Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
poniedziałek, 05 listopada 2012

Stary wierny pies tym razem nie nauczył się zbyt wielu nowych sztuczek, ale dopracował stare do perfekcji. Odświeżający powiew klasycyzmu.

Skyfall zbiera wśród widzów mieszane opinie i to jedna z niewielu właściwości, które połączą go z poprzednimi dwoma "Bondami" z Danielem Craigiem. Możliwość tworzenia filmów z tej serii wydaje mi się wielkim przywilejem, bo każda decyzja od razu nabiera znaczenia, stając się wręcz manifestem epoki. O tym, jaką wagę ma sam wybór kolejnego aktora, świadczy najlepiej fakt, że już trwają - i już ekscytują - rozmowy z kandydatami na następnego Bonda, choć przed nami jeszcze parę lat z Craigiem i w zasadzie ciągle jeszcze trzeba się zastanawiać, jaki kierunek chcieli obrać producenci, obsadzając akurat jego w roli agenta 007. W wielu momentach wydawało się, że ten kierunek można by określić jako niepokojący, psychologiczny realizm, obrazujący nie tylko glamour, ale i przygnębiające aspekty życia jako człowiek bez tożsamości. Jednak zapytajmy wprost: czy można mieć na serio takie intencje wobec postaci, dla której istotnym, wrzeszcząco jawnym priorytetem pozostaje zareklamowanie nam przed filmem - i już w jego trakcie - odpowiedniego piwa, laptopa czy miejsca na wycieczkę? Wszak to nie przypadek, że Bond zawsze z reklamą szedł rękę za rękę. Stanowią oni w zasadzie rodzeństwo, z tym samym prosperity lat 60. jako matką, żyjące w świecie tych samych marzeń (zwróciliście uwagę, jak doskonałe podsumowanie serii dałoby się utkać z przemówień Dona Drapera?). Producenci być może uwierzyli, że sami w takim świecie żyją, ale każdy kolejny błysk znanej marki przypomina, iż w rzeczywistości trudno jest uciec od niektórych zobowiązań. W Skyfall Bond ucieka tylko od "świeżych" pomysłów XXI wieku, które jątrzyły chaosem i niezdecydowaniem w poprzednich paru częściach. Bez oporów natomiast akceptuje baśniowość i nienaruszalność swojej sytuacji. Niczym wierny pies czy agent służby bezpieczeństwa, twórcy musieli sporo się nabiegać, żeby wszystko zostało po staremu.

Wszak to nie przypadek, że ładne rzeczy najłatwiej znaleźć w muzeum 

Dlatego też może nie dziwi specjalnie, że na samym początku filmu Bond ginie. Dostaje kulkę, spada na dno rzeki, no - zabili Bonda. Nie jest to moment specjalnie w filmie celebrowany. Zabity wpada jedynie w krótką chandrę, która oczywiście mija przy pierwszym sygnale niebezpieczeństwa. Bond wraca do akcji i nikt nie udaje zdziwionego. W końcu to było przed napisami, więc nie ma związku z resztą fabuły... Czy jest sens opowiadać, co się dzieje dalej? Drań zagraża bezpieczeństwu świata, a Bond lata po ładnych miejscach, by go znaleźć i zapobiec. Nie zdradziłem jakiegoś sekretu, prawda? Napięcie zawsze zależy w takim wypadku w dużej mierze od jakości drania. Na szczęście ten odgrywany przez Javiera Bardema bez wątpienia zapada w pamięć. Chociażby dlatego, że jego motywacja - od momentu, gdy go poznajemy - okazuje się zdecydowanie bardziej osobista, niż zazwyczaj. Jedno z wielu imponujących długich ujęć filmu służy właśnie przedstawieniu długo oczekiwanego wroga i działa to świetnie: pod koniec tego ujęcia już mocno czuć jakąś specyficzną, niepokojącą więź między nim a 007. I wcale nie przeszkadza, że tradycyjnie drań musi mieć zagraniczny akcent i śmiesznie wyglądać (od czasu To nie jest kraj... wiemy, że w przypadku Bardema im zabawniejsza fryzura, tym straszniej), bo pełni on bardziej rolę psychologiczną, wywołuje przekonania z duszy Bonda, które ten czuje obowiązek ukrywać na jej dnie, pod metrem mułu. Jest to zabieg nienowy w kinie o superbohaterach (bo i może ten gatunek najcelniej jest przypisać Bondowi) - nasz bohater niczym diament, reprezentuje nieskazitelny wzór wytrwałości na słusznej drodze, podczas gdy wszystkie racjonalne wątpliwości co do sensu całej zabawy wkładamy w usta i akcje Tego Złego. Gdyby ich zespolić, mielibyśmy wiarygodną, ludzką postać! Ale wtedy nie byłoby pewności, co jest dobre, a co niedobre. Podobnie jak choćby w ostatnim Batmanie Nolana, film wydaje się momentami komiczny w dosadności swojego "dydaktyzmu", również i tu wspierającego specyficzną wizję świata, którą można by nazwać autorytarną, konserwatywną czy patriarchalną (swoją drogą, dwa tak podobne filmy przed wyborami w USA...). To temat na inny artykuł, natomiast stwierdzić muszę, że tutaj podejście ideologiczne jest dla mnie dużo mniej rażące - ten film po prostu jest dużo uczciwszy. Nikt tu nie udaje, że jest subtelny, że przemyślał swoje argumenty, że jakakolwiek "druga strona" jest w ogóle brana serio. Bond biegnie robić, co M każe, bo od tego jest. Dynamika dyryguje resztą filmu, a bohaterowi można tyleż zazdrościć, co współczuć.

Hitchcock by się nie powstydził 

Znaczenie decyzji o zatrudnieniu do reżyserii Sama Mendesa - bez wątpienia najsłynniejszego reżysera, który kiedykolwiek był zaangażowany w serię - dotarło do mnie dopiero w trakcie oglądania filmu. Różnica klas jest zauważalna i można ją wyrazić na parę sposobów, ale tą rzeczą, która najbardziej mnie zaskoczyła, był chyba fakt, że film da się najlepiej opisać jako... czuły. To zupełnie nie jest to słowo, którego bym się spodziewał użyć w kontekście kina szpiegowskiego w 2012 roku. Ale, jak już się rzekło, w tym odcinku Bond nie jest za bardzo skupiony na samym szpiegowaniu, wkraczając w regiony mityczne i magiczne - w czym małą część udziału ma scenariusz, sam w sobie konkretny i stosunkowo realistyczny, zaś w ogromnej mierze jest to kwestia języka kamery. Długie ujęcia od czasów niemieckiego ekspresjonizmu mają zawsze nieść w sobie coś mistycznego - co na swój sposób odczuwa pewnie każdy, kto obcuje ze współczesnym kinem akcji, uderzająco materialistycznym i chaotycznym, bo i szatkowanym przez montażystów co sekundę. Skyfall zaś bardzo często przypomina w większym stopniu fantastykę, jak choćby ekranizacje Tolkiena czy Harry'ego Pottera. Wiecie, opowieść o jednym chłopcu, któremu przytrafiła się niewiarygodna przygoda... Widać to już w teaserze. Bond kogoś ściga - rutyna, ale od razu przyciągają wzrok dłuższe, dalsze ujęcia, postawienie na kaskaderów i chęć ukazania przestrzeni, w której przebywamy. Przestrzeń to słowo klucz - każde kolejne miejsce, do którego trafia 007, jest ucztą dla oka, oświetlone i wykadrowane w sposób po prostu fenomenalny. Choćby Szanghaj, pogrążony w granatowej ciemności, rozświetlony korespondującymi kolorystycznie neonami. Oczywiście dojdzie do bijatyki, ale to sprawa drugorzędna. Panowie mogliby w tej przestrzeni pić herbatę i też byłoby to zachwycające. I to nie jest scena kulminacyjna, to dopiero początek. Piękne jest absolutnie każde miejsce i niemal każde ujęcie trwającego ponad dwie godziny filmu. W Skyfall nie zazdrościmy Bondowi tego, że jest silny i sprytny, że wykonuje zaskakujące czynności - on po prostu ma szczęście, że trafił na taką przygodę. I nie wydaje się, by miał tutaj ani trochę więcej kontroli, niż my. Przecież kamera i nas ustawia w najdogodniejszym miejscu. Dlatego kolejne sceny, choć o znanej i pewnie przewidywalnej treści, stają się tak szalenie emocjonujące.

 Reżyser nieraz korzysta z wyrazistości samej sylwetki Craiga, częstując nas momentami teatru cieni

Temat jest daleki od wyczerpania, ale wydaje mi się, że ująłem dwa sposoby patrzenia na Skyfall, które zadecydują o odbiorze filmu. Z jednej strony, można zapytać: o czym jest ten film? Z drugiej - jaki? W pierwszym przypadku rozmowa wygaśnie dość szybko, bo scenariusz najłatwiej opisać jako solidne rzemiosło, w którym żaden z elementów (jak choćby odwieczny problem nieustannych Bondowskich autoaluzji) nie jest przesadzony, ale też chyba nie jest konieczny i nie zwróciłby uwagi w tłumie. Tym, co charakteryzuje Skyfall nie tylko na tle serii czy ostatnich blockbusterów, ale kina amerykańskiego w ogóle, jest reżyseria. Powoli budujące atmosferę pejzaże, baśniowa momentami muzyka, a nawet kilkusekundowe ujęcia twarzy, które dają nam o tę chwileczkę czasu więcej, by faktycznie przejąć się losem styranego, ale zawsze wiernego psa, jakim na powrót okazuje się James Bond. Może za dwa lata będzie znowu kimś innym. Ale byłoby szkoda, bo Craig i Mendes dali nam widowisko, do którego będę tęsknił.

sobota, 06 października 2012

Autorski serial komika standupowego Louisa C.K. jest zadziwiająco nowatorski w swojej szczerości i przyziemności. Wulgarny moralitet o życiu człeka pospolitego. Bawi dobijając, uwzniaśla poniżając.

