Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
wtorek, 06 maja 2014

Nowy film Jamesa Graya potrafi być równie zimny i odrzucający wobec nowicjuszy, co ukazana w nim międzywojenna Ameryka. Ale kto wie, co udręczenie, i zna, co smutku łzy, jak zwykle znajdzie tu sporo do wzruszeń.

Zacznijmy się czepiać. W końcu jeden z najmocniejszych czynników mogących zostawić widzów w obojętności pojawia się już w pierwszej minucie filmu. Oglądamy kolejkę do imigracji, znaną nam z kina doskonale, choćby z Ameryki Ameryki Kazana czy drugiego Ojca Chrzestnego (do którego Imigrantka okazuje zaskakującą zbieżność, choćby przez równie mocne inspiracje techniki kinem Hollywoodu lat 30. i pozbawiony ironii sentymntalizm). W kolejce - Ewa Cybulska z Katowic. Oczywiście widzimy, że to Marion Cotillard, a więc żadna tam Ewa. Marion otwiera usta. W uszach dzieje się coś dziwnego. Po chwili zdajemy sobie sprawę, że to ma być język polski. Marion mówi tu polskie kwestie dość często i chociaż idzie jej to dość dobrze jak na osobę, która ledwo się nauczyła, to filmowa sztuczność jest oczywista. W jednej z kulminacyjnych scen bohaterka rozmawia ze swoją ciotką i chociaż sytuacja jest dość dramatyczna, to trudno nie podejrzewać, że byłaby i bardziej, gdyby każde "ci" w każdym "ciociu" nie zawierało w sobie tyle wysiłku, nie brzmiało tak niezgrabnie i... obco. Ale może o to chodzi? Ostatnia rzecz, jaką byśmy powiedzieli o bohaterach Graya, to że kiedykolwiek są zgrabni i czują się na miejscu. Pamiętajmy, że - podobnie jak Coppola w Ojcu Chrzestnym - reżyser mający korzenie w żydowskiej rodzinie z Ostropola przywiązuje w każdym swoim filmie widoczną wagę do faktycznych detali dotyczących miejsca i czasu, a także kultur, z których pochodzą bohaterowie - korzystając z pamiątek i dokumentów własnej rodziny, nie zostawia wątpliwości, iż każdym swoim dziełem pisze w pewnym sensie rozdział własnej autobiografii. A jednak, pochodząc z terenu rosyjskojęzycznego (widać to choćby w Królach nocy), tym razem postanowił uczynić bohaterkę Polką. Niby perypetie językowe w filmach Hollywood to detal, do którego powinniśmy dawno przywyknąć (tu przecież i tak jest po stokroć mniej żenująco, niż przy słuchaniu "och najn dżerman spicz" z niedawnej Złodziejki książek), ale śledząc historię na pozór tak osobistą i hermetyczną, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ktoś próbuje na mnie dokonać incepcji. Stary, chcesz opowiedzieć mi w klasycznym stylu, przy mocno wizualnej i dźwiękowej metodzie ekspozycji, o przeżyciach polskich imigrantów? To sztuczne "ci" co pół minuty będzie mi przypominać, że znam się na tym lepiej niż ty. Może wy nawet tego nie zauważycie. Nie trzeba, bo słowa nie są w tym filmie zbyt ważne; zapamiętacie z niego raczej twarze, gesty, pozy i światło. Cotillard bez wątpienia została tu obsadzona ze względu właśnie na to. Niestety, nie umiałem pominąć faktu, że także mówi.

Joaquin Phoenix w każdym ostatnim filmie jest jak gwiazda własnego, bardzo dziwnego wodewilu

Jamesa Graya uważam za ciekawego do omówienia autora nie tylko ze względu na specyficzne i trudne do uchwycenia wyróżniki jego stylu, ale także pozycję w światku filmowym na pograniczu statusu, który nazwalibyśmy "rozpoznawalnością". Do kanonu zdecydowanie nie wszedł (jeszcze?), ale wiele jest głosów, że powinien. To nie tak, że nie został odkryty - Imigrantka to już trzeci jego film z rzędu, który ma premierę w Polsce, a wcześniej leciał w Cannes. Nawet jego debiut z 1994 r. dostał nagrodę w Wenecji. Jest reżyserem znanym. Po prostu wygląda na to, że gdy jednych zachwyca, innych zostawia kompletnie obojętnym. Można wymienić też inne grupy, w tym ludzi takich jak ja - ceniących jego poprzednie filmy, ale tylko ostatnich Kochanków uważających za dzieło wybitne. Może właśnie dlatego, że był to film mniej hermetyczny, niż poprzednie. Gray uwielbia tragizm (chyba w każdym jego filmie znajdziecie scenę, w której główni bohaterowie po prostu załamują się i płaczą nad niemożliwym wyborem), a ten w połączeniu z dość uniwersalnym dylematem miłosnym dał niezrównany romantyzm. Imigrantka na pierwszy rzut oka nie daje nam dramatu, w który tak łatwo byłoby się wczuć - dodatkowo, wizualna stylizacja na lumiere'owski autochrom tylko pogłębia izolację widza od bohaterów, a z nią uczucie, że oto tylko pasywnie przeglądamy dawno minioną historię obcych nam ludzi. Współczesnym podręcznikowym wymogiem kina jest zaangażowanie widza w narrację, tymczasem Gray nie wydaje się tym zainteresowany. Historia, jaką przedstawia, nie jest specjalnie żadną alegorią - jedynie naturalistyczną obserwacją. To nie jest film o fajnych ludziach (a przyznajmy, że to głównie decyduje o tym, czy się w nich "wczuwamy"), by nie powiedzieć, że wszyscy bohaterowie są raczej źli, a w każdym razie - kierują się banalnymi, przyziemnymi chęciami i interesami. Film na pewno zyskałby wiele blasku, gdyby reżyser ukazał nam widocznie czy to wielkie nadzieje, czy wielki strach, które skłoniły bohaterkę do dalekiej podróży do USA - jednak warto zwrócić uwagę, że tego nie robi. Bohaterkę można początkowo uznać za rekordowo nudną właśnie dlatego, iż żaden patos ani symbolika nie obrazują nam jej motywacji, popędów. Rozumiemy je dopiero obserwując kolejne rozczarowania, co jest metodą opowiadania o człowieku zimną i bezwzględną, jednak można też ją uznać za rozczulająco szczerą w swoim braku ironii ani przesady.

