiery kinomanów z całego świata, często przybywające do Wrocławia z Cannes czy Berlina? A może odkrywać nowe, wyjątkowe rzeczy, których często nie będzie okazji zobaczyć już nigdy, bo nie wyjdą na Bluryju w żadnym kraju?

Osobiście zawsze wybieram na Nowych Horyzontach ścieżkę bezpieczną i rzucam się głównie na filmy, które nie tylko Roman Gutek i jego selekcjonerzy, ale też cały świat (na czele z Sight & Sound czy Cahiers du Cinema) mi polecają. Nie żebym nie chciał spróbować propozycji konkursowych. Nie żebym nie miał ochoty podelektować się na dużym ekranie licznie puszczaną klasyką (w tym roku choćby Mama i dziwka Eustache'a). Nie żebym nie był ciekaw krótkich metraży, wśród których łatwo o przeoczone, inspirujące perełki. W meandry konkursu zapuściłem się tylko raz, na jednym z American Film Festivali, czemu sprzyjały dwa warunki: po pierwsze, amerykańska klasyka to w całości filmy, które już widziałem albo będę miał okazję zobaczyć, więc nie wysilałem się w tym kierunku, a po drugie, miałem akredytację, co obniżało napięcie związane z brakiem czasu i pieniędzy. I co się okazało? Otóż wiele filmów w konkursie AFF określiłbym jako co najwyżej niezłe, ale też trafiłem na fenomenalny film pt. We Are the Sea Neila Truglio, który zdaje się nikogo poza mną tak bardzo nie dotknął i nie doczekał się premiery kinowej nawet w USA, a i spośród festiwali zaliczył jedynie kilka pozycji. To było dla mnie jak one-night stand, jak Weekend, jak Medicine for Melancholy, jak pierwsza część Przed wschodem słońca, gdybym sequele nigdy nie powstały - spędziłem z tym filmem cudowne, intymne dwie godziny, porozumieliśmy się doskonale, po czym... zniknął.

 

Tym razem uderzam tradycyjnie w ostrożność.

Zaznaczmy na początku, że z góry odpuszczam Boyhood Linklatera oraz Zrywa się wiatr Miyazakiego. Obaj należą do reżyserów, którzy dali mi mnóstwo wspaniałych przeżyć, a ich nowe filmy są dość celebrowane (wielu krytyków na świecie po prostu oszalało na punkcie Boyhood). Ale... te filmy będą już w sierpniu regularnie w kinach i wtedy zobaczę je bez tłoku, w tani poniedziałek.

Co poszło więc na pierwszy rzut (finansowy doradca w mojej głowie mówi: pierwszy i ostatni!, ale z kolei doradca hedonistyczny krzyczy: i tak zanim ruszy festiwal, dokupisz jeszcze trzy razy tyle biletów)? Te, na które od zawsze czekałem:

Zimowy sen - oczywisty faworyt, zwycięzca Cannes i produkcja Ceylana, którego może nie kocham, ale... lubię bardzo i jeszcze się nie zawiodłem.

Cuda - proste, kolejny faworyt z Cannes.

Bezpańskie psy - a tu już mój ukochany od lat reżyser, czyli Tsai Ming-Liang. Facet, który zrobił wiele spośród moich ulubionych filmów - co prawda większość z nich już jakiś czas temu, ale Psy często są opisywane jako wielki comeback. Z żalem nie zakupiłem biletu na Podróż na zachód (w której gra Denis Lavant!), krótszy metraż, który zapowiada się równie ciekawie.

Turysta - siła wyższa oraz Biały Bóg - reżyser w jednym wypadku mi nieznany, w drugim - niezbyt podziwiany (jego ostatni Frankenstein mi się podobał, ale nie powalił, chociaż dwa poprzednie filmy świetne), kryteria są dość proste: opinie z Cannes, gdzie oba dostały najważniejsze nagrody sekcji Un Certain Regard i ogólnie wszystkim się podobały.

