Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Hiszpański, czarno-biały film niemy bynajmniej nie celuje w awangardę, a w garść popularnej rozrywki wedle klasycznych wzorców. Urzeka szczerymi emocjami.


Często gdy jestem w kinie, ktoś gada i psuje mi przyjemność. Nie powinien tego robić, bo dźwięk to zazwyczaj ważna część filmu, wprowadzająca odpowiedni rytm, nastrój i dynamikę. Gdy byłem na pokazie Śnieżki, sala świeciła pustkami i nikt nie gadał, chociaż akurat mógł - a może i powinien! Dziwnie ogląda się niemy film w niemej sali. Chociaż rynek masowy błyskawicznie wykluczył nieme kino właściwie natychmiast po pojawieniu się dialogu, będę upierał się, że to doskonała formuła dla popularnych spektakli dla gawiedzi. Film Pablo Bergera doskonale pokazuje, czemu. Dumnie wykorzystuje stary schemat, chełpiąc się tym w swoim tytule, ale w istocie wnosi od siebie nie mniej i nie więcej, niż niemalże każdy film przygodowy. Ze Śnieżki czyni tradycyjną heroinę, trafiającą wskutek okrucieństwa losu na samo dno i dążącą z determinacją, by się z niego wygrzebać, spełnić marzenia i wypełnić przeznaczenie. Dzięki decyzji o wykluczeniu dialogów, pozbywa się jednak tego, na czym większość tego typu produkcji się potyka i czym męczy. Jeśli oglądacie sporo popularnego kina, rozumiecie, o co mi chodzi: zazwyczaj na długo zanim postać otworzy usta, doskonale wiemy, co powie, wobec czego zostaje nam obserwowanie klepanego po raz tysięczny schematu i w sumie głównie od poczucia humoru scenarzysty oraz charyzmy wykonawców zależy, czy jazda starą trasą będzie jakkolwiek ekscytująca. Śnieżka kapitalnie demaskuje tę metodę: i tak wiadomo, co każdy powie, ale na szczęście tego nie mówi, a jeśli już, mieści swój przekaz w oszczędnie rozdysponowanych dwóch linijkach tekstu. Siłą rzeczy, film musi stawiać na to, o co i tak zawsze chodzi - na wizualne widowisko, na ekspresję ruchu, montażu, twarzy i barw. A że widowisko jest dobre - dostajemy film, który wprawdzie nie wprowadza do oklepanej narracji nic zaskakującego, co niektórych może zmęczyć, ale często porywa techniką pojedynczych scen, skupiając się na mocnych emocjonalnie otwarciu i zakończeniu.

Wyobrażacie sobie, być karłem oraz cyganem? Śnieżka szczytnie przekonuje, że nie tylko piękni rycerze są warci miłości

W przeciwieństwie do większości Śnieżek, tak ostatnio różnych jak rycerskie fantasy Ruperta Sandersa (Kristen Stewart) i designerskie fantasy Tarsema Singha (Lily Collins), produkcja hiszpańska wyróżnia się osadzeniem akcji w realistycznym świecie Andaluzji lat 20. ubiegłego wieku. W ogóle zdaje się nie trzymać szczegółów znanej historii, a raczej z radością dokonywać jej pastiszu. Heroina jest, jak to w bajkach, wybranym dzieckiem, a że ambicją Śnieżki nie jest zrywać ze stereotypami na temat Hiszpanii, to jej rodzicami są oczywiście torreador (szykowny i dzielny) oraz tancerka flamenco (piękna i żywiołowa). Ograniczenia formy - w kolorze i dźwięku - każą, by wszystko było ukazane wyraziście, więc twórcy nie mieli wyjścia - jeśli pokazujemy corridę albo taniec, to nie można tego zrobić na pół gwizdka, to musi być intensywne. I jest. Mistrzowska jest już pierwsza scena, w której oglądamy dramatyczny przebieg jednego dnia z perspektywy matki i ojca przyszłej Śnieżki. Praca kamery jest prosta. Manewrujący kolejne byki ojciec patrzy na swoją żonę z oddaniem - całym oddaniem, jakie da się wyrazić mając twarz. Jakaż ta twarz dosłowna, jak trafia do celu, wypełnia cały ekran! Aż prosi się o głośne komentowanie i jarmarczny klimat starych kin. W reakcji widzimy równie przejętą twarz żony, a kamera zjeżdża w dół, by pokazać jej zaokrąglony brzuch. I już wiemy wszystko, nie trzeba nic mówić, męczyłoby to dosłownością. Chwilę potem rozpętuje się nawałnica szybko zmontowanych ujęć godna Pancernika Potiomkina, z tym, że reżyser widocznie nauczył się sporo o mocy zbliżeń od Sergio Leone, bo i sceny kulminacyjne z jego spaghetti westernów przychodzą na myśl. Niedługo potem poznajemy złą macochę, której eskpozycja jest równie bezpośrednia - kobieta słyszy o dużej fortunie torreadora i w jednym spojrzeniu wyraża to wszystko, co powinna wyrażać zła macocha. Każdy z aktorów daje z siebie wszystko, naprawdę dając widzowi natychmiastową frajdę performansu zarezerwowaną ciągle, jak się okazuje, dla kina niemego.

Zła macocha jest tak perwersyjna, że aż można się czasem zastanowić, czy film na pewno nadaje się dla dzieci