Gdybym znał się na historii Nowego Jorku, pewnie bym wiedział, po co oni tak regularnie chodzą do tego tunelu

Wydaje mi się, że język polski daje mi tę przewagę nad miłośnikami Graya z USA czy Francji, że mogę opisać jego reżyserką osobowość jednym słowem tak trafnym jak... maminsynek. Oczywiście jest to słowo nacechowane raczej negatywnie, ale kojarzone z licznymi wartościami, jakie kierują kinem Graya. Pozwala ono łatwo znaleźć odpowiedź na pytanie, skąd bierze się jego specyficzna wrażliwość (bo przecież samo wspomnienie o najbardziej "męskim" mężczyźnie, że kocha swą matkę, od razu naznacza go jako osobę ogromnie wrażliwą). Po pierwsze, chodzi o przywiązanie do rodziny, rozumiane raczej nie jako honor (jak wiele osób rozumie relacje w Ojcu Chrzestnym), ale krępującą zależność. Więcej - kluczowym motywem Imigrantki, jak każdego poprzdniego filmu reżysera, jest swoiste rodzinne fatum - ponura oczywistość, nieunikniony finał. Mamy mocne wrażenie, że ostatecznie jedynym faktycznym "wydarzeniem" całej tej historii będzie tylko to, jakiej zmiany dokona na gruncie rodziny - a zapewne dokona niewielkiej, bo rodzina jest znacznie silniejsza, niż jednostka. Może głównie dlatego tak łatwo pomyśleć, że "nic tu się nie dzieje", bo film przesiąknięty jest świadomością, że cokolwiek bohaterowie by nie próbowali, nadal ważniejsze jest to, skąd pochodzą, niż to, co czynią. Co oczywiście jest wnioskiem całkiem realistycznym - po prostu z jakiegoś powodu ludzie obecnie wolą raczej kino, które przekonuje odwrotnie. Wspominać nie trzeba, że taka wizja świata przywołuje na myśl greckie tragedie czy opery - zwłaszcza te drugie, ze swoją bezpośrednią emocjonalnością balansującą na granicy kiczu, wydają się dobrym porównaniem. Tutejszy dylemat tragiczny znów przypomina mi o stereotypowym maminsynku: nie może on pogodzić pierwotnej zależności z chęcią realizacji nowych potrzeb, wychodzenia na zewnątrz, do innych ludzi. Musi więc na co dzień być jakby dwiema odrębnymi osobami, co zawsze jest nie do zniesienia. To nie to samo uczucie, co samotność: raczej zdanie sobie sprawy, że właśnie to, co nas jako człowieka tworzy, również w pewnym sensie nas niewoli, nie zostawia wielkich możliwości, o jakich byśmy marzyli... i nie może być inaczej.

Figura przejścia ukierunkowanego od kamery prosto naprzeciw niej jest tu nawet bardziej kluczowa, niż w poprzednich filmach Graya. Patrzcie na przejścia, mówią więcej niż cała lista dialogowa

Pisząc ostatnie zdania, szybko przypomniały mi się moje wnioski na temat Mad Men, i łatwo przyznać, iż obu tym dziełom, pozornie odległym od siebie, krytycy mogą wynaleźć te same cechy zniechęcające: hermetyczny historycyzm, hermatyczny amerykanizm, hermetyczna nowojorskość, brak empatii, brak intrygi, klasycyzm, detale estetyczne przykrywają "przekaz" i ogólnie mało się "dzieje". Mad Men ma w moich oczach tę przewagę, iż jest dziełem wielogodzinnym, więc z czasem zdecydowanie wychodzi na jaw, co jest tłem, a co istotą. A ta, w mojej opinii, również łączy oba te dzieła: to głównie historia o banalności ludzkich rozczarowań. Imigrantkę z podobnego powodu znacznie lepiej ogląda się po raz drugi, choćby ze względu na trudną i długo niejasną dynamikę relacji Ewy z postacią Joaquina Phoenixa. Swoją drogą, jeśli nawet nie kochacie Jamesa Graya, musicie mu oddać, że to chyba jemu zawdzięczamy renesans Phoenixa, aktora równie maminsynkowatego co on sam, o wrażliwości zupełnie unikatowej, bez której dziś trudno sobie wyobrazić także zarówno Mistrza, jak i Oną. To temat na inny tekst, ale Phoenix jest chyba jedynym facetem, o którym mam czasem ochotę powiedzieć: jaka to piękna osoba. Mam tak jednak dopiero od czasu zobaczenia Kochanków, będących jego popisem. Nie będę ukrywał, że moim zdaniem to właśnie poprzedni film Graya jest zarówno przystępniejszy, jak i doskonalszy. Jeśli on wam się nie podobał... prędzej poleciłbym obejrzeć go jeszcze raz, niż sięgać po Imigrantkę. Po głowie nadal chodzi mi bogaty, przytulny mrok, który wypełniał obraz Kochanków. W przypadku nowego filmu, pomimo potężnie oddziałujących ostatnich scen, moje wspomnienie jak na razie nadal pozostaje w kolorach sepii: oto pasywnie przyglądałem się czyjejś historii, jednej z wielu, wyblakłej, dawno minionej...

sobota, 01 marca 2014
piątek, 21 lutego 2014
W sumie wolałbym napisać "moje ulubione filmy 2013", ale "najlepsze filmy" wywołuje znacznie więcej kliknięć z Google...
czwartek, 20 lutego 2014
Kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę wśród zeszłorocznych premier...
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Druga połowa tekstu, który niestety okazał się za długi na jedną notkę.
Jako serialowe podsumowanie roku - podsumowuję (niestety dłużej niż pozwala na to Blox) zwieńczenie najbardziej celebrowanego serialu ostatnich lat, jeśli nie w ogóle. Breaking Bad nie było może najbardziej dochodowym serialem, ale najszerzej dyskutowanym na forach, blogach, twitterach. Wśród ważnych pytań wynikających z tych dyskusji było nie tylko to, czego w dzisiejszych czasach oczekujemy od bohatera, ale także – czego od widza.
poniedziałek, 25 listopada 2013

Spektakularne mordobicie z Igrzyskami Śmierci jest prawdziwie kafkowskim przeżyciem. Pierwsza część, mimo wad, wyróżniała się jako widowisko akcji mające sens. Druga - także jako sequel mający sens, pogłębiający narrację, charakter i przemyślenia poprzednika. Przede wszystkim, jeszcze bardziej emocjonujący.