Louis C.K. jest po czterdziestce i sam pierwszy przyzna, że w jego życiu większość ciekawych rzeczy już się skończyła, ale aż do tej pory nie zdobył wielkiej popularności. Chociaż jest niezły. Czemuż więc nie udało mu się w TV wcześniej? W ramach odpowiedzi w Stanach często stwierdza się, że jest z niego taki comics' comic. Komik komików. Wiecie, jak z tymi pisarzami, co dostają nagrody i dobre recenzje od swoich znajomych będących w temacie, ale "zwykły człowiek" widząc ich prozę załamie jedynie ręce... Kurczę, nie idzie mi najlepiej zachęcenie was, żebyście jednak oglądali Louiego, co? Okej, spróbujmy jakoś inaczej podzielić humor na dwie kategorie. Jedna jest chyba bardziej popularna, ale dlaczego - nie wnikajmy. Uogólniając, humor polega na obserwowaniu czyichś porażek, głupoty... generalnie, że coś nie idzie tak, jak powinno. Pytanie brzmi, kogoż obserwujemy. W jednej kategorii mamy żarty, których obiektem są ludzie inni od nas. "Ale ci Francuzi głupi". "Ależ życie tych pracowników korpo jest puste i żałosne". No i oczywiście klasyka wśród klasyk, czyli żarty o płciach, zawsze na miejscu, pół widowni zawsze się śmieje. Jak się domyślacie, Louis C.K. (Szekely) nie reprezentuje tego klasycznego nurtu, nie wybiera sobie nigdy bezpiecznego celu. Wyśmiewa i szydzi z widowni i z samego siebie. W swoich skeczach potrafił na wejście rzucić do słuchaczy: zabawnie, że akurat was spotykam, bo pieprzyłem wasze matki. Robi w tym fachu już tyle lat, że nie obchodzi go, czy pół sali wyjdzie z uczuciem zażenowania. Jak każdy odkrywczy komik, atakuje wszystko, co czuje się zbyt pewnie. Jest wkurzony na moralne konwenanse jak George Carlin, wątpi w sens istnienia jak znani komicy żydowscy, lubi się nad sobą znęcać niczym Richard Pryor. Chris Rock nazywa go najczarniejszym białym. Gdy z okrutną satysfakcją opisuje swoje praktyki masturbacyjne, słuchacze chcą wierzyć, że to w większej mierze kreacja postaci, a nie własne życie Louisa, ale w zasadzie... kto wie? Trzeba mieć odpowiednio ustawioną poprzeczkę dla poczucia humoru, żeby widzieć w tym pocieszającą zabawę, a nie daremne użalanie się nad sobą biednego, grubego kolesia. Oczywiście, cała ta bezceremonialność klasy niższej nie byłaby wielce interesująca, gdyby Louis nie cechował się ponadprzeciętną inteligencją i nie był tak pomysłowy w wynajdywaniu kolejnych zaskakujących obiektów do żartów. Ale się cechuje. Ten rzadki dualizm - prostaczek/artysta, przyziemność/duchowość - jest kluczowy dla sukcesu Louiego.

Rocky byłby ciekawszy, gdyby Sly tak wyglądał, prawda? 

Jeśli lubicie seriale czy filmy komediowe, na pewno znacie wielu komików standupowych, bo niemal każdy pisarz w Stanach kiedyś tego próbował. Nikt jednak przed Louie'em nie był w stanie stworzyć dzieła filmowego, które czerpałoby tak wiele ze specyfiki standupu. To zarówno kwestia odpowiedniego talentu i pracowitości, jak i kontroli ze strony stacji. Osobiście wielce ubolewam, że standup nie wyrósł w Polsce, bo forma wydaje mi się jednym z naturalniejszych sposobów wyrażania myśli. Komik wychodzi na scenę i zwyczajnie nam nawija, jakby był naszym znajomym przy piwku. W naszym kraju popularnością cieszą się bardziej jarmarczne, teatralne zabawy. Nie żeby czasem nie były udane (Mumio), ale po co tak komplikować sprawę? Louie stoi na scenie i zacznie na przykład tak: wiecie, nienawidzę swoich dzieci za to, co zrobiły z moim życiem... Zaczyna opowieść i ludzie się śmieją: jedni pocieszeni że ktoś dzieli podobne męki, inni z ulgą, że nie są tym facetem. Inni nie rechoczą, ale z ciekawością słuchają, co też autor ma do powiedzenia o życiu. Nie czuć tu żadnego obowiązku wyciskania śmiechu z widza. Treść nie jest dobierana na siłę tak, by było śmiesznie, za to odpowiada raczej polot narratora. Większość seriali komediowych prędzej czy później zaczyna cierpieć z powodu swoich ograniczeń. Akcja rozgrywa się albo w domu rodzinnym, albo w grupce znajomych, albo w miejscu pracy i kolejne scenki muszą wpaść w pewną rutynę. Nie tutaj. Jak w standupie, autor ma zupełną dowolność, kiedy postawić kropkę i zacząć gadać o czymkolwiek innym. Jeśli Louie ma do powiedzenia jeden żart na 40 sekund, to dostaniemy scenkę, w której stoi i go opowiada. Jeśli wymyślił scenkę z życia rodzinnego na 7 minut - to potem nastąpi ona. Z czasem w serialu pojawiają się historie trwające np. półtora odcinka albo dwa i stacja FX na to też Louiemu pozwala. To jedno z najlepszych odkryć od czasu powstania HBO. Tutaj każda historia trwa tyle, ile chce autor, a nie reklamodawcy. Dodatkowo widz ma tak rzadkie, a tak wspaniałe uczucie, że naprawdę nigdy nie wiadomo, co się wydarzy w następnym odcinku albo choćby za minutę.

Życie 

Serial nieustannie zaskakuje, ale bynajmniej nie z powodu pustych stylistycznych zabaw - treść Louiego jest równie różnorodna. Nie tylko nie wiesz, co się wydarzy, ale nawet w jakiej to będzie konwencji, bo show ciągle unika szufladek. Nawet w przypadku tak żywych sitcomów jak Arrested Development czy Community da się mniej więcej wskazać, jakiego typu to humor - tutaj jest bardzo trudno. Zazwyczaj jest bardzo czarno... zazwyczaj coś jest nie w porządku. Ale też wiele tu momentów troski i serdeczności, a i lepiej: zaskakującego pogodzenia się z trudami życia. Jeśli Louie spotyka dowolną osobę, znajomą czy obcą, może okazać się, że świetnie spędzą czas, a może potrąci ją autobus. Różnie bywa. Jak to w życiu, zazwyczaj kończy się średnio. Louie osiągnął prawdziwą maestrię w powracającym motywie kolejnych prób nawiązania kontaktów towarzyskich. Louie spotyka atrakcyjną kobietę i wie, że nie ma szans, by ta była w stanie w pełni odzajemnić uczucia, ale nie ma nic do stracenia, więc próbuje i... okazuje się, że faktycznie, atrakcyjne kobiety zazwyczaj tak bardzo nie kochają otyłych, rudych, łysych nieudaczników. A co miało się okazać? Ale podziwiamy faceta za to, jak potrafi wyznać uczucia. Do słów to ma dar. Tak naprawdę dosadnie poczułem, że Louie nie jest zwyczajną komedią gdzieś w połowie pierwszego sezonu... Nie zdradzając wiele: Louie jest na randce i zaczepia go agresywna młodzież. Nie reaguje, znosi upokorzenie z pochyloną głową. Straszne i śmieszne. Ale przecież to tylko serial, tutaj może spróbować aktywnej postawy. Idzie więc do domu łobuza, by naprawić sprawę. Okazuje się jednak, że dzieciak nie bez powodu jest agresywny, bo w domu sam jest ofiarą. I to kolejne rzadkie zjawisko: mimo luźnej formy i zmian tonacji z wesołej na mollową, w zasadzie każda historia ma tutaj jakiś ciekawy morał. Zazwyczaj jest on taki, że w życiu nie jest prosto i łatwo, każdy ma ciężko na swój sposób i w zasadzie nie wiadomo co z tym zrobić. Wszechświat przecież i tak ma swoje prawa i jego też nic za bardzo nie obchodzi.

Louie wie, że mało co jest tak zabawne, jak porządny pogrzeb 

I kiedy mówimy o morale, być może dojdziemy do tego powodu, dla którego Louie podoba się tak wielu osobom, chociaż przecież wykazaliśmy, iż nie sięga po popularne praktyki. Nie każdy może pękać ze śmiechu, ale każdy przeciętny człowiek może się z Louiem zgadzać. Facet zwyczajnie wydaje się uczciwie przedstawiać każdą sprawę. Wszechświat jest obojętny - czemu miałbym nie opowiadać żartów o Holocauście? Czemu kto inny miałby nie wybrać dokładnie takiego życia, jakie ma możliwość, skoro i tak wszędzie tyle przeszkód? Czemu miałbym mu na to nie pozwolić? W swoich standupach Szekely uwielbia usprawiedliwać różnorakich zbrodniarzy, co oczywiście można mu poczytać za oburzający nihilizm - ale to raczej manifestacja skromności i niechęci do ustawiania wiecznych, obiektywnych wartości. Nie ma w tym kolesiu żadnych pretensji, żeby słuchacza do czegoś przekonać, żeby nakazywać. W scenkach widzimy ludzi w zachowaniach altruistycznych i zupełnie egoistycznych, bywa miło albo niemiło, niektóre interakcje się udają, inne nie - ale ostatecznie każdy wybierze swoją ocenę. Nie jestem dobrą osobą, bo lepiej i wygodniej być niedobrą - mówi Louie i nie mówi tego z dumą, ale też bez wielkiego wstydu. To nie jest deklaracja, jeno trafna obserwacja. Za to się ludzi lubi - kiedy potrafią ocenić samego siebie tą samą miarą, co innych. Dzieci z Afryki mają dużo gorzej, niż my. Nie pomagacie im? Ja też nie. Pewnie dlatego Louie jest tak sympatyczny: ma jedną miarę. Jeśli podczas scenki zapowiadającej się na typowy żart z repertuaru nagle ktoś zacznie płakać - to zwykła uczciwość. Tak przecież jest, że gdy jeden się śmieje, inny cierpi. A ta utytłana w błocie niskich żartów świnia, Louie, przynajmniej jest dla nas w każdej z tych sytuacji wyrozumiała. W tych seriach krótkich scenek jakimś cudem udaje się mu nie wycinać z życia fragmentów, nie oprawiać ich w ciasną ramkę. Widzę tu satysfakcję przeciętnego człowieka z przetrwania, jak w Rockym - może nie dostaniesz typowego happy endu (bo czymże miałby w realu być taki happy end? Zawsze coś będzie nie tak), ale jakoś dajesz sobie radę, a przecież to nie tak, że komuś na twoim sukcesie zależało.