Pożegnanie z językiem - na ten film czekam może najbardziej, bo słyszałem niejedną opinię, że Godard z marszu podbił język kina 3D. Socjalizm był dziwaczny, ale i tak byłem zachwycony.

Lewiatan - na dotychczasowe trzy filmy Andrija Zwiagincewa dwa trafiły do mojego top 10 roku, więc to chyba jasne, że się lubimy. To również jeden z obiektów największych zachwytów w Cannes.

Manakamana - film dostał na mojej ulubionej stronie Slant świetną recenzję, porównującą go z Lewiatanem (nie tym Zwiagincewa, tym dokumentem, który leciał na NH rok temu). Mało słów, podglądanie życia niby to pasywną kamerą, głębokie wnioski - tyle wyciągnąłem podobieństw przeglądając pobieżnie recenzję i tyle mi wystarczy, żebym kliknął "kup bilet" i... zobaczymy, o czym to jest.

 

Jak widać, wybrałem typy oczywiste. Żadnych polskich filmów albo rzeczy spoza "głównego nurtu festiwalowego", jeśli chwytacie to pozornie paradoksalne wyrażenie. Nie wyczerpałem listy "pewniaków" - weźmy chociażby Dzikie historie, Sils Maria (te dwa zdecydowanie byłyby pierwsze w kolejce, ale trochę nie grają mi pory ich emisji), kontrowersyjny Moebius Kima Ki-Duka (z tego co rozumiem, film dość... odważny w perwersje), Ostatniego niesprawiedliwego (nowy dokument Claude'a Lanzmanna od Shoah), Szaloną miłość Jessiki Hausner, australijskie Ścieżki... cholera, weźmy całą sekcję Panorama, a z konkursu głównego - choćby same polskie premiery, nowe filmy Wojcieszka i Sasnali.

 

To jest mój plan zrujnowania się pod koniec lipca - bo oczywiście oprócz filmów (tych wymienionych wyżej i tych następnych, którym się nie oprę...) dochodzi rujnowanie się w ulubionych lokalach w centrum miasta, przecież zasuwać w przerwach do domu na Nadodrze nie wyrobię.

A wy będziecie? Przeżycia innych na Nowych Horyzontach są dla mnie strasznie ciekawe, więc jeśli najdzie was ochota się nimi podzielić w przerwach między seansami, koniecznie odzywajcie się na ogqozo@o2.pl.

wtorek, 17 czerwca 2014
2 czerwca minęło 12 lat od premiery serialu "The Wire". Z okazji 10. rocznicy tego wydarzenia napisałem poniższy tekst, którego oczywiście nikt nie chciał opublikować. Ale gdzie jest w Polsce enklawa miłośników "Wire", jeśli nie tu na blogu? Świat ciągle dopiero przekonuje się, że 12 lat temu miało miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w historii współczesnej telewizji.
wtorek, 06 maja 2014

Nowy film Jamesa Graya potrafi być równie zimny i odrzucający wobec nowicjuszy, co ukazana w nim międzywojenna Ameryka. Ale kto wie, co udręczenie, i zna, co smutku łzy, jak zwykle znajdzie tu sporo do wzruszeń.