W przeciwieństwie do choćby Artysty, reżyser wyciska też kreatywne siódme poty ze swojego operatora i choćby to przez większość czasu ratuje Śnieżkę przed pojawieniem się zapaszku stęchlizny. Te ujęcia naprawdę robią wrażenie. Nie sięgając po fantastyczne efekty komputerowe, Śnieżka oddaje surrealistyczny charakter historii w staroszkolny sposób, kojarzący się z przedwojennymi horrorami - poprzez obiektyw manipuluje rozmiarem i geometrią postaci i tła, ruchem kamery wprowadzając mistyczną atmosferę. Podobnie, zamiast rysować w komputerze ekstrawagancką scenografię, stawia na proste dekoracje, z których magię wydobywa oświetlenie. Wielu twórców do dziś próbuje osiągnąć "artyzm" poprzez monochromatyczną taśmę (albo odpowiedni efekt w poprodukcji), ale doprawdy w dowolnym filmie rzadko kiedy widzimy tak donośne i pomysłowe wykorzystanie barw. Biel i czerń nie tylko mają swoją symbolikę, ale też mocno, intuicyjnie oddziałują na oko widza, a zatem na jego psychikę. Krótkie ujęcie, w którym dziewczynka zanurza białą sukienkę w balii i wyjmuje czarną, to tylko przykład, jak w kilka sekund czuły obraz potrafi powiedzieć więcej, niż wiele minut dramatycznej gadaniny. Od oczu postaci do ścian budynków, czarne obramowanie dodaje elegancji. Lekkie momenty są jasne i klarowne, a zejście do piwnicy wiąże się z zanurzeniem w czerni i ziarnistym oświetleniu. No, prawdziwe widowisko. Muzyka pozornie pozostaje przez większość czasu ilustracyjna, ale w odpowiednich momentach jest zgrana z obrazem dokładniej, niż to było regułą w latach 20. Reżyser sięga jednak po to zagranie na tyle rzadko, by potraktować je jako przymrużenie oka - najzabawniejsze w momencie, gdy niewidocznego na ekranie kogucika (czym byłaby bajka bez słodkiego zwierzaczka? Kogut jest zaiste doskonały) lokalizujemy poprzez dźwięk dzwonków przypominający odgłos budzika. Tego typu subtelnych tropów jest w całym filmie na tyle wiele, by widz pomimo znajomej historii ciągle pozostawał zaintrygowany. Co jeszcze wymyślą - zastanawia się, i na szczęście w odpowiedzi słyszy: sporo.

To okno na świat wygląda pewnie lepiej niż świat dokoła. Tak bywa w życiu

Jeśli "sporo" wystarcza, to Śnieżka wydaje mi się idealnym filmem na popołudnie o familijnym charakterze, niegroźną rozrywką dostarczającą sporo humoru, ale też kilka perfidnie zaplanowanych wzruszeń, których nie powstydziłby się Disney. A jednak z jakiegoś powodu nie mogłem ostatecznie uznać filmu za kompletny triumf, bo "sporo" to nie wszystko. Wiele uwag dotyczących intensywności obrazu dotyczy bowiem w większej mierze pierwszej części filmu - trudnego dzieciństwa - gdy biel i czerń rywalizują na najwyższych obrotach. W miarę rozwoju akcji, nastaje długa część rozwinięcia, która nie jest już tak dynamiczna i tempo zauważalnie spada. Zacząłem mieć ochotę, by nieco podgonić, by kolejne konieczne kroki w postępie fabuły wydarzały się szybciej. Z tego powodu mocna puenta nie zrobiła już takiego wrażenia, jak rozpoczęcie. Śnieżka zrobiła jednak wcześniej więcej niż wystarczająco, bym nie kwestionował jej szlachetnych i bezpretensjonalnych intencji. To udany eksperyment, który może też być dla współczesnych filmowców doskonałą lekcją tego, jak wiele ciągle można się nauczyć z technik kina niemego, i to w przypadku najbardziej do dziś przystępnego gatunku, jakim jest baśniowa opowieść o bohaterze walczącym z epickimi trudnościami. Od dawna rzadko on zaskakuje, a Hiszpanom się udało.

piątek, 12 lipca 2013

Format miniserialu mógł odebrać Jane Campion szanse na szerszą dystrybucję, ale pozwolił jej wreszcie stworzyć swoje dzieło życia, upiorną atmosferą przywodzące na myśl tyleż Fortepian, co i spokojniejszą, ale podobną w oddziaływaniu, wersję Twin Peaks.

Przyznam, że nie spodziewałem się tak wiele po nowozelandzkiej reżyserce, nawet jeśli w powszechnej opinii wróciła już "do formy", kręcąc parę lat temu Jaśniejszą od gwiazd. Nie było to jednak nadal uderzenie na miarę Fortepianu, a nawet jeśli Top of the Lake miało do takiego miana aspirować, wzbudzając też porównania do setek kolejnych telewizyjnych kryminałów (Dochodzenie, Główny podejrzany itd.), to wychodziłem z założenia, że ponuractwo nie jest być może najlepszą zachętą do oglądania kolejnych odcinków serialu... nawet jeśli właściwie mamy do czynienia ze swego rodzaju hybrydą. No właśnie, co to w ogóle jest ta nowa Campion, miniserial? Kategoria zazwyczaj litościwie pomijana zarówno przez miłośników kina, jak i porządnego serialu, bo ani to obejrzeć "na raz", ani wejść w poważny związek. Wśród znanych przykładów miniseriali wymienia się zarówno twory będące de facto jednosezonowcem (Kompania Braci), jak i epickie dzieła filmowe koprodukowane przez telewizję i dość sztucznie podzielone na części (Carlos) oraz wszystko, co pomiędzy, od dwóch do dziesięciu odcinków dowolnej długości, z dziełami Bergmana i Kieślowskiego włącznie. Top of the Lake jest właśnie gdzieś w tym "pomiędzy". Z jednej strony, ma ponad sześć godzin i w zasadzie trudno to ugryźć "na raz", z drugiej - umiarkowane tempo i mistrzostwo techniczne proszą się o oglądanie w możliwie kinowych warunkach. Niezwykła atmosfera mrocznej baśni może być zbyt ciężka, by nie wymagała przerwy pomiędzy kolejnymi epizodami, ale też Campion zabiera nas w tak daleką podróż, że nieswojo jest pomyśleć, za co można by się zabrać po ukończeniu odcinka, jeśli nie za kolejny.

Myśląc długo o serialu, zdałem sobie sprawę, że nie wiem, co to znaczy. Szczyt jeziora?