Tym razem Louie nie wybrał aktywnej postawy 

Można długo chwalić Louiego w ten znany z pism sposób: wymieniając, czym nie jest, w jakie pułapki nie wpada, czego unika i na co jest lekarstwem... Owszem, jest lekarstwem na przeciętne popularne sitcomy; wybielone, przyklaskujące same sobie i swojej grupie docelowej, sypiące żartami z manufaktury. Ale to nie jest jakaś wyrafinowana, artystyczna dysputa: to jeden facet robiący to, co zawsze chciał. Trudno mi wskazać inną produkcję TV, która byłaby w takim stopniu autorska: Louis C.K. wszystko sam pisze, reżyseruje, cały czas jest przed kamerą, do niedawna był też samotnym montażystą, aż zaczęła mu pomagać Susan E. Morse, dawna współpracowniczka Woody'ego Allena. Sam Louis zagrał w nowym filmie Allena, co pewnie zwiększy jego rozpoznawalność w Polsce. W Stanach już teraz został obwołany czymś na kształt nowego Mesjasza, ikony naszych trudnych czasów, usobieniem współczesnego kryzysu męskości i wiele innych... Ostatnio dostał nawet pierwszą samodzielną Emmy - za scenariusz odcinka, którego kulminacyjnym momentem jest ciągnące się krępująco długo pierdnięcie. Znak czasów, co nie? W każdym razie, wydaje się, że jeśli Louie nie zmieni pokolenia, to na pewno zmieni stacje TV, które będą teraz częściej próbować takich autorskich projektów. Przykładem jest chociażby równie wielka kontrola Leny Dunham nad jej serialem dla HBO, Girls (który wielokrotnie wydaje się taką wersją Louiego dla rozpuszczonych bachorów). Louie jest tutaj, jest teraz, jest o nas, jest dla każdego. Paradoksalnie, nie da się lepiej opisać jego wyjątkowości niż tak, że jest to serial po prostu idealnie adekwatny do sytuacji. Nareszcie.

piątek, 28 września 2012

Porządne kino biograficzne, podręcznikowa robota. Można jednak zadać pytanie, czy podręcznik jest najlepszym źródłem inspiracji do opowieści o wrażliwym artyście z nurtu kontestującego system.

Samobójstwo na co dzień nie tworzy zgrabnej pary z kinem popularnym, gdyż widownia zazwyczaj lubi dostać ostateczne zakończenie i jasne wnioski, albo chociaż nadzieję na sequel. Tymczasem żaden z przyjętych powszechnie w Europie systemów logiki i moralności ciągle nie znajduje miejsca dla decyzji o zakończeniu swego życia, absurdalnej w świetle szerzej akceptowanego stwierdzenia, że z życiem jak z pizzą - lepiej mieć kiepskie niż nie mieć w ogóle. Rozmawiając ze znajomymi, zazwyczaj usłyszycie te same bezradne stwierdzenia: jego życie nie było jakoś wyjątkowo złe... zawsze był w nim jakiś smutek, ale kto by pomyślał, że aż tak... niby miał ludzi dokoła... Tłumaczanie blade i nieprzekonujące, bo wszystko wskazuje na to, że niektórzy po prostu się urodzili z tendencjami i niewiele z tym nie zrobisz. "Tak się stało", można powiedzieć, i trudno dodać coś więcej - powstaje zaskakująca pustka znaczeń, która moim zdaniem odbija się dość mocno na artystycznych szansach Jesteś Bogiem. Skok z okna 22-letniego Magika rzuca cień przysłaniający cały film Leszka Dawida. Siła oddziaływania i nieunikność tego momentu nie pozwalają patrzeć na poprzedzającą go historię nie szukając wyjaśnień, zapowiedzi, sensów. Być może nie dało się tego uniknąć, natomiast twórcy zdecydowanie podjęli decyzję, by nie spełniać tych oczekiwań i film nie skupia się wyłącznie na jednym bohaterze. Na szczęście czy nieszczęście - postać Magika pozostaje do końca gdzieś w tle, zamglona, mamrotliwa, zgarbiona... trudna do przeczytania. Jak wiele ostatnich obrazów biograficznych, Jesteś Bogiem ostatecznie rezygnuje z formy wyraźnego portretu którejkolwiek postaci na rzecz przedstawienia krajobrazu śląskiej szarości przełomu wieków.

Kowalczyk jako Magik ma w sobie sporo magii - niby męta z osiedla, ale chce się go słuchać 

"Jak wiele ostatnich obrazów biograficzych..." - taki równoważnik można by uznać za sponsorujący polską produkcję. Przychodzi wielokrotnie na myśl zarówno jako największy komplement, jak i żal wobec całego przedsięwzięcia. Pomijając oczywisty brak happy endu, Jesteś Bogiem pełną łyżką czerpie z innych filmów o znanych kapelach, zręcznie wpasowując kawałeczki autentycznych historii w sprawdzone foremki biopiców. Dostajemy otwarcie in medias res pokazujące największy koncert kapeli, oślepiające światła sceny i zakulisowy chaos. Potem początek historii, czyli dynamicznie zmontowana ekspozycja, przedstawiająca każdą z postaci w codziennym środowisku. Mało która scena w tym dynamicznym otwarciu rozgrywa się bez odpowiedniego wstępu i zwieńczenia dźwiękowego. Potem tempo trochę się stabilizuje, ale reżyser nadal znajduje sposób, by muzyka była przez cały czas na pierwszym planie akcji, nie jedynie tłem. W równych odstępach dostajemy też jednak okresy ciszy i codziennego banału. Twórcy zadbali, by nikt na projekcji się nie nudził, wyważając odpowiednio proporcje każdego z ludycznych składników. Nie można powiedzieć, by film przez dłuższy czas był pozbawiony humoru ani też zbyt beztroski, zbyt młodzieżowy albo sztywny, z równą dbałością dozowane są też prywatne i społeczne aspekty całej historii. Dostajemy wszystkiego po trochu. Fabuła wydaje się bardziej inspirowana podręcznikami scenopisarstwa, niż zdarzeniami faktycznymi, docierając po kolei do klasycznych punktów obowiązkowych w tego typu filmie. Niezręczne początki, gdy członkowie składu się poznają, potem wzajemne zauroczenie swoim talentem, idea i chęć zaczynają walczyć z praktycznymi trudnościami. Nie zabraknie sceny, gdy dochodzi do kłótni i każdy idzie w swoją stronę (oczywiście walcząc z chęcią obrócenia się i powrotu), kamera nie przegapi też momentu, w którym członkowie Paktofoniki po raz pierwszy usłyszą swój kawałek w radiu... Wyliczać można długo. Przepis nie jest nowy, ale potrzeba do niego dobrych składników. Te w Jesteś Bogiem bez wątpienia nie zawodzą: zwłaszcza cała trójka aktorów w głównych rolach sprawuje się fantastycznie. Introwertyczny Marcin Kowalczyk, przestraszony Dawid Ogrodnik, opanowany Tomasz Schuchardt - każdy z nich momentalnie potrafi wycisnąć z widza emocje i sprawić, że przejmujemy się jego postacią. Rap też im wychodzi.

Kaptury, słuchawki i papierosy ścielą się gęsto 

Czy Polska w Jesteś Bogiem została ukazana równie zgrabnie, co sami członkowie Paktofoniki - wiarygodnie i przejmująco mimo dodatku make-upu? W tej kwestii nie dałem się do końca wciągnąć w proponowany tu obraz. Przyznać trzeba, że pod względem formalnym twórcom nie da się wiele zarzucić. Uśmiech przywołują na twarz kolejne pojawiające się tu rekwizyty - słuchawki, walkmany, bluzy, rozklekotane auta i ceglaste komórki... Jak na mój gust, zbyt mocno twórcy oparli się na sile efektu ulgi, tak często nadużywanego w filmach o nieodległej przeszłości. Uff, na szczęście nie żyję w tak dzikim kraju - chyba taką myśl próbuje wywołać film u większości widzów. Patologia i przekręty czają się na każdym kroku, ci mniej szczęśliwi są wykorzystywani bez skrupułów. Rozbieżnie z faktami, Dawid przedstawia Paktofonikę jako kilku anonimowych wręcz kolesi, zaczynających zupełnie od zera - mimo regularnych objawów popularności Magika, grupa ma ciągłe trudności ze zdobyciem wydawcy czy czasu nagraniowego. Ta decyzja najlepiej pokazuje kierunek podejścia, jakim cechuje się całe Jesteś Bogiem - to film o problemach finansowych młodych Polaków. Mechanizm pieniężny stał się tutaj główną osią akcji, co ma bardzo ważny skutek: otóż w niewielu scenach muzyka jawi się - jak by można podejrzewać - jako ucieczka od nijakości, cel sam w sobie. W miarę rozwoju narracji coraz częściej hip-hop jawi się wręcz jako przykra konieczność; koncerty i nagrania to po prostu okazja do potrzebnego zarobku, którą trzeba szybko załatwić, choć lepiej byłoby poświęcić czas na rodzinę... Z kina wychodzi się z wrażeniem, że duszę Magika podłamały w największej mierze właśnie braki w portfelu, bo inne możliwe powody zostają potraktowane po macoszemu. Niby sporo miejsca poświęcono jego małżeństwu, ale to wątek idący na poważne skróty, ostatecznie nieprzekonujący. Powody, które w przypadku samobjóstwa jako pierwsze przychodzą na myśl - zaburzenia psychiczne, samotność - również pojawiają się ledwie kilka razy i brakuje im zarówno podstaw, jak i konsekwencji. Szukając wytłumaczenia tylko na podstawie filmu, chyba trudno byłoby więc dojść do innego wniosku, niż ten, iż główną przyczyną jest właśnie nędza życia polskiej klasy niższej.

Nie byłoby wiarygodnego obrazu polskiej prowincji bez Arkadiusza Jakubika 

Ciągle wracam do pytania: dlaczego ta śmierć?, bo myślę, że w tych poszukiwaniach tkwi klucz do tego, co konkretnie chce nam powiedzieć Jesteś Bogiem. Szukałem - i nie znalazłem tak wiele, jak bym chciał. To dobrze zrealizowany, pięknie przez aktorów zagrany biopic, regularnie dostarczający nostalgicznych treści. Poważniejszych wniosków jednakże brak. W zeszłym roku kulturę bloków obserwowaliśmy w kinach w Made in Poland Wojcieszka i wielce żałuję, że tutaj twórcy nie odważyli się na podobnego typu zerwanie ze schematami atrakcyjnej historii, by spróbować zrozumieć to miejsce i tych ludzi. W świetle wypowiedzi poszczególnych przedstawionych w filmie postaci, trudno też przypisać mu wielką wartość dokumentalną, co moim zdaniem nie pozwala go sklasyfikować jako zwykły hołd, świadectwo tego, czym była Paktofonika i co uczyniło ją wyjątkową na tle - przecież bardzo już wtedy popularnego - polskiego hip-hopu. Dostaliśmy produkt porządny, wyszlifowany z każdej strony, który raczej nikogo zawieść nie powinien, ale i trudno mi powiedzieć, kogo miałby zachwycić.

piątek, 27 lipca 2012

Chris Nolan wieńcząc trylogię rozpętał burzę na wielką skalę. Dzieje się dużo i głośno - trudno nie być pod wrażeniem. Jest emocjonująco, nawet jeśli nie do końca przekonująco.

