Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
poniedziałek, 25 listopada 2013

Spektakularne mordobicie z Igrzyskami Śmierci jest prawdziwie kafkowskim przeżyciem. Pierwsza część, mimo wad, wyróżniała się jako widowisko akcji mające sens. Druga - także jako sequel mający sens, pogłębiający narrację, charakter i przemyślenia poprzednika. Przede wszystkim, jeszcze bardziej emocjonujący.

Tradycją bloga jest, że kiedy tylko piszę o Meryl Streep, trudno mi nie zacząć od prostego zdania brzmiącego "kocham Meryl Streep". Odruchowo chciałbym napisać coś takiego o Jennifer Lawrence, która szybko wyrasta na osobowość podobnego typu i podobnej skali. A jednak takie zdanie - choć Lawrence również jest powszechnie docenianą i nagradzaną aktorką - brzmi w tym wypadku w sposób o wiele mniej interesujący. Naprawdę, kochasz piękną, 22-letnią, niebieskooką blondynkę? Co ty nie powiesz! Bardzo ciekawe. Pozostańmy więc przy tym, że naprawdę doceniam talent mimiczny i błyskotliwość Lawrence, które sprawiają, że w zasadzie cokolwiek dziewczyna nie ma do zagrania, ogląda się to kapitalnie. Ale chwileczkę, to też banał, w końcu w internecie są już setki stron zbierających gify, na których Lawrence po prostu jest sobą i mówi dowolną rzecz. Można by uznać, że kręcenie osobnych filmów z jej udziałem to wręcz zbyteczny luksus. Cóż więc jeszcze da się tu powiedzieć? Niewiele. Znacie Jennifer Lawrence - ja też. Wiemy, o co chodzi. Wytwórnia kręcąca Igrzyska śmierci miała doprawdy szalone szczęście: akurat wtedy, gdy przydałaby im się młoda, atrakcyjna, żywiołowa, ale też ujmująca siłą, inicjatywą i samodzielnością postać kobieca, zaczynała się kariera Lawrence. Prawa do książki kupiono szybko po jej premierze, a niedługo potem ewenementowy (jak na kino niezależne) sukces odniosło Winter's Bone, z nastoletnią wtedy aktorką nominowaną do nagrody na O (oraz co najmniej pięćdziesięciu innych). Dziś uczestnictwo Lawrence w kolejnych wielkich projektach Hollywoodu jest już oczywistością. Będziemy ją oglądać przez wiele lat. Seria filmowa zarobiła mnóstwo pieniędzy i można tylko gdybać, czy z inną aktorką byłyby na to szanse. W widowisku akcji, główna postać pozytywna jest zawsze najtrudniejsza do ciekawego odegrania - najlepszym na to lekarstwem jest albo sięgnięcie po "niegrzecznego" bohatera (Robert Downey Jr.), albo po naprawdę wyjątkowego wykonawcę. Pamiętajmy, że cały czas mówimy o kinie subtelnym niczym najazd mongolski, jednakże w porównaniu z pierwszą częścią, W pierścieniu ognia wykorzystuje możliwości Lawrence w zdecydowanie większym stopniu, kilkukrotnie używając wręcz perwersyjnie długich ujęć w momentach, gdy mimika Lawrence dochodzi do głosu. Film wychodzi na tym dobrze. Pod wieloma względami dominuje w nim przyjemne uczucie, że twórcy byli niezadowoleni z poprzedniej części i tym razem postanowili wszystko zrobić, jak należy.

Wiem, że o to chodzi, żebym nienawidził tych ubrań, ale nadal... bywają okropne

Przebojowych książek Suzanne Collins nie czytałem, co stawia mnie w nieco niezręcznej sytuacji - oczywiście tylko do tego momentu, gdy umówimy się, iż nie jest to lektura, którą "wypada" znać. Z tego co wiem, trylogia ma reputację fantastyki dla nastolatków, podobnie jak choćby seria o Harrym Potterze. Taki zestaw każe zapytać: dlaczego to fantastyka dla nastolatków okazuje obecnie dojrzałość, refleksję i odpowiedzialność za własne słowa, których tak bardzo pozbawiona jest fantastyka popularna bardziej "wśród dorosłych"? A może źle to rozumiem i chodzi zwyczajnie o różnicę pomiędzy tym, co dobrze wypada w tekście, a co w komiksie i innych sztukach wizualnych? Nie odbierając walorów kolejnym Marvelom, Batmanom itd. - to jednak bardzo proste baśnie, uciekające od umiejscowienia swoich metafor w czymkolwiek, co można by nazwać kontekstem; głównie po prostu dlatego, że wtedy znacznie łatwiej sprzedać fajną postać bez niezręcznych moralnych pytań. A jednak i ja, i pan reżyser, i każdy widz żyje na co dzień nie w żadnym świecie abstrakcyjnych idei dobra i zła, ale w prawdziwej kulturze. Wszystko, co robimy, jest społeczne i polityczne w swoich przyczynach i skutkach. Akcja Igrzysk śmierci zawsze opiera się na kontekście, co czyni ją znacznie bardziej angażującą. Łatwo przyznać, że w porównaniu do wspomnianego typowego Hollywoodu, ten film przesadza w drugą stronę, często zbyt wyraźnie deklamując, o co mu chodzi. Przy niektórych dialogach aż czeka się, która postać jako pierwsza spojrzy prosto w kamerę i wyjaśni dla pewności: "wiecie, to w sumie dotyczy współczesnego systemu sztuki popularnej i polityki - bo w naszym świecie też jest sporo biednych karmionych tylko obrazkami z życia celebrytów... czaicie???". Czaimy, ale nawet gdyby Igrzyska śmierci nie były niczym więcej, niż efektownym nawołaniem do rewolucji mas, już stanowiłyby odświeżający powiew w czasach opanowanych przez kino komiksowe, zakochane w superjednostkach wskazujących ciemnemu ludowi drogę. Są jednak zdecydowanie czymś więcej, bo same opowiadając o widowisku, stają się wręcz oskarżeniem skierowanym wobec sztuki popularnej, świadomie lub nie sankcjonującej obecny system poprzez gloryfikowanie tych u szczytu - w ten sposób wmawiając widzom, że każdy przecież ma to, "na co zasłużył". Tego rozumienia "meta" można też łatwo użyć do obrony filmu przed zarzutami o nadużywanie schematów widowiska - no tak, przecież o tym mówimy! Obojętnie, czy to łykniecie, czy nie, Igrzyska śmierci bez dwóch zdań wyróżniają się swoimi dobrymi intencjami - co nieczęste w wysokobudżetowym kinie, za typowo nastoletnim melodramatyzmem, chaosem i skłonnościami do przesady idą tutaj równie zapalczywe idealizm i wrażliwość.

Postarano się o momenty dla fanek Zmierzchu

Jakby było mało uwzniaślania poniżonych, Igrzyska Śmierci nie są tylko filmem o biednych, ale też o kobietach. Może to brzmieć śmiesznie do momentu, gdy przejrzymy obsadę i autorów innych filmów akcji. Tak, kobiece spojrzenie również czyni ten film wyjątkowym, dokładając mu wagi jako zachęty do zastanowienia się nad "oczywistościami" współczesnej kultury. Ripley, Sarah Connor, może ktoś tam jeszcze... odgrywana przez Lawrence postać Katniss dołącza do ubożuchnej listy popularnych heroin, a po drugim filmie można stwierdzić, iż jest znacznie bardziej od nich kompleksowa i przekonująca. Przede wszystkim, pomimo makabrycznych założeń tytułowych igrzysk (na arenę wchodzą 24 osoby, wygrywa ostatnia, która przeżyje), filmom udaje się tylko w niewielkim stopniu sprowadzać kolejne wyzwania do technikaliów mordobicia, do szybkości nóg i celności strzałów. W grę wchodzi przede wszystkim umiejętność zrozumienia drugiego człowieka i uczenia się od niego, a bohaterka zostaje zmuszona zarówno do wycieńczającego wysiłku fizycznego, jak i emocjonalnego. W końcu cała gra ma na celu wywarcie odpowiedniego wrażenia na widzu, a więc samo mordowanie nie jest tu tak ważne, jak performans. W drugiej części jeszcze wyraźniejszy jest kontrast pomiędzy "prostym" życiem niższej klasy, harującej w lasach czy innych kopalniach, a futurystycznym światem Kapitolu, gdzie bohaterowie są nieustannie obserwowani przez kamery, zmuszeni do odgrywania satysfakcjonującej oglądającego iluzji. W tym świecie, jak i w naszym, dobór ubrania może być poważniejszy w skutkach, niż włożenie komuś siekiery w plecy. Sprawa robi się coraz bardziej skomplikowana, a przez to ciekawsza i bardziej ekscytująca, im więcej krępujących reguł pojawia się w tej grze. Ma to wpływ nie tylko na mordobicie, ale i romans, o którym ja sam nadal nie wiem, co myśleć. Na pierwszy rzut oka mamy tu dosć oklepany schemat sztuki dla nastolatków typu "rozważny i atletyczny", wykorzystany choćby przez Zmierzch: z jednej strony wysoki, nieokrzesany, "męski" typ (i to brat Thora), z drugiej - koleś o mniej imponującym ciele, ale kochający bardziej, a wskutek zrządzenia losu - także bardziej akceptowalny przez otoczenie. Na szczęście, Katniss jest prawdziwą protagonistką swojej historii i w sumie obu z nich musi często przekazywać, że ma teraz ważniejsze sprawy na głowie niż romanse - wiecie, ucisk tyranicznej władzy, przetrwanie morderczych zawodów, ochrona rodziny przed śmiercią itp. - co przyjemnie odstaje od płciowych stereotypów kina (jak wiele innych zagrywek filmu). A przecież absolutnie ma sens. Igrzyska Śmierci to mocna próba przypomnienia popularnej widowni, że człowiek tak naprawdę nie myśli tylko o sobie i zaprawdę nie czyni go to wyjątkowym, ale normalnym. Z tego prostego założenia wynika tu mnósto ciekawej akcji.

