Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
piątek, 06 lipca 2012

W swoim piątym sezonie Mad Men ustanowił się już bez dwóch zdań jako współczesna konkurencja dla The Wire. Nie tylko pod wzlędem poziomu, ale przede wszystkim - przeciwważnej wizji świata i człowieka, pogrążonych w dezintegracji i bez szans na rzeczywistą więź.

Uznałem, że warto powrócić do kultywowanego parę lat temu cyklu o serialach. Powodów jest parę, ale oczywiście trudno byłoby znaleźć lepszy niż to, że ciągle emitowany jest Mad Men. I ciągle jest jak chłopiec wymachujący flagą przed paradą, a na fladze tej - wypisany przekaz, że kinofilom (czy w ogóle osobom interesującym się sztuką) nie wypada seriali amerykańskich pomijać. Nie wszystkich. Mad Men jest jednym z dość licznej grupy, o której usłyszycie takie zdania, ale każdy sezon przypomina mi, że nadal pozostaje, moim zdaniem, poza konkurencją. I chociaż nie jest - nawet w Polsce - anonimowy (na Filmwebie jest tylko 8 razy mniej popularny od House'a), zbiera liczne nagrody i jest obiektem artykułów (sam na blogu nieraz się z nim mierzyłem), to utrzymuje się we mnie wrażenie, że serial jest niedoceniany. Dlaczego? Myślę, że głównym powodem jest mglista natura serialu. W przypadku innych przebojów TV zwyczajowy cel jest taki: albo pod koniec odcinka, albo sezonu wszystko "klika" na miejsce. Niektóre seriale wymagają wkręcenia paru śrubek własnoręcznie, inne oferują bezpłatny montaż na miejscu, ale ostatecznie - w odpowiedniej chwili - nasz kupiony na części stolik z Ikei stoi prosto i jest gotowy do obiadu. Mad Men, przy pewnym, "materialnym", sposobie oglądania, nie jest serialem specjalnie "trudnym", ani nawet specjalnie smutnym (nikt tu nie zastaje swojej żony w wannie pełnej krwi), ale na poziomie humanistycznym potrafi wywołać w widzu najbardziej dotkliwy, niemal osobisty niepokój, wynikający z niepewności. Zakończony niedawno piąty sezon był w tej niepewności zanurzony. Postaci co rusz wyglądały przez okna, jakby chcąc odnaleźć drogę naprzód, ale na horyzoncie rysowała się tylko gęsta zawiesina. Czy to mgła? Smog? Podobną konsystencję mają w filmach duchy i również ta intepretacja jest przez treść serialu mocno uzasadniona. Twórcy Mad Men wraz z widzami próbują wejrzeć w ludzką duszę, a ta ciągle nie chce ułożyć się w jakiś pocieszający swoją wyrazistością kształt.

No tak, mamy 1967 i cały Nowy Jork pali trawkę

Jeden z odcinków nosi nawet tytuł Dark Shadows (w odniesieniu do ówczesnego serialu, niedawno zremake'owanego przez Tima Burtona), ale epizod, który zrobił na mnie największe wrażenie, to ten nawiązujący do piosenki Binga Crosby'ego, Far Away Places. Nie wdając się w niepotrzebne streszczenia fabuły, określmy go jako "ten odcinek z LSD". Wiele seriali wypowiada się na temat wpływu jednostki na swój los i Mad Men tutaj nie odstaje: jeśli coś przez te 65 odcinków się nie zmieniło, to fakt, że każdy z bohaterów ciągle próbuje wejść w kontrolę nad swoim życiem i ciągle mu się to nie udaje (idealnym mottem serialu byłoby raczej nie You Can't Always Get What You Want, co You Never Get What You Want). Gęsta mgła żadnej kontroli się nie poddaje. Zawsze był to motyw. Jednak w "odcinku z LSD" Matthew Weiner spróbował dużo dosadniej ukazać, jak życie wymyka się z rąk. Lynchowski niemal montaż wyszedł kapitalnie: ten odcinek robi widzowi mocny trip. Wszystko dzieje się tak szybko, a zarazem jest jakby zatrzymane: to uczucie surrealistyczne, ale pasujące do reszty sezonu, którego narracja była zazwyczaj niewygodnie brutalna. Nowe postaci i nowe wątki nie są już tak cyzelowane, ich kompleksowość nie jest już tak starannie ukazywana. Kolejne wydarzenia następują jak za pstryknięciem palca. Można dojść do wniosku, że bohaterowie przeszli już przez tyle, że ich mózgi przestają absorbować nowe bodźce. Kolejne osoby są szybko przypisywane do odpowiedniej szufladki, a na powracające problemy automatycznie używa się powracających metod, chociaż te nigdy się nie udały. Pewnie mieliście w życiu taki moment, gdy nagle pomyśleliście sobie: "cholera, jestem stary". Człowiek odruchowo robi coś, co robią dzieci, nastolatkowie czy studenci, aż dociera do niego, że przecież już od paru lat to nie jest jego działka. Piąty sezon Mad Men to właśnie ten moment. Każdy z bohaterów mruga oczami i nagle widzi świat, w którym "moje pokolenie" to już inne pokolenie. Ogląda się to tak niepokojąco, bo to z reguły bardzo zdolni ludzie i zazwyczaj skutecznie dążą do osiągnięcia postawionych sobie celów - tylko po to, by zdać sobie sprawę, że przecież cel został osiągnięty. Brak tylko satysfakcji. Coś znowu wymknęło się z rąk.