Tradycją bloga jest, że kiedy tylko piszę o Meryl Streep, trudno mi nie zacząć od prostego zdania brzmiącego "kocham Meryl Streep". Odruchowo chciałbym napisać coś takiego o Jennifer Lawrence, która szybko wyrasta na osobowość podobnego typu i podobnej skali. A jednak takie zdanie - choć Lawrence również jest powszechnie docenianą i nagradzaną aktorką - brzmi w tym wypadku w sposób o wiele mniej interesujący. Naprawdę, kochasz piękną, 22-letnią, niebieskooką blondynkę? Co ty nie powiesz! Bardzo ciekawe. Pozostańmy więc przy tym, że naprawdę doceniam talent mimiczny i błyskotliwość Lawrence, które sprawiają, że w zasadzie cokolwiek dziewczyna nie ma do zagrania, ogląda się to kapitalnie. Ale chwileczkę, to też banał, w końcu w internecie są już setki stron zbierających gify, na których Lawrence po prostu jest sobą i mówi dowolną rzecz. Można by uznać, że kręcenie osobnych filmów z jej udziałem to wręcz zbyteczny luksus. Cóż więc jeszcze da się tu powiedzieć? Niewiele. Znacie Jennifer Lawrence - ja też. Wiemy, o co chodzi. Wytwórnia kręcąca Igrzyska śmierci miała doprawdy szalone szczęście: akurat wtedy, gdy przydałaby im się młoda, atrakcyjna, żywiołowa, ale też ujmująca siłą, inicjatywą i samodzielnością postać kobieca, zaczynała się kariera Lawrence. Prawa do książki kupiono szybko po jej premierze, a niedługo potem ewenementowy (jak na kino niezależne) sukces odniosło Winter's Bone, z nastoletnią wtedy aktorką nominowaną do nagrody na O (oraz co najmniej pięćdziesięciu innych). Dziś uczestnictwo Lawrence w kolejnych wielkich projektach Hollywoodu jest już oczywistością. Będziemy ją oglądać przez wiele lat. Seria filmowa zarobiła mnóstwo pieniędzy i można tylko gdybać, czy z inną aktorką byłyby na to szanse. W widowisku akcji, główna postać pozytywna jest zawsze najtrudniejsza do ciekawego odegrania - najlepszym na to lekarstwem jest albo sięgnięcie po "niegrzecznego" bohatera (Robert Downey Jr.), albo po naprawdę wyjątkowego wykonawcę. Pamiętajmy, że cały czas mówimy o kinie subtelnym niczym najazd mongolski, jednakże w porównaniu z pierwszą częścią, W pierścieniu ognia wykorzystuje możliwości Lawrence w zdecydowanie większym stopniu, kilkukrotnie używając wręcz perwersyjnie długich ujęć w momentach, gdy mimika Lawrence dochodzi do głosu. Film wychodzi na tym dobrze. Pod wieloma względami dominuje w nim przyjemne uczucie, że twórcy byli niezadowoleni z poprzedniej części i tym razem postanowili wszystko zrobić, jak należy.

Wiem, że o to chodzi, żebym nienawidził tych ubrań, ale nadal... bywają okropne

Przebojowych książek Suzanne Collins nie czytałem, co stawia mnie w nieco niezręcznej sytuacji - oczywiście tylko do tego momentu, gdy umówimy się, iż nie jest to lektura, którą "wypada" znać. Z tego co wiem, trylogia ma reputację fantastyki dla nastolatków, podobnie jak choćby seria o Harrym Potterze. Taki zestaw każe zapytać: dlaczego to fantastyka dla nastolatków okazuje obecnie dojrzałość, refleksję i odpowiedzialność za własne słowa, których tak bardzo pozbawiona jest fantastyka popularna bardziej "wśród dorosłych"? A może źle to rozumiem i chodzi zwyczajnie o różnicę pomiędzy tym, co dobrze wypada w tekście, a co w komiksie i innych sztukach wizualnych? Nie odbierając walorów kolejnym Marvelom, Batmanom itd. - to jednak bardzo proste baśnie, uciekające od umiejscowienia swoich metafor w czymkolwiek, co można by nazwać kontekstem; głównie po prostu dlatego, że wtedy znacznie łatwiej sprzedać fajną postać bez niezręcznych moralnych pytań. A jednak i ja, i pan reżyser, i każdy widz żyje na co dzień nie w żadnym świecie abstrakcyjnych idei dobra i zła, ale w prawdziwej kulturze. Wszystko, co robimy, jest społeczne i polityczne w swoich przyczynach i skutkach. Akcja Igrzysk śmierci zawsze opiera się na kontekście, co czyni ją znacznie bardziej angażującą. Łatwo przyznać, że w porównaniu do wspomnianego typowego Hollywoodu, ten film przesadza w drugą stronę, często zbyt wyraźnie deklamując, o co mu chodzi. Przy niektórych dialogach aż czeka się, która postać jako pierwsza spojrzy prosto w kamerę i wyjaśni dla pewności: "wiecie, to w sumie dotyczy współczesnego systemu sztuki popularnej i polityki - bo w naszym świecie też jest sporo biednych karmionych tylko obrazkami z życia celebrytów... czaicie???". Czaimy, ale nawet gdyby Igrzyska śmierci nie były niczym więcej, niż efektownym nawołaniem do rewolucji mas, już stanowiłyby odświeżający powiew w czasach opanowanych przez kino komiksowe, zakochane w superjednostkach wskazujących ciemnemu ludowi drogę. Są jednak zdecydowanie czymś więcej, bo same opowiadając o widowisku, stają się wręcz oskarżeniem skierowanym wobec sztuki popularnej, świadomie lub nie sankcjonującej obecny system poprzez gloryfikowanie tych u szczytu - w ten sposób wmawiając widzom, że każdy przecież ma to, "na co zasłużył". Tego rozumienia "meta" można też łatwo użyć do obrony filmu przed zarzutami o nadużywanie schematów widowiska - no tak, przecież o tym mówimy! Obojętnie, czy to łykniecie, czy nie, Igrzyska śmierci bez dwóch zdań wyróżniają się swoimi dobrymi intencjami - co nieczęste w wysokobudżetowym kinie, za typowo nastoletnim melodramatyzmem, chaosem i skłonnościami do przesady idą tutaj równie zapalczywe idealizm i wrażliwość.