Krótki występ Philipa Seymoura Hoffmana to kolejna sugestia, że twórcy szykują coś grubszego na ostatnią część

Dzięki ambicjom, a może pomimo ich, na pewno akcja jest na pierwszym planie W pierścieniu ognia - zdecydowanie bardziej niż w poprzedniku, który spędzał sporo czasu na tłumaczeniu tych wszytkich dziwacznych zasad swojego dystopijnego świata. Tutaj tempo jest dużo lepsze, zaczynając od delikatnych konfliktów i regularnie dodając nowe, tak że z czasem sytuacja staje się naprawdę okrutna. Podobnie jak najmocniejsze momenty książek o Harrym Potterze, Igrzyska potrafią naprawdę znęcać się nad bohaterami, stawiając ich w sytuacjach absurdalnie denerwującej bezradności i niesprawiedliwości. Oczywiście, to kolejna kwestia, w której scenariusz nie musi nawet być specjalnie wymyślny, a jedynie podążać za prostą prawdą, że gdyby świat bez wyzysku i wojny był osiągalny, to by go osiągnięto. Tutaj system cały czas przypomina o tym, jak ogromną ma przewagę nad jednostką i jak nierówne jest to starcie - z tego właśnie powodu jest ono tak porywające. Często przychodzi ochota, żeby dali już spokój i przestali im zrzucać kolejne kłody pod nogi, ale przecież o to chodzi w całej zabawie, że oni tu rządzą, a więc mogą i chcą to robić. Chociaż pierwsza część całkiem mi się podobała, byłem i tak w pewnym szoku, jak elektryzująca robi się akcja w długich kulminacyjnych momentach W pierścieniu ognia. Trudno wytrzymać w fotelu. Z tym jednakze wiąże się główne zastrzeżenie, jakie mogę znaleźć przed zachęceniem do wizyty w kinie - otóż film kończy się w sposób, kolokwialnie mówiąc, chamski. Serie filmowe zazwyczaj mają litość wykańczać każdy epizod przyzwoitym denouement, zaś W pierścieniu ognia kończy się tak, jak się wcześniej toczyło: bez ofiarowania pełnej satysfakcji, a co za tym idzie - wstrząsająco, ale i wszak drażniąco. Nie zdradzę wielkiego sekretu mówiąc, że ostatnią scenę spędzimy z główną bohaterką, co więcej - wpatrując się w jej twarz. Twórcy postanowili zrobić to, na czym wychodzili do tej pory najlepiej, czyli zdać się na Lawrence. To dość brawurowy ruch, który w innym wykonaniu łatwo mógłby rozczarować. Zamiast tego, to krótkie ostatnie ujęcie tylko podbija stawkę, co uważam za mały cud. Igrzyska śmierci mają potencjalnie słabsze fragmenty, ale wszystkie one dokądś zmierzają. Z tego powodu W pierścieniu ognia nie tylko odnosi sukces, ale też spełnia wymarzony warunek każdego widowiska akcji - zmusza do oczekiwania na ostatnią część.

wtorek, 15 października 2013

Najbardziej trójwymiarowy film świata jest też najbardziej intymną Hollywoodzką superprodukcją. Prawdopodobnie jest sens, żeby powstał tylko jeden taki film - na szczęście wyszło za pierwszym razem.

Bohaterka Sandry Bullock w Grawitacji, inżynierka biomedycyny Ryan Stone, uwielbia przebywać w kosmosie ze względu na panujące w nim ciszę i spokój. Kojącą samotność. Sam film bez wątpienia robi wiele, by wyrazić te uczucia, i udaje mu się, co buduje jedną z jego podstawowych osi napięcia - tę pomiędzy samym filmem a jego społecznym odbiorem. W końcu, jakikolwiek nie byłby zamiar twórców, Grawitacja jest w naszym czasie "skazana" na tłoczne sale wypełnione gwarem zaawansowanej żonglerki popcornem, colą i okularami 3D. W naszym czasie - czyli takim, gdy różnorakie Blureje, Netflixy i Torrenty rozpanoszyły się pod strzechami na dobre i najpewniejszą metodą wyciągnięcia młodzieży do kina jest przekonanie ich, że oglądając film w domu na swoim marnym 40-calowcu, wiele stracą. A z filmami, jak ze wszystkim - niby nie robi się ich tylko dla pieniędzy, ale ich obecność wiele zmienia (to trochę jak z normalnym pisaniem i pisaniem na bloga). Mogę wierzyć Alfonso Cuaronowi, że ten film po prostu, z powodów artystycznych, musiał powstać w 3D i że oglądanie go "na płasko" to ledwie marny posmak "oryginalnego doświadczenia", ale ta niedogodność reżysera przynosi wymierne zyski. Podobnie jak parę lat temu Avatar, Grawitacja zyskała finansowo dzięki metce filmu, który trzeba oglądać na jak największym ekranie i w okularach. Odpowiedzmy więc od razu na to techniczne pytanie: czy naprawdę trzeba? Moim zdaniem, tylko częściowo. Na pewno to jeden z filmów, w których 3D zaiste coś wnosi (przypomnijmy: Pina, Jaskinia zapomnianych snów, Życie Pi... znacie coś jeszcze?). Jednakże idąc specjalnie do kina IMAX, poczułem się zrobiony w konia zachęcającymi opiniami widzianymi w sieci: film jest nakręcony i pokazywany w typowym stosunku panoramicznym (a nawet "bardzo panoramicznym", bo 2,35:1), więc pożytek z wielkiego (w pionie!) ekranu IMAX tutaj żaden - ten choćby ze Złotych Tarasów byłby tak naprawdę zdecydowanie większy. Tego typu kwestii związanych z właściwym odbiorem filmu jest w tym przypadku krępująco wiele - wspomnijmy choćby, iż zdarzało mi się nieraz, że 3D "rozjeżdżało się", i już zamiast myśleć o filmie zastanawiałem się: co jest nie tak? Okulary brudne? Siedzę zbyt daleko środka sali? Może mam złe oczy, niewłaściwe dla potrzeb XXI wieku? Czy to początki zeza? Sukces nie tylko kina 3D, ale i choćby Incepcji sugeruje mi, że ludzie lubią filmy wymagające instrukcji obsługi, ja sam jednak uważam całą sytuację za dość niezręczną. Gdyby sam film nie był porywający, tego typu wątpliwości z łatwością przecież zgniotłyby całą przyjemność z projekcji. Na szczęście Grawitacja jest porywająca.

Załóżcie okulary 3D, by czerpać lepsze doznania z tego tekstu

Fenomen tego filmu opiera się w dużej mierze właśnie na godzeniu światów, które rzadko kiedy się ze sobą schodzą. Choćby z powodów finansowych - wielki budżet, konieczny dla niektórych technologicznych eksperymentów, łatwiej jest dostać na obraz przewidywalny, który przyniesie bezpieczny procent. Czytając na stronach filmowych kolejne "making-ofy" i analizy skomplikowanej maszynerii użytej do nakręcenia Grawitacji można myśleć, iż mamy do czynienia z kolejnym robotyczno-laserowym widowiskiem zakochanym we własnej sztuczności, ale nic bardziej błędnego. To skoncentrowany, uważny film o ludzkim charakterze, o ludzkiej walce - o duszy. Czerpie więc kinowe środki właśnie z duchowego kina i jeśli można nazwać go imponującym pokazem maestrii technicznej, to używam takiego określenia mając na myśli raczej Rosyjską arkę, niż Transformersy. Wymieniam film Sokurowa nie bez powodu, gdyż spośród wielu ciekawych decyzji reżysera najważniejszą jest bez wątpienia skupienie się na długich ujęciach. Wydaje mi się, że to najwolniej zmontowany film w historii Hollywoodzkiego kina. To jednak na swój sposób nadal wielkie widowisko, a nie żaden Gus Van Sant, gdyż ujęcia bynajmniej nie są statyczne - kamera cały czas gdzieś krąży, a jeśli już stoi, coś rusza się w kadrze, i to w każdym wymiarze znanym ludzkiemu oku. Zazwyczaj i sam ruch nie jest gwałtowny, ot, dryf w bezkresnej przestrzeni - nie trzeba chyba jednak tłumaczyć, jakie emocje wywołuje widok powoli uciekającej z zasięgu rąk śrubki albo ostatniej liny, której można się złapać. Efekt jest dosłownie kosmiczny, naprawdę skutecznie oddający uczucie bezwładności we wszechogarniającej pustce dokoła. Z nim zaś wiąże się jeszcze inne, typowo kinowe, na które nie ma dobrego słowa w języku... chodzi o fakt bycia obserwatorem w większym stopniu, niż zazwyczaj - o uczucie zupełnego braku kontroli; "wczuwę", młodzieżowo mówiąc, czy też "immersję", próbując z łaciny. W kinie nieodłącznie montaż wiąże się z kontrolą i obiektywizmem, a długie ujęcia - z czymś nieogarnialnym. Myślę, że miłośnicy tego drugiego, używanego od czasów Murnaua, przez Ophulsa, Mizoguchiego, Tarkowskiego, do De Palmy i dziesiątków innych, rozumieją od razu, o co chodzi. Jeśli miałbym wytłumaczyć to uczucie komuś, kto nie interesuje się kinem, spróbowałbym mniej więcej tak: TO SIĘ DZIEJE.

Przez większość filmu będziecie po prostu oglądać twarz Bullock. Tak że wiecie, jeśli jesteście z tych, których to zniechęca...

Grawitacja to więc głęboko duchowe przeżycie, ale nie z gatunku filozoficznych czy intelektualnych. To bardzo dosadny - by nie powiedzieć: prosty jak cep - thriller. Jak pewnie słyszeliście tysiąc razy, według Hitchcocka najlepiej zacząć od trzęsienia ziemi. Dla Cuarona ziemia jest jednak zbyt bezpieczna. Już w pierwszym ujęciu funduje nam powalającą karuzelę bez ulgi jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Cóż to zresztą za ujęcie! Można by stworzyć niejeden esej tylko o nim. Jak długo trwa? Dość długo - powiedzmy tyle, że Hitchcock mimo chęci nigdy by takiego nie nakręcił, bo tradycyjne rolki filmu mają tylko 10 minut długości. Już w tym ujęciu jesteśmy częstowani pięknem i horrorem kosmosu w równych dawkach, a potem napięcie tylko wzrasta. To nie tak, że oglądamy jakąś szokującą historię, której wcześniej nie wymyślono - zresztą, czy takie jeszcze istnieją? Wyzwaniem dla scenarzystów coraz częściej jest skłonność do ograniczenia się, i Cuaron wraz z synem mu sprostali. Tyle można powiedzieć, to że bohaterowie (Bullock i George Clooney) są w kosmosie i szybko trafia im się bardzo trudna sytuacja - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że, jak przypominają napisy na początku filmu, życie w kosmosie jest niemożliwe. Tak można by opisać główny motyw filmu: jakkolwiek ucieczka od Ziemi - od życia, innych ludzi itp. - jest w oczywisty sposób pociągająca, to ostatecznie nie ma innej opcji, niż powrót. Poza Ziemią - nie ma nic. Rozumcie to jak chcecie. Z oczywistych powodów Grawitacja - artystyczny przebój w kosmosie - jest porównywana do Odysei kosmicznej, jednak warto zwrócić uwagę, że prezentuje zupełnie inne podejście do kosmosu. U Kubricka dominowała harmonia, sens, ciągłość, perfekcja kształtu - tutaj chodzi o instynkt, wolę przetrwania, odruchowe reakcje, zmysłowość, słabość, emocjonalność. Innymi słowy: Kubrick zrobił film o boskości, Cuaron - o człowieczeństwie. Wokół tej osi tematycznej obracają się więc oczywiście słowa bohaterów, ale przede wszystkim akcja wyrażona w ruchu, która w swoim pięknie trójwymiarowej choreografii przypominała mi czasem nic innego jak Pinę (może po prostu dlatego, że to jedyne działo taneczne, jakie w życiu wytrzymałem). Chociaż Emmanuel Lubezki jest od dawna otaczany w kręgach kinomanów czcią jak chyba żaden inny zdjęciowiec, teraz - po zyskaniu statusu prawej ręki Terrence'a Malicka i powrocie do pracy z Cuaronem, którego znał przez całą karierę - wykonał wreszcie dzieło, którego nie umiem sobie wyobrazić z ręki kogokolwiek innego. Praca z Malickiem dodała do jego genialnego warsztatu umiejętność chwytania małych momentów, a co równie ważne - oświetlania ich w niezwykle emocjonujący sposób.