Jeśli mamy kryminał, to jest zbrodnia i jakiegoś rodzaju detektyw. Rolę śledczego pełni tutaj Elizabeth Moss, która została wybrana jako druga opcja (Anna Paquin nie mogła), ale okazała się natchnionym wyborem. Znana głównie z roli w filmie Virgin i oczywiście jako Peggy z Mad Men, Moss wydaje się doskonale rozumieć spojrzenie typowe dla Campion. Określmy je jako "feministyczne", rozumiejąc, że to jednak wielorako rozumiane sformułowanie, okej? Policjantka Robin na pewno nie jest klasyczną postacią detektywa przebraną w damską skórę na zasadzie "wow, kobieta lepiej jest facetem niż facet!", który to typ w filmach widzimy dość często (ostatnio Wróg numer jeden). Zgodnie z pewnym płciowym stereotypem, Robin nie cechuje się narcystyczną obsesją, by "dojść prawdy", za to sporą empatią wobec poszkodowanej... czy poszkodowanych. Tu bowiem dochodzimy do zbrodni stojącej u zawiązania fabuły. Serial podaje nam sporo tajemnic i niedopowiedzeń i w zasadzie przez większość czasu pozostajemy niepewni, co tak dokładnie się stało, ale wydaje mi się, iż jest to sprawa drugorzędna dla akcji. Campion opiera ją bowiem na bardziej powszechnym uczuciu wrogości. Konflikcie tego, co można by opisać jako żeńskie i męskie, patrząc w bardzo symboliczny, archetypiczny sposób: przemoc kontra ofiara, silni przeciw słabym, ludzka władza przeciw naturze. Korzystając jednocześnie z kryminalnych schematów, Campion każe się zastanawiać, po której stronie stoi wobec tego Robin. Jej silnie zarysowana osobowość nie zaprzecza przecież faktowi, że żyje w otoczeniu pełnym symbolicznej przemocy - czasami tylko (nie zdradzając za wiele) materializującej się poprzez dosłowne akty przemocy mężczyzn na kobietach. Wydaje się, że Campion - jedyna nagrodzona Złotą Palmą reżyserka i jedna z ledwie kilku nominowanych do Oscara - zapewne jak nikt rozumie sytuację kobiecego wyobcowania w męskim świecie i jeśli uznać Top of the Lake za historię kryminalną, to widoczne akcentowanie płciowych aspektów gatunku dodaje jej rangę komentarza, jeśli zaś wolimy nie zastanawiać się nad taką wymową zbyt długo - zwyczajną atrakcję wynikającą z zaskakującej i świeżej perspektywy, z jakiej ukazywany jest rozwój historii. Tak czy siak, jest intrygująco.

Szczerze mówiąc, słysząc: Nowa Zelandia, spodziewałem się więcej słońca i surferów. Jest ich blisko zera.

Gdybym miał mówić sloganami gotowymi na okładkę DVD, bez wątpienia przywołałbym zatem Twin Peaks, ale też ogólniej - całą twórczość opartą na ukazaniu sytuacji przemocy i napięcia z użyciem symboliki seksualnej. Tak więc - większość filmów Davida Lyncha, Larsa von Triera czy Todda Haynesa. Podobnie jak oni (i choćby autorzy Iluminacji), Campion lubi wiązać kobiecość z naturą. Jakkolwiek Top of the Lake na pierwszy rzut oka może się prezentować zdecydowanie bardziej "realistycznie" i dosłownie, niż wymieniony serial Lyncha, to element nieracjonalny pozostaje zbyt silny, by nie odbierać serialu w istocie w podobny sposób. Powrót do rodzimej dla Campion Nowej Zelandii (to, wydaje się, okolica znana z Fortepianu) był kapitalnym pomysłem, bo miejsce akcji samo z siebie buduje napięcie i robi wielkie wrażenie. Mamy swego rodzaju osadę, ale wydaje się ona tonąć w intensywnym i niepokojącym otoczeniu - od tytułowego jeziora, chłodnego i głębokiego, przez upiornie przestrzenne wzgórza i ciemne lasy, wszystko ukazane w miękko oświetlonej, wyblakłej kolorystyce, dystansującej serial od współczesnego trendu wyciągania w tego typu ujęciach jaskrawych, intensywnych barw. Człowiekowi łatwo tu zniknąć, oczywiście - z własnej woli albo nie... Sceny kręcone w miasteczku dają wrażenie kontroli, ale rozciągnięcie akcji "w teren" nie zostawia wątpliwości, że tutaj człowiek jest zależny od większych sił. Także postaci wpasowują się idealnie w tę symbolikę - wśród najwyraźniejszych wskazać można szefa Robin z policji, który jest ucieleśnieniem typowego samca alfa, ogarniętego manią kontroli, oraz graną przez Holly Hunter postać swoistej pustelniczki, która przygarnia zagubione kobiety i wyjawia przybyszom mądrość opartą na intuicji ciała zamiast dyktatu rozumu. Dziwna i zaskakująca postać Hunter wydaje się widzieć w izolacji od społecznych norm jedyną metodę, by uciec z (typowego dla filmów Campion, ale przecież i von Triera) syndromu sztokholmskiego, jaki w mroczny i seksualny sposób łączy opresora z ofiarą i nakręca ich wzajemne zniszczenie. To wszystko zaś w otoczeniu naprawdę magicznego - choć może lepiej powiedzieć "szamańskiego" czy "wiedźmowego" - środowiska naturalnego, które wydaje się synergicznie wzmacniać uczucie pierwotności i nieprzejrzystości. W pewien sposób, to niemalże kobieca analogia Łowcy jeleni.

Prawdopodobnie to działo się w głowie Peggy, gdy pisała kampanię dla Lucky Strike'a

Próba stworzenia "czegoś pomiędzy" wyszła Campion fantastycznie i dobrze zwiastuje kanałowi Sundance, który od początku wydaje się stawiać na kinową jakość w nieco dłuższej niż kinowa formie. Nie każdy być może będzie zadowolony z niezdecydowania Top of the Lake - czy to typowy kryminał, czy feministyczna wypowiedź; czy to nastrojowy film artystyczny, czy sztywno udramatyzowana narracja - ale osobiście zostałem trafiony dokładnie w najczulszy punkt. Bez szans na nagrody ani telewizyjne, ani filmowe, produkcja Sundance będzie liczyć na tzw. "nowoczesne środki...", zarówno dystrybucji, jak i promocji. Mam nadzieję, że w perspektywie czasu okaże się sukcesem.

środa, 01 maja 2013

Anulowany niedawno serial Mike'a White'a i Laury Dern to doskonały przykład na to, że w telewizji (czy jakkolwiek nazwać HBO) ciągle jest miejsce na projekty prawdziwie zaskakujące swoją nieskrępowaną brawurą. Słabe wyniki oglądalności - na to, że być może ciągle nie warto być zbyt brawurowym.