Zacznijmy się czepiać. W końcu jeden z najmocniejszych czynników mogących zostawić widzów w obojętności pojawia się już w pierwszej minucie filmu. Oglądamy kolejkę do imigracji, znaną nam z kina doskonale, choćby z Ameryki Ameryki Kazana czy drugiego Ojca Chrzestnego (do którego Imigrantka okazuje zaskakującą zbieżność, choćby przez równie mocne inspiracje techniki kinem Hollywoodu lat 30. i pozbawiony ironii sentymntalizm). W kolejce - Ewa Cybulska z Katowic. Oczywiście widzimy, że to Marion Cotillard, a więc żadna tam Ewa. Marion otwiera usta. W uszach dzieje się coś dziwnego. Po chwili zdajemy sobie sprawę, że to ma być język polski. Marion mówi tu polskie kwestie dość często i chociaż idzie jej to dość dobrze jak na osobę, która ledwo się nauczyła, to filmowa sztuczność jest oczywista. W jednej z kulminacyjnych scen bohaterka rozmawia ze swoją ciotką i chociaż sytuacja jest dość dramatyczna, to trudno nie podejrzewać, że byłaby i bardziej, gdyby każde "ci" w każdym "ciociu" nie zawierało w sobie tyle wysiłku, nie brzmiało tak niezgrabnie i... obco. Ale może o to chodzi? Ostatnia rzecz, jaką byśmy powiedzieli o bohaterach Graya, to że kiedykolwiek są zgrabni i czują się na miejscu. Pamiętajmy, że - podobnie jak Coppola w Ojcu Chrzestnym - reżyser mający korzenie w żydowskiej rodzinie z Ostropola przywiązuje w każdym swoim filmie widoczną wagę do faktycznych detali dotyczących miejsca i czasu, a także kultur, z których pochodzą bohaterowie - korzystając z pamiątek i dokumentów własnej rodziny, nie zostawia wątpliwości, iż każdym swoim dziełem pisze w pewnym sensie rozdział własnej autobiografii. A jednak, pochodząc z terenu rosyjskojęzycznego (widać to choćby w Królach nocy), tym razem postanowił uczynić bohaterkę Polką. Niby perypetie językowe w filmach Hollywood to detal, do którego powinniśmy dawno przywyknąć (tu przecież i tak jest po stokroć mniej żenująco, niż przy słuchaniu "och najn dżerman spicz" z niedawnej Złodziejki książek), ale śledząc historię na pozór tak osobistą i hermetyczną, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś próbuje na mnie dokonać incepcji. Stary, chcesz opowiedzieć mi w klasycznym stylu, przy mocno wizualnej i dźwiękowej metodzie ekspozycji, o przeżyciach polskich imigrantów? To sztuczne "ci" co pół minuty będzie mi przypominać, że znam się na tym lepiej niż ty. Może wy nawet tego nie zauważycie. Nie trzeba, bo słowa nie są w tym filmie zbyt ważne; zapamiętacie z niego raczej twarze, gesty, pozy i światło. Cotillard bez wątpienia została tu obsadzona ze względu właśnie na to. Niestety, nie umiałem pominąć faktu, że także mówi.

Joaquin Phoenix w każdym ostatnim filmie jest jak gwiazda własnego, bardzo dziwnego wodewilu