Postarano się o momenty dla fanek Zmierzchu

Jakby było mało uwzniaślania poniżonych, Igrzyska Śmierci nie są tylko filmem o biednych, ale też o kobietach. Może to brzmieć śmiesznie do momentu, gdy przejrzymy obsadę i autorów innych filmów akcji. Tak, kobiece spojrzenie również czyni ten film wyjątkowym, dokładając mu wagi jako zachęty do zastanowienia się nad "oczywistościami" współczesnej kultury. Ripley, Sarah Connor, może ktoś tam jeszcze... odgrywana przez Lawrence postać Katniss dołącza do ubożuchnej listy popularnych heroin, a po drugim filmie można stwierdzić, iż jest znacznie bardziej od nich kompleksowa i przekonująca. Przede wszystkim, pomimo makabrycznych założeń tytułowych igrzysk (na arenę wchodzą 24 osoby, wygrywa ostatnia, która przeżyje), filmom udaje się tylko w niewielkim stopniu sprowadzać kolejne wyzwania do technikaliów mordobicia, do szybkości nóg i celności strzałów. W grę wchodzi przede wszystkim umiejętność zrozumienia drugiego człowieka i uczenia się od niego, a bohaterka zostaje zmuszona zarówno do wycieńczającego wysiłku fizycznego, jak i emocjonalnego. W końcu cała gra ma na celu wywarcie odpowiedniego wrażenia na widzu, a więc samo mordowanie nie jest tu tak ważne, jak performans. W drugiej części jeszcze wyraźniejszy jest kontrast pomiędzy "prostym" życiem niższej klasy, harującej w lasach czy innych kopalniach, a futurystycznym światem Kapitolu, gdzie bohaterowie są nieustannie obserwowani przez kamery, zmuszeni do odgrywania satysfakcjonującej oglądającego iluzji. W tym świecie, jak i w naszym, dobór ubrania może być poważniejszy w skutkach, niż włożenie komuś siekiery w plecy. Sprawa robi się coraz bardziej skomplikowana, a przez to ciekawsza i bardziej ekscytująca, im więcej krępujących reguł pojawia się w tej grze. Ma to wpływ nie tylko na mordobicie, ale i romans, o którym ja sam nadal nie wiem, co myśleć. Na pierwszy rzut oka mamy tu dosć oklepany schemat sztuki dla nastolatków typu "rozważny i atletyczny", wykorzystany choćby przez Zmierzch: z jednej strony wysoki, nieokrzesany, "męski" typ (i to brat Thora), z drugiej - koleś o mniej imponującym ciele, ale kochający bardziej, a wskutek zrządzenia losu - także bardziej akceptowalny przez otoczenie. Na szczęście, Katniss jest prawdziwą protagonistką swojej historii i w sumie obu z nich musi często przekazywać, że ma teraz ważniejsze sprawy na głowie niż romanse - wiecie, ucisk tyranicznej władzy, przetrwanie morderczych zawodów, ochrona rodziny przed śmiercią itp. - co przyjemnie odstaje od płciowych stereotypów kina (jak wiele innych zagrywek filmu). A przecież absolutnie ma sens. Igrzyska Śmierci to mocna próba przypomnienia popularnej widowni, że człowiek tak naprawdę nie myśli tylko o sobie i zaprawdę nie czyni go to wyjątkowym, ale normalnym. Z tego prostego założenia wynika tu mnósto ciekawej akcji.

Krótki występ Philipa Seymoura Hoffmana to kolejna sugestia, że twórcy szykują coś grubszego na ostatnią część

Dzięki ambicjom, a może pomimo ich, na pewno akcja jest na pierwszym planie W pierścieniu ognia - zdecydowanie bardziej niż w poprzedniku, który spędzał sporo czasu na tłumaczeniu tych wszytkich dziwacznych zasad swojego dystopijnego świata. Tutaj tempo jest dużo lepsze, zaczynając od delikatnych konfliktów i regularnie dodając nowe, tak że z czasem sytuacja staje się naprawdę okrutna. Podobnie jak najmocniejsze momenty książek o Harrym Potterze, Igrzyska potrafią naprawdę znęcać się nad bohaterami, stawiając ich w sytuacjach absurdalnie denerwującej bezradności i niesprawiedliwości. Oczywiście, to kolejna kwestia, w której scenariusz nie musi nawet być specjalnie wymyślny, a jedynie podążać za prostą prawdą, że gdyby świat bez wyzysku i wojny był osiągalny, to by go osiągnięto. Tutaj system cały czas przypomina o tym, jak ogromną ma przewagę nad jednostką i jak nierówne jest to starcie - z tego właśnie powodu jest ono tak porywające. Często przychodzi ochota, żeby dali już spokój i przestali im zrzucać kolejne kłody pod nogi, ale przecież o to chodzi w całej zabawie, że oni tu rządzą, a więc mogą i chcą to robić. Chociaż pierwsza część całkiem mi się podobała, byłem i tak w pewnym szoku, jak elektryzująca robi się akcja w długich kulminacyjnych momentach W pierścieniu ognia. Trudno wytrzymać w fotelu. Z tym jednakze wiąże się główne zastrzeżenie, jakie mogę znaleźć przed zachęceniem do wizyty w kinie - otóż film kończy się w sposób, kolokwialnie mówiąc, chamski. Serie filmowe zazwyczaj mają litość wykańczać każdy epizod przyzwoitym denouement, zaś W pierścieniu ognia kończy się tak, jak się wcześniej toczyło: bez ofiarowania pełnej satysfakcji, a co za tym idzie - wstrząsająco, ale i wszak drażniąco. Nie zdradzę wielkiego sekretu mówiąc, że ostatnią scenę spędzimy z główną bohaterką, co więcej - wpatrując się w jej twarz. Twórcy postanowili zrobić to, na czym wychodzili do tej pory najlepiej, czyli zdać się na Lawrence. To dość brawurowy ruch, który w innym wykonaniu łatwo mógłby rozczarować. Zamiast tego, to krótkie ostatnie ujęcie tylko podbija stawkę, co uważam za mały cud. Igrzyska śmierci mają potencjalnie słabsze fragmenty, ale wszystkie one dokądś zmierzają. Z tego powodu W pierścieniu ognia nie tylko odnosi sukces, ale też spełnia wymarzony warunek każdego widowiska akcji - zmusza do oczekiwania na ostatnią część.

wtorek, 15 października 2013

Najbardziej trójwymiarowy film świata jest też najbardziej intymną Hollywoodzką superprodukcją. Prawdopodobnie jest sens, żeby powstał tylko jeden taki film - na szczęście wyszło za pierwszym razem.