Peggy w jednym kierunku, pionki w drugim, a Don stoi

Cała ta mgła i brutalizacja mocno podkreśliły psychologiczny charakter Mad Men, który w dużych mediach (zwłaszcza polskich) bywa często pomijany. Łatka "serialu o Ameryce lat 60." nie jest może dyskredytująca, ale nietrafnie spycha Mad Men w stereotyp serialu "o kulturze", "o tym, jacy wtedy byli ludzie", czy jeszcze nietrafniej - w opowieść opierającą swój urok na klasycznym wystroju i atrakcyjnych rekwizytach, na Old Fashioned o 10 rano i pstryknięciach złotych Zippo. W swoim słynnym hejcie (przełożonym na polski w magazynie Książki) Daniel Mendelsohn stwierdza, że popularność serialu wynika z czystej nostalgii za idealnym światem Ameryki "naszych ojców". Nie jest pierwszym, który krytykuje, że przeszłość nie jest oddana "wiernie" (niesamowite, prawda?). Załamuje ręce, nie odnajdując Ajschylejskich tkanek społecznych, jakie ukazywały The Wire czy Sopranos. Zaiste, skomplikowanych moralnie tkanek społecznych w Mad Men możecie nie dojrzeć, ale raczej nie dlatego, by Matthew Weiner (przypomnijmy: jeden z głównych pisarzy Sopranos) zlekceważył ich istnienie. To po prostu nie jest serial o tym. Dość zgrabnie wyrzuciła to Mendelsohnowi m.in. Magda Szcześniak z UW: tam, gdzie chcemy konwersacji z przeszłością, dostaniemy tylko jej zobrazowanie, i chociaż pragniemy mieć dostęp do wnętrza obrazu, nigdy go nie dostaniemy, bo nie tego chce sam obraz. Ująłbym to w skrócie tak - Mad Men jest zupełnie niepowierzchownym serialem o patrzeniu na powierzchowności. Przy oglądaniu "hobbystycznym" może wydawać się opowieścią o wyidealizowanym świecie - bo tak ten świat z zewnątrz wygląda. Bo każdy z bohaterów stara się przedstawić idealną wersję siebie (gdy nie udaje mu się to - "przeskakuje" do innej szufladki). Jednak jak oni, tak i my przed TV przygnębiająco szybko dostrzegamy, że po całym wysiłku włożonym w stworzenie odpowiedniego obrazu siebie, duch pod spodem ciągle pozostaje dziwnie bezkształtny. Postaci szukają wzbogacenia w kontakcie z drugim człowiekiem lub kulturą, ale oni też są zajęci swoim obrazem. Choć więc na pierwszy rzut oka łatwo byłoby zaliczyć Mad Men do seriali "o ludzkim sposobie życia", według mnie jest odwrotnie. Ukazuje on izolację ukazanej subiektywnie jednostki od świata - jego podejście jest z natury psychologiczne.

Jak Avengers, prawda? Jane to Czerwona Wdowa, Cooper - Colonel Sanders, a Sterling - Srebrny Lis

Punktem skupienia tekstu miała w zasadzie być obsesja śmierci, która toczyła piąty sezon Mad Men i treściowo wzmocniła jego brutalny posmak. Jak wiele innych detali, została ona w internecie dość dokładnie omówiona. Wszystko zaczęło się od żartu, że "u nas okna się nie otwierają", a później już co chwila dostawaliśmy różnorakie aluzje do skakania z okna, wieszania się, morderców z mediów. Odpowiednio oświetlona w celu ujawnienia zmarszczek twarz Dona przypomina o przesłaniu z filmu Antonioniego Zawód Reporter: jeśli nawet staniesz się nową osobą, ta osoba też jest śmiertelna. Żyje się tylko dwa razy, dla siebie i dla swoich marzeń. Serial stawia sprawy uczciwie, więc trudno w nim wypatrywać tradycyjnego szczęśliwego zakończenia - w końcu, jak stwierdza Don, Czym jest szczęście? Momentem, zanim potrzebujesz więcej szczęścia. Z drugiej strony można by prześledzić dokładniej, jak ewoluował język graficzny serialu. Najlepiej pokazał to "odcinek z LSD", ale i inne były wypełnione lustrami, szybami, projektorami, generalnie: kadrami ukazującymi przepaść między osobą a jej wizerunkiem. Już z czysto wizualnego punktu widzenia można docenić Mad Men jako może ten materiał filmowy, który najcelniej oddał współczesne śródmiejskie zagubienie, dotąd zerezerwowane dla geniuszu Edwarda Hoppera.

Hej, nie wracam do domu. Chcę mieć już zawsze taki ładny dach.

Kolejne podejście do dzieła Matthew Weinera (i jego świetnego zespołu, który - co bardzo rzadkie - składa się w większości z kobiet) musi więc znowu pozostać bez rozstrzygnięcia, zadowalającego podsumowania. To przecież nie jest nawet ponury serial. Jest jednym z najzabawniejszych, i w różnorakich cotygodniowych analizach (m.in. na blogu Alana Sepinwalla, portalach Vulture, Grantland, AV Club, Salon.com i setce innych) autorzy nie tylko dostrzegają ciemnowidztwo, ale i cieszą się bezcennymi żarcikami Sterlinga albo kolejnym zalotnym puszczeniem oka do zdarzeń z serialu czy historii. Ten wspaniały Don Draper wydaje się nieco upadać pod ciężarem tak prostych spraw jak życie i czas, ale na szczęście możemy cieszyć się sukcesami młodszego pokolenia. Choć bowiem Mad Men prezentuje psychologiczne podejście, nie zamyka widza w duszy tylko jednego bohatera. Podobnie jak chyba wszystkie arcydzieła, pozwala odnaleźć ukojenie w tym, od czego na co dzień uciekamy. Bo obcując ze sztuką - i to jest powód, dla którego niektórych tak do sztuki ciągnie - żyje się nie raz, a tylko dwa, trzy, cztery...

piątek, 20 kwietnia 2012

Francuski hit zapisał się w historii jako jeden z najbardziej dochodowych w dziejach kraju. W moim notesie zapisał się tylko jako słaba szkolna trója.