Podgatunek kina o superbohaterach dominuje w rankingach oglądalności, ale chyba nie ma sensu, by filmy Christophera Nolana usilnie stawiać na tle Marvelowskich opowieści płaszcza, szpady i kopniaka. Artystyczne podejście do człowieka-nietoperza zobaczyliśmy już u Tima Burtona, który dał nam dwie piękne produkcje klasy B. Nolan z kolei jako chyba pierwszy na poważnie zadał widzowi pytanie, jaką rację bytu ma "jednostka ponad jednostki" w naszym, realnym świecie. Nie unikał też ukazywania odpowiedzi sugerujących, że nawet najlepsza supermoc na świecie - ogromne pieniądze - łatwo rozbije się o moralne i psychiczne ograniczenia, które są nieodłącznie związane z naszym człowieczeństwem. Stojący u podstaw komiksowej falangi mit jednostki z łatwością przekraczającej system był przez Nolana namiętnie kwestionowany, a widzowie oglądali to z fascynacją, wierząc lub wątpiąc w triumf żelaznej sprawiedliwości. Oczywiście, odpowiedzi na pytania Nolana nie były ostateczne. I nie były przewidywalne, bo wyjątkowość Mrocznego Rycerza pozwalała wierzyć, że akurat ten kinowy tryptyk nie musi ograniczyć się jedynie do dostarczenia trzykrotnej porcji głównego dania. A że Mroczny Rycerz powstaje również jako sequel jest dość nietypowy - bo pozbawiony najbardziej ekscytującego elementu poprzednika - to oczekiwania tłumów przez te cztery lata podtrzymywać musiało głównie pytanie: czym tym razem Nolan nas zaskoczy? I to jeszcze jedno świadectwo wyjątkowości brytyjsko-amerykańskiego reżysera. W czasach, w których kinowe zaskoczenie zepchnięto do getta dla "koneserów" lubiących oglądać faceta idącego przez las, a klienci multipleksów oczekują "dobrej zabawy, a nie jakiejś sztuki", Nolan jako jedyny potrafił przekonać znaczącą statystycznie ilość osób, że potrafi ich zadziwić. Czy zakończenie przebojowej serii faktycznie zadziwia?

Step Up 4: Tango przebierańców - prawdopodobnie już ktoś w studiu na to wpadł

Troszeczkę. Postać Batmana, jak już wiecie z poprzednich filmów, jest nienaruszalną skałą, toteż ton poszczególnym odsłonom nadawały przede wszystkim kolejne kosy, jakie w nią uderzały. Scarecrow i Joker byli twarzami dla ogólnie pojętych strachu i chaosu, z którymi mierzył się czołowy obrońca Gotham. Teraz natomiast sprawa jest mniej oczywista. Bane jest ciężki, brutalny i daje wiele pretekstów do politycznej intepretacji swoich motywów - zupełnie jak cała fabuła "trzeciego Batmana". Podobnie jak inni źli z serii, Bane chce oczywiście zburzyć ustalony porządek i jeśli cel jego poczynań nie wyróżnia go z tłumu watażków, musi to robić jego styl. Protezowa maska pozwala Tomowi Hardy'ego pograć dość sporo twarzą i zadziwiająco entuzjastycznym głosem (to jak jego rola w Bronsonie, tyle że bez wąsa), ale najwięcej do gadania ma jego rozmiar. W Incepcji Hardy prosił Josepha Gordona-Levitta: dream bigger, a teraz obaj biorą udział w trzygodzinnym spektaklu, któremu wielkoformatowych ambicji nie sposób odmówić. Rozmachem powala już pierwsza scena filmu, demonstrująca szalony modus operandi Bane'a, a kolejne też bynajmniej nie spadają poniżej poziomu, do którego przyzwyczaił nas Nolan ze swą ekipą. Ale Nolan przyzwyczaił nas chyba nie tylko do wielkiego show, ale przede wszystkim do swojej biegłości w podsuwaniu widzom marchewki przed nos - w podstępach, zmyłkach i ułudach. W ten sposób najlepiej udawało mu się osiągnąć wieloznaczność poprzednich filmów. Tutaj zaś mniej jest pomysłowych wymyków, a więcej - uderzeń żelaznej pięści banału. Bane ma w sobie trochę z tradycyjnego "geniuszu zła", ale gdy tak często przedstawiony jest jako pewien symbol społeczny (wściekłość mas na ucisk bogatych), człowiek automatycznie spodziewa się większej dawki realizmu. Tymczasem kolejne zbrodnicze plany Bane'a wcale nie są ukazane staranniej, niż Jokera - przeciwnie, jeszcze częściej uderzają dziwacznymi zachowaniami ludzi i ogólnym brakiem logiki. Momentami doprawdy dzieją się cuda, a przecież już prawie uwierzyliśmy Nolanowi, że w tym świecie cudów nie ma. Poszczególne sceny i tak wciągają, ale historia wyglądająca tak realistycznie powinna być bardziej wiarygodna, żeby widz nie miał wrażenia zgrzytu.

Chociaż można tańczyć w milszym towarzystwie

O Bane'ie i generalnie wrogach Batmana można by długo, ale cała sprawa okazuje się na tyle przewrotna, że trudno w jednym zdaniu podsumować motyw całego filmu. Film ani przez moment nie pozwala nam zapomnieć, że Bane jest bardzo zły i chce zniszczyć Gotham, co sprawia, że wątki polityczne pachną tendencyjnie. Nolan osobiście odżegnuje się od wszelkich analogii, mówiąc, że szuka po prostu historii, które będą straszyć publiczność, ale tym ciekawiej śledzi się, co konkretnie uznał za największy koszmar Ameryki. Ostatnio (czy nie zawsze?) mamy na świecie sporo dyskusji o tym, czy system nie faworyzuje złych ludzi i jak to zmienić, toteż gdy w zawiązaniu akcji sekciarski ruch Bane'a atakuje Wall Street, a losowo dobrany bankier tłumaczy żarliwie: to są pieniądze nas wszystkich!, trudno nie zastanawiać się, jak właściwie Nolan widzi dzisiejszy Nowy Jork. W filmie jest naprawdę bardzo wiele zdarzeń i dialogów odnoszących się do realnych problemów zachodniego świata i wydaje mi się, że twórcy powinni dużo ostrożniej rzucać dużymi kwestiami w tym względzie. Nie rozpisując się, główny wniosek podsumujmy tak: Gotham upada, bo system jest słaby, w policji i wśród elit zawsze znajdą się zdrajcy, a zło to wykorzysta. Gdzie szukać nadziei? Ano w Batmanie, który zawsze wie, co dobre i niczym Gwiazda Polarna wskazuje nam drogę. Ewentualnie w innych silnych jednostkach, którym nieskażone serce kazało porzucić system i działać na własną rękę. Mroczny Rycerz powstaje okazuje się więc kolejnym komiksowym filmem mocno popierającym indywidualizm, co jednak z racji na realistyczną konwencję wywołuje sporo wątpliwości. Z ciekawości sprawdziłem w Google, czy tydzień po premierze w Stanach sporo osób zdążyło już nazwać film faszystowskim i faktycznie - sporo (tego typu dyskusje będą pewnie dziedzictwem filmu o najdłuższej żywotności). Kwestie społeczne są tu dla mnie o tyle kluczowe, że na nich opiera się skuteczność przekazu. Kiedy Nolan pokazuje bogaty zbiór policjantów i złodziei, z których każdy ma w duszy nieco empatii i nieco mroku - ja to kupuję. Gdy jednak dochodzi do zwieńczenia historii i sytuacja robi się bardziej czarno-biała, trzeba na wszystko przymykać oko. Nie znajdziecie tu sceny tak rewelacyjnej jak przesłuchanie, podczas którego Joker krzyczał: Nie masz czym mi grozić! Cała ta twoja siła na nic! Tutaj nie ma tego typu dylematów: Batman może wszystkim zagrozić i jego siła ze wszystkim sobie radę da. A przecież jest już stary i zmęczony. Logiczne wrażenie powstaje więc takie: zagrożenie jest tu dużo mniejsze, niż w poprzedniej części.

Anne Hath a way to make me smile

Jeśli jednak film ogląda się doskonale, to jest ewidentne, że wszelkie wątpliwości zostały stłamszone ogromem widowiska. Jeśli nawet żaden wątek "trzeciego Batmana" nie bierze widza z zaskoczenia, to ich zmasowany atak jest rozbrajający. Mroczny... swobodnie - zazwyczaj tylko z paroma sekundami retrospekcji - przywraca do gry wątki z poprzednich części, wprowadzając też sporo nowych. Starzy znajomi jak Alfred, Fox i komisarz Gordon nie odgrywają tu większej roli niż policjant-idealista Gordon-Levitt, biznesmenka Marion Cotillard czy włamywaczka Anne Hathaway. Wszystkie te postaci od pierwszych scen się ze sobą zderzają, co jest jedyną metodą, by je "zmieścić". Przez dłuższy czas nie wiemy do końca, kim są ci nowi gracze i dokąd zmierzają, co czyni ich obecność bardzo ekscytującą. Mimo wszystko, niektórzy pewnie zatęsknią za większymi rolami dla Morgana Freemana czy Michaela Caine'a - ich spojrzenie starca-mędrca widać nie pasowałyby do pędzącego na złamanie karku tempa. Hathaway zdecydowanie kradnie show jako, powiedzmy, kobieta-kot. Co nie dziwi, bo taka rola to marzenie: kobieta piękna, odpicowana, bystra i zręczna w każdym fachu - taki damski Batman, tyle że jeszcze mówi wyraźnie. Żeby podbić publiczność, wystarczy tylko dobrze wyglądać w czerni i mieć, no wiecie, "te ruchy". Hathaway bez wątpienia ma "te ruchy" i nawet w szpilkach na pół metra zarówno spaceruje, jak i wymierza kopniaki z efektowną gracją. Wyczekuje się jej obecności na ekranie także dlatego, że w tym ponurym świecie stanowi jedyną oazę poczucia humoru. To już kolejna po Incepcji superprodukcja za mocno przywiązana do ciężkich, poważnych słów i może Nolanowi - jak innym modnym reżyserom jego pokolenia (Fincher, Arronofsky) - dobrze by zrobiło, gdyby trochę wyluzował. Film widocznie unika wywoływania zbyt skrajnych widoków i emocji, toteż więcej polotu i rześkości niczego by nie zrujnowało.

Buty: H&M, 199 zł. Kurtka: Esprit, 299 zł. Maska: własność modela.

