Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS

Seriale

wtorek, 10 maja 2016

Louis CK postanowił zrobić serial przestrzegający praktycznie wszystkich prawideł tego, jak w 2016 roku nie należy robić serialu. Cel się udał, czyli wyszła z tego kompletna klapa. Szacun, pozdro, dzięki, nara.

 

Okej, zacznijmy od pierwszego pytania, jakie się narzuca. Serio, Jarek? Horace and Pete? Serio? Minęły dekady od kiedy opisałeś jakiś nowy serial na blogu, i sięgasz po Horace and Pete? W momencie, gdy stacje i internet wypełniają się rokrocznie dziesiątkami interesujących, nowatorskich pomysłów i prawdziwie kinowych środków wyrazu, inspirując do wypowiedzi o stylu, obrazie, polityce i narracjach, zdobywając sławę, a przez to dając okazję do przytakującej rekomendacji lub przekłucia balonu... to jest moment na Horace and Pete? Powiem wam, że tak, i spróbuję udawać, że nie chodzi wcale o fakt, że serial jest po prostu krótki i zdołałem go obejrzeć w taki sposób, by podczas ostatniego odcinka jeszcze pamiętać, co było w pierwszym. Otóż styl tego dzieła jest wyjątkowy i wręcz transgresywny na własny, pod wieloma względami agresywnie tradycyjny sposób - co daje nam okazję za jednym zamachem wypowiedzieć się i o tym serialu, i o kontekście, a nim właśnie jest ten cały świat popularnych i fajnych seriali, które znacie i oglądacie. Aha. Jeden z bardziej wykształconych serialowców świata, Alan Sepinwall, powiedział, że to najlepszy serial, jaki widział w 2016 roku - i nie spodziewa się, żeby coś mu dorównało.

A może po prostu miałem ochotę zwrócić uwagę na nieudane dzieło, którego autor nie dość, że stworzył coś smutnego, specyficznego i ambitnego, to jeszcze kompletnie zaniechał wysiłków na prormocję, nie dając sobie nawet szansy na osiągnięcie sukcesu... którego, jak sądzę, by nie osiągnął, bo sięgnął po kontrowersyjną, niejednoznaczną, mieszającą gatunki i konwencje formę i takiż przekaz.

 

horace2

Horace'a and Pete'a być może nie znacie w ogóle. Ja uznałbym się za osobę ciągle nieco zainteresowaną światem ambitnych amerykańskich seriali oraz za fana twórczości Louisa CK, a jednak trafiłem na Horace... dość przypadkowo. Było to około miesiąca temu, gdy emisja dobiegła już końca. CK z żalem poinformował, że jego genialny pomysł na pójście w ślady Beyonce i wydawanie swojego dzieła "niespodziewanie" do końca nie wypalił. Tworzony dosłownie "na bieżąco" serial po prostu nie zarabiał przez tydzień sprzedaży internetowej tyle, żeby wystarczało na kolejny odcinek, więc kasa szybko się skończyła - a potem, zdaje się, twórca pożyczył kilka milionów, które będzie spłacał przez resztę życia. Co, jeśli obejrzycie serial, uznacie za wyborną puentę, utrzymaną jak cały serial w klimatach mrocznej ironii (tak samo jak fakt, że najwięcej newsów o nim pojawiło się w mediach poświęconych sztuce właśnie z okazji śmierci). CK mógł się tego spodziewać, bo na pewno zna wielu niezależnych twórców i wie, jakie idą z tym koszty, a on sam, choć jest cenionym twórcą i popularnym komikiem estradowym, nie jest też znowu Justinem Bieberem czy Kim Kardashian, by reklamować serial swoim nazwiskiem. Nie wiadomo więc, czym się kierował, mimo to uruchamiając produkcję bez udziału sieci, oferując odcinek pilotowy jedynie w internecie na swojej stronie, w cenie 5 dolarów.