Generalnie bardzo lubię filmy, gustuję w różnorakich gatunkach i się z tego cieszę, ale czasem - choćby dla samopoznania - warto zastanowić się też nad tymi rejonami kina, których popularność pozostaje dla nas tajemnicą. Dla mnie byłyby to oczywiście polskie komedie romantyczne czy filmy o strzelaniu laserami, ale nie tylko. Przypomniałem sobie o tym ostatnio, czytając o niesamowitej popularności Nietykalnych. Z działalnością duetu pisarsko-reżyserskiego Olivier Nakache-Eric Toledano nie miałem okazji się wcześniej zapoznać, a tutaj ich nowe dzieło stało się drugim najbardziej dochodowym filmem w historii Francji (20 mln widzów! W kraju wielkości półtorej Polski!). Wiadomo mi było tyle, że na pierwszym miejscu tej listy stoi Jeszcze dalej niż północ, głupkowata komedia z Dannym Boonem. W Nietykalnych zaś główną rolę odtwarza Omar Sy, znany mi z głupktowatej komedii Bazyl... z Dannym Boonem. Chyba nie jestem fanem Danny'ego Boona - pomyślałem. Kolejne wyróżnienia jednak spływały, film został obsypany nominacjami do Cezara i świetnymi recenzjami. A przecież Francja dla krytyki filmowej to jak Szwajcaria dla zegarków, więc wypada się z nimi zgadzać, co nie? Swoją drogą, ci najważniejsi, czyli Cahiers du Cinema, film zjechali, ale ich przeczytałem dopiero po seansie. Przed seansem zaś... Nietykalni podbili pół Europy i błyskawicznie stali się najbardziej dochodowym nieamerykańskim filmem w historii - przychód ponad 300 mln dolarów i rośnie. Średnia ocen na IMDB - pomiędzy Kurosawą i Bergmanem. Można by tak długo. Świat ogarnęła histeria na miarę drugiego zejścia Titanica na Ziemię (co było żartem, ale już nie jest). No i ten plakat z napisem "totalna radość". Lubię radość. Więc poszedłem do kina.

Prawdziwa historia! Totalna jazda samochodem!

I kicha. Jeśli myślicie, że powyższa wyliczanka laurów pachniała graniem na zwłokę, to macie rację. Ilość kolorowych banknotów zdobyta przez tę komedyjkę jest dla mnie dalece bardziej interesująca, niż sam film. Podobno najbardziej atrakcyjni ludzie to tacy, którzy są najbardziej "średni" - wiecie, przeciętny nos, przeciętne policzki... Według tej metody, Nietykalni faktycznie są królową balu. Przeciętna historia, przeciętne żarty. Sporo widzów mdleje na sali z zachwytu. A ja widzę wyklepany standard. Zacznijmy więc standardowo, od początku. Otwarcie filmu wygląda niemal jak Drive - pomarańczowe światła padają na wilogtny asflat paryskich ulich, sportowe Maserati mija kolejne samochody, po chwili pojawia się policja... Nasz bohater, Driss (Omary Sy) robi jednak policję w bambuko i razem z kompanem Philippe'em (Francois Cluzet) odjeżdżają roześmiani, podśpiewując grającemu w radiu Earth, Wind & Fire. I od tego momentu mamy już relaks i totalną radość. Rozpoczęcie filmu od fragmentu ze środka fabuły (in medias res) to częsty zabieg - przyciąga uwagę widza, który już na dobry start "liźnie" kawałek wielkich emocji pojawiających się w scenach kulminacyjnych. Ale Nietykalni to film, który ściemnia, toteż nie spodziewajcie się, że kiedykolwiek dojdzie do kulminacji i że dostaniecie przekonujące wytłumaczenie, czemu Driss musiał tak gnać tymi ulicami. Historia wygląda tak, że Philippe to bogacz, który po wypadku znalazł się w stanie tetraplegii, a Driss to bierny biedak z przedmieść, żerujący na socjalu i drobnych przestępstwach, który po prowokacyjnej zachęcie decyduje się pracować jako "ręce i nogi" Philippe'a. Problem? Nawet nie taki, że nie wydarzy się tu nic wykraczającego poza schemat "obaj uczą się nawzajem od siebie". To taki samograj, który ustawi ci ładną komedię, jeśli tylko potrafisz budować małe napięcia - jak dobry komik. Nakache i Toledano to jednak komicy przeciętni, którzy każą bohaterom nauczyć się od siebie wszystkiego już w paru pierwszych wspólnych scenach. Potem przez cały film chodzą w różne miejsca i się śmieją, ale jaki w tym scenariuszowy cel, trudno się domyślić. Kiedy Driss wciska gaz w Maserati, nie rusza mnie to, bo wszyscy już dobrze wiemy, że jest bad boyem. Nic więcej do nauczenia? Nic więcej. Płytko to obmyślili.

Prawdziwa historia! Totalna kolacja!

