Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS
niedziela, 11 marca 2012

Gdyby Christopher Nolan nakręcił Bunuelowską komedię romantyczną Ingmara Bergmana... Pewnie wyszłoby coś równie inteligentnego, ale bez tej jedwabnej lekkości, jaką nadał swemu filmowi Abbas Kiarostami.

Jak wszyscy, jestem fanem Kiarostamiego, reżysera w latach 90. uważanego za najwybitniejszego na świecie (później zaczął różne dokumentalne eksperymenty kręcone tanią cyfrówką i nieco zniknął z radaru). Aczkolwiek nie będę udawać, że do końca rozumiem jego filmy. Najnowszy z nich, Zapiski z Toskanii, jest prawdopodobnie najbardziej przystępnym - nie tylko dlatego, że został nakręcony w Europie, w znanej nam kulturze i znanych nam językach. Także dlatego, iż bardzo szybko pozbawia widza złudzeń, iż "zrozumienie" jest tu w ogóle możliwe. Ściśle patrząc, w filmie pewne jest tylko jedno - że jest facet i kobieta. Faktów dostajemy oczywiście dużo więcej, ale ostatecznie może nie do końca one do siebie pasują. To prawdziwe osiągnięcie Kiarostamiego, że nie rezygnując z typowej dla siebie intertekstualnej gęstości, nagrał jednak obraz, który spokojnie można oglądać po prostu jako historię bezczelnie szalonego podrywu, naznaczoną roztrzepanym absurdem niczym reklama perfum. Ale chyba najbardziej imponuje mi jeszcze co innego: że chociaż polski tytuł Zapiski z Toskanii jest zaiste równie surrealistyczny, co sam film (gdzie tu są jakieś zapiski?), sugerując travel porn adresowane do klientek książeczek poradnikowych, to faktycznie da się go docenić po prostu jako historię ucieczki kobiety od dnia codziennego w krainę dobrego wina i przystojnych mężczyzn pełnych klasy. Są ładne widoczki, gadki o miłości, pociagający bohaterowie... Kto wie, może nawet powinno się tak ten film określić. Ale chyba najlepiej będzie powiedzieć, że to kino totalne - potrafiące tak uciekać od oczywistości, by widz nie miał poczucia żadnej utraty, a jedynie kolejnych świeżych ekscytacji. Słoneczny esej, romansidło dla moli książkowych - obojętnie, na jakim poziomie oglądać będziecie ten film, wypada zachwycająco.

Według Nietzschego wszystko, co prawdziwie głębokie, ma maskę. Według Kiarostamiego, szybę.

Musiałem zacząć od pięknych ludzi i widoczków, by przypadkiem nie wystraszyć. Zapiski z Toskanii są bowiem niczym Chanuka wykształciucha, stawiając takiemu na stół misę pełną intelektualnych łakoci, i bardzo kuszą, by zapuścić się w meandry teorii sztuki, do których tak gładko puszcza co chwilę oko Kiarostami. Teatralne teorie performatywności. Rozważania Arthura Danto o tym, co jest dziełem sztuki, a co nie. Psychologiczna koncepcja tożsamości. Symulakry. Przedmiotowość sztuki w ujęciu Barthesa... Można by o tym pisać godzinami, do znudzenia (jeśli nie krytyka, to na pewno czytelnika). Ale zacznijmy od podstaw. Oryginalny tytuł filmu to Copie conforme ("poświadczona kopia"). W pierwszej scenie bohater tłumaczy nam, o co mniej więcej chodzi: otóż jest kopia i oryginał.  Kopia - wzbudzając w nas doznania - niejako świadczy o oryginale. Ale pozostaje ten dziwny fakt, że jeśli nie wiemy, iż coś jest kopią - to dla nas jest to oryginał. Według bohatera świadczy to o tym, że wartość powstaje głównie wskutek przybranego przez nas punktu widzenia... chyba. Przykładowo, posiadanie w domu Mony Lisy oraz kopii Mony Lisy to dwie różne sytuacje, choć przecież efekt jest ten sam. Ba, i oryginalne malowidło jest jedynie odwołaniem się do rzeczywistej Giocondy, jedynie odwzorowaniem - tyle że tutaj już kopia z jakiegoś powodu cieszy się większym prestiżem od oryginału. Dwoje bohaterów dyskutuje o sztuce niczym ci z Przed wschodem słońca o filozofii, ale jest oczywiste, że nie mają na myśli jedynie Giocondy. Centralnym pytaniem w Zapiskach... jest to, czy powinno nam przeszkadzać, że obcujemy z kopią, odgrywaniem ról, udawaniem. Cała zabawa bohaterów zdaje się wynikać właśnie z tego, że zdają sobie sprawę, iż człowiek i tak potrafi tylko naśladować, więc nie ma sensu trzymać się wymogów spójności. Film przedstawia więc refleksję o prawdziwości samego siebie, bohaterów, ale także życia jako takiego i, naturalnie, miłości. Wnioski można wyciągnąć różne. Pesymistyczny: nic nie jest tak w stu procentach prawdziwe, niezależne od naszego poznania. Miłość to kłamstwo. Optymistyczny: skoro nic nie jest oryginalne, równie dobrze można się tym nie przejmować i cieszyć tym, co nam dane. I tworzyć dobre kopie.