 

Tak jak Mad Men, Louie czy In Treatment, Iluminacja jest takim serialem, który w zasadzie da się oglądać w ramach czystej rozrywki, ale i tak prędzej czy później zmusi widza do gruntownego przemyślenia swojego życia. Czyli serialem mojego ulubionego typu. Podobnie jak w przpyadku tego ostatniego - skupionej, introspektywnej sagi o psychoterapii i psychoterapeucie - odbiór dzieła Mike'a White'a wydaje się często zbyt intymnym, osobistym przeżyciem, by był większy sens o nim opowiadać. Widzowie relacjonują zazwyczaj, że czują się zażyci z mańki, że coś tu nie gra. Z tym wiąże się też fakt, iż z tych samych powodów, dla których serial jest wielki i ekscytujący, potrafi też sprawiać nierozerwalnie z nim związany ból, a nawet irytację. Brzmi to nieprzejrzyście - tak więc nie jest to taki łatwy towar do sprzedania. Weźmy sam gatunek - podobno komedia? Ale też dramat? Niektórzy się na nim śmieją, inni płaczą, a jeszcze inni nic nie robią? Aha, czyli nic się nie dowiedziałem. Wśród twórców nie brakuje znanych nazwisk (parę odcinków wyreżyserowali Nicole Holofcener czy Todd Haynes), ale wyrażenia "serial Mike'a White'a" (sam napisał i zmontował wszystkie odcinki) używam z przekąsem, gdyż facet ewidentnie nie jest znany, a jeśliby nawet ktoś obejrzał film pt. Chuck i Buck, wiedziałby tyle, że można spodziewać się czegoś... niezręcznego. Iluminacja zaiste jest niezręczna, ale też urokliwa i pociągająca, bardzo kobieca w istocie. To z kolei zapewne zasługa niesamowitej pracy, jaką wykonała nad postacią głównej bohaterki Laura Dern, tworząc swoją najbardziej kompleksową i imponującą rolę od momentu, gdy uczyniła Inland Empire najlepszym dziełem Davida Lyncha. Szukajmy dalej po treściach, stylach, płciach i życiowych sytuacjach, i wyjdzie nam, że... gatunek Iluminacji najlepiej określić jako serial outsiderski. Tak opisałbym go w jednym zdaniu: gdyby ktoś chciał nakręcić serial o życiu, ale nie widział wcześniej żadnego innego i nie wiedział, czego unikać... powstałaby ta właśnie produkcja HBO.

Czasem słońce

O tym, że Mike White nie ma pojęcia, czego wypada unikać, najlepiej świadczy choćby główny wątek, dotyczący pracy bohaterki w korporacji. Praca w korpo to temat dla artystów zazwyczaj niewyobrażalnie wstydliwy. W dzisiejszych czasach częściej już chyba widzimy bohaterów siedzących na kiblu, niż w boksie za biurkiem. Sytuacja może się wydać wręcz absurdalna, bo przecież osób pracujących w taki sposób jest dużo więcej, niż policjantów, gangsterów, prawników i lekarzy razem wziętych. W sprawie "odczarowania" korporacji sporo zrobił serial Biuro, dla którego jednak ten sposób życia służył głównie jako świeża, soczysta cytryna do wyciskania żartów. Ucząc się z Biura, można odnieść wrażenie, że człowiek w trakcie pracy myśli w zasadzie tylko o tym, żeby poderwać najładniejszą osobę na swoim piętrze. Buduje to świetną satyrę, ale też potęguje przekonanie, iż taki "chleb powszedni" ludzkiego spędzania czasu jest przestrzenią negatywną, po prostu nie ma sam w sobie żadnej duchowej treści. Nie zawiera typowo ludzkich elementów - żadnej złożonej mapy uczuć i wartości, wśród których trzeba wybierać, jak robią to lekarze czy prawnicy. Nie trzeba zgłębiać teorii symulakrum, by szybko odnieść wrażenie, iż w świetle przekazu większości seriali w zasadzie to ich bohaterowie mają prawdziwe, ludzkie życie, a nie my. Codzienne zmagania szarego człowieka z robotą mogą najwyżej wydawać się jakimś okrutnym żartem, poniżającym koszmarem. Codziennie przez osiem godzin śnimy o najbardziej masochistycznym upodleniu, by w końcu obudzić się, otrzeć pot z czoła i ruszyć przed telewizor, żeby wreszcie móc się skupić o czymś innym niż najbardziej prymitywne instynkty. Poziom refleksji na temat "zwykłej" pracy bardzo rzadko wykracza w sztuce ponad stwierdzenie będące sloganem reklamowym (świetnego zresztą) filmu Życie biurowe Mike'a Judge'a: work sucks.

Czasem deszcz

Iluminacja odczarowuje prozę życia, i robi to w prosty sposób: zadaje pytania o to, co uznawane za oczywistość, przyjmuje perspektywę naiwnego zdziwienia, mówi na głos rzeczy, które wygodniej jest zagadać, zaśmiać czy grzecznie ominąć, zgryźliwie komentując dopiero wśród znajomych. Hipotetycznie, każdy mógł zrobić taki serial, choć momentami trudno uwierzyć, że nawet odważne HBO dało na to pieniądze. Bohaterka, Amy, ma jakiś problem ze swoim instynktem społecznym i zadaje pytania podważające niepisane aksjomaty praktycznego i wydajnego życia. A jeśli jest sens się starać? A jeśli można próbować być dobrym człowiekiem? Nie wykreślać tych ośmiu godzin życia, jakby wtedy w moje ciało wkraczała inna osoba? Wiele seriali zadaje pytanie: "co to znaczy być złym?", zazwyczaj używając prostych (zabijanie) punktów odniesienia, ale White stara się zapytać odwrotnie - o to, co to konkretnie znaczy: być dobrym. W okrutny momentami, ale piękny i pełen poświęcenia sposób uwidacznia problemy, które czynią to pytanie tak trudnym: przede wszystkim słabości będące udziałem każdego faktycznego człowieka - nie tylko poznawcze, ale też moralne. Każdy, zdaje się, lubi chodzić na skróty i serial zdaje się często obnażać niepopadnięcie w hipokryzję jako niemal mission impossible. "Oświecona" po odpowiedniej, otwierającej oczy terapii na Hawajach, Amy ma ciągle na ustach maksymy wzniosłego idealizmu, a fabuła nie rzuca jej pod nogi kłód bardziej wymyślnych, niż... sam fakt, że w praktyce bohaterka może nie jest taka dobroczynna, jak lubi myśleć. Co i rusz wychodzi na jaw, że jej próby naprawiania świata jakoś podejrzanie łatwo jest wytłumaczyć jej osobistymi urazami i resentymentami, w najlepszym wypadku: narcyzmem i chęcią udowodnienia czegoś otoczeniu. Prawdopodobnie aktorka inna niż Dern starałaby się uciekać od łączenia cech pozytywnych z tymi, które bywają zniechęcające. Dostaliśmy jednak kreację w tak złożony sposób ludzką, że aż nieco odstraszającą od ekranu. Na szczęście, serial nie próbuje nas do niczego przekonywać. Ci, którzy będą sarkać na emfazę Amy, pocieszą się, że postaci świata przedstawionego też często reagują na nią alergicznie, nawet te najbliższe. Gdy tuż po powrocie z "kuracji" Amy chce przytulić matkę, ta wydaje się zażenowana takim przesadnym entuzjazmem.