Podczas gdy roześmiani bohaterowie dziarsko ciągną fabularny status quo w kolejnych scenach, widz irytuje się, że przecież do podjęcia jest sporo porzuconych wątków, które nikogo tu nie obchodzą. Sporo osób w Polsce czy Stanach uznało, że skoro bohater jest biedny i czarny, to widać film musi być polityczny, problemowy i wielce zaangażowany. Nic bardziej błędnego. Nietykalni uwodzą swoją niewinnością, nieświadomością prawdziwego świata, ogólną jak-zostać-królowością. Jak wiele przebojów, korzystają z eskapistycznych możliwości kina - bariery klasowe nie zostają tu zburzone, ale po prostu zignorowane. Nie ma ich, nikt się nie przejmuje i jest fajnie. Sytuacja obu bohaterów zostaje nam zasygnalizowana, jednak nie wpływa na główne wątki. Uważam to za podejście niewygodne pod względem przesłania, ale też zwykłego rzemieślnictwa budowy postaci. O ile bowiem, hipotetycznie, przedstawiona historia przydarza się raczej biednemu Drissowi, to jednak na ekranie prawie zawsze widzimy sytuacje ze świata bogatego Philippe'a, z jego perspektywy. Pod koniec wiemy aż za dobrze, co zyskał na przyjaźni bogacz - nielitujący się Driss jest źródłem witalności, żartu, erotycznej i beztroskiej atmosfery. Co jednak ma do zaoferowania świat bogatych Paryżan biedakowi? Poza pieniędzmi - chyba nic. Większość scen polega na tym, że obserwujemy zblazowane elity, a potem Driss wprowadza chaos swoim luzem i poczuciem humoru. I wszyscy zadowoleni. Ta nierównowaga najbardziej bije w oczy, gdy raz na jakiś czas obserwujemy życie rodzinne Drissa. Facet ma dużo problemów, swojej rodziny - można odnieść wrażenie - praktycznie nie zna, ale twórcy nie wydają się tym przejęci. Problemy zostają jedynie pokazane, ale zamiast je śledzić, zaraz daje się nam kolejną scenę, w której Driss śmieje się w operze albo pokazuje sztywniakom, jak się tańczy. Gdy pojawia się młodszy o pokolenie brat (który handluje trawą i prawdopodobnie chce kogoś zadźgać), cała sprawa zostaje "rozwiązana" tak, że Driss go krytykuje za bycie złym bratem, ewentualnie w szybkim montażu widzimy, jak pokazuje ręką "nie!", byśmy mogli zaraz wrócić do mięska, czyli np. tego, jak dzieli się trawką ze swoim nowym, bogatym kumplem, po czym obaj się śmieją. Rozumiecie, w czym rzecz - co to za komediowy happy end, jeśli los wynagradza tylko jednego z bohaterów? Kompletne olanie problemów Drissa jest dla mnie zdecydowanie największą wadą Nietykalnych. Ale widać taka jest cena "niewinności".

Prawdziwa historia! Totalna inwazja na Czechosłowację!

Wcale niełatwo rzetelnie zanalizować, w czym konkretnie problem z Nietykalnymi, bo gdyby nie ten powalający sukces, potraktowałbym go pewnie jako kolejną dobroduszną, acz nieudolną produkcję do emisji w cyklu "Prawdziwe historie". Gdy jednak popatrzyć na ten film głębiej, wychodzą straszne rzeczy. Tak w skrócie... obawiam się, że główne hasło filmu można by podsumować tak: dobrze jest mieć kasę i być sprawnym fizycznie. Czyli co, polska komedia romantyczna? Trochę tak. Nietykalni to pozbawiona kontekstu bajeczka, w którym prawdziwa historia jest raczej rekwizytem, niż przedmiotem. Owszem, daje ucieczkę od codziennych zmartwień, ale przy tym tempie bardziej odczułem to jako... odspacerowanie od zmartwień. Nietykalni zmęczyli mnie niedopasowanymi scenami, które ostatecznie okazały się częścią jakby innego filmu. Niedokończonego. Zmęczyli mnie psychologiczną niekonsekwencją, podporządkowaną wszechobecnej tu tezie pochwały beztroski (przykładowo: nie dostajemy nawet sekundy, w której sparaliżowany po wypadku bohater wahałby się przed ponownym lotem lotnią - zabiera się za to jakby nigdy nic). Mało? To dodam, że tutejszym żartom daleko do polotu, na jaki francuskie kino komercyjne przecież ciągle stać (Żona doskonała, Niewinne kłamstewka). Naprawdę nie będę zdziwiony, jeśli amerykański remake, do którego już zakupiono prawa, okaże się lepszy. Ta historia ma potencjał na coś przyjemnego. Trzeba by jednak trochę nad nią pomyśleć i przedstawić tak, żeby widz nie miał wątpliwośći, iż to historia o dwóch kompletnych istotach ludzkich, nie kurczakach bez głowy.

niedziela, 11 marca 2012

Gdyby Christopher Nolan nakręcił Bunuelowską komedię romantyczną Ingmara Bergmana... Pewnie wyszłoby coś równie inteligentnego, ale bez tej jedwabnej lekkości, jaką nadał swemu filmowi Abbas Kiarostami.

Jak wszyscy, jestem fanem Kiarostamiego, reżysera w latach 90. uważanego za najwybitniejszego na świecie (później zaczął różne dokumentalne eksperymenty kręcone tanią cyfrówką i nieco zniknął z radaru). Aczkolwiek nie będę udawać, że do końca rozumiem jego filmy. Najnowszy z nich, Zapiski z Toskanii, jest prawdopodobnie najbardziej przystępnym - nie tylko dlatego, że został nakręcony w Europie, w znanej nam kulturze i znanych nam językach. Także dlatego, iż bardzo szybko pozbawia widza złudzeń, iż "zrozumienie" jest tu w ogóle możliwe. Ściśle patrząc, w filmie pewne jest tylko jedno - że jest facet i kobieta. Faktów dostajemy oczywiście dużo więcej, ale ostatecznie może nie do końca one do siebie pasują. To prawdziwe osiągnięcie Kiarostamiego, że nie rezygnując z typowej dla siebie intertekstualnej gęstości, nagrał jednak obraz, który spokojnie można oglądać po prostu jako historię bezczelnie szalonego podrywu, naznaczoną roztrzepanym absurdem niczym reklama perfum. Ale chyba najbardziej imponuje mi jeszcze co innego: że chociaż polski tytuł Zapiski z Toskanii jest zaiste równie surrealistyczny, co sam film (gdzie tu są jakieś zapiski?), sugerując travel porn adresowane do klientek książeczek poradnikowych, to faktycznie da się go docenić po prostu jako historię ucieczki kobiety od dnia codziennego w krainę dobrego wina i przystojnych mężczyzn pełnych klasy. Są ładne widoczki, gadki o miłości, pociagający bohaterowie... Kto wie, może nawet powinno się tak ten film określić. Ale chyba najlepiej będzie powiedzieć, że to kino totalne - potrafiące tak uciekać od oczywistości, by widz nie miał poczucia żadnej utraty, a jedynie kolejnych świeżych ekscytacji. Słoneczny esej, romansidło dla moli książkowych - obojętnie, na jakim poziomie oglądać będziecie ten film, wypada zachwycająco.

Według Nietzschego wszystko, co prawdziwie głębokie, ma maskę. Według Kiarostamiego, szybę.