Mój główny problem z Mrocznym... nie tkwi w tym, że poziom jego wykonania nie robi na mnie dużego wrażenia. Robi. Główny problem jest taki, że nie da się tego filmu traktować poważnie, co zrujnowało moje wyrażone w pierwszym akapicie nadzieje. Ani akcja, ani przekaz tego pogrążonego w chaosie filmu nie będą się trzymać kupy, jeśli nie zapomnimy o wszystkim, co przypisywaliśmy Nolanowi i nie uznamy, że to jednak, tylko i aż, kolejny film o superbohaterach - mitycznych postaciach, które dają nam nadzieję na spełnienie tkwiącego w ludzkiej duszy dobra. To właśnie uczucie nadziei jest elementem, który zlepia w sensowną całość różnorakie wątki tego widowiska. Nadzieja nie jest do końca racjonalna i według Nolana, nawet nie powinna być. Nic nie boli tak, jak zawiedzione nadzieje, a świat - tak jak trzecie części filmowych trylogii - zazwyczaj je zawodzi; ale z drugiej strony, jeśli wyzbędziemy się naszych głupich nadziei, to jak mamy się zmusić, żeby dalej ciągnąć ten wózek? W tym sensie Nolanowi także w swojej ostatniej produkcji o Batmanie udało się jednocześnie zaspokoić publiczność i zagrać jej na nosie. Mroczny Rycerz powstaje tak dla każdego bohatera, jak dla widza jest bezczelną zabawą z kolejnymi nadziejami, które z każdym zwrotem akcji umierają i odradzają się. Widz zostaje wręcz sterroryzowany, żeby przejmować się i wzruszać wydarzeniami na ekranie. Nadzieja w tym filmie umiera wiele razy. Ale przecież bohaterowie nigdy nie umierają.

sobota, 21 lipca 2012

Wysokobudżetowa, wyczekiwana produkcja została przez HBO obkuta w złote podkowy, ale ktoś na górze zapomniał o czterolistnej koniczynce. Pech przedwczesnego zakończenia nie zmienia faktu, że dostaliśmy kawał ciepłego, intensywnego kina.

Pisanie o Luck jest w zupełnie innej grupie ryzyka, niż pisanie o Mad Men. To dość prosta historia, i historia tej historii też jest dość prosta. Zbytecznym zuchwalstwem byłoby szukanie interpretacji innej niż ta, jaka sama się pisze. Nie wypada zacząć inaczej jak od prestiżowego rodowodu serialu, którego HBO wyglądało chyba jako swojego nowego złotego dziecka. Jak nie raz opisywano, złota era stacji (i sztuki serialowej w ogóle) kojarzona jest zazwyczaj z jej trzema produkcjami rozpoczętymi na przełomie wieków. Te produkcje minęły - minęła era. Wzgardziwszy dwoma najlepszymi nowymi serialami, HBO postanowiło zrobić sobie dzieci z "wielką trójką" sprzed lat. Tak więc "dziedzictwo" Rodziny Soprano trwa w pewien sposób w Zakazanym imperium, które pokazuje ciemną stronę Jersey i przyciąga miliony widzów. Twórca The Wire David Simon kreśli nowy wielotomowy portret miasta w Treme, którego nikt nie ogląda, bo nikogo nie obchodzi codzienne życie biednych czarnych ludzi. Od tego roku zaś miał do nich dołączyć nowy projekt Davida Milcha, mimo że kultowy scenarzysta od czasu odwołania Deadwood tylko umocnił swoją reputację enfant terrible HBO. Jego chaotyczny John z Cincinnati został wstrzymany po jednym sezonie, a (podobno niezwykle intrygujący) Last of the Ninth - po jednym odcinku. Na chłopski rozum wydawało się, że Milch nie dostanie czwartej szansy. Ktoś w zarządzie miał chyba jednak dobry dzień i rzucił sporo kasy na dzieło życia Milcha, który od dziecka nazywa tor wyścigów konnych swoim drugim domem, a serial rozgrywający się na Santa Anita obmyślał od ćwierć wieku. HBO krzyknęło wreszcie: zrób serial o wyścigach, zrób go na Santa Anita, zrób z nami co chcesz.

Jak to bywa z kręconymi cyfrowo filmami, wszystko jest dość... żółte

W Luck zaangażowano wiele nazwisk na tyle dużych, by można je było wrzucać na nagłówki nawet w pismach średnio zainteresowanych. Współproducentem serialu był Michael Mann, a duże role dostali Dustin Hoffman i Nick Nolte. Zwłaszcza udział Manna nie może zostać zlekceważonym, ponieważ reżysera Gorączki można spokojnie nazwać drugim równorzędnym autorem Luck. Wypracowano kompromis: Milch zajął się stroną pisarską, a Mann - wykonaniem. Produkcja stawała, jeśli Milch potrzebował czasu na scenariusz (tylko w HBO!), ale gdy już go dostarczył Mannowi - koniec z poprawkami. Efekt finalny jest taki, że Luck celniej jest może nazwać nowym (i jednym z najlepszych) filmem Manna, niż dziełem w stylu Deadwood, które było dużo bardziej "gadane". Milch nadal pisze szalone, hermetyczne dialogi, ale gdy jest ich dużo mniej - paradoksalnie, stają się mniej przystępne i atrakcyjne. Widz nie ma bowiem tyle okazji, by przyzwyczaić się do sposobu mówienia każdej z postaci. Jedna z nich, przykładowo, celowo mówi z latynoskim akcentem, i im bardziej obawia się zażyłości z rozmówcą - tym mocniejszy akcent. Inna nigdy nie miała przyjaciela i nie bierze pod uwagę możliwości, by ktoś czerpał radość z samej interkacji... Tego typu rzeczy znajdują swoją ekspresję wprost w Milchowskim języku - tradycyjnie pięknym, literackim i dość wymagającym (nota bene, to chyba pierwszy serial, w którym składnia zabija człowieka). Dla wielu osób te wymagania będą jednak kulą u nogi, skoro zapoznanie się z leksykonem każdego aktora na Santa Anita zajmie mu cztery odcinki, a cały serial ma ich dziewięć. Najtrudniej jest chyba pogodzić się z tym, że w swój dziwny sposób, każda z postaci mówi dość proste rzeczy. W każdym razie - warto. Podobnie jak w Deadwood, głównym motywem jest tutaj siła lokalnej społeczności i momenty wspólnie wypracowanego triumfu są o tyle bardziej satysfakcjonujące, że serial wiernie oddaje trud związany z poznaniem i zrozumieniem drugiej osoby.

Dziki zachód

W sztuce serialowej minęła niejedna era od czasu, gdy zajmował się nią Michael Mann. Zapomniany fakt: w 2002 r. produkował jednosezonowiec Wydział kryminalny, ale umówmy się, że to nie był przebój na miarę Policjantów z Miami. Kinowy film z Jamie'em Foxxem i Colinem Farrellem zebrał niemało negatywnych opinii, ale według mnie był współczesnym dowodem, że Mann jest najlepszy wtedy, gdy porzuca przywiązanie do fabuły i "opowiada" głównie swoim stylem - jakże charakterystycznym w zamiłowaniu do fajerwerków, gęstej przestrzeni cyfrowo przesączonych kolorów i nachalnej audiosfery. Luck jest nakrecony w sposób równie intensywny, momentami odbiegający zupełnie od scenariusza. Rozgadany Milch i efekciarski Mann wydają się trudni do pogodzenia i trzeba przyznać, że nie wszystko wypada tu w pełni naturalnie, ale jeden efekt na pewno został w kooperacji osiągnięty - widz bardzo szybko wtapia się w zamkniętą społeczność Santa Anita i udziela mu się maniakalny, sakralny wręcz stosunek bohaterów do ich miejsca. Mann nie boi się machać kamerą, przeplatać dalekich planów z dużymi zbliżeniami na twarze postaci, które zazwyczaj wydają się trwać w jakimś transie. Spojrzenie pisarza i spojrzenie kamery wydają się kompletne, przyglądają się całemu spektrum wydarzeń na torze bardzo wnikliwie. Rozkojarzony montaż i dużo nowoczesnej, nastrojowej muzyki (sample post-rockowe czy trip-hopowe) przywołują skojarzenia z jakże wspaniałym Friday Night Lights, choć oczywiście insenizacja jest dużo bardziej wystawna. Nawet jeśli uznacie, że nie jest to najlżejszy dla oka styl, wszystko mogą wynagrodzić sceny kulminacyjne, czyli oczywiście gonitwy koni - chyba najlepsze, jakie nakręcono. W dziewięciu odcinkach jest więcej niż dziewięć wyścigów i każdy z nich jest nieco inny, ale tak samo podnoszący z siedzenia. Większość z nich to kilka minut teledysku na kolosalną skalę - od przygotowań do nagrodzenia zwycięzcy obserwujemy tysiąc detali, które dzieją się jednocześnie. Ostatni odcinek przynosi gonitwę finałową, w czasie której czas wydaje się niemal stać w miejscu - konie biegną w skrajnie spowolnionym tempie, byśmy mogli nacieszyć oczy każdym ruchem galopu, każdym machnięciem bata, każdym napiętym spojrzeniem z trybun, klepnięciem po ramieniu, obgryzionym z nerwów paznokciem.

Mann nie przegapiłby żadnej okazji do ujęcia z takim oświetleniem

Najwięcej uwagi mediów spłynęło chyba na rolę Dustina Hoffmana, aczkolwiek jego udział nie wydaje mi się specjalnie znaczący. Nie chodzi tylko o to, że jego występ nie jest zbyt spektakularny (szeryf Bullock to przy nim wulkan ekspresji) - przede wszystkim jego wątek w niewielkim stopniu zazębia się z pozostałymi. Obserwowanie społeczności wokół Santa Anita - typujących, trenerów, lekarzy, dżokejów - wciąga, a tutaj raz na jakiś czas pojawia się Dustin Hoffman i w odległych przeszklonych salonach umawia jakieś szemrane biznesy. Jak przystało na gangstera zwolnionego warunkowo, minę ma tęgą i ogranicza się do niewielkich gestów, ale... za mało mamy powodów, żeby się nimi przejmować. Wątek zemsty na tych, którzy wysłali go do paki, stara się wyglądać na groźniejszy, niż faktycznie jest - zupełnie jak Hoffman. Widać, że było to rozszerzenie pola z myślą o kolejnych sezonach, ale tych nie będzie i zostaniemy na zawsze z Hoffmanem stojącym z boku, nieekscytującym. Drugą gwiazdą w obsadzie jest Nick Nolte (nie zgadniecie - gra zniszczonego życiem i piciem dziada), który także przez większość czasu pozostaje na marginesie. Jego najczęstszym partnerem do rozmów jest jego ukochany koń. Serial bez wątpienia lśni pełnym blaskiem wtedy, gdy dochodzi do interakcji wszystkich tych "drugoplanowych" postaci odgrywanych przez nowych aktorów - czy stawiają, czy startują, każdy wyścig stanowi dla nich ryzyko i nadzieję na nadejście lepszego życia. Ponieważ są w branży od jakiegoś czasu, mają za sobą już wiele porażek, których piętno jest widoczne, ale akcja serialu jest dla nich zazwyczaj dość łaskawa - powtarzalnym motywem jest tu pewne zdziwienie z faktu, że oto coś nam się w życiu udało i odnieśliśmy mniejszy lub większy sukces. Nawet taki jak poderwanie Weroniki Rosati, której znaczenie w serialu można by najkrócej zanalizować jako "jest ładna".