W skrócie mówiąc, lecą... skądś dokądś

Wszystkie te uwagi wydają mi się obraźliwie pobieżne, ale to przykra konieczność w przypadku pisania o dużych filmach. Grawitacja jest filmem niby niedługim - trwa półtora godziny - ale niezwykle głębokim i intensywnym. Czułbym obowiązek wspomnieć, że w epoce ADHD panującego w popularnej sztuce i mediach dzieło Cuarona daje widzowi spore ryzyko, że ten zaśnie z nudów podczas długich minut spokoju, ale jesteśmy już po premierze i z moich oględzin wygląda na to, że film zaiste każdemu się podoba. Chciałoby się przede wszystkim wspomnieć więcej o Sandrze Bullock, którą za ten film pokochałem. Była przez wiele lat obiektem kpin, także moich - często niezasłużonych, jeśli dłużej o tym pomyśleć, być może opartych w jakiejś mierze na mizoginii i kultu maczyzmu widocznego w odbiorze bohaterów filmowych wśród widzów. Mniejsza z tym, w Grawitacji Bullock jest bardzo kobieca i bardzo przejmująca - to bez dwóch zdań rola, która odmienia karierę, nawet jeśli najwyżej opłacana aktorka świata pewnie nie czuła takiej potrzeby, otrzymując przecież nawet niedawno nagrodę na O, za film, który nikogo nie obchodził (swoją drogą, dostała ją szybciej niż Lubezki, który doczeka się dopiero teraz). Naturalność aktorów imponuje tym bardziej, gdy pomyślę o rażącej sztuczności tak wielu produkcji kręconych na green screenie, by wymienić tylko Sin City czy 300. Tutaj łatwo zapomnieć o wszystkich detalach i poczuć, że naprawdę jest się w kosmosie, i właściwa gra aktorska była koniecznym elementem zachowania tej iluzji. Przyznam szczerze, że w scenie kulminacyjnej płakałem jak bóbr, w niemałej mierze za sprawą wrażliwości Bullock. Moja rada? Jeśli nie macie w mieście IMAX, nie załamujcie się, ale naprawdę warto zapłacić dodatkowo i wymordować hałasujących na sali, by obejrzeć to w 3D. Najważniejsza rada brzmi jednak: obejrzyjcie Grawitację, to jest ten film w 2013 r., który trzeba obejrzeć.

piątek, 13 września 2013

Strzelanina we współczesnym westernie stacji FX zawsze jest uzasadniona. W przeciwieństwie do niskiej oglądalności.

Nie ma chyba jakiegoś specjalnego powodu, by pisać o Justified akurat teraz. Może poza faktem, że kilka tygodni temu zmarł Elmore Leonard, wybitny amerykański pisarz kryminałów. W Polsce nie tak znany (być może slogan "największy amerykański pisarz zdaniem Stephena Kinga" na okładach by pomógł), chociaż każdy kojarzy przynajmniej kilka filmowych adaptacji jego twórczości - by wspomnieć Jackie Brown, Co z oczu, to z serca czy 3:10 do Yumy. W telewizji też próbowano, z lepszym (Karen Sisco) czy gorszym (Maximum Bob) skutkiem. Oficjalnie, Justified również jest adaptacją, choć trafniej byłoby powiedzieć, że twórca serialu Graham Yost jedynie inspiruje się pisarskim źródłem - w końcu liczący już 52 odcinki serial wykorzystuje ledwie kilka postaci i wątków z prozy Leonarda. Głównie chodzi o głównego bohatera - Raylana Givensa, i opowiadanie Fire in the Hole, gdzie pochodzący z Kentucky szeryf zostaje zesłany za swe grzechy z czarującego Miami do rodzinnej okolicy. Dla Leonarda (sam pochodził z Luizjany, ale spędził większość życia na północy) był to jedynie drobny eksperyment - Justified zaś wywodzi z takiego epizodu całą swą istotę, cudownie eksplorując miejsce akcji. Wydaje się, że tylko na południu Stanów można w dzisiejszych czasach osadzić porządny western, bo tylko ono ciągle jest "dzikie". Tylko tam noszenie przy sobie broni jest dobrym zwyczajem, a szybka ręka - jednym z najważniejszych argumentów w rozmowach. Justified odmalowuje jeden z najgłębszych portretów amerykańskiego południa, jakie możecie zobaczyć, dając wytchnienie od ogranych w TV, wielkomiejskich ośrodków, a że Yost zebrał ekipę doskonałych pisarzy i zręcznych wykonawców - możemy zaliczyć jego dzieło do czołówki najlepszych obecnie emitowanych seriali.

To jest Kentucky - krzyczy już nastrojowa czołówka

Oczywiście, przepastne tereny USA ostatnimi laty nieco wróciły do łask w znanych stacjach - Zachodem zajął się Breaking Bad (zresztą neo-western na własną modłę), z kolei południe oglądają przecież miliony w True Blood czy Walking Dead. Te seriale jednak stawiają na pierwszym miejscu bohaterów i symbolikę, tę a nie inną lokalizację wybierając niejako z potrzeby, by jakaś w ogóle była. Co innego Justified. Nie umiem powiedzieć, na ile obraz wioskowego hrabstwa we wschodnim Kentucky może być naciągnięty wobec rzeczywistości, podobno nieznacznie, w każdym razie - jest przekonujący. W skrócie mówiąc, to kraina, do której tzw. cywilizacja nie dotarła. Po upadku przemysłu górniczego nastała nędza; bogaci biznesmeni i gangsterzy zjeżdżają tu, by wyssać ostatnie fundusze; ludzie są pozbawieni wątpliwości, że każdy może liczyć tylko na siebie, ewentualnie na bliskich - rodzinę, kościół, mafię. Panują tu tradycyjne wartości i zwyczaje - zupełnie nie zdziwicie się, gdy pewnego razu sprzedawca w sklepie sięgnie po obrzyna dlatego, że klient wziął imię Pańskie nadaremno. Każdy obcy jest potencjalnym wrogiem, ale też bliscy są znacznie ważniejsi, niż w miejscach "cywilizowanych". To świat dilerów, bimbrowników, złodziei, prostytutek, kaznodziei, weteranów wojskowych i policjantów. Przemoc jest tu wszechobecna i zazwyczaj mało wyrafinowana. Ludzie mają oczywiście komórki i komputery, ale zabijają się "po staremu", tradycyjnymi pistoletami czy truciznami, ciał nie rozpuszczają kwasami, lecz chowają w starych szybach kopalnianych. Daleko jak tylko można być od CSI (czy takiego Luthra), tutaj nikt nie jest specjalnym geniuszem, a branża kryminalna - jak chyba każda - w większości jest opanowana przez ludzi w ogóle niemających pojęcia, co robią. Jednym z głównych powodów, dla których serial potrafi być tak obłędnie zabawny, jest błyskotliwe wykorzystanie ludzkiej głupoty w każdej kolejnej intrydze - podobnie np. do wielu filmów braci Coen. Szeryf Raylan często jest w stanie zwyciężyć tylko dlatego, że jako jedyny zachowuje chłodną głowę, podczas gdy złoczyńcy nie są tutaj pozowani (jak to obecnie w serialach modne) na wyjątkowe, na swój sposób heroiczne jednostki. Są raczej śmieszni i ostatecznie nigdy nie mamy wątpliwości, że ich szybki skok na kasę nie jest zasługą jakiejś wyjątkowej inteligencji, ale zwyczajnego braku skrupułów. W razie niepewności, sięgają po brutalność, momentami serial jest wręcz sadystyczny, pozwalając widzowi na trochę anarchistycznej radochy z obserwowanej jatki zanim na placu boją zostaną tylko ci, którzy zachowali choć odrobinę rozsądku.

Co silniejsi Źli potrafią być naprawdę okropnymi ludźmi, ale na tyle barwnymi, że uśmiechamy się na sam ich widok

Malowniczy świat to jedno, ale Justified nie oglądałoby się z rosnącym zaangażowaniem bez mocnych postaci pierwszoplanowych. Wpasowane idealnie w swój świat, wydają się gładko balansować pomiędzy ikoniczną pozą a realistyczną psychologią. W ten sposób odnosi się do stereotypów choćby główna postać, szeryf Raylan Givens. Timothy Olyphant staje się pierwszym aktorem XXI wieku, który z powodzeniem zagrał główną rolę w dwóch wybitnych serialach. Cóż, facet wyrobił sobie dzięki Deadwood swój typ, którego atrakcyjności zresztą nie da się ukryć - wysoki, pewny siebie facet, którego nikt nie zlekceważy i nikt nie zaskoczy, o niezwykle wkurzonym spojrzeniu. Przy trudnej sytuacji, zawsze będzie szybszy i sprytniejszy od przeciwnika, przy codziennej - ma na podorędziu cyniczny komentarz. Mógłbym podsumować go też zwięźle: to taki typ, który gdy idzie na dłuższą posiadówkę do kibla, bierze ze sobą gazetę i butelkę whisky. Jego Raylan jest jak postać wyjęta z westernów, włącznie z faktem, że nosi niemalże cały czas kowbojski kapelusz. A jednak z jakiegoś powodu szybko przestaje to razić w oczy. W Los Angeles może by raziło, ale na zadupiu Kentucky? Niech chodzi, skoro mu wygodnie. Jak wiele seriali, Justified stara się przedstawić nam bohatera już w pierwszej scenie. Raylan poleca zbirowi, by opuścił jego jurysdykcję, jeśli życie mu miłe. Zbir nie słucha, sięga po spluwę. Szeryf jest szybszy, zbir dostaje kilka kulek dla pewności. Podobny obraz powtarza się z komiczną wręcz częstotliwością przez cały serial. It was justified, powtórzy zawsze Raylan, ale nie mamy wątpliwości, że ma satysfakcję w posyłaniu kolejnych złych ludzi do piachu - nie strzeli pierwszy, ale w razie czego, nie będzie w żaden sposób unikał sytuacji, w której strzelanina "będzie uzasadniona". W pewnym momencie rzuca zdanie, które uznałbym za jego motto: "nie mam moralnie nic przeciwko zastrzeleniu pani... rozumie pani, przy takim życiu, jakie pani prowadzi...". Pretensjonalny polski tytuł Bez przebaczenia jest więc całkiem trafny. To kraina grzeszników, dla których nie ma drugiej szansy, spowiadać mogą się najwyżej sobie nazwajem. Każdy żyje tu na krawędzi i pozostaje mu wykorzystać siłę albo spryt, by utrzymywać się jakoś na powierzchni. Wielu bohaterów chciałoby prowadzić spokojne życie - ale tutaj tak się nie da.