Musiałem zacząć od pięknych ludzi i widoczków, by przypadkiem nie wystraszyć. Zapiski z Toskanii są bowiem niczym Chanuka wykształciucha, stawiając takiemu na stół misę pełną intelektualnych łakoci, i bardzo kuszą, by zapuścić się w meandry teorii sztuki, do których tak gładko puszcza co chwilę oko Kiarostami. Teatralne teorie performatywności. Rozważania Arthura Danto o tym, co jest dziełem sztuki, a co nie. Psychologiczna koncepcja tożsamości. Symulakry. Przedmiotowość sztuki w ujęciu Barthesa... Można by o tym pisać godzinami, do znudzenia (jeśli nie krytyka, to na pewno czytelnika). Ale zacznijmy od podstaw. Oryginalny tytuł filmu to Copie conforme ("poświadczona kopia"). W pierwszej scenie bohater tłumaczy nam, o co mniej więcej chodzi: otóż jest kopia i oryginał.  Kopia - wzbudzając w nas doznania - niejako świadczy o oryginale. Ale pozostaje ten dziwny fakt, że jeśli nie wiemy, iż coś jest kopią - to dla nas jest to oryginał. Według bohatera świadczy to o tym, że wartość powstaje głównie wskutek przybranego przez nas punktu widzenia... chyba. Przykładowo, posiadanie w domu Mony Lisy oraz kopii Mony Lisy to dwie różne sytuacje, choć przecież efekt jest ten sam. Ba, i oryginalne malowidło jest jedynie odwołaniem się do rzeczywistej Giocondy, jedynie odwzorowaniem - tyle że tutaj już kopia z jakiegoś powodu cieszy się większym prestiżem od oryginału. Dwoje bohaterów dyskutuje o sztuce niczym ci z Przed wschodem słońca o filozofii, ale jest oczywiste, że nie mają na myśli jedynie Giocondy. Centralnym pytaniem w Zapiskach... jest to, czy powinno nam przeszkadzać, że obcujemy z kopią, odgrywaniem ról, udawaniem. Cała zabawa bohaterów zdaje się wynikać właśnie z tego, że zdają sobie sprawę, iż człowiek i tak potrafi tylko naśladować, więc nie ma sensu trzymać się wymogów spójności. Film przedstawia więc refleksję o prawdziwości samego siebie, bohaterów, ale także życia jako takiego i, naturalnie, miłości. Wnioski można wyciągnąć różne. Pesymistyczny: nic nie jest tak w stu procentach prawdziwe, niezależne od naszego poznania. Miłość to kłamstwo. Optymistyczny: skoro nic nie jest oryginalne, równie dobrze można się tym nie przejmować i cieszyć tym, co nam dane. I tworzyć dobre kopie.

Żeby życie miało smaczek - raz zbliżenie, raz widoczek

Film ogląda się świetnie, bo przemyślenia na temat oryginału i kopii wprowadzane są tu w zupełnie nieinwazyjny dla love story sposób. Zamiast o nich gadać, Kiarostami po prostu je odgrywa. Czasami w sposób bez wątpienia niezamierzony, ale hej, znaczenie ma tylko mój odbiór, prawda? Weźmy jakże piękne zdjęcia - w ostatnich filmach Irańczyka, choćby wspaniałym Dziesięć, od razu było widać, że film nakręcono cyfrówką i bez tego film by chyba nie miał sensu. Tutaj jednak mamy piękne, żywe kolory i w zasadzie fakt nagrania ich kamerą Red One można uznać jedynie za ciekawostkę. Cyfra idealnie imituje film. Podobnie jak scenariusz, kamera nieustannie bawi się subiektywnym spojrzeniem - czasem obiektyw stoi na miejscu lustra, czasem okna, montaż zaś podaje nam przebitki w dość zaskakujących momentach. W ten sposób zupełnie standardowa rozmowa przy stole się nagle czymś tajemniczym, zastanawiającym... bo to już nie rozmowa, a występ. Ale też jednak urocza rozmowa. Moje ulubione ujęcie w filmie śledzi przednią szybę samochodu: przejeżdżane miasto wyświetla się na niej niczym, przepraszam za wzniosłość, cienie w Platonowskiej jaskini. Dobór aktorów również daje do myślenia pod kątem autentyczności: Juliette Binoche - być może aktorka o najwspanialszym CV ze wszystkich obecnie żyjących - gra postać opisaną tylko jako Ona, podczas gdy w rolę znanego pisarza Jamesa Millera wciela się William Shimell, śpiewak operowy, praktycznie debiutujący przed kamerą. I ewidentnie widać, że Binoche jest aktorką wybitną: pulsuje kobiecością i nieoczywistymi emocjami, ma tysiąc twarzy, jej fizyczność jest pociągająco wulkaniczna. Tak samo ewidentne jest, że z Shimella aktor jest żaden: odgrywa swą rolę w sposób oczywisty, ma jedną twarz, zdaje się nie do końca rozumieć, co robi. Tak więc Binoche jest autentyczna, a Shimell nie, ale biorąc pod uwagę przedstawioną historię, nabiera to paru ciekawych znaczeń. Jak by nie spojrzeć, zabawa toczy się na paru poziomach.

Czy nie macie ochoty oskórować tego drania, przez którego Juliette płacze?