Jamesa Graya uważam za ciekawego do omówienia autora nie tylko ze względu na specyficzne i trudne do uchwycenia wyróżniki jego stylu, ale także pozycję w światku filmowym na pograniczu statusu, który nazwalibyśmy "rozpoznawalnością". Do kanonu zdecydowanie nie wszedł (jeszcze?), ale wiele jest głosów, że powinien. To nie tak, że nie został odkryty - Imigrantka to już trzeci jego film z rzędu, który ma premierę w Polsce, a wcześniej leciał w Cannes. Nawet jego debiut z 1994 r. dostał nagrodę w Wenecji. Jest reżyserem znanym. Po prostu wygląda na to, że gdy jednych zachwyca, innych zostawia kompletnie obojętnym. Można wymienić też inne grupy, w tym ludzi takich jak ja - ceniących jego poprzednie filmy, ale tylko ostatnich Kochanków uważających za dzieło wybitne. Może właśnie dlatego, że był to film mniej hermetyczny, niż poprzednie. Gray uwielbia tragizm (chyba w każdym jego filmie znajdziecie scenę, w której główni bohaterowie po prostu załamują się i płaczą nad niemożliwym wyborem), a ten w połączeniu z dość uniwersalnym dylematem miłosnym dał niezrównany romantyzm. Imigrantka na pierwszy rzut oka nie daje nam dramatu, w który tak łatwo byłoby się wczuć - dodatkowo, wizualna stylizacja na lumiere'owski autochrom tylko pogłębia izolację widza od bohaterów, a z nią uczucie, że oto tylko pasywnie przeglądamy dawno minioną historię obcych nam ludzi. Współczesnym podręcznikowym wymogiem kina jest zaangażowanie widza w narrację, tymczasem Gray nie wydaje się tym zainteresowany. Historia, jaką przedstawia, nie jest specjalnie żadną alegorią - jedynie naturalistyczną obserwacją. To nie jest film o fajnych ludziach (a przyznajmy, że to głównie decyduje o tym, czy się w nich "wczuwamy"), by nie powiedzieć, że wszyscy bohaterowie są raczej źli, a w każdym razie - kierują się banalnymi, przyziemnymi chęciami i interesami. Film na pewno zyskałby wiele blasku, gdyby reżyser ukazał nam widocznie czy to wielkie nadzieje, czy wielki strach, które skłoniły bohaterkę do dalekiej podróży do USA - jednak warto zwrócić uwagę, że tego nie robi. Bohaterkę można początkowo uznać za rekordowo nudną właśnie dlatego, iż żaden patos ani symbolika nie obrazują nam jej motywacji, popędów. Rozumiemy je dopiero obserwując kolejne rozczarowania, co jest metodą opowiadania o człowieku zimną i bezwzględną, jednak można też ją uznać za rozczulająco szczerą w swoim braku ironii ani przesady.

Gdybym znał się na historii Nowego Jorku, pewnie bym wiedział, po co oni tak regularnie chodzą do tego tunelu

Wydaje mi się, że język polski daje mi tę przewagę nad miłośnikami Graya z USA czy Francji, że mogę opisać jego reżyserką osobowość jednym słowem tak trafnym jak... maminsynek. Oczywiście jest to słowo nacechowane raczej negatywnie, ale kojarzone z licznymi wartościami, jakie kierują kinem Graya. Pozwala ono łatwo znaleźć odpowiedź na pytanie, skąd bierze się jego specyficzna wrażliwość (bo przecież samo wspomnienie o najbardziej "męskim" mężczyźnie, że kocha swą matkę, od razu naznacza go jako osobę ogromnie wrażliwą). Po pierwsze, chodzi o przywiązanie do rodziny, rozumiane raczej nie jako honor (jak wiele osób rozumie relacje w Ojcu Chrzestnym), ale krępującą zależność. Więcej - kluczowym motywem Imigrantki, jak każdego poprzdniego filmu reżysera, jest swoiste rodzinne fatum - ponura oczywistość, nieunikniony finał. Mamy mocne wrażenie, że ostatecznie jedynym faktycznym "wydarzeniem" całej tej historii będzie tylko to, jakiej zmiany dokona na gruncie rodziny - a zapewne dokona niewielkiej, bo rodzina jest znacznie silniejsza, niż jednostka. Może głównie dlatego tak łatwo pomyśleć, że "nic tu się nie dzieje", bo film przesiąknięty jest świadomością, że cokolwiek bohaterowie by nie próbowali, nadal ważniejsze jest to, skąd pochodzą, niż to, co czynią. Co oczywiście jest wnioskiem całkiem realistycznym - po prostu z jakiegoś powodu ludzie obecnie wolą raczej kino, które przekonuje odwrotnie. Wspominać nie trzeba, że taka wizja świata przywołuje na myśl greckie tragedie czy opery - zwłaszcza te drugie, ze swoją bezpośrednią emocjonalnością balansującą na granicy kiczu, wydają się dobrym porównaniem. Tutejszy dylemat tragiczny znów przypomina mi o stereotypowym maminsynku: nie może on pogodzić pierwotnej zależności z chęcią realizacji nowych potrzeb, wychodzenia na zewnątrz, do innych ludzi. Musi więc na co dzień być jakby dwiema odrębnymi osobami, co zawsze jest nie do zniesienia. To nie to samo uczucie, co samotność: raczej zdanie sobie sprawy, że właśnie to, co nas jako człowieka tworzy, również w pewnym sensie nas niewoli, nie zostawia wielkich możliwości, o jakich byśmy marzyli... i nie może być inaczej.