 

Czasem Mike White

Jednym z najczęściej powtarzanych przez Amy banałów jest ten, że "zmiana jest możliwa". A tam, shit never fucking changes - będzie chciał odpowiedzieć każdy fan The Wire, i nie będzie pierwszym, który dostrzeże powiązanie między tymi dwoma dziełami. Pewnie to i nie zaskakuje, bo niemal każdy wybitny serial opierał się w ogromnej mierze na motywie zmiany. Bliska pora emisji, tak samo jak powierzchowność - kobieca antybohaterka, sadystyczne poczucie humoru i krótki, acz wypełniony pomysłami metraż - skłoniły z kolei wielu do porównań z dużo popularniejszymi Dziewczynami Leny Dunham, na które ja lubię patrzeć nawet jako na swoisty młodzieżowy odpowiednik Iluminacji. Młodzieżowy - a więc jeszcze z przewagą możliwości nad rozczarowaniami. Kto wie, może tak to działa - myślę czasem - może gdy bohaterki Girls nie będą już piękne i młode, a dopadną ich problemy finansowe oraz rosnący stosunek oczekiwań do sił, zaczną nabierać resentymentów i Iluminacja stanie się właśnie ich historią? W Amy widać nawet ciągle ślady podobnego jak u Dunham rozpieszczenia, wzbudzonych nierealnych oczekiwań. "Kto na świecie lubi swoją pracę? Ja nigdy nie lubiłam', próbuje ją sprowadzić na ziemię matka. Oba seriale łączy szczerość wobec tego, co w ten czy inny sposób wstydliwe, ale zamiast częściej widzianej ironii, Iluminacja promieniuje głównie współczuciem. Rozważania nad zmianą jednoczą zaś wątki osobiste i ten związany z pracą - otóż Amy wierzy w zmianę swojej firmy na lepsze tak samo, jak w przypadku każdego człowieka jako osoby i pracownika. Dzięki swojemu zamiłowaniu do przyjmowania tej rzadszej, odrzucanej perspektywy, serial osiąga zaskakującą empatię i przypomina, iż takie kwestie moralne jak zdrada, lojalność, przyzwoitość, obiektywność, wdzięczność, konformizm czy odpowiedzialność nie muszą zawsze dotyczyć spraw życia i śmierci, ale dotyczą też osobistych, drobnych zachowań, i wtedy też potrafią niszczyć lub budować, zyskując równie doniosłą rangę.

I czasem Luke Wilson

Jest to więc opowieść o trudnościach i może aż nie pasowałoby, gdyby stacja pozwoliła mu ciągnąć się dalej, mimo dramatycznie słabych wyników oglądalności. Cała historia bez wątpienia nie łamałaby tak serca, gdyby nie równie poruszające wykonanie. Kolejni reżyserzy zawsze potrafią znaleźć izolację w otwartych, pełnych światła kalifornijskich przestrzeniach. Przewijające się motywy floralne często potrafią same z siebie zaprzeć dech w piersiach pięknem, a muzyka jest dobrana tak dobrze, że często z zachwytem śledziłem nawet napisy końcowe. To bez wątpienia zupełnie inny materiał, niż The Wire, ale będę bronił porównania do klasyka, bo jedno łączy te produkcje: humanizm tak głęboki, że często aż boli. Być może nie dotykałby on tak bardzo, gdyby Amy była choć trochę mniej irytująca, mniej sprzeczna i niedoskonała. Charakteryzujące serial monologi otwierające i kończące odcinki potrafią urzec, ale też, po głębszym przemyśleniu, wywołać racjonalną wątpliwość. Czy ona chociaż wie, co mówi? Zna się na tym? Nie za bardzo... Jej oświecenie to bez wątpienia tylko inny rodzaj ignorancji. Z perspektywy "normalnego" - absolutnie nie da się jej podejścia do życia obronić. Jako postać serialu - może ją zbawić tylko to, że być może widz uzna w pewnym momencie, iż "normalnych" obronić jeszcze trudniej. "Kiedy ostatni raz naprawdę żyłaś?", pyta Amy. "Robię co chcę", odpowiada matka. W jej oczach widać niepewność, niechęć. Może strach. Może trochę smutku. Amy mówi dalej, matka podgłaśnia telewizor. Na ekranie ktoś kogoś przesłuchuje, trzyma w ręku broń. Prawdziwe życie.

 

Enlightened (Iluminacja), HBO, sezonów: 2, odcinków: 10/8, lata emisji: 2011-13.

niedziela, 24 lutego 2013
Druga i ostatnia część typowania, po której nie będzie już po co oglądać gali.
sobota, 23 lutego 2013
Coroczna blogowa tradycja powraca, tym razem z Benem Affleckiem w roli głównej.
piątek, 08 lutego 2013

Gabinetowa epika Stevena Spielberga tylko pozornie zamyka się w realiach swojego miejsca i czasu. Wydaje się niemożliwe, by z serii politycznych dyskusji o pragmatyzmie zrobić dzieło porywające, ale Spielberg był blisko.