Żeby życie miało smaczek - raz zbliżenie, raz widoczek

Film ogląda się świetnie, bo przemyślenia na temat oryginału i kopii wprowadzane są tu w zupełnie nieinwazyjny dla love story sposób. Zamiast o nich gadać, Kiarostami po prostu je odgrywa. Czasami w sposób bez wątpienia niezamierzony, ale hej, znaczenie ma tylko mój odbiór, prawda? Weźmy jakże piękne zdjęcia - w ostatnich filmach Irańczyka, choćby wspaniałym Dziesięć, od razu było widać, że film nakręcono cyfrówką i bez tego film by chyba nie miał sensu. Tutaj jednak mamy piękne, żywe kolory i w zasadzie fakt nagrania ich kamerą Red One można uznać jedynie za ciekawostkę. Cyfra idealnie imituje film. Podobnie jak scenariusz, kamera nieustannie bawi się subiektywnym spojrzeniem - czasem obiektyw stoi na miejscu lustra, czasem okna, montaż zaś podaje nam przebitki w dość zaskakujących momentach. W ten sposób zupełnie standardowa rozmowa przy stole się nagle czymś tajemniczym, zastanawiającym... bo to już nie rozmowa, a występ. Ale też jednak urocza rozmowa. Moje ulubione ujęcie w filmie śledzi przednią szybę samochodu: przejeżdżane miasto wyświetla się na niej niczym, przepraszam za wzniosłość, cienie w Platonowskiej jaskini. Dobór aktorów również daje do myślenia pod kątem autentyczności: Juliette Binoche - być może aktorka o najwspanialszym CV ze wszystkich obecnie żyjących - gra postać opisaną tylko jako Ona, podczas gdy w rolę znanego pisarza Jamesa Millera wciela się William Shimell, śpiewak operowy, praktycznie debiutujący przed kamerą. I ewidentnie widać, że Binoche jest aktorką wybitną: pulsuje kobiecością i nieoczywistymi emocjami, ma tysiąc twarzy, jej fizyczność jest pociągająco wulkaniczna. Tak samo ewidentne jest, że z Shimella aktor jest żaden: odgrywa swą rolę w sposób oczywisty, ma jedną twarz, zdaje się nie do końca rozumieć, co robi. Tak więc Binoche jest autentyczna, a Shimell nie, ale biorąc pod uwagę przedstawioną historię, nabiera to paru ciekawych znaczeń. Jak by nie spojrzeć, zabawa toczy się na paru poziomach.

Czy nie macie ochoty oskórować tego drania, przez którego Juliette płacze?

Zapiski z Toskanii są równie rozbrajająco samoświadome, co Incepcja, tyle że, paradoksalnie, w ogóle nam tego nie mówią. Być może dlatego, że ostatecznie nie są jedynie filmem o sztuce, ale też o podstawowych życiowych sprawach. Zadając sobie pytanie o autentyczność dzieła sztuki, trzeba też zastanowić się nad źródłem innych naszych doznań, czyli generalnie życiem, a w przypadku tego filmu, szczególnie nad istotą miłości, czy to w początkowej, czy dojrzałej fazie. Pokazany w Cannes w 2010 r. film rozkręca się powoli, ale już po premierze czytałem o nim jako o "pierwszym arcydziele nowej dekady". Bez wątpienia dla wielu kinomanów będzie to pożywka na lata - źródło wzruszeń, radości, a także przemyśleń czy wręcz autokrytyki. Kino totalne, które razem z wchodzącym do kin równocześnie Pewnego razu w Anatolii rzuca wielki cień na wszystko, co mieliśmy okazję zobaczyć przez ostatnie miesiące.

piątek, 24 lutego 2012
Druga część corocznej blogowej tradycji. Kto wygra w tym roku?
Coroczna tradycja blogowa tym razem podzielona na dwie części.
sobota, 11 lutego 2012

Francuski hit przywołuje nastrój niemego kina w zaskakująco prosty sposób: będąc niemym kinem. Niestety, nie tym najbardziej wybitnym, ale wykonanym sprawnie i ze sporą dawką uroku.