Olyphant i Goggins wchodzą do kanonu aktorów telewizyjnych z kolejnymi wspaniałymi rolami. Oglądałbym tylko dla nich

Dynamikę Justified na przestrzeni lat można więc opisać jako pośrednią pomiędzy takim The Wire, a czymś normalnym. Mamy tu bowiem mocny świat, którego reguły się nie zmieniają - ale też bardzo wyrazistą obsadę. Nie można nie wspomnieć o Waltonie Gogginsie, równie fenomenalnym jak w The Shield, który jako nemesis (mroczny brat bliźniak?) Raylana zyskuje z każdym odcinkiem nowe wymiary i powiem tyle, że nawet na zakończenie czwartego sezonu ciągle odkrywamy w nim coś ciekawego. Reszta obsady zmienia się za to dość często, ponieważ, cóż, umieralność jest dość spora. Serial balansuje w ten sposób pomiędzy drobnymi wątkami na jeden odcinek, a fabułami rozciągniętymi na wiele godzin. Ogólnie mówiąc, pierwszy sezon stawia raczej na ten pierwszy typ narracji, w którym jeden epizod to jedna sprawa do rozwiązania. Kolejne zaś coraz bardziej skupiają się na postaciach i ich dążeniach, tak że czwarty sezon to w istocie jeden, wielki, spójny film - pojawia się to znane z najlepszych seriali uczucie w ostatnich odcinkach, że w każdej scenie wszystko wywraca się do góry nogami i zaraz eksploduje. Drobne wątki za to są lższejsze, bardziej rozrywkowe. Wszystkie wypadają świetnie, bo Justified jest po prostu świetnie napisane. Jedną ze słynnych zasad Elmore Leonarda jest: wycinaj to, co czytelnicy pomijają, i serial tego się trzyma. Pomiędzy kwestiami i scenami przeskakujemy z wielkim polotem, bez wstępów i tłumaczeń, rzeczy... po prostu się dzieją. Tempo akcji Justified nigdy nie bierze się z ciągnięcia jej za uszy trickami, ale z siły detali i masy solidnego pisania - ludzkich postaci oraz świetnych dialogów, których dzięki aktorstwu i temu wszechobecnemu zjadaniu spółgłosek przyjemnie się też słucha. Sentymentalnie czy groteskowo - serial zawsze ma w sobie tyle stylu, że uwierzycie mu w każdym wypadku.

Szukałem materiału promocyjnego, w którym Raylan nie trzymałby w ręku spluwy

Nie ma specjalnego powodu, by pisać o Justified akurat teraz, ale kiedyś trzeba było. Po tym, jak drugi sezon otrzymał sporo nominacji do Emmy, spodziewałem się, że popularność ruszy z miejsca, ale tak się nie stało - a serial nadal jest wyborny. Pod względem pisarskim, można postawić go na półce obok The Wire i The Shield, dlatego jestem przekonany, że podobnie jak tamte seriale, jeszcze zostanie doceniony, przynajmniej w nieco większej mierze. Prawdopodobnie brakuje mu jednak ciężaru, by kiedykolwiek stać się kultowym klasykiem. Prawda - to ten typ sztuki, że podczas oglądania bawisz się świetnie, ale tydzień po zakończeniu już tak bardzo o nim nie myślisz. Nie postrzegam jednakże tej cechy jako negatywnej. Justifed to żywioł, jest stworzone do oglądania. Ma tę cudowną właściwość, która dla ludzi z małą ilością czasu jest wręcz przerażająca - ile razy sobie nie puszczę pierwszego odcinka, podoba mi się każda scena i kończy się tak, że w zasadzie mam ochotę oglądać raz jeszcze i jeszcze. Dzięki kapitalnemu poziomowi, Justified ekscytuje swoją czystą materią. Świat nie jest przerysowany, a i tak jest jednym z najbardziej pociągających, jakie widzieliśmy w telewizji. Bohater nie jest socjopatycznym geniuszem, ale zwyczajnym chłopkiem, który stara się robić dobrze swoją pracę. Choć jego oczy zdradzają, że przy okazji jest naprawdę, naprawdę wkurzony.

 

Justified (Justified: Bez przebaczenia), FX, sezonów: 4, odcinków: po 13, lata emisji: 2010-obecnie.

Sezon 5. w USA od stycznia.

czwartek, 05 września 2013

Momentami jest gorzko, a momentami kwaśnie, aż żrąco. Zabawnie? Tylko w pewnym sensie. Gorzkim i kwaśnym... Witajcie u Woody'ego Allena w trybie moralitetu.

"Czy to najlepszy film Woody'ego Allena od lat?". Pytanie stare jak świat. Co roku (począwszy od mezozoiku) pojawia się nowy Allen i część osób, oczywiście, stwierdza, że to najlepszy od lat. Opinia staje się nośna, więc ludzie pytają mnie: ty jesteś miłośnikiem Allena, czy nowy film zaiste taki jest? A ja – faktycznie miłośnik – odpowiadam: to nie jest film Woody'ego Allena. Bo, ściśle rzecz biorąc, jestem miłośnikiem starego Allena. Mój gust może nie pokrywać się do końca z tym innych miłośników, ale w większości jednak zgodzimy się, że facet znacznie obniżył loty... jakieś dwadzieścia lat temu. Siedzę więc na jego nowych produkcjach jak typowa żona znudzona, niepoznająca człowieka, którego kiedyś kochała. Co więcej, zaczynam się powoli zastanawiać, czy cechy, które teraz mnie mierzą – płaskość obrazu, powierzchowność postaci, zakochanie (choć pełne niekrytych kompleksów i nienawiści) w amerykańskich elitach – nie były może zawsze jego przypadłością, a to ja wydoroślałem. Kto wie... Niezależnie od przyczyn, związek stał się bardzo skomplikowany, a jasno mogę stwierdzić tyle, że Allen ostatniej dekady to dla mnie bez wątpienia Allen słaby. Za to przecież coraz więcej na świecie młodzieży, która zna tylko nowego Allena. Czasami nawet lubi, choć to zupełnie inne kino, dalece mniej subtelne i intelektualne, w istocie podróżne reklamówki (swego czasu Jacek Antczak w Gazecie wrocławskiej snuł nawet plany, jak zachęcić Allena do nakręcenia filmu w stolicy Śląska). Blue Jasmine zwiastuje już w napisach początkowych nadzieję na powrót starej formy - w końcu po dłuższym okresie reżyser wraca do Stanów Zjednoczonych, a w obsadzie pojawiło się kilka zaskakujących nazwisk, od przyznania głównej roli wysublimowanej Cate Blanchett do zaangażowania rzadko widzianych w kinie komików Louisa C.K. oraz Andrew Dice'a Claya. Znowu USA i komicy – czyli będzie typowy stary, komediowy Allen? Otóż nie bardzo. Jest to coś innego, niż pocztówka z wakacji, ale też nic, co skojarzylibyście jako "klasycznego Allena"...

Czy muszę cokolwiek pisać o aktorstwie Blanchett, gdy mam to zdjęcie?

No więc tak, zacznijmy od tych komediowych aktorów w ensemble (Alec Baldwin czy Sally Hawkins też mają do tego talent). Ten film za bardzo nie jest komedią. Ani nie jest specjalnie śmieszny, ani podnoszący na duchu. To kąśliwy, ironiczny, dręczący dramat. Dodatkowo satyra czy też krytyka społeczna jest w nim dojmująco bezpośrednia, klasy wyższe dostają tutaj prosto w łeb od pierwszych do ostatnich momentów. Głównej bohaterki Blanchett nie będziecie lubić po najwyżej pięciu minutach. Najpierw smęci niewinnej współtowarzyszce lotu o swoim calym barwnym życiu, potem... ech, za długo by wymieniać: jest kobietą, która w młodym wieku wyszła bogato za mąż i generalnie nie zaznała pracy. Wszystko, co mówi w Blue Jasmine, wypada pretensjonalnie. Ale tak naprawdę dobitnie, do przesady: mówimy o osobie, która już na starcie nazywała się Jeanette French, ale musiała jeszcze zmienić imię na Jasmine, by nikt nie miał wątpliwości, jaka jest zmanierowana. W skrócie mówiąc, Jasmine ma problemy finansowe i wywiązujące się sytuacje przywołują na myśl bliźniacze czasem perypetie z niedawnego dokumentu Królowa Wersalu. Bohaterka trafia nagle z przymusu pomiędzy tzw. przeciętnych ludzi, z którymi dawno nie miała kontaktu. Kontrast społeczny jest mniej więcej tak wyraźny, jakby umieścić cichego intelektualistę na Ołbinie – z tego napięcia często rodzi się humor, choć agresywny, oparty na trudnej do ukrycia pogardzie: Jasmine do plebsu i widza do Jasmine. Można by się spodziewać, że film skupiony na jednym wątku i jednej postaci z czasem ulegnie zwyczajowi usympatycznienia jej w ten czy inny sposób, aby widz mógł się wczuć i wzruszyć. Że precyzując kompleksowy portret psychologiczny, doda w nim elementy, z którymi łatwiej się będzie przeciętnemu widzowi zidentyfikować, wprowadzi motyw przewrotności losu albo choćby ukaże w bohaterce jakieś wzniosłe ideały czy dążenia, które przecież potrafiły nawet takiego głąba jak Ikar spowiać aurą romantyzmu. Nie tutaj. Ludzie w Blue Jasmine mają oczywiste, proste potrzeby, których niespełnienie wywołuje odrynarne odruchy. Pozbawiona złudzeń co do ludzkiej natury, materialistycznej i egoistycznej, nowy Allen wydaje się najlepiej pasować na półkę z innymi filmami nowojorczyka inspirowanymi Bergmanem, jak Wrzesień czy Inna kobieta.

I to?

Co klasycznie bergmanowskie, ale i przecież allenowskie, Blue Jasmine jest w dużej mierze obrazem izolacji. Zamiast jednak skupiać się tylko na rozterkach psychicznych i intelektualnych, wizualizuje konflikt w świecie fizycznym, nagle wstawiając bohaterkę w świat ludzi zupełnie innych od niej, a także społecznym, zderzając amerykańską klasę wyższą i niższą. Nie bez powodu reżyserzy zazwyczaj tego nie robią – klasy niższej po prostu nie rozumieją. Podczas gdy więc nie ma sensu rozpisywać się o tym, jak wypada Alec Baldwin zatrudniony kolejny raz do roli nadzianego, śliskiego, makiawelicznego bubka, to już ciekawiej jest sprawdzić, jak Allen poradził sobie ze stworzeniem postaci ludzi tak prostych, jak pracownik fizyczny Claya czy amant Louisa C.K. Odpowiedź brzmi: nie tak źle. Byłem w stanie wyobrazić sobie, że będzie gorzej. Jednak nie da się ukryć, że nie jest to jego świat i cała obsada drugoplanowa wypada dość płasko, mizantropicznie i zgodnie z najłatwiejszymi stereotypami. To bez wątpienia osłabia film, ale nie oburza, ponieważ domyślamy się, że w ten sposób widzi ich Jasmine. A to wokół niej kręci się opowieść. Ciekawie wypada zabieg Allena, by jedną linię fabularną w San Francisco przeplatać wspomnieniami bohaterki z czasów bogatego życia w Nowym Jorku. Obie linie pewnie wypadłyby blado bez siebie, ale nazwajem dodają sobie znaczenia. W porównaniu staje się widoczne, że harmonia i uśmiechy bogatego życia są pozorowane, w istocie napędzane desperacją. Na co jest ta desperacja nakierowana? Na jak najszybsze i najdokładniejsze odizolowanie się od świata przeciętnych ludzi i przeciętnych problemów. Z czasem można dojść do wniosku, że najboleśniejsze zderzenie z rzeczywistością to nie samo bankructwo, ale okdrycie, że życie, jakkolwiek by to banalnie nie brzmiało... nie jest gładkie i idealne. Oczywiście, choć każdego dopadają rozczarowania, to pieniądze pomagają znacznie ładniej sobie z nimi radzić, i to też jest częścią przesłania tego filmu. "Życiówka" – tak skomentują film zapewne młodzi miłośnicy nowego Allena.