Jak chyba każdy widz niebędący obywatelem USA, słysząc "Lincoln", a zaraz potem "w reżyserii Spielberga", od razu zacząłem obawiać się hagiografii, i to podanej w sosie szeroko rozumianej amerykańskości, choćby - skupienia się na wewnętrznej historii tego kraju ("tego wielkiego kraju", dodaje szeptem wyobrażony odbiorca, marszcząc brwi i pochylając głowę). W tę postać, jak może w żadną inną, wpisana jest pewna oczywista dwuwymiarowość. Gdy tytuł brzmi Lincoln, domyślamy się, o czym będzie film: o zniesieniu niewolnictwa. A zniesienie niewolnictwa, no cóż, było bez wątpienia dobre. Dla osoby oczekującej ciekawego filmu brzmi to na pewno odstraszająco, bo gdzie mamy stwierdzenia niepodważalne, tam nie ma już nic do powiedzenia. W tym świetle można uznać za dość orzeźwiające, iż twórcy filmu zrobili wiele, by taką podstawową myśl poddać w pewną wątpliwość. Starannie zbalansowany scenariusz zręcznie dobiera autentyczne cytaty i wydarzenia, byśmy ogólnie nie mieli wątpliwości co do słusznej orientacji moralnego kompasu bohaterów, jednakże - z zamiłowaniem rozmyślającego intelektualisty - zwraca uwagę na różnorakie bagna i puszcze, które sprawiają, że droga na północ może czasem iść dość wieloznacznym zygzakiem. Oczywiście i tutaj pojawia się pewne ryzyko filmu biograficznego. Mianowicie - jak często powtarzam mówiąc np. o filmach o superbohaterach - wybielenie bohatera to tylko jeden rodzaj dydaktycznego wypaczenia. Innym jest przedstawienie nam jego wad, ale tak zdominowanych przez ogólną fajność postaci, że wady w zasadzie stają się zaletami. W ten sposób amerykańskie filmy o bohaterach - przynajmniej z naszej

pektywy - często wydają się nieświadomie wspierać wiarę w wielkie jednostki. To one decydują, a pozostali powinni im zawierzać, ponieważ, no właśnie - oni mają kompas i wiedzą, co dobre. Ponieważ Abe Lincoln przeniesiony na film fabularny ma dla mnie tyleż znaczenia, co Henryk V w sztuce Szekspira, znacznie ważniejsze od "autentyczności" mitu są dla mnie właśnie takie kwestie - co konkretnie mit do nas mówi, nie o Ameryce, ale o moralności i sposobach jej organizacji. Pod wieloma względami nie zgadzam się z tezami Lincolna, tak jak nie zgadzam się z tezami wielu sztuk Szekspira, ale doceniam to, że film daje przestrzeń, by się z nim nie zgadzać. Mówmy jednak prościej i wróćmy do kwestii poruszonej na początku: czy obawy wobec hagiograficzności Lincolna są uzasadnione? Są. Ale nie tak mocno, by widz nie mógł sobie z nią poradzić.

Twórcy musieli pewnie sporo podwyższyć Day-Lewisa, żeby mógł się tak garbić

Lincoln radzi sobie ze spełnieniem przeciwstawnych oczekiwań w wysublimowany sposób: otóż zmienia dyskusję na inną od oczekiwanej. W kwestii samego zniesienia niewolnictwa - zaiste, nie ma tu rozmowy. Ewentualni przeciwnicy 13. poprawki są tu tylko po to, by być jej przeciwnikami, wygłosić oburzającą widza przemowę i zniknąć. Film poświęca im minimalną ilość uwagi. W Szekspirowskim stylu, scenarzysta zupełnie pomija też opinię tzw. zwykłego człowieka - na jeden tylko moment się takowy pojawia i przyznaje, że wolałby zostawić niewolnictwo, ale sekretarz Lincolna (David Strathairn) dmucha mu w twarz dymem z cygara i poleca, by popierał ich sprawę. To nie jest film dla szarych ludzi. Te dwie i pół godziny spędzimy wśród pasterzy stada - tych, którzy podejmują decyzje i muszą żyć z ich konsekwencjami. To nie jest portret stanu państwa, tylko starcie pewnych spersonifikowanych ideałów. Z tego powodu widziałem w Lincolnie raczej nie dzieło historyczne, a alegoryczne - i takie podejście polecam. Załóżmy, że - podobnie jak Lincoln - mamy swój własny kompas i wiemy, co według nas jest dobre. Dla scenarzysty Tony'ego Kushnera taka sytuacja to dopiero początek dramatu. Na drodze każdej osoby stoi bowiem... w zasadzie każda inna osoba, każda z odrębnym zdaniem i odrębną wizją. Jedną z metod doprowadzenia do sukcesu swojej wizji jest oczywiście dać drugiemu w mordę, ale Lincoln ignoruje ten aspekt wojny secesyjnej i skupia się na negocjacjach, konkretnie - na pozyskiwaniu głosów. Może się to wydawać mniej widowiskowe, ale Spielberg potrafi przekonać, że za kulisami kongresu jest dalece więcej dramatu, niż na polu bitwy. Tam sytuacja jest prosta - wiadomo, kto przegrał, bo leży i się nie rusza. W przypadku negocjacji, zazwyczaj potrzebny jest kompromis, a więc każde zwycięstwo wymaga poświęcenia. Lincoln to właśnie film o zderzeniu chęci z rzeczywistością - o polityce po prostu. Nieustannie pada tu pytanie, jak daleko warto jest pójść na kompromis, by w ogóle można było mówić o zwycięstwie. W ten sposób film osiąga tę upragnioną przeze mnie wieloznaczność - choć od początku przecież wiemy, że Lincoln wygra, Kushner i Spielberg potrafią nadać nowy smak samemu słowu "wygrać".

Światło bijące z okien piękne nie jest - poderjzewam, że miało oddać klimat zdjęć z przedstawianej epoki