Spędziłem więcej godzin swego życia, niż by wypadało, na dyskutowanie o różnicach pomiędzy parodią a pastiszem. "Pastisz" to po włosku pasztet i być może z powodu pewnych skojarzeń z tym wyrobem mięsnym słowo to również w dziedzinie sztuki wywołuje niepożądane skojarzenia. Parodia kojarzy się zaś niektórym z wybitnymi pisarzami zamierzchłych epok, którzy punktowali celnie wady króla i kleru, a później Senatu, PRL-u i tak dalej. Gdzież pastiszowi do tej wzniosłości! A jednak jakże smaczne są filmowe paszteciki Quentina Tarantino. Jakżeż z kolei niestrawne bywają parodie idące śladem Nagiej broni, które tak maniakalnie rwą się do wyśmiewania cudzych schematów, że tworzą własny, i to jeden z najokrutniej skodyfikowanych. Michel Hazanavicius - który za dwa tygodnie stanie się najbardziej anonimowym zdobywcą Oscara za reżyserię od czasu Toma Hoopera - uwił sobie gniazdko gdzieś w okolicach obu tych dziedzin. Debiutował w telewizji filmem La classe americaine, w którym pomontował sceny z kilkudziesięciu amerykańskich klasyków, dodając nowy dubbing. Jego jedynym większym projektem kinowym były do tej pory dwa filmy z serii OSS 117. Mimo wspólnego tytułu, nie były one żadną reaktywacją serii z lat 60., a raczej bezczelnym z nich szyderstwem - wiecie, coś jak Gwiezdne wojny: Mroczne widmo wobec Gwiezdnych wojen. Teraz Hazanavicius zabrał się za kino lat 20. - temat łatwy do obśmiania, co czyniło już wielu, najsłynniej Mel Brooks w Niemym kinie. Ale Francuz postanowił pójść nieco inną drogą: Artysta nie jest parodią, ba, jest jej przeciwieństwem - doprawdy mało kto przez ostatnie 70 lat podszedł do niemego kina tak bezkrytycznie, by z niego nie tylko czerpać, nie tylko się inspirować czy poprawiać, ale niemal w zupełności po prostu skopiować. Dostajemy tylko i aż próbę perfekcyjnego hołdu. Obojętnie, czy wzdychasz do plakatów z Gretą Garbo, czy o możliwości istnienia kina bez dialogu dowiedziałeś się wczoraj - Hazanavicius chce złapać wszystkich na haczyk, rekonstruując techniki niemego kina, a przez to emocje, które sprawiły, że pod koniec lat 20. w USA sprzedawano tygodniowo sto milionów biletów.

To nie jest kolejna komedia dla daltonistów

Dociekania, jaki w zasadzie jest stosunek Artysty do przeszłości, mogą się wydawać nieco dygresyjne - to nowy film, nowa historia i może najlepiej ją oceniać samodzielnie. Ale nie mógłbym tego tak zostawić, bo próba określenia, czemu w zasadzie składa hołd Hazanavicius, prowadzi ciągle do nowych paradoksów. Weźmy zdjęcia: na pierwszy rzut oka, film udaje taki nakręcony w latach 20., z całym - raczej niezasadnym estetycznie - dobrodziejstwem inwentarza: 22 klatkami na sekundę, "kwadratowym" (4:3) formatem czy rozpiętością tonalną, która sprawia, że każde okno, obrus czy biała suknia rażą oczy intensywnością światła. Z drugiej jednak strony, znajdziemy tu choćby kilka inspiracji Obywatelem Kane'em, które może i dałoby się w omawianym okresie wykonać, ale... nikt ich nie wykonał, bo nie zostały wymyślone. Z trzeciej wreszcie strony, anachronizmów da się znaleźć więcej, natomiast trudno byłoby znaleźć ujęcia wykorzystujące w pełni choćby ówczesne możliwości kamery. Ile tricków był w stanie sobie przypomnieć Hazanavicius, tyle użył, ale nie oczekujcie zapierających dech jazd rodem z Murnaua, montażowej sugestywności Eisensteina, inscenizacyjnej kreatywności Stroheima. Nie żebym od razu oczekiwał porównywalnego geniuszu - chodzi mi jedynie o brak jakiejś wyraźnej sygnatury, która wyróżniłaby ten film z grona innych. To jest chyba mój główny problem z Artystą - on działa antyautorsko, stanowi zbiór najbardziej znanych zagrywek największych hitów tego okresu (i nieco późniejszych... o ile zdążyły już się zmyć w jedno w pamięci). Niekoniecznie najlepszych zagrywek - najbardziej znanych (podobnie jest z muzyką, która potrafi sięgnąć aż po kultowy soundtrack z Zawrotu głowy. Cholera, to jest rok 1958!). Tak jak bohater - słodka mieszanka wedlowska wszelakich archetypów gwiazdora z okresu - urzeka ludzi przede wszystkim samą bezczelną pewnością siebie, tak i cały Artysta działa głównie dlatego, że wierzy, iż ten najbardziej klasyczny z możliwych format jest wartością samą w sobie. Wierzy tak bezpretensjonalnie i naiwnie, że trudno samemu nie uwierzyć.

O dziwo, w czasach przedwojennych wąsik cieszył się zdecydowanie większą popularnością.