W serialu występują też ludzie

Do porażki i do sukcesu nie ma jednak co się przywiązywać, bo już za chwilę kolejne rozdanie, które może wszystko zmienić - w Luck pesymizm i optymizm są nieodłącznymi towarzyszami każdej sceny. Tak, to kolejny serial o nieodgadnionych regułach miotających ludzkim życiem, bardziej chyba wierzący w Boga Figlarza Los, niż przeznaczenie. To jeden z wielu powodów, dla których serial wydaje się zadziwiająco przygotowany na przedwczesne zakończenie z powodu zwykłego wypadku (jeśli ostatni odcinek reżyseruje Mimi Leder, najbardziej znana z Dnia zagłady...). W trakcie kręcenia drugiego sezonu jeden z koni, odprowadzany po dniu zdjęć do stajni, zrobił to, co podobno konie robią dość często - odchylił się i stracił równowagę. Upadł, trafił głową w coś twardego, zaczęła lecieć krew... To była trzecia śmierć konia na planie i HBO postanowiło zakończyć produkcję, której do tej pory tak broniło mimo średniej oglądalności (nie kierujcie się tą z pierwszej emisji - dzisiaj seriale żyją dużo dłużej). Luck to serial skupiony na detalach, który zawsze był przedsięwzięciem dużej nadziei i dużego ryzyka. Być może zostanie zapamiętany jako klęska - po serii premierowych wywiadów z Hoffmanem szum medialny błyskawicznie ucichł, a produkcja wydająca się lepem na Emmy nie dostała ani jednej nominacji (Downton Abbey dostało szesnaście...). Ciekawe jest to, że o ile nieplanowane zakończenie Deadwood było zadziwiająco ponure, tak Luck kończy się raczej spokojnymi, optymistycznymi momentami. Zawsze będzie szkoda, że nie poszło to dalej, ale kto wie, może los napisał lepsze zakończenie, niż pisarz byłby w stanie wymyślić. W każdym razie HBO stwierdziło, że jest chętne do dalszej współpracy z oboma twórcami, a Milch (pracujący nad telewizyjną adaptacją dzieł Faulknera) w wywiadach mówi: następne rozdanie! Z perspektywy widza - to ostatnie nie było najgorsze.

sobota, 07 lipca 2012
Oceny filmów emitowanych w 2012 roku.
piątek, 06 lipca 2012

W swoim piątym sezonie Mad Men ustanowił się już bez dwóch zdań jako współczesna konkurencja dla The Wire. Nie tylko pod wzlędem poziomu, ale przede wszystkim - przeciwważnej wizji świata i człowieka, pogrążonych w dezintegracji i bez szans na rzeczywistą więź.

Uznałem, że warto powrócić do kultywowanego parę lat temu cyklu o serialach. Powodów jest parę, ale oczywiście trudno byłoby znaleźć lepszy niż to, że ciągle emitowany jest Mad Men. I ciągle jest jak chłopiec wymachujący flagą przed paradą, a na fladze tej - wypisany przekaz, że kinofilom (czy w ogóle osobom interesującym się sztuką) nie wypada seriali amerykańskich pomijać. Nie wszystkich. Mad Men jest jednym z dość licznej grupy, o której usłyszycie takie zdania, ale każdy sezon przypomina mi, że nadal pozostaje, moim zdaniem, poza konkurencją. I chociaż nie jest - nawet w Polsce - anonimowy (na Filmwebie jest tylko 8 razy mniej popularny od House'a), zbiera liczne nagrody i jest obiektem artykułów (sam na blogu nieraz się z nim mierzyłem), to utrzymuje się we mnie wrażenie, że serial jest niedoceniany. Dlaczego? Myślę, że głównym powodem jest mglista natura serialu. W przypadku innych przebojów TV zwyczajowy cel jest taki: albo pod koniec odcinka, albo sezonu wszystko "klika" na miejsce. Niektóre seriale wymagają wkręcenia paru śrubek własnoręcznie, inne oferują bezpłatny montaż na miejscu, ale ostatecznie - w odpowiedniej chwili - nasz kupiony na części stolik z Ikei stoi prosto i jest gotowy do obiadu. Mad Men, przy pewnym, "materialnym", sposobie oglądania, nie jest serialem specjalnie "trudnym", ani nawet specjalnie smutnym (nikt tu nie zastaje swojej żony w wannie pełnej krwi), ale na poziomie humanistycznym potrafi wywołać w widzu najbardziej dotkliwy, niemal osobisty niepokój, wynikający z niepewności. Zakończony niedawno piąty sezon był w tej niepewności zanurzony. Postaci co rusz wyglądały przez okna, jakby chcąc odnaleźć drogę naprzód, ale na horyzoncie rysowała się tylko gęsta zawiesina. Czy to mgła? Smog? Podobną konsystencję mają w filmach duchy i również ta intepretacja jest przez treść serialu mocno uzasadniona. Twórcy Mad Men wraz z widzami próbują wejrzeć w ludzką duszę, a ta ciągle nie chce ułożyć się w jakiś pocieszający swoją wyrazistością kształt.

No tak, mamy 1967 i cały Nowy Jork pali trawkę

Jeden z odcinków nosi nawet tytuł Dark Shadows (w odniesieniu do ówczesnego serialu, niedawno zremake'owanego przez Tima Burtona), ale epizod, który zrobił na mnie największe wrażenie, to ten nawiązujący do piosenki Binga Crosby'ego, Far Away Places. Nie wdając się w niepotrzebne streszczenia fabuły, określmy go jako "ten odcinek z LSD". Wiele seriali wypowiada się na temat wpływu jednostki na swój los i Mad Men tutaj nie odstaje: jeśli coś przez te 65 odcinków się nie zmieniło, to fakt, że każdy z bohaterów ciągle próbuje wejść w kontrolę nad swoim życiem i ciągle mu się to nie udaje (idealnym mottem serialu byłoby raczej nie You Can't Always Get What You Want, co You Never Get What You Want). Gęsta mgła żadnej kontroli się nie poddaje. Zawsze był to motyw. Jednak w "odcinku z LSD" Matthew Weiner spróbował dużo dosadniej ukazać, jak życie wymyka się z rąk. Lynchowski niemal montaż wyszedł kapitalnie: ten odcinek robi widzowi mocny trip. Wszystko dzieje się tak szybko, a zarazem jest jakby zatrzymane: to uczucie surrealistyczne, ale pasujące do reszty sezonu, którego narracja była zazwyczaj niewygodnie brutalna. Nowe postaci i nowe wątki nie są już tak cyzelowane, ich kompleksowość nie jest już tak starannie ukazywana. Kolejne wydarzenia następują jak za pstryknięciem palca. Można dojść do wniosku, że bohaterowie przeszli już przez tyle, że ich mózgi przestają absorbować nowe bodźce. Kolejne osoby są szybko przypisywane do odpowiedniej szufladki, a na powracające problemy automatycznie używa się powracających metod, chociaż te nigdy się nie udały. Pewnie mieliście w życiu taki moment, gdy nagle pomyśleliście sobie: "cholera, jestem stary". Człowiek odruchowo robi coś, co robią dzieci, nastolatkowie czy studenci, aż dociera do niego, że przecież już od paru lat to nie jest jego działka. Piąty sezon Mad Men to właśnie ten moment. Każdy z bohaterów mruga oczami i nagle widzi świat, w którym "moje pokolenie" to już inne pokolenie. Ogląda się to tak niepokojąco, bo to z reguły bardzo zdolni ludzie i zazwyczaj skutecznie dążą do osiągnięcia postawionych sobie celów - tylko po to, by zdać sobie sprawę, że przecież cel został osiągnięty. Brak tylko satysfakcji. Coś znowu wymknęło się z rąk.

Peggy w jednym kierunku, pionki w drugim, a Don stoi

Cała ta mgła i brutalizacja mocno podkreśliły psychologiczny charakter Mad Men, który w dużych mediach (zwłaszcza polskich) bywa często pomijany. Łatka "serialu o Ameryce lat 60." nie jest może dyskredytująca, ale nietrafnie spycha Mad Men w stereotyp serialu "o kulturze", "o tym, jacy wtedy byli ludzie", czy jeszcze nietrafniej - w opowieść opierającą swój urok na klasycznym wystroju i atrakcyjnych rekwizytach, na Old Fashioned o 10 rano i pstryknięciach złotych Zippo. W swoim słynnym hejcie (przełożonym na polski w magazynie Książki) Daniel Mendelsohn stwierdza, że popularność serialu wynika z czystej nostalgii za idealnym światem Ameryki "naszych ojców". Nie jest pierwszym, który krytykuje, że przeszłość nie jest oddana "wiernie" (niesamowite, prawda?). Załamuje ręce, nie odnajdując Ajschylejskich tkanek społecznych, jakie ukazywały The Wire czy Sopranos. Zaiste, skomplikowanych moralnie tkanek społecznych w Mad Men możecie nie dojrzeć, ale raczej nie dlatego, by Matthew Weiner (przypomnijmy: jeden z głównych pisarzy Sopranos) zlekceważył ich istnienie. To po prostu nie jest serial o tym. Dość zgrabnie wyrzuciła to Mendelsohnowi m.in. Magda Szcześniak z UW: tam, gdzie chcemy konwersacji z przeszłością, dostaniemy tylko jej zobrazowanie, i chociaż pragniemy mieć dostęp do wnętrza obrazu, nigdy go nie dostaniemy, bo nie tego chce sam obraz. Ująłbym to w skrócie tak - Mad Men jest zupełnie niepowierzchownym serialem o patrzeniu na powierzchowności. Przy oglądaniu "hobbystycznym" może wydawać się opowieścią o wyidealizowanym świecie - bo tak ten świat z zewnątrz wygląda. Bo każdy z bohaterów stara się przedstawić idealną wersję siebie (gdy nie udaje mu się to - "przeskakuje" do innej szufladki). Jednak jak oni, tak i my przed TV przygnębiająco szybko dostrzegamy, że po całym wysiłku włożonym w stworzenie odpowiedniego obrazu siebie, duch pod spodem ciągle pozostaje dziwnie bezkształtny. Postaci szukają wzbogacenia w kontakcie z drugim człowiekiem lub kulturą, ale oni też są zajęci swoim obrazem. Choć więc na pierwszy rzut oka łatwo byłoby zaliczyć Mad Men do seriali "o ludzkim sposobie życia", według mnie jest odwrotnie. Ukazuje on izolację ukazanej subiektywnie jednostki od świata - jego podejście jest z natury psychologiczne.