Bohaterka Sandry Bullock w Grawitacji, inżynierka biomedycyny Ryan Stone, uwielbia przebywać w kosmosie ze względu na panujące w nim ciszę i spokój. Kojącą samotność. Sam film bez wątpienia robi wiele, by wyrazić te uczucia, i udaje mu się, co buduje jedną z jego podstawowych osi napięcia - tę pomiędzy samym filmem a jego społecznym odbiorem. W końcu, jakikolwiek nie byłby zamiar twórców, Grawitacja jest w naszym czasie "skazana" na tłoczne sale wypełnione gwarem zaawansowanej żonglerki popcornem, colą i okularami 3D. W naszym czasie - czyli takim, gdy różnorakie Blureje, Netflixy i Torrenty rozpanoszyły się pod strzechami na dobre i najpewniejszą metodą wyciągnięcia młodzieży do kina jest przekonanie ich, że oglądając film w domu na swoim marnym 40-calowcu, wiele stracą. A z filmami, jak ze wszystkim - niby nie robi się ich tylko dla pieniędzy, ale ich obecność wiele zmienia (to trochę jak z normalnym pisaniem i pisaniem na bloga). Mogę wierzyć Alfonso Cuaronowi, że ten film po prostu, z powodów artystycznych, musiał powstać w 3D i że oglądanie go "na płasko" to ledwie marny posmak "oryginalnego doświadczenia", ale ta niedogodność reżysera przynosi wymierne zyski. Podobnie jak parę lat temu Avatar, Grawitacja zyskała finansowo dzięki metce filmu, który trzeba oglądać na jak największym ekranie i w okularach. Odpowiedzmy więc od razu na to techniczne pytanie: czy naprawdę trzeba? Moim zdaniem, tylko częściowo. Na pewno to jeden z filmów, w których 3D zaiste coś wnosi (przypomnijmy: Pina, Jaskinia zapomnianych snów, Życie Pi... znacie coś jeszcze?). Jednakże idąc specjalnie do kina IMAX, poczułem się zrobiony w konia zachęcającymi opiniami widzianymi w sieci: film jest nakręcony i pokazywany w typowym stosunku panoramicznym (a nawet "bardzo panoramicznym", bo 2,35:1), więc pożytek z wielkiego (w pionie!) ekranu IMAX tutaj żaden - ten choćby ze Złotych Tarasów byłby tak naprawdę zdecydowanie większy. Tego typu kwestii związanych z właściwym odbiorem filmu jest w tym przypadku krępująco wiele - wspomnijmy choćby, iż zdarzało mi się nieraz, że 3D "rozjeżdżało się", i już zamiast myśleć o filmie zastanawiałem się: co jest nie tak? Okulary brudne? Siedzę zbyt daleko środka sali? Może mam złe oczy, niewłaściwe dla potrzeb XXI wieku? Czy to początki zeza? Sukces nie tylko kina 3D, ale i choćby Incepcji sugeruje mi, że ludzie lubią filmy wymagające instrukcji obsługi, ja sam jednak uważam całą sytuację za dość niezręczną. Gdyby sam film nie był porywający, tego typu wątpliwości z łatwością przecież zgniotłyby całą przyjemność z projekcji. Na szczęście Grawitacja jest porywająca.

Załóżcie okulary 3D, by czerpać lepsze doznania z tego tekstu

Fenomen tego filmu opiera się w dużej mierze właśnie na godzeniu światów, które rzadko kiedy się ze sobą schodzą. Choćby z powodów finansowych - wielki budżet, konieczny dla niektórych technologicznych eksperymentów, łatwiej jest dostać na obraz przewidywalny, który przyniesie bezpieczny procent. Czytając na stronach filmowych kolejne "making-ofy" i analizy skomplikowanej maszynerii użytej do nakręcenia Grawitacji można myśleć, iż mamy do czynienia z kolejnym robotyczno-laserowym widowiskiem zakochanym we własnej sztuczności, ale nic bardziej błędnego. To skoncentrowany, uważny film o ludzkim charakterze, o ludzkiej walce - o duszy. Czerpie więc kinowe środki właśnie z duchowego kina i jeśli można nazwać go imponującym pokazem maestrii technicznej, to używam takiego określenia mając na myśli raczej Rosyjską arkę, niż Transformersy. Wymieniam film Sokurowa nie bez powodu, gdyż spośród wielu ciekawych decyzji reżysera najważniejszą jest bez wątpienia skupienie się na długich ujęciach. Wydaje mi się, że to najwolniej zmontowany film w historii Hollywoodzkiego kina. To jednak na swój sposób nadal wielkie widowisko, a nie żaden Gus Van Sant, gdyż ujęcia bynajmniej nie są statyczne - kamera cały czas gdzieś krąży, a jeśli już stoi, coś rusza się w kadrze, i to w każdym wymiarze znanym ludzkiemu oku. Zazwyczaj i sam ruch nie jest gwałtowny, ot, dryf w bezkresnej przestrzeni - nie trzeba chyba jednak tłumaczyć, jakie emocje wywołuje widok powoli uciekającej z zasięgu rąk śrubki albo ostatniej liny, której można się złapać. Efekt jest dosłownie kosmiczny, naprawdę skutecznie oddający uczucie bezwładności we wszechogarniającej pustce dokoła. Z nim zaś wiąże się jeszcze inne, typowo kinowe, na które nie ma dobrego słowa w języku... chodzi o fakt bycia obserwatorem w większym stopniu, niż zazwyczaj - o uczucie zupełnego braku kontroli; "wczuwę", młodzieżowo mówiąc, czy też "immersję", próbując z łaciny. W kinie nieodłącznie montaż wiąże się z kontrolą i obiektywizmem, a długie ujęcia - z czymś nieogarnialnym. Myślę, że miłośnicy tego drugiego, używanego od czasów Murnaua, przez Ophulsa, Mizoguchiego, Tarkowskiego, do De Palmy i dziesiątków innych, rozumieją od razu, o co chodzi. Jeśli miałbym wytłumaczyć to uczucie komuś, kto nie interesuje się kinem, spróbowałbym mniej więcej tak: TO SIĘ DZIEJE.