Zapiski z Toskanii są równie rozbrajająco samoświadome, co Incepcja, tyle że, paradoksalnie, w ogóle nam tego nie mówią. Być może dlatego, że ostatecznie nie są jedynie filmem o sztuce, ale też o podstawowych życiowych sprawach. Zadając sobie pytanie o autentyczność dzieła sztuki, trzeba też zastanowić się nad źródłem innych naszych doznań, czyli generalnie życiem, a w przypadku tego filmu, szczególnie nad istotą miłości, czy to w początkowej, czy dojrzałej fazie. Pokazany w Cannes w 2010 r. film rozkręca się powoli, ale już po premierze czytałem o nim jako o "pierwszym arcydziele nowej dekady". Bez wątpienia dla wielu kinomanów będzie to pożywka na lata - źródło wzruszeń, radości, a także przemyśleń czy wręcz autokrytyki. Kino totalne, które razem z wchodzącym do kin równocześnie Pewnego razu w Anatolii rzuca wielki cień na wszystko, co mieliśmy okazję zobaczyć przez ostatnie miesiące.

piątek, 24 lutego 2012
Druga część corocznej blogowej tradycji. Kto wygra w tym roku?
Coroczna tradycja blogowa tym razem podzielona na dwie części.
sobota, 11 lutego 2012

Francuski hit przywołuje nastrój niemego kina w zaskakująco prosty sposób: będąc niemym kinem. Niestety, nie tym najbardziej wybitnym, ale wykonanym sprawnie i ze sporą dawką uroku.

Spędziłem więcej godzin swego życia, niż by wypadało, na dyskutowanie o różnicach pomiędzy parodią a pastiszem. "Pastisz" to po włosku pasztet i być może z powodu pewnych skojarzeń z tym wyrobem mięsnym słowo to również w dziedzinie sztuki wywołuje niepożądane skojarzenia. Parodia kojarzy się zaś niektórym z wybitnymi pisarzami zamierzchłych epok, którzy punktowali celnie wady króla i kleru, a później Senatu, PRL-u i tak dalej. Gdzież pastiszowi do tej wzniosłości! A jednak jakże smaczne są filmowe paszteciki Quentina Tarantino. Jakżeż z kolei niestrawne bywają parodie idące śladem Nagiej broni, które tak maniakalnie rwą się do wyśmiewania cudzych schematów, że tworzą własny, i to jeden z najokrutniej skodyfikowanych. Michel Hazanavicius - który za dwa tygodnie stanie się najbardziej anonimowym zdobywcą Oscara za reżyserię od czasu Toma Hoopera - uwił sobie gniazdko gdzieś w okolicach obu tych dziedzin. Debiutował w telewizji filmem La classe americaine, w którym pomontował sceny z kilkudziesięciu amerykańskich klasyków, dodając nowy dubbing. Jego jedynym większym projektem kinowym były do tej pory dwa filmy z serii OSS 117. Mimo wspólnego tytułu, nie były one żadną reaktywacją serii z lat 60., a raczej bezczelnym z nich szyderstwem - wiecie, coś jak Gwiezdne wojny: Mroczne widmo wobec Gwiezdnych wojen. Teraz Hazanavicius zabrał się za kino lat 20. - temat łatwy do obśmiania, co czyniło już wielu, najsłynniej Mel Brooks w Niemym kinie. Ale Francuz postanowił pójść nieco inną drogą: Artysta nie jest parodią, ba, jest jej przeciwieństwem - doprawdy mało kto przez ostatnie 70 lat podszedł do niemego kina tak bezkrytycznie, by z niego nie tylko czerpać, nie tylko się inspirować czy poprawiać, ale niemal w zupełności po prostu skopiować. Dostajemy tylko i aż próbę perfekcyjnego hołdu. Obojętnie, czy wzdychasz do plakatów z Gretą Garbo, czy o możliwości istnienia kina bez dialogu dowiedziałeś się wczoraj - Hazanavicius chce złapać wszystkich na haczyk, rekonstruując techniki niemego kina, a przez to emocje, które sprawiły, że pod koniec lat 20. w USA sprzedawano tygodniowo sto milionów biletów.

To nie jest kolejna komedia dla daltonistów

Dociekania, jaki w zasadzie jest stosunek Artysty do przeszłości, mogą się wydawać nieco dygresyjne - to nowy film, nowa historia i może najlepiej ją oceniać samodzielnie. Ale nie mógłbym tego tak zostawić, bo próba określenia, czemu w zasadzie składa hołd Hazanavicius, prowadzi ciągle do nowych paradoksów. Weźmy zdjęcia: na pierwszy rzut oka, film udaje taki nakręcony w latach 20., z całym - raczej niezasadnym estetycznie - dobrodziejstwem inwentarza: 22 klatkami na sekundę, "kwadratowym" (4:3) formatem czy rozpiętością tonalną, która sprawia, że każde okno, obrus czy biała suknia rażą oczy intensywnością światła. Z drugiej jednak strony, znajdziemy tu choćby kilka inspiracji Obywatelem Kane'em, które może i dałoby się w omawianym okresie wykonać, ale... nikt ich nie wykonał, bo nie zostały wymyślone. Z trzeciej wreszcie strony, anachronizmów da się znaleźć więcej, natomiast trudno byłoby znaleźć ujęcia wykorzystujące w pełni choćby ówczesne możliwości kamery. Ile tricków był w stanie sobie przypomnieć Hazanavicius, tyle użył, ale nie oczekujcie zapierających dech jazd rodem z Murnaua, montażowej sugestywności Eisensteina, inscenizacyjnej kreatywności Stroheima. Nie żebym od razu oczekiwał porównywalnego geniuszu - chodzi mi jedynie o brak jakiejś wyraźnej sygnatury, która wyróżniłaby ten film z grona innych. To jest chyba mój główny problem z Artystą - on działa antyautorsko, stanowi zbiór najbardziej znanych zagrywek największych hitów tego okresu (i nieco późniejszych... o ile zdążyły już się zmyć w jedno w pamięci). Niekoniecznie najlepszych zagrywek - najbardziej znanych (podobnie jest z muzyką, która potrafi sięgnąć aż po kultowy soundtrack z Zawrotu głowy. Cholera, to jest rok 1958!). Tak jak bohater - słodka mieszanka wedlowska wszelakich archetypów gwiazdora z okresu - urzeka ludzi przede wszystkim samą bezczelną pewnością siebie, tak i cały Artysta działa głównie dlatego, że wierzy, iż ten najbardziej klasyczny z możliwych format jest wartością samą w sobie. Wierzy tak bezpretensjonalnie i naiwnie, że trudno samemu nie uwierzyć.