Przyjemność podczas seansu ma smak podobny temu, który towarzyszy nowej, głośnej superprodukcji - radość wynika z oglądania fajnych, niedostępnych rzeczy. Nazwałbym to ukutym w poprzedniej notce terminem "garniturowej nostalgii", ale w wydaniu skrajnym: ten zapomniany świat, w którym nikt nie potrzebował dialogów, bo miał twarze, jest przecież dla nas na co dzień już tak niedostępny, że nie ma go nawet w filmach. Niby ciągle czasem bywa przywoływany (w ostatnich latach choćby w stylizowanym na wczesnego Murnaua Zewie Cthulhu czy komedii Rolfa De Heera Dr. Plonk), ale jako narzędzie, nie jako cel. Tutaj zaś mamy coś, czego dawno nie widziałem: nieme kino mówiące o niczym innym, jak niemym kinie. Teza Hazanaviciusa jest taka, że owo nieme kino (które właśnie oglądamy) było bardzo cool, a przekonuje nas do tego głównie dwoma sposobami. Po pierwsze, przedstawia lekką, atrakcyjną historię o lekkich, atrakcyjnych ludziach. Znany głównie z OSS 117 duet aktorski Jean Dujardin-Berenice Bejo fantastycznie odgrywa najbardziej tradycyjne z Hollywoodzkich love story: on jest dumnym, opornym jak osioł amantem zakochanym we własnym uśmiechu - ona zaś na przekór rozsądkowi trwa w staraniach o niego, troszczy się i dba, delikatnie stara się sprawić, by zszedł z cokołu własnego ego. Oboje wspaniale robią miny, uśmiechają się i tańczą - nawet w momentach teoretycznie poważnych dominuje tu beztroski, slapstickowy klimat, w czym pomaga montażowa zręczność twórców. Ale zręczna forma to, jak sądzę, tylko jeden z dwóch powodów powodzenia tego skoku na nostalgię: drugim jest historia, która w zasadzie mówi, że... głównie po prostu to, że nieme kino jest cool. Niestety w scenariuszu brakuje tego polotu i inwencji, które objawiają wykonawcy. Jego banalność dość mocno szturmuje bramy mojej tolerancji: w porównaniu z Artystą, Deszczowa piosenka wygląda jak Thomas Pynchon. Do musicalu Gene'a Kelly'ego dodajcie przypominany sobie po latach szkielet Bulwaru Zachodzącego Słońca i zmieszajcie ze szczyptą Narodzin gwiazdy - proszę, przed wami Artysta. To nie parodia: schemat zostaje przyjęty bez krytyki. Jego najbardziej rozpoznawalne cechy zostają zagęszczone, by oddać hołd oryginałowi - to pastisz.

Berenice Bejo - wasza nowa ulubiona aktorka? Jest świetna, i, no wiecie... ładnie tańczy

Na pewno warto wybrać się na Artystę, bo to coś więcej niż film... to przebój, to wydarzenie. Niby rzecz prosta, a chce się o niej gadać, chce się powiedzieć wiele zaskakujących, a czasem nawet sprzecznych, spostrzeżeń - począwszy od tego, że to jednocześnie najbardziej odtwórczy i najbardziej oryginalny film, jaki zobaczycie w tym roku. Osobiście uczucia mam bardzo mieszane. Nie potrzeba mi czegoś więcej niż film, wolę... dobry film. Idea nostalgicznej imitacji podoba mi się, ale mam wrażenie, że inaczej niż Almodovar czy Tarantino, Hazanavicius skupia się głównie na otoczce. "Magia kina" to dla niego gwiazdy, skandale, gagi, Oscarowe produkcje, ucieczka w idealne miejsce. Niekoniecznie zaś dążenie do zrozumienia człowieka i świata, kulturowej refleksji, estetycznego wstrząsu, które w tym samym czasie dawali światu - również przecież bardzo popularni - Chaplin, Walsh, Vidor czy wielu innych. Jako popowe kino na randkę Artysta sprawdza się dobrze, podobnie jak OSS 117. Natomiast po furorze, jaką zrobił w Cannes, oczekiwałem zdecydowanie więcej. Z drugiej strony - kto wie, może dzięki temu szumowi wielu filmowców jeszcze raz spojrzy w najstarsze z dostępnych nam filmów nie jako ciekawostkę, a źródło inspiracji. Możliwości jest sporo. Hazanavicius jedynie prześliznął się po temacie.

niedziela, 05 lutego 2012

Zaskoczenia w nowym filmie George'a Clooneya są dość przewidywalne, ale wykonanie przyciąga uwagę. Przyjemnie śledzi się subtelności w tych jakże elegancko przedstawionych politycznych gierkach.

W internecie zawsze można trafić na ludzi przywiązanych do efektu zaskoczenia, którzy odejmą cię od znajomych tylko za "spoilerowanie" im, że Vader jest ojcem Obi-Wana, Snape zabija Gandalfa, a zielona pożywka jest tak naprawdę robiona ze szpinaku. Filmowcy dość często utrudniają biedakom życie. Możecie oglądać tylko DVD, by ominąć kinowe zwiastuny, często pokazujące kulminacyjne sceny fimu, możecie unikać "spoilerów" gęsto rozmieszczonych na okładce soundtracku - a oni i tak was dorwą i wszystko zepsują, choćby samym tytułem filmu. Czego się spodziewacie, oglądając sielskie życie na przedmieściach, jeśli tytuł brzmi Historia przemocy? Jak myślicie, co zrobi Robert Ford na koniec Zabójstwa Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda? Clooney i jego współpisarz Grant Heslov pogrywają podobną metodą z tytułem Id marcowych. Akcja filmu rozgrywa się raczej przed połową marca, więc może chodzić tylko o jedno - ktoś tutaj jest Markiem Brutusem i wbije cesarzowi sztylet w plecy. Lecz przecież twórcy są świadomi tego skojarzenia i kto wie, może na złość zrobią inaczej? Cesarz zastrzyletuje Brutusa? Albo obaj siebie nazwajem? W ogóle kogoś innego? Niby spoiler, a jednak nic nie wiadomo. Tylko tyle, że poprzez dwa proste słowa Clooney daje filmowi coś, czego pozornie nie demonstrują kamera i dźwięk - zdrada wisi tu w powietrzu.