Niby nikt nie chce wyzyskiwać, kręcić, oszukiwać i generalnie być biznesmanem, ale z drugiej strony, mieć basen i nie mieć...

Trudny dylemat widzę w rozstrzygnięciu, czy Blanchett gra dobrze, czy źle. W pewnym sensie wydaje się idealna do roli zimnej, porcelanowej gracji przechodzącej załamanie nerwowe, a jednak... Chociaż zaiste taka jest bohaterka, jakoś nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Blanchett udaje się być zmanierowaną w zbytnio zmanierowany sposób. Jest dokładnie tak histeryczna, dwubiegunowa i antypatyczna, by od dnia premiery być faworytką do zdobycia Oscara, za to mi wydało się to opcją zbyt bezpieczną i nieprzekonującą, by nie powiedzieć z lekką tylko przesadą, że to postać komiksowa. Może warto jednak z góry zaznaczyć, że podobny problem mam z kobiecymi postaciami Bergmana. Kwestia gustu. Kwestia być może kluczowa dla odpowiedzi na pytanie, dla kogo jest ten film? Dla majętnych ludzi? Na pewno nie, ton jest zbyt oskarżycielski. Być może dla całej reszty po trochu, do przemyślenia. Blue Jasmine to ciekawa, wielowymiarowa intryga skłaniająca do pewnych refleksji na temat zawsze nieuchwytnej, choć zdecydowanie bardzo istotnej dla człowieka potrzeby docenienia i tzw. pozycji społecznej. Nie jest to wielki film, ani bliski tego miana, ani nawet nie jest to stary Allen. Najlepszy od lat? Przy tak nisko zawieszonej poprzeczce, można by przytaknąć. Jest wystarczająco dobry.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Hiszpański, czarno-biały film niemy bynajmniej nie celuje w awangardę, a w garść popularnej rozrywki wedle klasycznych wzorców. Urzeka szczerymi emocjami.


Często gdy jestem w kinie, ktoś gada i psuje mi przyjemność. Nie powinien tego robić, bo dźwięk to zazwyczaj ważna część filmu, wprowadzająca odpowiedni rytm, nastrój i dynamikę. Gdy byłem na pokazie Śnieżki, sala świeciła pustkami i nikt nie gadał, chociaż akurat mógł - a może i powinien! Dziwnie ogląda się niemy film w niemej sali. Chociaż rynek masowy błyskawicznie wykluczył nieme kino właściwie natychmiast po pojawieniu się dialogu, będę upierał się, że to doskonała formuła dla popularnych spektakli dla gawiedzi. Film Pablo Bergera doskonale pokazuje, czemu. Dumnie wykorzystuje stary schemat, chełpiąc się tym w swoim tytule, ale w istocie wnosi od siebie nie mniej i nie więcej, niż niemalże każdy film przygodowy. Ze Śnieżki czyni tradycyjną heroinę, trafiającą wskutek okrucieństwa losu na samo dno i dążącą z determinacją, by się z niego wygrzebać, spełnić marzenia i wypełnić przeznaczenie. Dzięki decyzji o wykluczeniu dialogów, pozbywa się jednak tego, na czym większość tego typu produkcji się potyka i czym męczy. Jeśli oglądacie sporo popularnego kina, rozumiecie, o co mi chodzi: zazwyczaj na długo zanim postać otworzy usta, doskonale wiemy, co powie, wobec czego zostaje nam obserwowanie klepanego po raz tysięczny schematu i w sumie głównie od poczucia humoru scenarzysty oraz charyzmy wykonawców zależy, czy jazda starą trasą będzie jakkolwiek ekscytująca. Śnieżka kapitalnie demaskuje tę metodę: i tak wiadomo, co każdy powie, ale na szczęście tego nie mówi, a jeśli już, mieści swój przekaz w oszczędnie rozdysponowanych dwóch linijkach tekstu. Siłą rzeczy, film musi stawiać na to, o co i tak zawsze chodzi - na wizualne widowisko, na ekspresję ruchu, montażu, twarzy i barw. A że widowisko jest dobre - dostajemy film, który wprawdzie nie wprowadza do oklepanej narracji nic zaskakującego, co niektórych może zmęczyć, ale często porywa techniką pojedynczych scen, skupiając się na mocnych emocjonalnie otwarciu i zakończeniu.

Wyobrażacie sobie, być karłem oraz cyganem? Śnieżka szczytnie przekonuje, że nie tylko piękni rycerze są warci miłości

W przeciwieństwie do większości Śnieżek, tak ostatnio różnych jak rycerskie fantasy Ruperta Sandersa (Kristen Stewart) i designerskie fantasy Tarsema Singha (Lily Collins), produkcja hiszpańska wyróżnia się osadzeniem akcji w realistycznym świecie Andaluzji lat 20. ubiegłego wieku. W ogóle zdaje się nie trzymać szczegółów znanej historii, a raczej z radością dokonywać jej pastiszu. Heroina jest, jak to w bajkach, wybranym dzieckiem, a że ambicją Śnieżki nie jest zrywać ze stereotypami na temat Hiszpanii, to jej rodzicami są oczywiście torreador (szykowny i dzielny) oraz tancerka flamenco (piękna i żywiołowa). Ograniczenia formy - w kolorze i dźwięku - każą, by wszystko było ukazane wyraziście, więc twórcy nie mieli wyjścia - jeśli pokazujemy corridę albo taniec, to nie można tego zrobić na pół gwizdka, to musi być intensywne. I jest. Mistrzowska jest już pierwsza scena, w której oglądamy dramatyczny przebieg jednego dnia z perspektywy matki i ojca przyszłej Śnieżki. Praca kamery jest prosta. Manewrujący kolejne byki ojciec patrzy na swoją żonę z oddaniem - całym oddaniem, jakie da się wyrazić mając twarz. Jakaż ta twarz dosłowna, jak trafia do celu, wypełnia cały ekran! Aż prosi się o głośne komentowanie i jarmarczny klimat starych kin. W reakcji widzimy równie przejętą twarz żony, a kamera zjeżdża w dół, by pokazać jej zaokrąglony brzuch. I już wiemy wszystko, nie trzeba nic mówić, męczyłoby to dosłownością. Chwilę potem rozpętuje się nawałnica szybko zmontowanych ujęć godna Pancernika Potiomkina, z tym, że reżyser widocznie nauczył się sporo o mocy zbliżeń od Sergio Leone, bo i sceny kulminacyjne z jego spaghetti westernów przychodzą na myśl. Niedługo potem poznajemy złą macochę, której eskpozycja jest równie bezpośrednia - kobieta słyszy o dużej fortunie torreadora i w jednym spojrzeniu wyraża to wszystko, co powinna wyrażać zła macocha. Każdy z aktorów daje z siebie wszystko, naprawdę dając widzowi natychmiastową frajdę performansu zarezerwowaną ciągle, jak się okazuje, dla kina niemego.

Zła macocha jest tak perwersyjna, że aż można się czasem zastanowić, czy film na pewno nadaje się dla dzieci

W przeciwieństwie do choćby Artysty, reżyser wyciska też kreatywne siódme poty ze swojego operatora i choćby to przez większość czasu ratuje Śnieżkę przed pojawieniem się zapaszku stęchlizny. Te ujęcia naprawdę robią wrażenie. Nie sięgając po fantastyczne efekty komputerowe, Śnieżka oddaje surrealistyczny charakter historii w staroszkolny sposób, kojarzący się z przedwojennymi horrorami - poprzez obiektyw manipuluje rozmiarem i geometrią postaci i tła, ruchem kamery wprowadzając mistyczną atmosferę. Podobnie, zamiast rysować w komputerze ekstrawagancką scenografię, stawia na proste dekoracje, z których magię wydobywa oświetlenie. Wielu twórców do dziś próbuje osiągnąć "artyzm" poprzez monochromatyczną taśmę (albo odpowiedni efekt w poprodukcji), ale doprawdy w dowolnym filmie rzadko kiedy widzimy tak donośne i pomysłowe wykorzystanie barw. Biel i czerń nie tylko mają swoją symbolikę, ale też mocno, intuicyjnie oddziałują na oko widza, a zatem na jego psychikę. Krótkie ujęcie, w którym dziewczynka zanurza białą sukienkę w balii i wyjmuje czarną, to tylko przykład, jak w kilka sekund czuły obraz potrafi powiedzieć więcej, niż wiele minut dramatycznej gadaniny. Od oczu postaci do ścian budynków, czarne obramowanie dodaje elegancji. Lekkie momenty są jasne i klarowne, a zejście do piwnicy wiąże się z zanurzeniem w czerni i ziarnistym oświetleniu. No, prawdziwe widowisko. Muzyka pozornie pozostaje przez większość czasu ilustracyjna, ale w odpowiednich momentach jest zgrana z obrazem dokładniej, niż to było regułą w latach 20. Reżyser sięga jednak po to zagranie na tyle rzadko, by potraktować je jako przymrużenie oka - najzabawniejsze w momencie, gdy niewidocznego na ekranie kogucika (czym byłaby bajka bez słodkiego zwierzaczka? Kogut jest zaiste doskonały) lokalizujemy poprzez dźwięk dzwonków przypominający odgłos budzika. Tego typu subtelnych tropów jest w całym filmie na tyle wiele, by widz pomimo znajomej historii ciągle pozostawał zaintrygowany. Co jeszcze wymyślą - zastanawia się, i na szczęście w odpowiedzi słyszy: sporo.