O tym, że Szekspir jest najmocniejszym źródłem inspiracji dla filmu, równie dobrze jak treść świadczy jego forma. Widząc, że scenarzystą jest Tony Kushner, powracający do sztuki kinowej po Aniołach w Ameryce i Monachium, sami możecie się wiele domyślić o sposobie prowadzenia akcji. O różnych filmach mówi się, że są "teatralne" - w tym wypadku znaczy to tyle, że Lincoln jest zarówno widowiskiem wielkim, jak i kameralnym. Jak zawsze imponującej jakości kamery Janusza Kamińskiego, ostatnio odkrywające wzgórza i lasy w Czasie wojny, tym razem wręcz "marnują się" w zamkniętych pomieszczeniach, gdzie rozgrywa się praktycznie cały film. W ostatnim filmie Spielberga wypowiadane (bardzo banalne) słowa były w zasadzie zbędne, bo całą historię "mówił" obraz - tutaj jest wręcz odwrotnie. Językiem postaci Kushnera nie tyle można, ile wręcz trzeba się tu delektować, bo na jego tle kamera wydaje się ociężała i zachowawcza. Kamiński nie popisuje się, oddając pole dialogom i aktorom, zwłaszcza - oczywiście - Danielowi Day-Lewisowi, który jako jedyna postać faktycznie przyciąga oko swoją physis, czy to sylwetką, wzrostem, profilem czy sposobem oświetlenia twarzy. Day-Lewis jest sam w sobie na tyle pomnikową postacią, że - zdaje się - doprawdy nie musiał już robić wiele, chociaż przecież w każdym jego ruchu jest tyle rozkosznych detali, ile wyłącznie od tego aktora możemy oczekiwać. Z wyglądu dość podobny do ikonicznych przedstawień Lincolna, Day-Lewis ma zupełnie nieikoniczny głos - wysoki i nosowy, ale to podobno też nie jest żaden osobisty akcent aktora, a bliskość historycznemu Lincolnowi. Swoją drogą, chyba nigdy wcześniej nikt w filmie nie odważył się dać Lincolnowi właśnie wysokiego i nosowego głosu - i Spielberg też by tego nie zrobił, bo jego pierwszym wyborem był Liam Neeson, czyż to nie zabawne? W moich oczach Day-Lewis na tyle przyćmiewa resztę obsady, że nie ma potrzeby opisywać całego ensemble, choć jest bogate. Wielu kapitalnych aktorów pojawia się tu w małych epizodach - nie tylko rola Josepha Gordona-Levitta jako syna, ale też Sally Field jako żony cierpią moim zdaniem z powodu braku miejsca w ostatecznym scenariuszu. Na szczęście zachowała się jedna mocniej zarysowana postać, jaką odgrywa Tommy Lee Jones - choć nie dorównuje może charyzmą osobowości Lincolna, stanowi dla niej wyraźną przeciwwagę i choćby z tego powodu jej obecność jest konieczna, by zamknięty w drewnianych salach film miał w ogóle czym oddychać.

Perfekcyjny nawet w czasie deszczu

To, że w tak dużej mierze to akurat sztuce teatralnej zawdzięcza swoją nową twarz Abe Lincoln, można uznać za ironię. Film Spielberga pełen jest różnego typu małych i wielkich ironii, włącznie z tym, że prezentuje nam do popcornu refleksyjne i rozdarte spojrzenie na kongres, który, choć chyba powinien być miejscem zadumy i odpowiedzialności, często wypada nawet nie teatralnie, a uderzająco jarmarcznie. Chociaż film swoje zarobił, i tak wydaje mi się, że nie jest idealnie skrojoną kinową rozrywką, czasem pozwalając, by kolejne warstwy treści zgniotły żywioł. Najwyraźniej objawia się to w zakończeniu, czy raczej - zakończeniach, bo scen rozwiązania jest tu zdecydowanie ponad normę. Niczym Peter Jackson w Powrocie Króla, Spielberg nie może się oprzeć, by pokazać nam dokładnie, jak wiele różnych było reperkusji... takie ma prawo, ale widzowi może być trudno utrzymać skupioną już dość długo uwagę. Być może najbardziej utytułowany amerykański reżyser za bardzo uwierzył, że jest niczym swój bohater, czy też: jak Szekspir, że potrafi doskonale, bez szwów połączyć ludyczność z intelektualnym dyskursem, stawiając je praktycznie obok siebie. Może i nawet to potrafi, ale nie tym razem, nie jest doskonale, nie bez szwów. Lincoln ciekawi i pod pewnymi względami nawet imponuje, ale nie poszedłbym dla niego pod Gettysburg.

czwartek, 07 lutego 2013
Oceny filmów emitowanych w 2013 roku.
sobota, 26 stycznia 2013
poniedziałek, 07 stycznia 2013
Kilka rzeczy wartych uwagi z zeszłorocznych premier...
poniedziałek, 26 listopada 2012

W brutalnej baśni Johna Hillcoata krew dżdżyście zrasza lasy, knieje i ciemne ścieżki. Obrazki ładne, to i wzrok przyciągają - ale te ścieżki są dawno wydeptane.

W zasadzie nie ma znaczenia, czy Stany Zjednoczone faktycznie są miejscem wyjątkowym jedynym w swoim rodzaju, magiczną ziemią, gdzie wykuła się cywilizacja itp. Grunt, że Amerykanie tak uważają i swoje mity potrafili masowo zaszczepić niemal całemu światu. Najlepiej być może widać to w kinie, gdzie lata amerykańskiej dominacji nie pozwalają w zasadzie pokazać niczego, by głowy widza nie wypełnić specyficzną treścią. Twórczość Johna Hillcoata to doskonały przykład. Facet debiutował w swej rodzimej Australii, ale przecież całą karierę zawdzięcza umiejętności naśladowania klasycznego westernu. W jego pierwszym filmie, Propozycji, stepy Antypodów uwodziły zapachem znajomego, choć w kinie niby od dawna marginalnego klimatu Starego Zachodu. Po względnym sukcesie, reżyser zamiast oryginalnego scenariusza Nicka Cave'a wziął do obróbki współczesne arcydzieło, czyli Drogę McCarthy'ego, i oczywiście poległ, jak niemal każdy, kto adaptując, musi dodawać do kompletnego tekstu własne słowa wytłumaczenia. Australijczyk dowiedział się więc, że do niektórych spraw "ładność" nie wystarcza. Poznał swój zasięg - emocjonalne czy filozoficzne rejony w niego nie wchodzą. Klasyczna narracja, dopieszczona graficznie i dosadna semantycznie - oto jego działka. Jeśli więc nawet Gangster sam w sobie nie jest wcale lepszym filmem od Drogi, to na pewno wydaje się bardziej trafiony. To prosta historia, której charakter znacznie lepiej oddawałby trafnie przetłumaczony tytuł jak Bezprawie. Brzmi jak western, prawda? Bo to western. Osadzenie w epoce prohibicji to tutaj niewiele więcej niż zmiana dekoracji, która zresztą nadaje sens istnieniu filmu. Chcąc czy nie chcąc, Hillcoat swoją narracyjną estetyką wzmacnia amerykański mit, oparty na stosunku ludzi Stanów Zjednoczonych do swojej historii i swojej ziemi. Pokazując, jak doskonale western działa w nieco późniejszym czasie, twórcy sugerują jego ponadczasowość, a przecież skoro jest ponadczasowy, to - możemy się domyślać - aktualny i dziś.