Najlepsze użycie tych trzech kolorów od czasu Emmanuela Olisadebe?

Idy marcowe opisują kampanię przed fikcyjnymi prawyborami w Stanach. To, że po ośmiu latach Busha żaden republikanin nie zostanie wybrany, jest dla Clooneya oczywiste. Pytanie jest więc inne: jaki demokrata? Steve (Ryan Gosling) wierzy, że tym wybranym jest senator Morris (Clooney tradydycjnie także gra), dla którego pracuje. Po tylu rozczarowaniach nadszedł czas na przyzwoitych ludzi w polityce! Takich jak Clooney, takich jak Gosling - którzy wierzą w sprawę, w to, że ten kraj można uczynić lepszym - ale nie zrobią kosztem brudnych rąk. Manipulują mediami, slalomują między niedogodnościami, czasem zatają jakiś detal - ale nie będą kłamać, oszukiwać, obiecywać stanowisk. "To bardziej obraz tego, jak polityka powinna wyglądać, niż faktycznie wygląda" - można początkowo pomyśleć. Opis to trafny, dlatego też fani serialu The West Wing (Prezydencki poker), jak i ogólnie kina o "robieniu polityki", powinni poczuć się tu jak w domu. Mamy tu charakterystyczne połączenie: z jednej strony krajobraz rozbzyczanego ula partyjnych biur, z drugiej - pełen profesjonalizm poważnych ludzi w garniturach posługujących się politycznym żargonem, z trzeciej wreszcie - patos i podniosłość, napędzane wiarą bohaterów w lepsze jutro. Od pierwszej sceny - gdy spokojny, ale czujny Gosling sprawdza nagłośnienie i podesty przed debatą - reżyser nie chce nam zostawiać wątpliwości, że oto dzieje się coś ważnego. Prezydencki poker przywodzi na pewno na myśl pompatyczna, niestroniąca od smyczków i trąbki ścieżka dźwiękowa Alexandre'a Desplat - nie wiem, kto pierwszy to wymyślił, ale dziś gdy słyszę trąbkę i widzę oficjalnie ubrane osoby idące korytarzem z plikiem dokumentów w ręku, automatycznie myślę: "kampania". Każdy jest tu opanowany, konkretny, perfekcyjnie ubrany - nie można się do niczego przyczepić. Przynajmniej takie jest wrażenie.

Uwierz. Zagłosuj. Płacz.

Innymi słowy, mamy do czynienia z kolejnym przykładem tego, co nazywam "garniturową nostalgią". Za garniturem idzie tak wiele skojarzeń - odpowiednia scenografia, odpowiedni sposób mówienia, odpowiednie bary... Lubimy garnitury, bo lubimy czasem pobyć z samcami alfa, a kandydat na prezydenta USA, do tego jeszcze z twarzą Hollywoodzkiego przystojniaka, jest dość blisko jego definicji. Pod względem samej formy: jeśli podobało się wam Good night and good luck, Idy marcowe też będzie się wam dobrze oglądać. Kamera w najlepszym dotąd filmie Clooneya była równie posępna i surowa, jak rola Davida Strahairna. Kamera w Idach... przypomina zaś aktorstwo Ryana Goslinga: powolne tempo, pozbawiona wysiłku pewność siebie granicząca z lekceważeniem, barwy ciepłe niczym Goslingowy uśmiech, a jednocześnie jakaś nutka melancholii, która czai się w oczętach naszego bohatera. Z biegiem czasu oczęta te stają się coraz bardziej szkliste: o ile pierwsza połowa filmu faktycznie przypomina dowolny odcinek Prezydenckiego pokera (gdyby ten brał siebie nieco bardziej na poważnie), to dzieło kinowe musi oczywiście znacznie szybciej dostarczać nam momenty zwrotne. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wada: Idy... są zwięzłym obrazem, który pokazuje nam może gwarne biuro, ale szybko skupia się na głównym wątku i głównym bohaterze. To jest jego historia. Nie powiedziałbym, że jest to film o polityce, o Ameryce, o naszych czasach... myślę, że najlepiej oglądać to jako historię dorastania. Trochę kolejną wariację na temat Obywatela Kane'a, a trochę przeżycie każdego z nas - wiecie, ten moment, kiedy dowiedzieliście się, że ludzie, w których wierzyliście, jednak nie zrobili tego, co obiecywali.

Sean Penn wyraża rozpacz kąpiąc się we własnych łzach, Gosling - będąc nie do końca uczesanym

Clooney specjalizuje się oczywiście w kinie middlebrow, toteż można zapomnieć nie tylko o kompleksowości Mad Men, ale nawet intelektualnej gęstości Szpiega Alfredsona - tutaj dostajemy produkt kompromisowy, trochę pobudzający umysł, trochę emocjonujący. Bez szarżowania. Good Night and Good Luck było bardziej skomplikowanym, bardziej odkrywczym filmem i to może dlatego - a może poprzez rozpieszczenie Mad Menem - Idy marcowe nie zrobiły już takiej kariery. Osobiście uważam, że zdecydowanie warto. Nie jest to może film, który będę wspominał po latach, czując potrzebę powtórnego oglądania, ale w razie takiej możliwości na pewno chętnie skorzystam - to czas spędzony w ciekawym miejscu i w doborowym towarzystwie.