Przez większość filmu będziecie po prostu oglądać twarz Bullock. Tak że wiecie, jeśli jesteście z tych, których to zniechęca...

Grawitacja to więc głęboko duchowe przeżycie, ale nie z gatunku filozoficznych czy intelektualnych. To bardzo dosadny - by nie powiedzieć: prosty jak cep - thriller. Jak pewnie słyszeliście tysiąc razy, według Hitchcocka najlepiej zacząć od trzęsienia ziemi. Dla Cuarona ziemia jest jednak zbyt bezpieczna. Już w pierwszym ujęciu funduje nam powalającą karuzelę bez ulgi jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Cóż to zresztą za ujęcie! Można by stworzyć niejeden esej tylko o nim. Jak długo trwa? Dość długo - powiedzmy tyle, że Hitchcock mimo chęci nigdy by takiego nie nakręcił, bo tradycyjne rolki filmu mają tylko 10 minut długości. Już w tym ujęciu jesteśmy częstowani pięknem i horrorem kosmosu w równych dawkach, a potem napięcie tylko wzrasta. To nie tak, że oglądamy jakąś szokującą historię, której wcześniej nie wymyślono - zresztą, czy takie jeszcze istnieją? Wyzwaniem dla scenarzystów coraz częściej jest skłonność do ograniczenia się, i Cuaron wraz z synem mu sprostali. Tyle można powiedzieć, to że bohaterowie (Bullock i George Clooney) są w kosmosie i szybko trafia im się bardzo trudna sytuacja - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że, jak przypominają napisy na początku filmu, życie w kosmosie jest niemożliwe. Tak można by opisać główny motyw filmu: jakkolwiek ucieczka od Ziemi - od życia, innych ludzi itp. - jest w oczywisty sposób pociągająca, to ostatecznie nie ma innej opcji, niż powrót. Poza Ziemią - nie ma nic. Rozumcie to jak chcecie. Z oczywistych powodów Grawitacja - artystyczny przebój w kosmosie - jest porównywana do Odysei kosmicznej, jednak warto zwrócić uwagę, że prezentuje zupełnie inne podejście do kosmosu. U Kubricka dominowała harmonia, sens, ciągłość, perfekcja kształtu - tutaj chodzi o instynkt, wolę przetrwania, odruchowe reakcje, zmysłowość, słabość, emocjonalność. Innymi słowy: Kubrick zrobił film o boskości, Cuaron - o człowieczeństwie. Wokół tej osi tematycznej obracają się więc oczywiście słowa bohaterów, ale przede wszystkim akcja wyrażona w ruchu, która w swoim pięknie trójwymiarowej choreografii przypominała mi czasem nic innego jak Pinę (może po prostu dlatego, że to jedyne działo taneczne, jakie w życiu wytrzymałem). Chociaż Emmanuel Lubezki jest od dawna otaczany w kręgach kinomanów czcią jak chyba żaden inny zdjęciowiec, teraz - po zyskaniu statusu prawej ręki Terrence'a Malicka i powrocie do pracy z Cuaronem, którego znał przez całą karierę - wykonał wreszcie dzieło, którego nie umiem sobie wyobrazić z ręki kogokolwiek innego. Praca z Malickiem dodała do jego genialnego warsztatu umiejętność chwytania małych momentów, a co równie ważne - oświetlania ich w niezwykle emocjonujący sposób.

W skrócie mówiąc, lecą... skądś dokądś

Wszystkie te uwagi wydają mi się obraźliwie pobieżne, ale to przykra konieczność w przypadku pisania o dużych filmach. Grawitacja jest filmem niby niedługim - trwa półtora godziny - ale niezwykle głębokim i intensywnym. Czułbym obowiązek wspomnieć, że w epoce ADHD panującego w popularnej sztuce i mediach dzieło Cuarona daje widzowi spore ryzyko, że ten zaśnie z nudów podczas długich minut spokoju, ale jesteśmy już po premierze i z moich oględzin wygląda na to, że film zaiste każdemu się podoba. Chciałoby się przede wszystkim wspomnieć więcej o Sandrze Bullock, którą za ten film pokochałem. Była przez wiele lat obiektem kpin, także moich - często niezasłużonych, jeśli dłużej o tym pomyśleć, być może opartych w jakiejś mierze na mizoginii i kultu maczyzmu widocznego w odbiorze bohaterów filmowych wśród widzów. Mniejsza z tym, w Grawitacji Bullock jest bardzo kobieca i bardzo przejmująca - to bez dwóch zdań rola, która odmienia karierę, nawet jeśli najwyżej opłacana aktorka świata pewnie nie czuła takiej potrzeby, otrzymując przecież nawet niedawno nagrodę na O, za film, który nikogo nie obchodził (swoją drogą, dostała ją szybciej niż Lubezki, który doczeka się dopiero teraz). Naturalność aktorów imponuje tym bardziej, gdy pomyślę o rażącej sztuczności tak wielu produkcji kręconych na green screenie, by wymienić tylko Sin City czy 300. Tutaj łatwo zapomnieć o wszystkich detalach i poczuć, że naprawdę jest się w kosmosie, i właściwa gra aktorska była koniecznym elementem zachowania tej iluzji. Przyznam szczerze, że w scenie kulminacyjnej płakałem jak bóbr, w niemałej mierze za sprawą wrażliwości Bullock. Moja rada? Jeśli nie macie w mieście IMAX, nie załamujcie się, ale naprawdę warto zapłacić dodatkowo i wymordować hałasujących na sali, by obejrzeć to w 3D. Najważniejsza rada brzmi jednak: obejrzyjcie Grawitację, to jest ten film w 2013 r., który trzeba obejrzeć.

piątek, 13 września 2013

Strzelanina we współczesnym westernie stacji FX zawsze jest uzasadniona. W przeciwieństwie do niskiej oglądalności.