Figura przejścia ukierunkowanego od kamery prosto naprzeciw niej jest tu nawet bardziej kluczowa, niż w poprzednich filmach Graya. Patrzcie na przejścia, mówią więcej niż cała lista dialogowa

Pisząc ostatnie zdania, szybko przypomniały mi się moje wnioski na temat Mad Men, i łatwo przyznać, iż obu tym dziełom, pozornie odległym od siebie, krytycy mogą wynaleźć te same cechy zniechęcające: hermetyczny historycyzm, hermatyczny amerykanizm, hermetyczna nowojorskość, brak empatii, brak intrygi, klasycyzm, detale estetyczne przykrywają "przekaz" i ogólnie mało się "dzieje". Mad Men ma w moich oczach tę przewagę, iż jest dziełem wielogodzinnym, więc z czasem zdecydowanie wychodzi na jaw, co jest tłem, a co istotą. A ta, w mojej opinii, również łączy oba te dzieła: to głównie historia o banalności ludzkich rozczarowań. Imigrantkę z podobnego powodu znacznie lepiej ogląda się po raz drugi, choćby ze względu na trudną i długo niejasną dynamikę relacji Ewy z postacią Joaquina Phoenixa. Swoją drogą, jeśli nawet nie kochacie Jamesa Graya, musicie mu oddać, że to chyba jemu zawdzięczamy renesans Phoenixa, aktora równie maminsynkowatego co on sam, o wrażliwości zupełnie unikatowej, bez której dziś trudno sobie wyobrazić także zarówno Mistrza, jak i Oną. To temat na inny tekst, ale Phoenix jest chyba jedynym facetem, o którym mam czasem ochotę powiedzieć: jaka to piękna osoba. Mam tak jednak dopiero od czasu zobaczenia Kochanków, będących jego popisem. Nie będę ukrywał, że moim zdaniem to właśnie poprzedni film Graya jest zarówno przystępniejszy, jak i doskonalszy. Jeśli on wam się nie podobał... prędzej poleciłbym obejrzeć go jeszcze raz, niż sięgać po Imigrantkę. Po głowie nadal chodzi mi bogaty, przytulny mrok, który wypełniał obraz Kochanków. W przypadku nowego filmu, pomimo potężnie oddziałujących ostatnich scen, moje wspomnienie jak na razie nadal pozostaje w kolorach sepii: oto pasywnie przyglądałem się czyjejś historii, jednej z wielu, wyblakłej, dawno minionej...

sobota, 01 marca 2014
piątek, 21 lutego 2014
W sumie wolałbym napisać "moje ulubione filmy 2013", ale "najlepsze filmy" wywołuje znacznie więcej kliknięć z Google...
czwartek, 20 lutego 2014
Kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę wśród zeszłorocznych premier...
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Druga połowa tekstu, który niestety okazał się za długi na jedną notkę.
Jako serialowe podsumowanie roku - podsumowuję (niestety dłużej niż pozwala na to Blox) zwieńczenie najbardziej celebrowanego serialu ostatnich lat, jeśli nie w ogóle. Breaking Bad nie było może najbardziej dochodowym serialem, ale najszerzej dyskutowanym na forach, blogach, twitterach. Wśród ważnych pytań wynikających z tych dyskusji było nie tylko to, czego w dzisiejszych czasach oczekujemy od bohatera, ale także – czego od widza.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25

statystyka