środa, 04 stycznia 2012
piątek, 30 grudnia 2011
Kilka rzeczy, które zapadły mi w pamięć w tym roku.
czwartek, 29 grudnia 2011
Albo po prostu złe. Pierwsza z list końcoworocznych.
wtorek, 01 listopada 2011

Koterski mnie nie zawiódł. Jego nowy film nie jest może tak głęboki i wysmakowany, jak by się chciało, ale nadal urzeka ciemną, gęstą, duszącą jak dym ironią.

Jeszcze niedawno wyczekiwałem wielce nowego Koterskiego. Dlaczego? Bo to nowy Koterski. Ale w momencie premiery Bab... już takiej na nie chętki nie miałem. Bałem się. Cała kampania reklamowa, na czele z emitowanymi trzykrotnie przed każdym filmem zwiastunami, sugerowała, że być może to nie będzie to, do czego nas przyzwyczaił pierwszy Edyp polskiej kinematografii. Przegląd recenzji na przypadłość nie pomógł - bo one też, choć niby pochlebne, sugerowały twór, którego każdy kinoman chciałby unikać: polską komedię o stereotypach płciowych. Cóż to, literówka w nazwisku, nie Koterski film nakręcił, ale Konecki, z Saramonowiczem w dodatku, i nowe Lejdis nam tu podaje? Ale w końcu na film poszedłem i... nie bolało. Obawy okazały się płonne. Reklamy mylą. Film na pewno nie jest wesoły. Śmieszny - owszem, ale gorzki to śmiech, maskujący depresję. Zdecydowanie nie jest też erotycznie nabuzowany, jak by sugerował plakat - wręcz przeciwnie, to manifest impotencji tej miary, że można by go nazwać Synami i kochankami napisanymi językiem polskiej groteski. Nie da się tego po prostu pomylić z komedią romantyczną - gdy tamte radzą sobie z mizoginistycznymi uogólnieniami, topiąc je w słodziutkim lukrze historyjki o dwóch połówkach jabłka, Koterski przedstawia mizoginizm skrajne, ale wcale swoich bohaterów nie akceptuje. Przeciwnie, traktuje ich tradycyjnie z mieszaniną współczucia oraz pogardy. Śledzi ich paranoje, wyolbrzymia je i z nich szydzi. W efekcie więc wygląda to jak hybryda Testosteronu z... Rozmową Coppoli.

W łazienkach żyć nie dają 

Miałem szczęście trafić na niemal pustą salę.  Parę ludzi wyszło zniesmaczonych, parę ryczało ze śmiechu i biło brawo, ale wszystko w klimacie kameralnym. 1 listopada Wrocław staje się cichym, wyludnionym miastem - i takie są też Baby... Ciche, nieruchome, samotne. O przemijaniu. Cały film rozgrywa się podczas przejażdżki autem. W aucie tym - dwóch wyizolowanych bohaterów filmu (Więckiewicz i Woronowicz). Zresztą, czy to w ogóle są osobni bohaterowie? Ich dyskusja sprawia bardziej wrażenie wcielonego w życie strumienia świadomości. Czasem obaj dokańczają swoje zdania. Albo jeden mówi, a drugi pokazuje. Dało by się bez problemu ten scenariusz wystawić w teatrze, dało by się z jednym aktorem - i nic by nie stracił. Czy w polskim kinie stworzono coś, co byłoby bliższe podróżom do kresu nocy znanym z filmów Davida Lyncha? Tak liczne w zwiastunach kobiety pełnią tu tylko rolę okazjonalnych nocnych zjaw, koszmarów wręcz. Koterski nie ukrywa freudowskiego wymiaru tej historii, toteż i owe zjawy oparte są na archetypach - jedna z kosą, inna w sukni ślubnej, niedołężne babcie czy nastolatki, do których wstyd zagadać, wstyd poznawać ich ciało... Trochę żal, że z takiego materiału producenci nie postanowili wycisnąć więcej czystego kina. Pewnego razu w Anatolii to to nie jest. Cóż - film był podobno kręcony na greenscreenie i biorąc to pod uwagę, wygląda nawet ładnie, ale żal, że obraz jest tu jedynie poprawnym wykonaniem wizji, a nie kolejną warstwą historii. Podobnie z muzyką - brzdąknięcia gitary, Chopin... Dobrze, że mało, że cicho. Ale w przypadku filmu o takim potencjale psychologicznym, odpowiedni dźwięk mógł zrobić z tego prawdziwe dzieło sztuki. A tak... ciągle coś tu pozostaje niewyrażone. Koterski może i przechodzi kryzys wieku średniego od ćwierci stulecia, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że żaden jego poprzedni film nie był aż tak męczący i przytłoczony. Zaleta czy wada? Na pewno rzecz, w której jest mistrzem.