Jak Avengers, prawda? Jane to Czerwona Wdowa, Cooper - Colonel Sanders, a Sterling - Srebrny Lis

Punktem skupienia tekstu miała w zasadzie być obsesja śmierci, która toczyła piąty sezon Mad Men i treściowo wzmocniła jego brutalny posmak. Jak wiele innych detali, została ona w internecie dość dokładnie omówiona. Wszystko zaczęło się od żartu, że "u nas okna się nie otwierają", a później już co chwila dostawaliśmy różnorakie aluzje do skakania z okna, wieszania się, morderców z mediów. Odpowiednio oświetlona w celu ujawnienia zmarszczek twarz Dona przypomina o przesłaniu z filmu Antonioniego Zawód Reporter: jeśli nawet staniesz się nową osobą, ta osoba też jest śmiertelna. Żyje się tylko dwa razy, dla siebie i dla swoich marzeń. Serial stawia sprawy uczciwie, więc trudno w nim wypatrywać tradycyjnego szczęśliwego zakończenia - w końcu, jak stwierdza Don, Czym jest szczęście? Momentem, zanim potrzebujesz więcej szczęścia. Z drugiej strony można by prześledzić dokładniej, jak ewoluował język graficzny serialu. Najlepiej pokazał to "odcinek z LSD", ale i inne były wypełnione lustrami, szybami, projektorami, generalnie: kadrami ukazującymi przepaść między osobą a jej wizerunkiem. Już z czysto wizualnego punktu widzenia można docenić Mad Men jako może ten materiał filmowy, który najcelniej oddał współczesne śródmiejskie zagubienie, dotąd zerezerwowane dla geniuszu Edwarda Hoppera.

Hej, nie wracam do domu. Chcę mieć już zawsze taki ładny dach.

Kolejne podejście do dzieła Matthew Weinera (i jego świetnego zespołu, który - co bardzo rzadkie - składa się w większości z kobiet) musi więc znowu pozostać bez rozstrzygnięcia, zadowalającego podsumowania. To przecież nie jest nawet ponury serial. Jest jednym z najzabawniejszych, i w różnorakich cotygodniowych analizach (m.in. na blogu Alana Sepinwalla, portalach Vulture, Grantland, AV Club, Salon.com i setce innych) autorzy nie tylko dostrzegają ciemnowidztwo, ale i cieszą się bezcennymi żarcikami Sterlinga albo kolejnym zalotnym puszczeniem oka do zdarzeń z serialu czy historii. Ten wspaniały Don Draper wydaje się nieco upadać pod ciężarem tak prostych spraw jak życie i czas, ale na szczęście możemy cieszyć się sukcesami młodszego pokolenia. Choć bowiem Mad Men prezentuje psychologiczne podejście, nie zamyka widza w duszy tylko jednego bohatera. Podobnie jak chyba wszystkie arcydzieła, pozwala odnaleźć ukojenie w tym, od czego na co dzień uciekamy. Bo obcując ze sztuką - i to jest powód, dla którego niektórych tak do sztuki ciągnie - żyje się nie raz, a tylko dwa, trzy, cztery...

piątek, 20 kwietnia 2012

Francuski hit zapisał się w historii jako jeden z najbardziej dochodowych w dziejach kraju. W moim notesie zapisał się tylko jako słaba szkolna trója.

Generalnie bardzo lubię filmy, gustuję w różnorakich gatunkach i się z tego cieszę, ale czasem - choćby dla samopoznania - warto zastanowić się też nad tymi rejonami kina, których popularność pozostaje dla nas tajemnicą. Dla mnie byłyby to oczywiście polskie komedie romantyczne czy filmy o strzelaniu laserami, ale nie tylko. Przypomniałem sobie o tym ostatnio, czytając o niesamowitej popularności Nietykalnych. Z działalnością duetu pisarsko-reżyserskiego Olivier Nakache-Eric Toledano nie miałem okazji się wcześniej zapoznać, a tutaj ich nowe dzieło stało się drugim najbardziej dochodowym filmem w historii Francji (20 mln widzów! W kraju wielkości półtorej Polski!). Wiadomo mi było tyle, że na pierwszym miejscu tej listy stoi Jeszcze dalej niż północ, głupkowata komedia z Dannym Boonem. W Nietykalnych zaś główną rolę odtwarza Omar Sy, znany mi z głupktowatej komedii Bazyl... z Dannym Boonem. Chyba nie jestem fanem Danny'ego Boona - pomyślałem. Kolejne wyróżnienia jednak spływały, film został obsypany nominacjami do Cezara i świetnymi recenzjami. A przecież Francja dla krytyki filmowej to jak Szwajcaria dla zegarków, więc wypada się z nimi zgadzać, co nie? Swoją drogą, ci najważniejsi, czyli Cahiers du Cinema, film zjechali, ale ich przeczytałem dopiero po seansie. Przed seansem zaś... Nietykalni podbili pół Europy i błyskawicznie stali się najbardziej dochodowym nieamerykańskim filmem w historii - przychód ponad 300 mln dolarów i rośnie. Średnia ocen na IMDB - pomiędzy Kurosawą i Bergmanem. Można by tak długo. Świat ogarnęła histeria na miarę drugiego zejścia Titanica na Ziemię (co było żartem, ale już nie jest). No i ten plakat z napisem "totalna radość". Lubię radość. Więc poszedłem do kina.

Prawdziwa historia! Totalna jazda samochodem!

I kicha. Jeśli myślicie, że powyższa wyliczanka laurów pachniała graniem na zwłokę, to macie rację. Ilość kolorowych banknotów zdobyta przez tę komedyjkę jest dla mnie dalece bardziej interesująca, niż sam film. Podobno najbardziej atrakcyjni ludzie to tacy, którzy są najbardziej "średni" - wiecie, przeciętny nos, przeciętne policzki... Według tej metody, Nietykalni faktycznie są królową balu. Przeciętna historia, przeciętne żarty. Sporo widzów mdleje na sali z zachwytu. A ja widzę wyklepany standard. Zacznijmy więc standardowo, od początku. Otwarcie filmu wygląda niemal jak Drive - pomarańczowe światła padają na wilogtny asflat paryskich ulich, sportowe Maserati mija kolejne samochody, po chwili pojawia się policja... Nasz bohater, Driss (Omary Sy) robi jednak policję w bambuko i razem z kompanem Philippe'em (Francois Cluzet) odjeżdżają roześmiani, podśpiewując grającemu w radiu Earth, Wind & Fire. I od tego momentu mamy już relaks i totalną radość. Rozpoczęcie filmu od fragmentu ze środka fabuły (in medias res) to częsty zabieg - przyciąga uwagę widza, który już na dobry start "liźnie" kawałek wielkich emocji pojawiających się w scenach kulminacyjnych. Ale Nietykalni to film, który ściemnia, toteż nie spodziewajcie się, że kiedykolwiek dojdzie do kulminacji i że dostaniecie przekonujące wytłumaczenie, czemu Driss musiał tak gnać tymi ulicami. Historia wygląda tak, że Philippe to bogacz, który po wypadku znalazł się w stanie tetraplegii, a Driss to bierny biedak z przedmieść, żerujący na socjalu i drobnych przestępstwach, który po prowokacyjnej zachęcie decyduje się pracować jako "ręce i nogi" Philippe'a. Problem? Nawet nie taki, że nie wydarzy się tu nic wykraczającego poza schemat "obaj uczą się nawzajem od siebie". To taki samograj, który ustawi ci ładną komedię, jeśli tylko potrafisz budować małe napięcia - jak dobry komik. Nakache i Toledano to jednak komicy przeciętni, którzy każą bohaterom nauczyć się od siebie wszystkiego już w paru pierwszych wspólnych scenach. Potem przez cały film chodzą w różne miejsca i się śmieją, ale jaki w tym scenariuszowy cel, trudno się domyślić. Kiedy Driss wciska gaz w Maserati, nie rusza mnie to, bo wszyscy już dobrze wiemy, że jest bad boyem. Nic więcej do nauczenia? Nic więcej. Płytko to obmyślili.

Prawdziwa historia! Totalna kolacja!

Podczas gdy roześmiani bohaterowie dziarsko ciągną fabularny status quo w kolejnych scenach, widz irytuje się, że przecież do podjęcia jest sporo porzuconych wątków, które nikogo tu nie obchodzą. Sporo osób w Polsce czy Stanach uznało, że skoro bohater jest biedny i czarny, to widać film musi być polityczny, problemowy i wielce zaangażowany. Nic bardziej błędnego. Nietykalni uwodzą swoją niewinnością, nieświadomością prawdziwego świata, ogólną jak-zostać-królowością. Jak wiele przebojów, korzystają z eskapistycznych możliwości kina - bariery klasowe nie zostają tu zburzone, ale po prostu zignorowane. Nie ma ich, nikt się nie przejmuje i jest fajnie. Sytuacja obu bohaterów zostaje nam zasygnalizowana, jednak nie wpływa na główne wątki. Uważam to za podejście niewygodne pod względem przesłania, ale też zwykłego rzemieślnictwa budowy postaci. O ile bowiem, hipotetycznie, przedstawiona historia przydarza się raczej biednemu Drissowi, to jednak na ekranie prawie zawsze widzimy sytuacje ze świata bogatego Philippe'a, z jego perspektywy. Pod koniec wiemy aż za dobrze, co zyskał na przyjaźni bogacz - nielitujący się Driss jest źródłem witalności, żartu, erotycznej i beztroskiej atmosfery. Co jednak ma do zaoferowania świat bogatych Paryżan biedakowi? Poza pieniędzmi - chyba nic. Większość scen polega na tym, że obserwujemy zblazowane elity, a potem Driss wprowadza chaos swoim luzem i poczuciem humoru. I wszyscy zadowoleni. Ta nierównowaga najbardziej bije w oczy, gdy raz na jakiś czas obserwujemy życie rodzinne Drissa. Facet ma dużo problemów, swojej rodziny - można odnieść wrażenie - praktycznie nie zna, ale twórcy nie wydają się tym przejęci. Problemy zostają jedynie pokazane, ale zamiast je śledzić, zaraz daje się nam kolejną scenę, w której Driss śmieje się w operze albo pokazuje sztywniakom, jak się tańczy. Gdy pojawia się młodszy o pokolenie brat (który handluje trawą i prawdopodobnie chce kogoś zadźgać), cała sprawa zostaje "rozwiązana" tak, że Driss go krytykuje za bycie złym bratem, ewentualnie w szybkim montażu widzimy, jak pokazuje ręką "nie!", byśmy mogli zaraz wrócić do mięska, czyli np. tego, jak dzieli się trawką ze swoim nowym, bogatym kumplem, po czym obaj się śmieją. Rozumiecie, w czym rzecz - co to za komediowy happy end, jeśli los wynagradza tylko jednego z bohaterów? Kompletne olanie problemów Drissa jest dla mnie zdecydowanie największą wadą Nietykalnych. Ale widać taka jest cena "niewinności".