To okno na świat wygląda pewnie lepiej niż świat dokoła. Tak bywa w życiu

Jeśli "sporo" wystarcza, to Śnieżka wydaje mi się idealnym filmem na popołudnie o familijnym charakterze, niegroźną rozrywką dostarczającą sporo humoru, ale też kilka perfidnie zaplanowanych wzruszeń, których nie powstydziłby się Disney. A jednak z jakiegoś powodu nie mogłem ostatecznie uznać filmu za kompletny triumf, bo "sporo" to nie wszystko. Wiele uwag dotyczących intensywności obrazu dotyczy bowiem w większej mierze pierwszej części filmu - trudnego dzieciństwa - gdy biel i czerń rywalizują na najwyższych obrotach. W miarę rozwoju akcji, nastaje długa część rozwinięcia, która nie jest już tak dynamiczna i tempo zauważalnie spada. Zacząłem mieć ochotę, by nieco podgonić, by kolejne konieczne kroki w postępie fabuły wydarzały się szybciej. Z tego powodu mocna puenta nie zrobiła już takiego wrażenia, jak rozpoczęcie. Śnieżka zrobiła jednak wcześniej więcej niż wystarczająco, bym nie kwestionował jej szlachetnych i bezpretensjonalnych intencji. To udany eksperyment, który może też być dla współczesnych filmowców doskonałą lekcją tego, jak wiele ciągle można się nauczyć z technik kina niemego, i to w przypadku najbardziej do dziś przystępnego gatunku, jakim jest baśniowa opowieść o bohaterze walczącym z epickimi trudnościami. Od dawna rzadko on zaskakuje, a Hiszpanom się udało.

piątek, 12 lipca 2013

Format miniserialu mógł odebrać Jane Campion szanse na szerszą dystrybucję, ale pozwolił jej wreszcie stworzyć swoje dzieło życia, upiorną atmosferą przywodzące na myśl tyleż Fortepian, co i spokojniejszą, ale podobną w oddziaływaniu, wersję Twin Peaks.

Przyznam, że nie spodziewałem się tak wiele po nowozelandzkiej reżyserce, nawet jeśli w powszechnej opinii wróciła już "do formy", kręcąc parę lat temu Jaśniejszą od gwiazd. Nie było to jednak nadal uderzenie na miarę Fortepianu, a nawet jeśli Top of the Lake miało do takiego miana aspirować, wzbudzając też porównania do setek kolejnych telewizyjnych kryminałów (Dochodzenie, Główny podejrzany itd.), to wychodziłem z założenia, że ponuractwo nie jest być może najlepszą zachętą do oglądania kolejnych odcinków serialu... nawet jeśli właściwie mamy do czynienia ze swego rodzaju hybrydą. No właśnie, co to w ogóle jest ta nowa Campion, miniserial? Kategoria zazwyczaj litościwie pomijana zarówno przez miłośników kina, jak i porządnego serialu, bo ani to obejrzeć "na raz", ani wejść w poważny związek. Wśród znanych przykładów miniseriali wymienia się zarówno twory będące de facto jednosezonowcem (Kompania Braci), jak i epickie dzieła filmowe koprodukowane przez telewizję i dość sztucznie podzielone na części (Carlos) oraz wszystko, co pomiędzy, od dwóch do dziesięciu odcinków dowolnej długości, z dziełami Bergmana i Kieślowskiego włącznie. Top of the Lake jest właśnie gdzieś w tym "pomiędzy". Z jednej strony, ma ponad sześć godzin i w zasadzie trudno to ugryźć "na raz", z drugiej - umiarkowane tempo i mistrzostwo techniczne proszą się o oglądanie w możliwie kinowych warunkach. Niezwykła atmosfera mrocznej baśni może być zbyt ciężka, by nie wymagała przerwy pomiędzy kolejnymi epizodami, ale też Campion zabiera nas w tak daleką podróż, że nieswojo jest pomyśleć, za co można by się zabrać po ukończeniu odcinka, jeśli nie za kolejny.

Myśląc długo o serialu, zdałem sobie sprawę, że nie wiem, co to znaczy. Szczyt jeziora?

Jeśli mamy kryminał, to jest zbrodnia i jakiegoś rodzaju detektyw. Rolę śledczego pełni tutaj Elizabeth Moss, która została wybrana jako druga opcja (Anna Paquin nie mogła), ale okazała się natchnionym wyborem. Znana głównie z roli w filmie Virgin i oczywiście jako Peggy z Mad Men, Moss wydaje się doskonale rozumieć spojrzenie typowe dla Campion. Określmy je jako "feministyczne", rozumiejąc, że to jednak wielorako rozumiane sformułowanie, okej? Policjantka Robin na pewno nie jest klasyczną postacią detektywa przebraną w damską skórę na zasadzie "wow, kobieta lepiej jest facetem niż facet!", który to typ w filmach widzimy dość często (ostatnio Wróg numer jeden). Zgodnie z pewnym płciowym stereotypem, Robin nie cechuje się narcystyczną obsesją, by "dojść prawdy", za to sporą empatią wobec poszkodowanej... czy poszkodowanych. Tu bowiem dochodzimy do zbrodni stojącej u zawiązania fabuły. Serial podaje nam sporo tajemnic i niedopowiedzeń i w zasadzie przez większość czasu pozostajemy niepewni, co tak dokładnie się stało, ale wydaje mi się, iż jest to sprawa drugorzędna dla akcji. Campion opiera ją bowiem na bardziej powszechnym uczuciu wrogości. Konflikcie tego, co można by opisać jako żeńskie i męskie, patrząc w bardzo symboliczny, archetypiczny sposób: przemoc kontra ofiara, silni przeciw słabym, ludzka władza przeciw naturze. Korzystając jednocześnie z kryminalnych schematów, Campion każe się zastanawiać, po której stronie stoi wobec tego Robin. Jej silnie zarysowana osobowość nie zaprzecza przecież faktowi, że żyje w otoczeniu pełnym symbolicznej przemocy - czasami tylko (nie zdradzając za wiele) materializującej się poprzez dosłowne akty przemocy mężczyzn na kobietach. Wydaje się, że Campion - jedyna nagrodzona Złotą Palmą reżyserka i jedna z ledwie kilku nominowanych do Oscara - zapewne jak nikt rozumie sytuację kobiecego wyobcowania w męskim świecie i jeśli uznać Top of the Lake za historię kryminalną, to widoczne akcentowanie płciowych aspektów gatunku dodaje jej rangę komentarza, jeśli zaś wolimy nie zastanawiać się nad taką wymową zbyt długo - zwyczajną atrakcję wynikającą z zaskakującej i świeżej perspektywy, z jakiej ukazywany jest rozwój historii. Tak czy siak, jest intrygująco.

Szczerze mówiąc, słysząc: Nowa Zelandia, spodziewałem się więcej słońca i surferów. Jest ich blisko zera.

Gdybym miał mówić sloganami gotowymi na okładkę DVD, bez wątpienia przywołałbym zatem Twin Peaks, ale też ogólniej - całą twórczość opartą na ukazaniu sytuacji przemocy i napięcia z użyciem symboliki seksualnej. Tak więc - większość filmów Davida Lyncha, Larsa von Triera czy Todda Haynesa. Podobnie jak oni (i choćby autorzy Iluminacji), Campion lubi wiązać kobiecość z naturą. Jakkolwiek Top of the Lake na pierwszy rzut oka może się prezentować zdecydowanie bardziej "realistycznie" i dosłownie, niż wymieniony serial Lyncha, to element nieracjonalny pozostaje zbyt silny, by nie odbierać serialu w istocie w podobny sposób. Powrót do rodzimej dla Campion Nowej Zelandii (to, wydaje się, okolica znana z Fortepianu) był kapitalnym pomysłem, bo miejsce akcji samo z siebie buduje napięcie i robi wielkie wrażenie. Mamy swego rodzaju osadę, ale wydaje się ona tonąć w intensywnym i niepokojącym otoczeniu - od tytułowego jeziora, chłodnego i głębokiego, przez upiornie przestrzenne wzgórza i ciemne lasy, wszystko ukazane w miękko oświetlonej, wyblakłej kolorystyce, dystansującej serial od współczesnego trendu wyciągania w tego typu ujęciach jaskrawych, intensywnych barw. Człowiekowi łatwo tu zniknąć, oczywiście - z własnej woli albo nie... Sceny kręcone w miasteczku dają wrażenie kontroli, ale rozciągnięcie akcji "w teren" nie zostawia wątpliwości, że tutaj człowiek jest zależny od większych sił. Także postaci wpasowują się idealnie w tę symbolikę - wśród najwyraźniejszych wskazać można szefa Robin z policji, który jest ucieleśnieniem typowego samca alfa, ogarniętego manią kontroli, oraz graną przez Holly Hunter postać swoistej pustelniczki, która przygarnia zagubione kobiety i wyjawia przybyszom mądrość opartą na intuicji ciała zamiast dyktatu rozumu. Dziwna i zaskakująca postać Hunter wydaje się widzieć w izolacji od społecznych norm jedyną metodę, by uciec z (typowego dla filmów Campion, ale przecież i von Triera) syndromu sztokholmskiego, jaki w mroczny i seksualny sposób łączy opresora z ofiarą i nakręca ich wzajemne zniszczenie. To wszystko zaś w otoczeniu naprawdę magicznego - choć może lepiej powiedzieć "szamańskiego" czy "wiedźmowego" - środowiska naturalnego, które wydaje się synergicznie wzmacniać uczucie pierwotności i nieprzejrzystości. W pewien sposób, to niemalże kobieca analogia Łowcy jeleni.

Prawdopodobnie to działo się w głowie Peggy, gdy pisała kampanię dla Lucky Strike'a

Próba stworzenia "czegoś pomiędzy" wyszła Campion fantastycznie i dobrze zwiastuje kanałowi Sundance, który od początku wydaje się stawiać na kinową jakość w nieco dłuższej niż kinowa formie. Nie każdy być może będzie zadowolony z niezdecydowania Top of the Lake - czy to typowy kryminał, czy feministyczna wypowiedź; czy to nastrojowy film artystyczny, czy sztywno udramatyzowana narracja - ale osobiście zostałem trafiony dokładnie w najczulszy punkt. Bez szans na nagrody ani telewizyjne, ani filmowe, produkcja Sundance będzie liczyć na tzw. "nowoczesne środki...", zarówno dystrybucji, jak i promocji. Mam nadzieję, że w perspektywie czasu okaże się sukcesem.

środa, 01 maja 2013

Anulowany niedawno serial Mike'a White'a i Laury Dern to doskonały przykład na to, że w telewizji (czy jakkolwiek nazwać HBO) ciągle jest miejsce na projekty prawdziwie zaskakujące swoją nieskrępowaną brawurą. Słabe wyniki oglądalności - na to, że być może ciągle nie warto być zbyt brawurowym.