Na stacjach źle nalewają

Skrajnie cyniczny i wściekły jest wreszcie język tego rozdowojonego monolgu, jaki toczą między sobą bohaterowie. Jak choćby w Dniu świra, mamy do czynienia z jedną wielką cyniczną tyradą potępienia, braku empatii i nienawiści do bliźniego. Gdyby Baby... starały się o Oscara, pewnie nie kwalifikowałyby się do kategorii "scenariusz oryginalny", bo są jednym wielkim potpourri cytatów: z artykułów naukowych, ciekawostek z gazet, klasycznej polskiej literatury, anegdot, czerstwych dowcipów. Wszystko wyrażone klasycznym językiem Koterskiego: bohaterowie mówią coś z błędem, by następnie, bez przecinka, dopowiedzieć poprawkę. Albo odwrotnie, mówią poprawnie i na koniec dodają błąd. "Czytałem tą książkę tę. Moją żoną siedziałem z". Nadal dobrze się tego słucha, ale nie bez zgrzytów. Raz bohaterowie zgubią sens zdania wśród garści poetyckich rymów, innym razem - w litanii mało wyszukanych przekleństw. Woronowicz i Więckiewicz to nie Kondrat, ale może i dobrze - to jednak inny typ dyskusji, na poły tylko intelektualny, a na poły - zadziwiająco prostacki. Bo i bohaterowie nie widzą innego obiektu dla swych gorzkich żali i pretensji, jak jedynie ten najprościej dostępny: kobiety. One wszystkiemu winne. Od trywialnych, acz irytujących zwyczajów, po system, który - choć niby patriarchalny - ustawia kobiety w pozycji władców, poprzez wychowanie kształtujących kolejne pokolenia na pozycję swoich sług. Gdy rozmowa wreszcie przechodzi w te poważniejsze sfery, Baby... stają się niemal kolejną opowieścią o przegranej rewolucji. O rewolucji w ogóle niewszczętej, bo "uciskani" są zbyt pierdołowaci, by wiedzieć, o co się dopominać. Mogą więc tylko gdybać - o starych czasach, gdy wszystko było, jak należy... Teraz na pewno nie jest. Miauczyński w Dniu świra regularnie marzył o "tej jedynej", tutejsi bohaterowie wspominają to tylko mimochodem. Teraz już nic dla nich nie jest na swoim miejscu i wszystko stanowi problem.

Człowiek nie jest bezpieczny nawet we własnym aucie!

Baby... są, i pewnie pozostaną, kontrowersyjnym filmem. Myślę, że kluczowe pytanie brzmi: czy "ich emo nas wzrusza"? Czy faktycznie ten temat jest wart aż takiej ilości analiz, utrzymanych w tak negatywnym tonie? Czy upokorzenie bohaterów śledzi się nam na tyle dobrze, że nie obejdzie nas fakt, że w istocie sami nie wiedzą, na co się skarżą? Czy metafora śmierci jako kobiety nieumiejącej prowadzić wydaje nam się zabawno-żałosna, czy jedynie żałosna? Koterski tradycyjnie daje nam okazję obcować z ludźmi przegranymi i nieatrakcyjnymi, ale trudniej niż kiedykolwiek faktycznie się z nimi uosobić. Tak więc nie wszystko tu gra. Nie do końca na to czekałem przez tyle lat. Jednak bezceremonialny nihilizm filmu staje się szybko naprawdę przytulny. Raz na jakiś czas lubię pobyć w ciemnym miejscu.

sobota, 17 września 2011

Ten film potrafi zrobić z widza szmatę. Nie ma w nim wiele pięknych słów, i tylko trochę więcej akcji - ale dosadna, fizyczna reżyseria sprawia, że emocjonalny przekaz tej męskiej historii jest miażdżący.

Drive wchodzi do kin we Wrocławiu w tym samym czasie, co w Nowym Jorku, ale czekałem na niego już od dłuższego czasu. Od festiwalu w Cannes konkretnie. Chcąc nie chcąc, sporo się naczytałem porównań do Pulp Fiction - że oto może nadszedł czas na kolejną zaskakującą Złotą Palmę dla kolejnego powiewu retro-świeżości w quasi-hollywoodzkim wydaniu (ostatecznie skończyło się na nagrodzie za reżyserię). Po zobaczeniu obrazu Nicholasa Wendinga Refna stwierdziłbym raczej, że dużo trafniej można go porównać do Wściekłych psów, ale także, że jest to lepszy film o samochodowym kaskaderze, niż Death Proof. Przede wszystkim jednak, choć równie intensywny, jest to zupełnie inny typ kina. O ile krwawy ciąg konsekwencji urządzany bohaterom przez fatum może przywoływać skojarzenia z Tarantino czy produkcjami neo-noir braci Coen, to brutalność nie jest tutaj elementem spektaklu odniesień, ale czymś bardzo organicznym, dotykalnym, wypływającym z samej natury życia.