O dziwo, w czasach przedwojennych wąsik cieszył się zdecydowanie większą popularnością.

Przyjemność podczas seansu ma smak podobny temu, który towarzyszy nowej, głośnej superprodukcji - radość wynika z oglądania fajnych, niedostępnych rzeczy. Nazwałbym to ukutym w poprzedniej notce terminem "garniturowej nostalgii", ale w wydaniu skrajnym: ten zapomniany świat, w którym nikt nie potrzebował dialogów, bo miał twarze, jest przecież dla nas na co dzień już tak niedostępny, że nie ma go nawet w filmach. Niby ciągle czasem bywa przywoływany (w ostatnich latach choćby w stylizowanym na wczesnego Murnaua Zewie Cthulhu czy komedii Rolfa De Heera Dr. Plonk), ale jako narzędzie, nie jako cel. Tutaj zaś mamy coś, czego dawno nie widziałem: nieme kino mówiące o niczym innym, jak niemym kinie. Teza Hazanaviciusa jest taka, że owo nieme kino (które właśnie oglądamy) było bardzo cool, a przekonuje nas do tego głównie dwoma sposobami. Po pierwsze, przedstawia lekką, atrakcyjną historię o lekkich, atrakcyjnych ludziach. Znany głównie z OSS 117 duet aktorski Jean Dujardin-Berenice Bejo fantastycznie odgrywa najbardziej tradycyjne z Hollywoodzkich love story: on jest dumnym, opornym jak osioł amantem zakochanym we własnym uśmiechu - ona zaś na przekór rozsądkowi trwa w staraniach o niego, troszczy się i dba, delikatnie stara się sprawić, by zszedł z cokołu własnego ego. Oboje wspaniale robią miny, uśmiechają się i tańczą - nawet w momentach teoretycznie poważnych dominuje tu beztroski, slapstickowy klimat, w czym pomaga montażowa zręczność twórców. Ale zręczna forma to, jak sądzę, tylko jeden z dwóch powodów powodzenia tego skoku na nostalgię: drugim jest historia, która w zasadzie mówi, że... głównie po prostu to, że nieme kino jest cool. Niestety w scenariuszu brakuje tego polotu i inwencji, które objawiają wykonawcy. Jego banalność dość mocno szturmuje bramy mojej tolerancji: w porównaniu z Artystą, Deszczowa piosenka wygląda jak Thomas Pynchon. Do musicalu Gene'a Kelly'ego dodajcie przypominany sobie po latach szkielet Bulwaru Zachodzącego Słońca i zmieszajcie ze szczyptą Narodzin gwiazdy - proszę, przed wami Artysta. To nie parodia: schemat zostaje przyjęty bez krytyki. Jego najbardziej rozpoznawalne cechy zostają zagęszczone, by oddać hołd oryginałowi - to pastisz.

Berenice Bejo - wasza nowa ulubiona aktorka? Jest świetna, i, no wiecie... ładnie tańczy

Na pewno warto wybrać się na Artystę, bo to coś więcej niż film... to przebój, to wydarzenie. Niby rzecz prosta, a chce się o niej gadać, chce się powiedzieć wiele zaskakujących, a czasem nawet sprzecznych, spostrzeżeń - począwszy od tego, że to jednocześnie najbardziej odtwórczy i najbardziej oryginalny film, jaki zobaczycie w tym roku. Osobiście uczucia mam bardzo mieszane. Nie potrzeba mi czegoś więcej niż film, wolę... dobry film. Idea nostalgicznej imitacji podoba mi się, ale mam wrażenie, że inaczej niż Almodovar czy Tarantino, Hazanavicius skupia się głównie na otoczce. "Magia kina" to dla niego gwiazdy, skandale, gagi, Oscarowe produkcje, ucieczka w idealne miejsce. Niekoniecznie zaś dążenie do zrozumienia człowieka i świata, kulturowej refleksji, estetycznego wstrząsu, które w tym samym czasie dawali światu - również przecież bardzo popularni - Chaplin, Walsh, Vidor czy wielu innych. Jako popowe kino na randkę Artysta sprawdza się dobrze, podobnie jak OSS 117. Natomiast po furorze, jaką zrobił w Cannes, oczekiwałem zdecydowanie więcej. Z drugiej strony - kto wie, może dzięki temu szumowi wielu filmowców jeszcze raz spojrzy w najstarsze z dostępnych nam filmów nie jako ciekawostkę, a źródło inspiracji. Możliwości jest sporo. Hazanavicius jedynie prześliznął się po temacie.

niedziela, 05 lutego 2012

Zaskoczenia w nowym filmie George'a Clooneya są dość przewidywalne, ale wykonanie przyciąga uwagę. Przyjemnie śledzi się subtelności w tych jakże elegancko przedstawionych politycznych gierkach.

W internecie zawsze można trafić na ludzi przywiązanych do efektu zaskoczenia, którzy odejmą cię od znajomych tylko za "spoilerowanie" im, że Vader jest ojcem Obi-Wana, Snape zabija Gandalfa, a zielona pożywka jest tak naprawdę robiona ze szpinaku. Filmowcy dość często utrudniają biedakom życie. Możecie oglądać tylko DVD, by ominąć kinowe zwiastuny, często pokazujące kulminacyjne sceny fimu, możecie unikać "spoilerów" gęsto rozmieszczonych na okładce soundtracku - a oni i tak was dorwą i wszystko zepsują, choćby samym tytułem filmu. Czego się spodziewacie, oglądając sielskie życie na przedmieściach, jeśli tytuł brzmi Historia przemocy? Jak myślicie, co zrobi Robert Ford na koniec Zabójstwa Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda? Clooney i jego współpisarz Grant Heslov pogrywają podobną metodą z tytułem Id marcowych. Akcja filmu rozgrywa się raczej przed połową marca, więc może chodzić tylko o jedno - ktoś tutaj jest Markiem Brutusem i wbije cesarzowi sztylet w plecy. Lecz przecież twórcy są świadomi tego skojarzenia i kto wie, może na złość zrobią inaczej? Cesarz zastrzyletuje Brutusa? Albo obaj siebie nazwajem? W ogóle kogoś innego? Niby spoiler, a jednak nic nie wiadomo. Tylko tyle, że poprzez dwa proste słowa Clooney daje filmowi coś, czego pozornie nie demonstrują kamera i dźwięk - zdrada wisi tu w powietrzu.