Nie ma chyba jakiegoś specjalnego powodu, by pisać o Justified akurat teraz. Może poza faktem, że kilka tygodni temu zmarł Elmore Leonard, wybitny amerykański pisarz kryminałów. W Polsce nie tak znany (być może slogan "największy amerykański pisarz zdaniem Stephena Kinga" na okładach by pomógł), chociaż każdy kojarzy przynajmniej kilka filmowych adaptacji jego twórczości - by wspomnieć Jackie Brown, Co z oczu, to z serca czy 3:10 do Yumy. W telewizji też próbowano, z lepszym (Karen Sisco) czy gorszym (Maximum Bob) skutkiem. Oficjalnie, Justified również jest adaptacją, choć trafniej byłoby powiedzieć, że twórca serialu Graham Yost jedynie inspiruje się pisarskim źródłem - w końcu liczący już 52 odcinki serial wykorzystuje ledwie kilka postaci i wątków z prozy Leonarda. Głównie chodzi o głównego bohatera - Raylana Givensa, i opowiadanie Fire in the Hole, gdzie pochodzący z Kentucky szeryf zostaje zesłany za swe grzechy z czarującego Miami do rodzinnej okolicy. Dla Leonarda (sam pochodził z Luizjany, ale spędził większość życia na północy) był to jedynie drobny eksperyment - Justified zaś wywodzi z takiego epizodu całą swą istotę, cudownie eksplorując miejsce akcji. Wydaje się, że tylko na południu Stanów można w dzisiejszych czasach osadzić porządny western, bo tylko ono ciągle jest "dzikie". Tylko tam noszenie przy sobie broni jest dobrym zwyczajem, a szybka ręka - jednym z najważniejszych argumentów w rozmowach. Justified odmalowuje jeden z najgłębszych portretów amerykańskiego południa, jakie możecie zobaczyć, dając wytchnienie od ogranych w TV, wielkomiejskich ośrodków, a że Yost zebrał ekipę doskonałych pisarzy i zręcznych wykonawców - możemy zaliczyć jego dzieło do czołówki najlepszych obecnie emitowanych seriali.

To jest Kentucky - krzyczy już nastrojowa czołówka

Oczywiście, przepastne tereny USA ostatnimi laty nieco wróciły do łask w znanych stacjach - Zachodem zajął się Breaking Bad (zresztą neo-western na własną modłę), z kolei południe oglądają przecież miliony w True Blood czy Walking Dead. Te seriale jednak stawiają na pierwszym miejscu bohaterów i symbolikę, tę a nie inną lokalizację wybierając niejako z potrzeby, by jakaś w ogóle była. Co innego Justified. Nie umiem powiedzieć, na ile obraz wioskowego hrabstwa we wschodnim Kentucky może być naciągnięty wobec rzeczywistości, podobno nieznacznie, w każdym razie - jest przekonujący. W skrócie mówiąc, to kraina, do której tzw. cywilizacja nie dotarła. Po upadku przemysłu górniczego nastała nędza; bogaci biznesmeni i gangsterzy zjeżdżają tu, by wyssać ostatnie fundusze; ludzie są pozbawieni wątpliwości, że każdy może liczyć tylko na siebie, ewentualnie na bliskich - rodzinę, kościół, mafię. Panują tu tradycyjne wartości i zwyczaje - zupełnie nie zdziwicie się, gdy pewnego razu sprzedawca w sklepie sięgnie po obrzyna dlatego, że klient wziął imię Pańskie nadaremno. Każdy obcy jest potencjalnym wrogiem, ale też bliscy są znacznie ważniejsi, niż w miejscach "cywilizowanych". To świat dilerów, bimbrowników, złodziei, prostytutek, kaznodziei, weteranów wojskowych i policjantów. Przemoc jest tu wszechobecna i zazwyczaj mało wyrafinowana. Ludzie mają oczywiście komórki i komputery, ale zabijają się "po staremu", tradycyjnymi pistoletami czy truciznami, ciał nie rozpuszczają kwasami, lecz chowają w starych szybach kopalnianych. Daleko jak tylko można być od CSI (czy takiego Luthra), tutaj nikt nie jest specjalnym geniuszem, a branża kryminalna - jak chyba każda - w większości jest opanowana przez ludzi w ogóle niemających pojęcia, co robią. Jednym z głównych powodów, dla których serial potrafi być tak obłędnie zabawny, jest błyskotliwe wykorzystanie ludzkiej głupoty w każdej kolejnej intrydze - podobnie np. do wielu filmów braci Coen. Szeryf Raylan często jest w stanie zwyciężyć tylko dlatego, że jako jedyny zachowuje chłodną głowę, podczas gdy złoczyńcy nie są tutaj pozowani (jak to obecnie w serialach modne) na wyjątkowe, na swój sposób heroiczne jednostki. Są raczej śmieszni i ostatecznie nigdy nie mamy wątpliwości, że ich szybki skok na kasę nie jest zasługą jakiejś wyjątkowej inteligencji, ale zwyczajnego braku skrupułów. W razie niepewności, sięgają po brutalność, momentami serial jest wręcz sadystyczny, pozwalając widzowi na trochę anarchistycznej radochy z obserwowanej jatki zanim na placu boją zostaną tylko ci, którzy zachowali choć odrobinę rozsądku.

Co silniejsi Źli potrafią być naprawdę okropnymi ludźmi, ale na tyle barwnymi, że uśmiechamy się na sam ich widok