Jest człowiekiem niewielu słów, ale wielu przeżutych wykałaczek

Porównania do wielu mistrzów kina wynikają z faktu, że mamy do czynienia z kinem niezwykle stylowym, czy może raczej - precyzyjnie wystylizowanym. Inny jest tu garnitur inspiracji - najbardziej oczywistą są mroczne filmy akcji Waltera Hilla, z Kierowcą na czele, a także wszystkie inne liczne historie cichych, twardych typów. Gdy mówimy o samym podejściu do kina, na myśl przychodzi Robert Bresson ze swoim humanistycznym minimalizmem. Winding ma więc na celu wywołanie innych emocji, niż przywołani akapit wyżej amerykańscy twórcy, ale ma też z nimi jeden wspólny cel - zaprezentowanie mistrzostwa swojego audiowizualnego warsztatu. Naprawdę miałem aż ochotę dotknąć tego i pomacać - reżyser niezwykle przekonująco buduje realizm sytuacji, umiejscawiając bohaterów w przygniatającym ich środowisku. Reżyseria i montaż z niepokojącym chłodem ukazują obraz możliwie najbardziej nieudramatyzowany, i choć w świetle bardzo romantycznej historii jest to oczywisty szantaż emocjonalny, to... jest też on skuteczny. Rezygnacja z wielu typowych środków pobijania widzowi adrenaliny sprawia, że w filmie pozornie nie ma wiele emocji, ale po pojawieniu się napisów momentalnie zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem zdruzgotany tym, co zobaczyłem. Kamera Windinga Refna jest równie okrutna, jak świat, który przedstawia. Dźwięk ma tutaj podobną cechę - choć łączy kilka zabiegów standardowych dla wysokobudżetowego kina z paroma innymi, bardziej pomysłowymi, zwraca uwagę przede wszystkim wtedy, gdy... go nie ma. Owszem, sceny akcji mają w tle klasyczne uptempo, samotne nocne przejażdżki - downtempo, a sceny romantyczne - ładne, smutne piosenki, ale Winding nie idzie w pompatyczną zimmerowską dynamikę "głośno-głośniej", oszczędzając muzykę na momenty, gdy ta faktycznie coś wnosi. W ten sposób dość zwyczajny soundtrack staje się bardziej ekscytujący, a momenty, w których słyszymy tylko kinową wentylację, uderzają z kolei swą ciszą. Oczywiście żyjemy dziś w świecie Hansa Zimmera, toteż widzom, którzy zaczynają przebierać nogami przy czymkolwiek poniżej 80% na mikserze, polecam dla pewności wypić przed seansem kubek kawy.

Jest człowiekiem wielu pasji. Nocą jeździ, a za dnia naprawia samochody.

Winding woli odpowiadać na pytanie jak?, a nie co?, toteż nie poświęcę zbyt wiele uwagi adaptowanemu z książki scenariuszowi. Prawdopodobnie i tak się już domyśliliście, jak to wygląda. Główny bohater znany jest tylko jako Kierowca, pewnie nawet w dowodzie ma tak wpisane. Gdy go zapytać, co robi, odpowiada: "jeżdżę". Jeździ bardzo dobrze. Niewiele więcej o nim wiadomo. Jest wcieleniem męskiej siły. Pojawia się kobieta. Pojawia się niebezpieczna robota. Kierowca nie będzie wiele gadał, ale wiele zrobi... Niezbyt odważną decyzją może się wydawać obsadzenie w tej roli pięknisia Ryana Goslinga (który w rzeczywistości sam wyszedł do reżysera z propozycją nakręcenia filmu). Nie wyszło to jednak źle. Przez większość czasu Gosling musi po prostu nic nie robić, z czym radzi sobie bardzo zręcznie, choć kariera Eastwooda czy McQueena chyba mu jednak niepisana. Na pewno momenty, w których widzimy jego wrażliwą stronę (czy raczej: odrobineczkę wrażliwszą), mogłyby zostać wykonane z większą subtelnością. To zresztą lekki problem całego filmu, że o ile sceny akcji zawsze zachwycają kunsztem i pomysłem, tak wszystko, co pomiędzy, jest w reżyserkie pomysły mniej obfite - z większą eskcytacją śledziłem relacje Kierowcy z autem, zegarkiem, pięścią i nożem, niż z ludźmi dokoła niego. Nie przeszkadza mi to za bardzo, bo taki to już typ filmu, i do tego konkretnego typu Gosling po prostu pasuje, podobnie jak oszczędna, acz niezwykle klasowa obsada drugoplanowa. Fani seriali ujrzą tam wiele znanych twarzy, bezproblemowo łamiących swój telewizyjny image. Bryan Cranston jest tutaj poczciwym szefem, Christina Hendricks... nazwijmy to, kobietą niższej klasy, za to znany głównie z komedii Albert Brooks ujawnia nam te bardziej diaboliczne rejony swojej duszy. Żadne z nich nie ma w zasadzie wiele do grania, ale ich epizody są intensywne i zapadają w pamięci.

Czy będąc Carey Mulligan, bylibyście w stanie go nie pokochać?

Taki to film, ten Drive, że sporo z niego zapada w pamięć. To jeden z najbardziej oryginalnych i najciekawszych amerykańskich filmów, jakie zobaczycie w tym roku. Z tego powodu na pewno znajdzie też swoją rzeszę niechętnych, którzy się wynudzą, bo film nie spełnia jakiegoś tam standardu. Tak to już jest z dziełami, które idą wbrew standardom. Ale sprawdzić warto, łamane na: trzeba. Osobiście dostrzegam pewien margines niewykorzystanego potencjału, a jednak filmem jestem wstrząśniety i nie mogę się doczekać, aż zobaczę go ponownie.

statystyka