Prawdziwa historia! Totalna inwazja na Czechosłowację!

Wcale niełatwo rzetelnie zanalizować, w czym konkretnie problem z Nietykalnymi, bo gdyby nie ten powalający sukces, potraktowałbym go pewnie jako kolejną dobroduszną, acz nieudolną produkcję do emisji w cyklu "Prawdziwe historie". Gdy jednak popatrzyć na ten film głębiej, wychodzą straszne rzeczy. Tak w skrócie... obawiam się, że główne hasło filmu można by podsumować tak: dobrze jest mieć kasę i być sprawnym fizycznie. Czyli co, polska komedia romantyczna? Trochę tak. Nietykalni to pozbawiona kontekstu bajeczka, w którym prawdziwa historia jest raczej rekwizytem, niż przedmiotem. Owszem, daje ucieczkę od codziennych zmartwień, ale przy tym tempie bardziej odczułem to jako... odspacerowanie od zmartwień. Nietykalni zmęczyli mnie niedopasowanymi scenami, które ostatecznie okazały się częścią jakby innego filmu. Niedokończonego. Zmęczyli mnie psychologiczną niekonsekwencją, podporządkowaną wszechobecnej tu tezie pochwały beztroski (przykładowo: nie dostajemy nawet sekundy, w której sparaliżowany po wypadku bohater wahałby się przed ponownym lotem lotnią - zabiera się za to jakby nigdy nic). Mało? To dodam, że tutejszym żartom daleko do polotu, na jaki francuskie kino komercyjne przecież ciągle stać (Żona doskonała, Niewinne kłamstewka). Naprawdę nie będę zdziwiony, jeśli amerykański remake, do którego już zakupiono prawa, okaże się lepszy. Ta historia ma potencjał na coś przyjemnego. Trzeba by jednak trochę nad nią pomyśleć i przedstawić tak, żeby widz nie miał wątpliwośći, iż to historia o dwóch kompletnych istotach ludzkich, nie kurczakach bez głowy.

niedziela, 11 marca 2012

Gdyby Christopher Nolan nakręcił Bunuelowską komedię romantyczną Ingmara Bergmana... Pewnie wyszłoby coś równie inteligentnego, ale bez tej jedwabnej lekkości, jaką nadał swemu filmowi Abbas Kiarostami.

Jak wszyscy, jestem fanem Kiarostamiego, reżysera w latach 90. uważanego za najwybitniejszego na świecie (później zaczął różne dokumentalne eksperymenty kręcone tanią cyfrówką i nieco zniknął z radaru). Aczkolwiek nie będę udawać, że do końca rozumiem jego filmy. Najnowszy z nich, Zapiski z Toskanii, jest prawdopodobnie najbardziej przystępnym - nie tylko dlatego, że został nakręcony w Europie, w znanej nam kulturze i znanych nam językach. Także dlatego, iż bardzo szybko pozbawia widza złudzeń, iż "zrozumienie" jest tu w ogóle możliwe. Ściśle patrząc, w filmie pewne jest tylko jedno - że jest facet i kobieta. Faktów dostajemy oczywiście dużo więcej, ale ostatecznie może nie do końca one do siebie pasują. To prawdziwe osiągnięcie Kiarostamiego, że nie rezygnując z typowej dla siebie intertekstualnej gęstości, nagrał jednak obraz, który spokojnie można oglądać po prostu jako historię bezczelnie szalonego podrywu, naznaczoną roztrzepanym absurdem niczym reklama perfum. Ale chyba najbardziej imponuje mi jeszcze co innego: że chociaż polski tytuł Zapiski z Toskanii jest zaiste równie surrealistyczny, co sam film (gdzie tu są jakieś zapiski?), sugerując travel porn adresowane do klientek książeczek poradnikowych, to faktycznie da się go docenić po prostu jako historię ucieczki kobiety od dnia codziennego w krainę dobrego wina i przystojnych mężczyzn pełnych klasy. Są ładne widoczki, gadki o miłości, pociagający bohaterowie... Kto wie, może nawet powinno się tak ten film określić. Ale chyba najlepiej będzie powiedzieć, że to kino totalne - potrafiące tak uciekać od oczywistości, by widz nie miał poczucia żadnej utraty, a jedynie kolejnych świeżych ekscytacji. Słoneczny esej, romansidło dla moli książkowych - obojętnie, na jakim poziomie oglądać będziecie ten film, wypada zachwycająco.

Według Nietzschego wszystko, co prawdziwie głębokie, ma maskę. Według Kiarostamiego, szybę.

Musiałem zacząć od pięknych ludzi i widoczków, by przypadkiem nie wystraszyć. Zapiski z Toskanii są bowiem niczym Chanuka wykształciucha, stawiając takiemu na stół misę pełną intelektualnych łakoci, i bardzo kuszą, by zapuścić się w meandry teorii sztuki, do których tak gładko puszcza co chwilę oko Kiarostami. Teatralne teorie performatywności. Rozważania Arthura Danto o tym, co jest dziełem sztuki, a co nie. Psychologiczna koncepcja tożsamości. Symulakry. Przedmiotowość sztuki w ujęciu Barthesa... Można by o tym pisać godzinami, do znudzenia (jeśli nie krytyka, to na pewno czytelnika). Ale zacznijmy od podstaw. Oryginalny tytuł filmu to Copie conforme ("poświadczona kopia"). W pierwszej scenie bohater tłumaczy nam, o co mniej więcej chodzi: otóż jest kopia i oryginał.  Kopia - wzbudzając w nas doznania - niejako świadczy o oryginale. Ale pozostaje ten dziwny fakt, że jeśli nie wiemy, iż coś jest kopią - to dla nas jest to oryginał. Według bohatera świadczy to o tym, że wartość powstaje głównie wskutek przybranego przez nas punktu widzenia... chyba. Przykładowo, posiadanie w domu Mony Lisy oraz kopii Mony Lisy to dwie różne sytuacje, choć przecież efekt jest ten sam. Ba, i oryginalne malowidło jest jedynie odwołaniem się do rzeczywistej Giocondy, jedynie odwzorowaniem - tyle że tutaj już kopia z jakiegoś powodu cieszy się większym prestiżem od oryginału. Dwoje bohaterów dyskutuje o sztuce niczym ci z Przed wschodem słońca o filozofii, ale jest oczywiste, że nie mają na myśli jedynie Giocondy. Centralnym pytaniem w Zapiskach... jest to, czy powinno nam przeszkadzać, że obcujemy z kopią, odgrywaniem ról, udawaniem. Cała zabawa bohaterów zdaje się wynikać właśnie z tego, że zdają sobie sprawę, iż człowiek i tak potrafi tylko naśladować, więc nie ma sensu trzymać się wymogów spójności. Film przedstawia więc refleksję o prawdziwości samego siebie, bohaterów, ale także życia jako takiego i, naturalnie, miłości. Wnioski można wyciągnąć różne. Pesymistyczny: nic nie jest tak w stu procentach prawdziwe, niezależne od naszego poznania. Miłość to kłamstwo. Optymistyczny: skoro nic nie jest oryginalne, równie dobrze można się tym nie przejmować i cieszyć tym, co nam dane. I tworzyć dobre kopie.

Żeby życie miało smaczek - raz zbliżenie, raz widoczek

Film ogląda się świetnie, bo przemyślenia na temat oryginału i kopii wprowadzane są tu w zupełnie nieinwazyjny dla love story sposób. Zamiast o nich gadać, Kiarostami po prostu je odgrywa. Czasami w sposób bez wątpienia niezamierzony, ale hej, znaczenie ma tylko mój odbiór, prawda? Weźmy jakże piękne zdjęcia - w ostatnich filmach Irańczyka, choćby wspaniałym Dziesięć, od razu było widać, że film nakręcono cyfrówką i bez tego film by chyba nie miał sensu. Tutaj jednak mamy piękne, żywe kolory i w zasadzie fakt nagrania ich kamerą Red One można uznać jedynie za ciekawostkę. Cyfra idealnie imituje film. Podobnie jak scenariusz, kamera nieustannie bawi się subiektywnym spojrzeniem - czasem obiektyw stoi na miejscu lustra, czasem okna, montaż zaś podaje nam przebitki w dość zaskakujących momentach. W ten sposób zupełnie standardowa rozmowa przy stole się nagle czymś tajemniczym, zastanawiającym... bo to już nie rozmowa, a występ. Ale też jednak urocza rozmowa. Moje ulubione ujęcie w filmie śledzi przednią szybę samochodu: przejeżdżane miasto wyświetla się na niej niczym, przepraszam za wzniosłość, cienie w Platonowskiej jaskini. Dobór aktorów również daje do myślenia pod kątem autentyczności: Juliette Binoche - być może aktorka o najwspanialszym CV ze wszystkich obecnie żyjących - gra postać opisaną tylko jako Ona, podczas gdy w rolę znanego pisarza Jamesa Millera wciela się William Shimell, śpiewak operowy, praktycznie debiutujący przed kamerą. I ewidentnie widać, że Binoche jest aktorką wybitną: pulsuje kobiecością i nieoczywistymi emocjami, ma tysiąc twarzy, jej fizyczność jest pociągająco wulkaniczna. Tak samo ewidentne jest, że z Shimella aktor jest żaden: odgrywa swą rolę w sposób oczywisty, ma jedną twarz, zdaje się nie do końca rozumieć, co robi. Tak więc Binoche jest autentyczna, a Shimell nie, ale biorąc pod uwagę przedstawioną historię, nabiera to paru ciekawych znaczeń. Jak by nie spojrzeć, zabawa toczy się na paru poziomach.

Czy nie macie ochoty oskórować tego drania, przez którego Juliette płacze?

Zapiski z Toskanii są równie rozbrajająco samoświadome, co Incepcja, tyle że, paradoksalnie, w ogóle nam tego nie mówią. Być może dlatego, że ostatecznie nie są jedynie filmem o sztuce, ale też o podstawowych życiowych sprawach. Zadając sobie pytanie o autentyczność dzieła sztuki, trzeba też zastanowić się nad źródłem innych naszych doznań, czyli generalnie życiem, a w przypadku tego filmu, szczególnie nad istotą miłości, czy to w początkowej, czy dojrzałej fazie. Pokazany w Cannes w 2010 r. film rozkręca się powoli, ale już po premierze czytałem o nim jako o "pierwszym arcydziele nowej dekady". Bez wątpienia dla wielu kinomanów będzie to pożywka na lata - źródło wzruszeń, radości, a także przemyśleń czy wręcz autokrytyki. Kino totalne, które razem z wchodzącym do kin równocześnie Pewnego razu w Anatolii rzuca wielki cień na wszystko, co mieliśmy okazję zobaczyć przez ostatnie miesiące.

piątek, 24 lutego 2012
Druga część corocznej blogowej tradycji. Kto wygra w tym roku?
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24

statystyka