 

Tak jak Mad Men, Louie czy In Treatment, Iluminacja jest takim serialem, który w zasadzie da się oglądać w ramach czystej rozrywki, ale i tak prędzej czy później zmusi widza do gruntownego przemyślenia swojego życia. Czyli serialem mojego ulubionego typu. Podobnie jak w przpyadku tego ostatniego - skupionej, introspektywnej sagi o psychoterapii i psychoterapeucie - odbiór dzieła Mike'a White'a wydaje się często zbyt intymnym, osobistym przeżyciem, by był większy sens o nim opowiadać. Widzowie relacjonują zazwyczaj, że czują się zażyci z mańki, że coś tu nie gra. Z tym wiąże się też fakt, iż z tych samych powodów, dla których serial jest wielki i ekscytujący, potrafi też sprawiać nierozerwalnie z nim związany ból, a nawet irytację. Brzmi to nieprzejrzyście - tak więc nie jest to taki łatwy towar do sprzedania. Weźmy sam gatunek - podobno komedia? Ale też dramat? Niektórzy się na nim śmieją, inni płaczą, a jeszcze inni nic nie robią? Aha, czyli nic się nie dowiedziałem. Wśród twórców nie brakuje znanych nazwisk (parę odcinków wyreżyserowali Nicole Holofcener czy Todd Haynes), ale wyrażenia "serial Mike'a White'a" (sam napisał i zmontował wszystkie odcinki) używam z przekąsem, gdyż facet ewidentnie nie jest znany, a jeśliby nawet ktoś obejrzał film pt. Chuck i Buck, wiedziałby tyle, że można spodziewać się czegoś... niezręcznego. Iluminacja zaiste jest niezręczna, ale też urokliwa i pociągająca, bardzo kobieca w istocie. To z kolei zapewne zasługa niesamowitej pracy, jaką wykonała nad postacią głównej bohaterki Laura Dern, tworząc swoją najbardziej kompleksową i imponującą rolę od momentu, gdy uczyniła Inland Empire najlepszym dziełem Davida Lyncha. Szukajmy dalej po treściach, stylach, płciach i życiowych sytuacjach, i wyjdzie nam, że... gatunek Iluminacji najlepiej określić jako serial outsiderski. Tak opisałbym go w jednym zdaniu: gdyby ktoś chciał nakręcić serial o życiu, ale nie widział wcześniej żadnego innego i nie wiedział, czego unikać... powstałaby ta właśnie produkcja HBO.

Czasem słońce

O tym, że Mike White nie ma pojęcia, czego wypada unikać, najlepiej świadczy choćby główny wątek, dotyczący pracy bohaterki w korporacji. Praca w korpo to temat dla artystów zazwyczaj niewyobrażalnie wstydliwy. W dzisiejszych czasach częściej już chyba widzimy bohaterów siedzących na kiblu, niż w boksie za biurkiem. Sytuacja może się wydać wręcz absurdalna, bo przecież osób pracujących w taki sposób jest dużo więcej, niż policjantów, gangsterów, prawników i lekarzy razem wziętych. W sprawie "odczarowania" korporacji sporo zrobił serial Biuro, dla którego jednak ten sposób życia służył głównie jako świeża, soczysta cytryna do wyciskania żartów. Ucząc się z Biura, można odnieść wrażenie, że człowiek w trakcie pracy myśli w zasadzie tylko o tym, żeby poderwać najładniejszą osobę na swoim piętrze. Buduje to świetną satyrę, ale też potęguje przekonanie, iż taki "chleb powszedni" ludzkiego spędzania czasu jest przestrzenią negatywną, po prostu nie ma sam w sobie żadnej duchowej treści. Nie zawiera typowo ludzkich elementów - żadnej złożonej mapy uczuć i wartości, wśród których trzeba wybierać, jak robią to lekarze czy prawnicy. Nie trzeba zgłębiać teorii symulakrum, by szybko odnieść wrażenie, iż w świetle przekazu większości seriali w zasadzie to ich bohaterowie mają prawdziwe, ludzkie życie, a nie my. Codzienne zmagania szarego człowieka z robotą mogą najwyżej wydawać się jakimś okrutnym żartem, poniżającym koszmarem. Codziennie przez osiem godzin śnimy o najbardziej masochistycznym upodleniu, by w końcu obudzić się, otrzeć pot z czoła i ruszyć przed telewizor, żeby wreszcie móc się skupić o czymś innym niż najbardziej prymitywne instynkty. Poziom refleksji na temat "zwykłej" pracy bardzo rzadko wykracza w sztuce ponad stwierdzenie będące sloganem reklamowym (świetnego zresztą) filmu Życie biurowe Mike'a Judge'a: work sucks.

Czasem deszcz

Iluminacja odczarowuje prozę życia, i robi to w prosty sposób: zadaje pytania o to, co uznawane za oczywistość, przyjmuje perspektywę naiwnego zdziwienia, mówi na głos rzeczy, które wygodniej jest zagadać, zaśmiać czy grzecznie ominąć, zgryźliwie komentując dopiero wśród znajomych. Hipotetycznie, każdy mógł zrobić taki serial, choć momentami trudno uwierzyć, że nawet odważne HBO dało na to pieniądze. Bohaterka, Amy, ma jakiś problem ze swoim instynktem społecznym i zadaje pytania podważające niepisane aksjomaty praktycznego i wydajnego życia. A jeśli jest sens się starać? A jeśli można próbować być dobrym człowiekiem? Nie wykreślać tych ośmiu godzin życia, jakby wtedy w moje ciało wkraczała inna osoba? Wiele seriali zadaje pytanie: "co to znaczy być złym?", zazwyczaj używając prostych (zabijanie) punktów odniesienia, ale White stara się zapytać odwrotnie - o to, co to konkretnie znaczy: być dobrym. W okrutny momentami, ale piękny i pełen poświęcenia sposób uwidacznia problemy, które czynią to pytanie tak trudnym: przede wszystkim słabości będące udziałem każdego faktycznego człowieka - nie tylko poznawcze, ale też moralne. Każdy, zdaje się, lubi chodzić na skróty i serial zdaje się często obnażać niepopadnięcie w hipokryzję jako niemal mission impossible. "Oświecona" po odpowiedniej, otwierającej oczy terapii na Hawajach, Amy ma ciągle na ustach maksymy wzniosłego idealizmu, a fabuła nie rzuca jej pod nogi kłód bardziej wymyślnych, niż... sam fakt, że w praktyce bohaterka może nie jest taka dobroczynna, jak lubi myśleć. Co i rusz wychodzi na jaw, że jej próby naprawiania świata jakoś podejrzanie łatwo jest wytłumaczyć jej osobistymi urazami i resentymentami, w najlepszym wypadku: narcyzmem i chęcią udowodnienia czegoś otoczeniu. Prawdopodobnie aktorka inna niż Dern starałaby się uciekać od łączenia cech pozytywnych z tymi, które bywają zniechęcające. Dostaliśmy jednak kreację w tak złożony sposób ludzką, że aż nieco odstraszającą od ekranu. Na szczęście, serial nie próbuje nas do niczego przekonywać. Ci, którzy będą sarkać na emfazę Amy, pocieszą się, że postaci świata przedstawionego też często reagują na nią alergicznie, nawet te najbliższe. Gdy tuż po powrocie z "kuracji" Amy chce przytulić matkę, ta wydaje się zażenowana takim przesadnym entuzjazmem.

 

Czasem Mike White

Jednym z najczęściej powtarzanych przez Amy banałów jest ten, że "zmiana jest możliwa". A tam, shit never fucking changes - będzie chciał odpowiedzieć każdy fan The Wire, i nie będzie pierwszym, który dostrzeże powiązanie między tymi dwoma dziełami. Pewnie to i nie zaskakuje, bo niemal każdy wybitny serial opierał się w ogromnej mierze na motywie zmiany. Bliska pora emisji, tak samo jak powierzchowność - kobieca antybohaterka, sadystyczne poczucie humoru i krótki, acz wypełniony pomysłami metraż - skłoniły z kolei wielu do porównań z dużo popularniejszymi Dziewczynami Leny Dunham, na które ja lubię patrzeć nawet jako na swoisty młodzieżowy odpowiednik Iluminacji. Młodzieżowy - a więc jeszcze z przewagą możliwości nad rozczarowaniami. Kto wie, może tak to działa - myślę czasem - może gdy bohaterki Girls nie będą już piękne i młode, a dopadną ich problemy finansowe oraz rosnący stosunek oczekiwań do sił, zaczną nabierać resentymentów i Iluminacja stanie się właśnie ich historią? W Amy widać nawet ciągle ślady podobnego jak u Dunham rozpieszczenia, wzbudzonych nierealnych oczekiwań. "Kto na świecie lubi swoją pracę? Ja nigdy nie lubiłam', próbuje ją sprowadzić na ziemię matka. Oba seriale łączy szczerość wobec tego, co w ten czy inny sposób wstydliwe, ale zamiast częściej widzianej ironii, Iluminacja promieniuje głównie współczuciem. Rozważania nad zmianą jednoczą zaś wątki osobiste i ten związany z pracą - otóż Amy wierzy w zmianę swojej firmy na lepsze tak samo, jak w przypadku każdego człowieka jako osoby i pracownika. Dzięki swojemu zamiłowaniu do przyjmowania tej rzadszej, odrzucanej perspektywy, serial osiąga zaskakującą empatię i przypomina, iż takie kwestie moralne jak zdrada, lojalność, przyzwoitość, obiektywność, wdzięczność, konformizm czy odpowiedzialność nie muszą zawsze dotyczyć spraw życia i śmierci, ale dotyczą też osobistych, drobnych zachowań, i wtedy też potrafią niszczyć lub budować, zyskując równie doniosłą rangę.

I czasem Luke Wilson

Jest to więc opowieść o trudnościach i może aż nie pasowałoby, gdyby stacja pozwoliła mu ciągnąć się dalej, mimo dramatycznie słabych wyników oglądalności. Cała historia bez wątpienia nie łamałaby tak serca, gdyby nie równie poruszające wykonanie. Kolejni reżyserzy zawsze potrafią znaleźć izolację w otwartych, pełnych światła kalifornijskich przestrzeniach. Przewijające się motywy floralne często potrafią same z siebie zaprzeć dech w piersiach pięknem, a muzyka jest dobrana tak dobrze, że często z zachwytem śledziłem nawet napisy końcowe. To bez wątpienia zupełnie inny materiał, niż The Wire, ale będę bronił porównania do klasyka, bo jedno łączy te produkcje: humanizm tak głęboki, że często aż boli. Być może nie dotykałby on tak bardzo, gdyby Amy była choć trochę mniej irytująca, mniej sprzeczna i niedoskonała. Charakteryzujące serial monologi otwierające i kończące odcinki potrafią urzec, ale też, po głębszym przemyśleniu, wywołać racjonalną wątpliwość. Czy ona chociaż wie, co mówi? Zna się na tym? Nie za bardzo... Jej oświecenie to bez wątpienia tylko inny rodzaj ignorancji. Z perspektywy "normalnego" - absolutnie nie da się jej podejścia do życia obronić. Jako postać serialu - może ją zbawić tylko to, że być może widz uzna w pewnym momencie, iż "normalnych" obronić jeszcze trudniej. "Kiedy ostatni raz naprawdę żyłaś?", pyta Amy. "Robię co chcę", odpowiada matka. W jej oczach widać niepewność, niechęć. Może strach. Może trochę smutku. Amy mówi dalej, matka podgłaśnia telewizor. Na ekranie ktoś kogoś przesłuchuje, trzyma w ręku broń. Prawdziwe życie.