Najlepsze użycie tych trzech kolorów od czasu Emmanuela Olisadebe?

Idy marcowe opisują kampanię przed fikcyjnymi prawyborami w Stanach. To, że po ośmiu latach Busha żaden republikanin nie zostanie wybrany, jest dla Clooneya oczywiste. Pytanie jest więc inne: jaki demokrata? Steve (Ryan Gosling) wierzy, że tym wybranym jest senator Morris (Clooney tradydycjnie także gra), dla którego pracuje. Po tylu rozczarowaniach nadszedł czas na przyzwoitych ludzi w polityce! Takich jak Clooney, takich jak Gosling - którzy wierzą w sprawę, w to, że ten kraj można uczynić lepszym - ale nie zrobią kosztem brudnych rąk. Manipulują mediami, slalomują między niedogodnościami, czasem zatają jakiś detal - ale nie będą kłamać, oszukiwać, obiecywać stanowisk. "To bardziej obraz tego, jak polityka powinna wyglądać, niż faktycznie wygląda" - można początkowo pomyśleć. Opis to trafny, dlatego też fani serialu The West Wing (Prezydencki poker), jak i ogólnie kina o "robieniu polityki", powinni poczuć się tu jak w domu. Mamy tu charakterystyczne połączenie: z jednej strony krajobraz rozbzyczanego ula partyjnych biur, z drugiej - pełen profesjonalizm poważnych ludzi w garniturach posługujących się politycznym żargonem, z trzeciej wreszcie - patos i podniosłość, napędzane wiarą bohaterów w lepsze jutro. Od pierwszej sceny - gdy spokojny, ale czujny Gosling sprawdza nagłośnienie i podesty przed debatą - reżyser nie chce nam zostawiać wątpliwości, że oto dzieje się coś ważnego. Prezydencki poker przywodzi na pewno na myśl pompatyczna, niestroniąca od smyczków i trąbki ścieżka dźwiękowa Alexandre'a Desplat - nie wiem, kto pierwszy to wymyślił, ale dziś gdy słyszę trąbkę i widzę oficjalnie ubrane osoby idące korytarzem z plikiem dokumentów w ręku, automatycznie myślę: "kampania". Każdy jest tu opanowany, konkretny, perfekcyjnie ubrany - nie można się do niczego przyczepić. Przynajmniej takie jest wrażenie.

Uwierz. Zagłosuj. Płacz.

Innymi słowy, mamy do czynienia z kolejnym przykładem tego, co nazywam "garniturową nostalgią". Za garniturem idzie tak wiele skojarzeń - odpowiednia scenografia, odpowiedni sposób mówienia, odpowiednie bary... Lubimy garnitury, bo lubimy czasem pobyć z samcami alfa, a kandydat na prezydenta USA, do tego jeszcze z twarzą Hollywoodzkiego przystojniaka, jest dość blisko jego definicji. Pod względem samej formy: jeśli podobało się wam Good night and good luck, Idy marcowe też będzie się wam dobrze oglądać. Kamera w najlepszym dotąd filmie Clooneya była równie posępna i surowa, jak rola Davida Strahairna. Kamera w Idach... przypomina zaś aktorstwo Ryana Goslinga: powolne tempo, pozbawiona wysiłku pewność siebie granicząca z lekceważeniem, barwy ciepłe niczym Goslingowy uśmiech, a jednocześnie jakaś nutka melancholii, która czai się w oczętach naszego bohatera. Z biegiem czasu oczęta te stają się coraz bardziej szkliste: o ile pierwsza połowa filmu faktycznie przypomina dowolny odcinek Prezydenckiego pokera (gdyby ten brał siebie nieco bardziej na poważnie), to dzieło kinowe musi oczywiście znacznie szybciej dostarczać nam momenty zwrotne. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wada: Idy... są zwięzłym obrazem, który pokazuje nam może gwarne biuro, ale szybko skupia się na głównym wątku i głównym bohaterze. To jest jego historia. Nie powiedziałbym, że jest to film o polityce, o Ameryce, o naszych czasach... myślę, że najlepiej oglądać to jako historię dorastania. Trochę kolejną wariację na temat Obywatela Kane'a, a trochę przeżycie każdego z nas - wiecie, ten moment, kiedy dowiedzieliście się, że ludzie, w których wierzyliście, jednak nie zrobili tego, co obiecywali.

Sean Penn wyraża rozpacz kąpiąc się we własnych łzach, Gosling - będąc nie do końca uczesanym

Clooney specjalizuje się oczywiście w kinie middlebrow, toteż można zapomnieć nie tylko o kompleksowości Mad Men, ale nawet intelektualnej gęstości Szpiega Alfredsona - tutaj dostajemy produkt kompromisowy, trochę pobudzający umysł, trochę emocjonujący. Bez szarżowania. Good Night and Good Luck było bardziej skomplikowanym, bardziej odkrywczym filmem i to może dlatego - a może poprzez rozpieszczenie Mad Menem - Idy marcowe nie zrobiły już takiej kariery. Osobiście uważam, że zdecydowanie warto. Nie jest to może film, który będę wspominał po latach, czując potrzebę powtórnego oglądania, ale w razie takiej możliwości na pewno chętnie skorzystam - to czas spędzony w ciekawym miejscu i w doborowym towarzystwie.

środa, 04 stycznia 2012
piątek, 30 grudnia 2011
Kilka rzeczy, które zapadły mi w pamięć w tym roku.
czwartek, 29 grudnia 2011
Albo po prostu złe. Pierwsza z list końcoworocznych.

statystyka