Forsa na ziemi leży - jest ślepy, kto nie bierze

Paradoks mitu czy baśni jest taki, że teoretycznie ma być przestrogą dla dzieci, by nie bawiły się zapałkami - a jednocześnie przecież zawsze przypomina, że najfajniejsze historie mają do opowiedzenia tylko ci, którzy jednak się bawili. Mówiąc zwięźlej: bohaterowie mitycznych historii to zazwyczaj idioci. Zazwyczaj też psychopaci i narcyzi, skłonni do największej beztroski w pogodni za "przygodą" czy innymi naiwnymi ideami. A że jako bohaterowie historyjki wychodzą z niej bez szwanku, to i można uznać, że dopóki trzymają się reguł zawartych w morale, są niezniszczalni. Więc jest przestroga, ale i zachęta. Gangster, podobnie jak ostatni Bond, nie ukrywa tego dwojakiego przesłania takiej narracji, typowej dla kina gatunkowego. Oczywiście rozkład postaci jest tu bardziej standardowy. Rolę chłopca, któremu przydarza się przygoda, dostaje Shia LaBoeuf - najmłodszy z trójki braci klanu sprawującego nieoficjalnie, ale w pełni autorytarnie rządy nad małą wioseczką na Wschodnim Wybrzeżu. Shia ma oczywiście brata roztropnego (Tom Hardy), ma brata dzikiego (Jason Clarke), a sam zdaje się jakiś mały, chuderlawy, niezdatny do bijatyk. Poznajemy go, gdy przypadkiem jest świadkiem strzelaniny z udziałem znanego zabijaki (Gary Oldman), po którym podekscytowany zbiera łuski jako fanowskie memorabilia. Sielanka oczywiście szybko dobiega końca, bo pojawia się nowy, zły szeryf (Guy Pearce), który ma w poważaniu odwieczną naturalną hierarchię i zamierza wszelkimi możliwymi środkami ukrócić gorzelnicze zabiegi naszych bohaterów. On nie zawaha się dać młodszemu bratu po mordzie, aż kości popękają. Wtedy młodszy brat zda sobie sprawę, że już nie jest młodszym... tylko po prostu bratem. Ze złej rodziny. Widz przechodzi razem z nim kolejne zabiegi znieczulające: czy chcemy czy nie, będziemy świadkami kolejnych scen bezceremonialnej przemocy. I nie mamy innego wyjścia jak zaakceptować ją jako nieodłączny element walki o warunki bytu. Hillcoat wielokrotnie podkreśla - często specjalnie w monologach LaBoeufa - że tutaj o przetrwaniu decyduje natura. Tym, którzy usilnie trwają przy swej ziemi i swych zasadach, niestraszne noże i kulki.

 Guy Pearce po twarzy bije - kogo spotka, ten nie żyje

Oczywiście wymówka to średnia, i jeśli film nie daje nam wyboru, jak tę niekonieczną przemoc zaakceptować, to dość mocno sobie ogranicza pole odbiorców. Widz zawsze może po prostu nie zaakceptować - ani przemocy, ani w ogóle sensu tej historyjki. Zwłaszcza, że żaden z elementów fabuły nie wydaje się poprowadzony w zaskakujący czy choćby nietypowy sposób. Relacje rodzinne nie osiągają poziomu zaangażowania znanego fanom Hardy'ego z Wojownika (swoją drogą, Tom Hardy to świetny brat!). Wątki romantyczne pełnią tylko funkcję kartonowej podpórki. Nie, to nie jest ambitny film. Jest dokładnie tym, na co wygląda, czyli składnie opowiedzianą historią z początkiem i zakończeniem. To niewiele, ale jakoś nie nuży - pewnie dlatego, że Hillcoat ma jednak spory talent do obrazów. Jakkolwiek nie dowiecie się o małych zacofanych wioseczkach niczego nowego, to poczujecie ich specyfikę dosadnie jak rzadko kiedy. Zieleń, brązy i złoto, wszechobecne drewno - kolejne kompozycje nadają filmowi przytulny, leśny charakter, i jeśli nawet miejsce akcji się zmienia, to ciągle mamy wrażenie, że jesteśmy w jednej, osobnej przestrzeni, gdzieś poza codzienną pogonią, w wolnym od zdobyczy cywilizacji sanctum. Tutaj na jeden rzut oka widać, kto ile jest wart, nie ma tricków. Zauważcie, że to też nie jest żaden wyjątkowy przekaz, ale tak jak Hillcoat nie potrafi wyrazić obrazem prawdziwych emocji, jedynie je imitując, tak oddanie nastroju miejsca wychodzi mu znów świetnie. Robi się ponadczasowo, co jest chyba jednym z założeniem tzw. Americany. Jak wiemy z innego jej dzieła - Bracie, gdzie jesteś? Coenów - Stany pachniały wtedy pomadą, i zaiste po fryzurach można w Gangsterze dowiedzieć się wszystkiego, co trzeba. O złym szeryfie Pearce'a nie da się w zasadzie powiedzieć absolutnie niczego ciekawego, poza tym, że jest zły... i że ma z całego grona postaci najbardziej dziwaczną, najbardziej zadbaną fryzurę. Zawartość jego kosmetyczki to jeden z wielu tematów, które rozluźniają atmosferę i każą nie brać filmu zbyt poważnie - takie puszczenie oka, jak w filmach Disneya. Innym jest choćby soundtrack, w którym usłyszymy Velvet Underground wykonane w aranżacji rodem z epoki. Przede wszystkim, poczucie ironii daje nam oczywiście jaskrawe aktorstwo. Co pewnie nie dziwi, na tym polu wyróżnia się Tom Hardy, dzięki swojej dykcji nadal potrafiący zrobić małe dzieło sztuki z dowolnej sceny.

Shia LaBoeuf - prawda czy blef?

Pewnie są inne metody patrzenia na Gangstera, ale dla mnie to kolejny pastisz westernu, co widać jest jedyną artystyczną pasją Hillcoata. Nie wyszło tak dobrze jak Propozycja, ale trudno też mówić o kompletnej wtopie. To tylko i aż dobrze wykonana robota, której ogólny schemat liczy sobie tysiące lat, a techniczny - dziesiątki. Kolejny raz możemy, bez zoobowiązań, zobaczyć, jak ten lekkomyślny palant wkracza w szalenie niebezpieczną sytuację i ślepym trafem jakoś z niej wychodzi. Przestroga, ale i zachęta - dla Hillcoata, chyba przede wszystkim rozrywka.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24

statystyka