Malowniczy świat to jedno, ale Justified nie oglądałoby się z rosnącym zaangażowaniem bez mocnych postaci pierwszoplanowych. Wpasowane idealnie w swój świat, wydają się gładko balansować pomiędzy ikoniczną pozą a realistyczną psychologią. W ten sposób odnosi się do stereotypów choćby główna postać, szeryf Raylan Givens. Timothy Olyphant staje się pierwszym aktorem XXI wieku, który z powodzeniem zagrał główną rolę w dwóch wybitnych serialach. Cóż, facet wyrobił sobie dzięki Deadwood swój typ, którego atrakcyjności zresztą nie da się ukryć - wysoki, pewny siebie facet, którego nikt nie zlekceważy i nikt nie zaskoczy, o niezwykle wkurzonym spojrzeniu. Przy trudnej sytuacji, zawsze będzie szybszy i sprytniejszy od przeciwnika, przy codziennej - ma na podorędziu cyniczny komentarz. Mógłbym podsumować go też zwięźle: to taki typ, który gdy idzie na dłuższą posiadówkę do kibla, bierze ze sobą gazetę i butelkę whisky. Jego Raylan jest jak postać wyjęta z westernów, włącznie z faktem, że nosi niemalże cały czas kowbojski kapelusz. A jednak z jakiegoś powodu szybko przestaje to razić w oczy. W Los Angeles może by raziło, ale na zadupiu Kentucky? Niech chodzi, skoro mu wygodnie. Jak wiele seriali, Justified stara się przedstawić nam bohatera już w pierwszej scenie. Raylan poleca zbirowi, by opuścił jego jurysdykcję, jeśli życie mu miłe. Zbir nie słucha, sięga po spluwę. Szeryf jest szybszy, zbir dostaje kilka kulek dla pewności. Podobny obraz powtarza się z komiczną wręcz częstotliwością przez cały serial. It was justified, powtórzy zawsze Raylan, ale nie mamy wątpliwości, że ma satysfakcję w posyłaniu kolejnych złych ludzi do piachu - nie strzeli pierwszy, ale w razie czego, nie będzie w żaden sposób unikał sytuacji, w której strzelanina "będzie uzasadniona". W pewnym momencie rzuca zdanie, które uznałbym za jego motto: "nie mam moralnie nic przeciwko zastrzeleniu pani... rozumie pani, przy takim życiu, jakie pani prowadzi...". Pretensjonalny polski tytuł Bez przebaczenia jest więc całkiem trafny. To kraina grzeszników, dla których nie ma drugiej szansy, spowiadać mogą się najwyżej sobie nazwajem. Każdy żyje tu na krawędzi i pozostaje mu wykorzystać siłę albo spryt, by utrzymywać się jakoś na powierzchni. Wielu bohaterów chciałoby prowadzić spokojne życie - ale tutaj tak się nie da.

Olyphant i Goggins wchodzą do kanonu aktorów telewizyjnych z kolejnymi wspaniałymi rolami. Oglądałbym tylko dla nich

Dynamikę Justified na przestrzeni lat można więc opisać jako pośrednią pomiędzy takim The Wire, a czymś normalnym. Mamy tu bowiem mocny świat, którego reguły się nie zmieniają - ale też bardzo wyrazistą obsadę. Nie można nie wspomnieć o Waltonie Gogginsie, równie fenomenalnym jak w The Shield, który jako nemesis (mroczny brat bliźniak?) Raylana zyskuje z każdym odcinkiem nowe wymiary i powiem tyle, że nawet na zakończenie czwartego sezonu ciągle odkrywamy w nim coś ciekawego. Reszta obsady zmienia się za to dość często, ponieważ, cóż, umieralność jest dość spora. Serial balansuje w ten sposób pomiędzy drobnymi wątkami na jeden odcinek, a fabułami rozciągniętymi na wiele godzin. Ogólnie mówiąc, pierwszy sezon stawia raczej na ten pierwszy typ narracji, w którym jeden epizod to jedna sprawa do rozwiązania. Kolejne zaś coraz bardziej skupiają się na postaciach i ich dążeniach, tak że czwarty sezon to w istocie jeden, wielki, spójny film - pojawia się to znane z najlepszych seriali uczucie w ostatnich odcinkach, że w każdej scenie wszystko wywraca się do góry nogami i zaraz eksploduje. Drobne wątki za to są lższejsze, bardziej rozrywkowe. Wszystkie wypadają świetnie, bo Justified jest po prostu świetnie napisane. Jedną ze słynnych zasad Elmore Leonarda jest: wycinaj to, co czytelnicy pomijają, i serial tego się trzyma. Pomiędzy kwestiami i scenami przeskakujemy z wielkim polotem, bez wstępów i tłumaczeń, rzeczy... po prostu się dzieją. Tempo akcji Justified nigdy nie bierze się z ciągnięcia jej za uszy trickami, ale z siły detali i masy solidnego pisania - ludzkich postaci oraz świetnych dialogów, których dzięki aktorstwu i temu wszechobecnemu zjadaniu spółgłosek przyjemnie się też słucha. Sentymentalnie czy groteskowo - serial zawsze ma w sobie tyle stylu, że uwierzycie mu w każdym wypadku.

Szukałem materiału promocyjnego, w którym Raylan nie trzymałby w ręku spluwy

Nie ma specjalnego powodu, by pisać o Justified akurat teraz, ale kiedyś trzeba było. Po tym, jak drugi sezon otrzymał sporo nominacji do Emmy, spodziewałem się, że popularność ruszy z miejsca, ale tak się nie stało - a serial nadal jest wyborny. Pod względem pisarskim, można postawić go na półce obok The Wire i The Shield, dlatego jestem przekonany, że podobnie jak tamte seriale, jeszcze zostanie doceniony, przynajmniej w nieco większej mierze. Prawdopodobnie brakuje mu jednak ciężaru, by kiedykolwiek stać się kultowym klasykiem. Prawda - to ten typ sztuki, że podczas oglądania bawisz się świetnie, ale tydzień po zakończeniu już tak bardzo o nim nie myślisz. Nie postrzegam jednakże tej cechy jako negatywnej. Justifed to żywioł, jest stworzone do oglądania. Ma tę cudowną właściwość, która dla ludzi z małą ilością czasu jest wręcz przerażająca - ile razy sobie nie puszczę pierwszego odcinka, podoba mi się każda scena i kończy się tak, że w zasadzie mam ochotę oglądać raz jeszcze i jeszcze. Dzięki kapitalnemu poziomowi, Justified ekscytuje swoją czystą materią. Świat nie jest przerysowany, a i tak jest jednym z najbardziej pociągających, jakie widzieliśmy w telewizji. Bohater nie jest socjopatycznym geniuszem, ale zwyczajnym chłopkiem, który stara się robić dobrze swoją pracę. Choć jego oczy zdradzają, że przy okazji jest naprawdę, naprawdę wkurzony.

 

Justified (Justified: Bez przebaczenia), FX, sezonów: 4, odcinków: po 13, lata emisji: 2010-obecnie.

Sezon 5. w USA od stycznia.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24

statystyka