 

Enlightened (Iluminacja), HBO, sezonów: 2, odcinków: 10/8, lata emisji: 2011-13.

niedziela, 24 lutego 2013
Druga i ostatnia część typowania, po której nie będzie już po co oglądać gali.
sobota, 23 lutego 2013
Coroczna blogowa tradycja powraca, tym razem z Benem Affleckiem w roli głównej.
piątek, 08 lutego 2013

Gabinetowa epika Stevena Spielberga tylko pozornie zamyka się w realiach swojego miejsca i czasu. Wydaje się niemożliwe, by z serii politycznych dyskusji o pragmatyzmie zrobić dzieło porywające, ale Spielberg był blisko.

Jak chyba każdy widz niebędący obywatelem USA, słysząc "Lincoln", a zaraz potem "w reżyserii Spielberga", od razu zacząłem obawiać się hagiografii, i to podanej w sosie szeroko rozumianej amerykańskości, choćby - skupienia się na wewnętrznej historii tego kraju ("tego wielkiego kraju", dodaje szeptem wyobrażony odbiorca, marszcząc brwi i pochylając głowę). W tę postać, jak może w żadną inną, wpisana jest pewna oczywista dwuwymiarowość. Gdy tytuł brzmi Lincoln, domyślamy się, o czym będzie film: o zniesieniu niewolnictwa. A zniesienie niewolnictwa, no cóż, było bez wątpienia dobre. Dla osoby oczekującej ciekawego filmu brzmi to na pewno odstraszająco, bo gdzie mamy stwierdzenia niepodważalne, tam nie ma już nic do powiedzenia. W tym świetle można uznać za dość orzeźwiające, iż twórcy filmu zrobili wiele, by taką podstawową myśl poddać w pewną wątpliwość. Starannie zbalansowany scenariusz zręcznie dobiera autentyczne cytaty i wydarzenia, byśmy ogólnie nie mieli wątpliwości co do słusznej orientacji moralnego kompasu bohaterów, jednakże - z zamiłowaniem rozmyślającego intelektualisty - zwraca uwagę na różnorakie bagna i puszcze, które sprawiają, że droga na północ może czasem iść dość wieloznacznym zygzakiem. Oczywiście i tutaj pojawia się pewne ryzyko filmu biograficznego. Mianowicie - jak często powtarzam mówiąc np. o filmach o superbohaterach - wybielenie bohatera to tylko jeden rodzaj dydaktycznego wypaczenia. Innym jest przedstawienie nam jego wad, ale tak zdominowanych przez ogólną fajność postaci, że wady w zasadzie stają się zaletami. W ten sposób amerykańskie filmy o bohaterach - przynajmniej z naszej

pektywy - często wydają się nieświadomie wspierać wiarę w wielkie jednostki. To one decydują, a pozostali powinni im zawierzać, ponieważ, no właśnie - oni mają kompas i wiedzą, co dobre. Ponieważ Abe Lincoln przeniesiony na film fabularny ma dla mnie tyleż znaczenia, co Henryk V w sztuce Szekspira, znacznie ważniejsze od "autentyczności" mitu są dla mnie właśnie takie kwestie - co konkretnie mit do nas mówi, nie o Ameryce, ale o moralności i sposobach jej organizacji. Pod wieloma względami nie zgadzam się z tezami Lincolna, tak jak nie zgadzam się z tezami wielu sztuk Szekspira, ale doceniam to, że film daje przestrzeń, by się z nim nie zgadzać. Mówmy jednak prościej i wróćmy do kwestii poruszonej na początku: czy obawy wobec hagiograficzności Lincolna są uzasadnione? Są. Ale nie tak mocno, by widz nie mógł sobie z nią poradzić.

Twórcy musieli pewnie sporo podwyższyć Day-Lewisa, żeby mógł się tak garbić

Lincoln radzi sobie ze spełnieniem przeciwstawnych oczekiwań w wysublimowany sposób: otóż zmienia dyskusję na inną od oczekiwanej. W kwestii samego zniesienia niewolnictwa - zaiste, nie ma tu rozmowy. Ewentualni przeciwnicy 13. poprawki są tu tylko po to, by być jej przeciwnikami, wygłosić oburzającą widza przemowę i zniknąć. Film poświęca im minimalną ilość uwagi. W Szekspirowskim stylu, scenarzysta zupełnie pomija też opinię tzw. zwykłego człowieka - na jeden tylko moment się takowy pojawia i przyznaje, że wolałby zostawić niewolnictwo, ale sekretarz Lincolna (David Strathairn) dmucha mu w twarz dymem z cygara i poleca, by popierał ich sprawę. To nie jest film dla szarych ludzi. Te dwie i pół godziny spędzimy wśród pasterzy stada - tych, którzy podejmują decyzje i muszą żyć z ich konsekwencjami. To nie jest portret stanu państwa, tylko starcie pewnych spersonifikowanych ideałów. Z tego powodu widziałem w Lincolnie raczej nie dzieło historyczne, a alegoryczne - i takie podejście polecam. Załóżmy, że - podobnie jak Lincoln - mamy swój własny kompas i wiemy, co według nas jest dobre. Dla scenarzysty Tony'ego Kushnera taka sytuacja to dopiero początek dramatu. Na drodze każdej osoby stoi bowiem... w zasadzie każda inna osoba, każda z odrębnym zdaniem i odrębną wizją. Jedną z metod doprowadzenia do sukcesu swojej wizji jest oczywiście dać drugiemu w mordę, ale Lincoln ignoruje ten aspekt wojny secesyjnej i skupia się na negocjacjach, konkretnie - na pozyskiwaniu głosów. Może się to wydawać mniej widowiskowe, ale Spielberg potrafi przekonać, że za kulisami kongresu jest dalece więcej dramatu, niż na polu bitwy. Tam sytuacja jest prosta - wiadomo, kto przegrał, bo leży i się nie rusza. W przypadku negocjacji, zazwyczaj potrzebny jest kompromis, a więc każde zwycięstwo wymaga poświęcenia. Lincoln to właśnie film o zderzeniu chęci z rzeczywistością - o polityce po prostu. Nieustannie pada tu pytanie, jak daleko warto jest pójść na kompromis, by w ogóle można było mówić o zwycięstwie. W ten sposób film osiąga tę upragnioną przeze mnie wieloznaczność - choć od początku przecież wiemy, że Lincoln wygra, Kushner i Spielberg potrafią nadać nowy smak samemu słowu "wygrać".

Światło bijące z okien piękne nie jest - poderjzewam, że miało oddać klimat zdjęć z przedstawianej epoki

O tym, że Szekspir jest najmocniejszym źródłem inspiracji dla filmu, równie dobrze jak treść świadczy jego forma. Widząc, że scenarzystą jest Tony Kushner, powracający do sztuki kinowej po Aniołach w Ameryce i Monachium, sami możecie się wiele domyślić o sposobie prowadzenia akcji. O różnych filmach mówi się, że są "teatralne" - w tym wypadku znaczy to tyle, że Lincoln jest zarówno widowiskiem wielkim, jak i kameralnym. Jak zawsze imponującej jakości kamery Janusza Kamińskiego, ostatnio odkrywające wzgórza i lasy w Czasie wojny, tym razem wręcz "marnują się" w zamkniętych pomieszczeniach, gdzie rozgrywa się praktycznie cały film. W ostatnim filmie Spielberga wypowiadane (bardzo banalne) słowa były w zasadzie zbędne, bo całą historię "mówił" obraz - tutaj jest wręcz odwrotnie. Językiem postaci Kushnera nie tyle można, ile wręcz trzeba się tu delektować, bo na jego tle kamera wydaje się ociężała i zachowawcza. Kamiński nie popisuje się, oddając pole dialogom i aktorom, zwłaszcza - oczywiście - Danielowi Day-Lewisowi, który jako jedyna postać faktycznie przyciąga oko swoją physis, czy to sylwetką, wzrostem, profilem czy sposobem oświetlenia twarzy. Day-Lewis jest sam w sobie na tyle pomnikową postacią, że - zdaje się - doprawdy nie musiał już robić wiele, chociaż przecież w każdym jego ruchu jest tyle rozkosznych detali, ile wyłącznie od tego aktora możemy oczekiwać. Z wyglądu dość podobny do ikonicznych przedstawień Lincolna, Day-Lewis ma zupełnie nieikoniczny głos - wysoki i nosowy, ale to podobno też nie jest żaden osobisty akcent aktora, a bliskość historycznemu Lincolnowi. Swoją drogą, chyba nigdy wcześniej nikt w filmie nie odważył się dać Lincolnowi właśnie wysokiego i nosowego głosu - i Spielberg też by tego nie zrobił, bo jego pierwszym wyborem był Liam Neeson, czyż to nie zabawne? W moich oczach Day-Lewis na tyle przyćmiewa resztę obsady, że nie ma potrzeby opisywać całego ensemble, choć jest bogate. Wielu kapitalnych aktorów pojawia się tu w małych epizodach - nie tylko rola Josepha Gordona-Levitta jako syna, ale też Sally Field jako żony cierpią moim zdaniem z powodu braku miejsca w ostatecznym scenariuszu. Na szczęście zachowała się jedna mocniej zarysowana postać, jaką odgrywa Tommy Lee Jones - choć nie dorównuje może charyzmą osobowości Lincolna, stanowi dla niej wyraźną przeciwwagę i choćby z tego powodu jej obecność jest konieczna, by zamknięty w drewnianych salach film miał w ogóle czym oddychać.

Perfekcyjny nawet w czasie deszczu

To, że w tak dużej mierze to akurat sztuce teatralnej zawdzięcza swoją nową twarz Abe Lincoln, można uznać za ironię. Film Spielberga pełen jest różnego typu małych i wielkich ironii, włącznie z tym, że prezentuje nam do popcornu refleksyjne i rozdarte spojrzenie na kongres, który, choć chyba powinien być miejscem zadumy i odpowiedzialności, często wypada nawet nie teatralnie, a uderzająco jarmarcznie. Chociaż film swoje zarobił, i tak wydaje mi się, że nie jest idealnie skrojoną kinową rozrywką, czasem pozwalając, by kolejne warstwy treści zgniotły żywioł. Najwyraźniej objawia się to w zakończeniu, czy raczej - zakończeniach, bo scen rozwiązania jest tu zdecydowanie ponad normę. Niczym Peter Jackson w Powrocie Króla, Spielberg nie może się oprzeć, by pokazać nam dokładnie, jak wiele różnych było reperkusji... takie ma prawo, ale widzowi może być trudno utrzymać skupioną już dość długo uwagę. Być może najbardziej utytułowany amerykański reżyser za bardzo uwierzył, że jest niczym swój bohater, czy też: jak Szekspir, że potrafi doskonale, bez szwów połączyć ludyczność z intelektualnym dyskursem, stawiając je praktycznie obok siebie. Może i nawet to potrafi, ale nie tym razem, nie jest doskonale, nie bez szwów. Lincoln ciekawi i pod pewnymi względami nawet imponuje, ale nie poszedłbym dla niego pod Gettysburg.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25

statystyka