Tutaj zaznaczmy jedną rzecz. 5 dolarów to niewiele. To uczciwa cena za godzinę sztuki, w której powstanie liczne utalentowane osoby włożyły trochę wysiłku. To dwudziestokrotnie mniej, niż przeciętny bilet na sztukę na Broadwayu, co dla nowojorczyka CK zapewne było punktem odniesienia. A jednak... uczciwa cena nie zawsze się ludziom podoba. Wszyscy chyba wiemy, że klient na mieście, a klient przed komputerem, to dwie znacząco odmienne istoty. Ten drugi jest rozleniwiony, rozpieszczony i każdy grosz wydaje mu się niepotrzebnym wydatkiem. Ten drugi myśli tak: 5 dolarów to połowa miesięcznej opłaty za Netflixa, co, jeśli jesteście naprawdę zręczni, możecie przełożyć na setki godzin oglądania seriali. Za 15 dolców macie HBO. Oczywiście, Horace and Pete to nie jest koń z niczyjej stajni, ale dizki ogier bujający grzywą na wolności, więc "powinniśmy" porównywać go do innych samodzielnych dzieł. Zakup wszystkich 10 odcinków serialu to koszt 31 dolarów. A więc tylko troszeczkę więcej, niż film na blureju, dający 2 godziny dobrej albo nie rozrywki. Cena w pewnym sensie jest uczciwa. A jednak... przyzwyczailiśmy się do nieuczciwej. Krytyków filmowych i serialowych cały ten akapit nie interesuje, bo za to nie płacą. Klienta jednak z kolei nie obchodzi proces produkcyjny i dystrybucyjny. Patrzy na to, co dostaje i za ile. Film - to film, serial - to serial w stacji TV czy na Netflixie, a web series - to projekty pasji, których twórców można pochwalić, że coś robią w życiu, ale niekoniecznie płacić. Przeciętny klient kocha Netflix, bo ten pozwala mu za 10 dolarów podzielić dzień na jasne, łatwe do wykonania połowy wykonywania pracy której nie znosi oraz leżenia z partnerem pod kołdrą i oglądania wszystkiego po kolei. Nie kocha podejmowania ryzykownych emocjonalnie i finansowo inwestycji w zakup kontrowersyjnych, smętnych, wyglądających jak teatr telewizji seriali za 31 dolarów. Tutaj można by zadać pytanie: czy człowiek na tyle znany i utalentowany jak CK nie wychodzi po prostu na narcyza, robiąc taki serial? Pytanie paradoksalne, wszak poświęcił wiele, by zrobić jak najlepszy swoim zdaniem show, nie bacząc na zyski i splendor. A jednak... nie mógł po prostu pójść do stacji i wyprosić jakiś kompromis w postaci wygładzonej, przyjemnej i zadowalającej każdego produkcji, jak wszyscy piękni ludzie show biznesu? Odpowiedzi na ten dylemat zostawiam ku waszej opinii.

Sztuka to nie tylko doznania i piękne idee, które udaje się autorowi wywołać w odbiorcy lub nie. Sztuka to też sprzedaż, i czegokolwiek nie doznacie oglądając Horace and Pete, jednemu nie zaprzeczycie: troszeczkę kosztuje.

horace1

Popatrzmy jednak wreszcie na produkt, bo i on sam w sobie jest wystarczająco brawurowy. Żyjemy podobno w złotej epoce serialu. Jeśli przegapiliście, to przypomnijmy: w telewizji poleciał Oz, The Sopranos, a potem sporo innych rzeczy, które osiągnęły wręcz filmowy poziom scenariusza i, momentami, reżyserii, a przy tym dzięki postokroć większej wolności artystycznej twórców i dłuższemu, rozłożonemu w czasie trwaniu mogły stać się znacznie ciekawsze, niż trafiające do kin filmy. Super, nie? No więc skreślcie to wszystko. Horace and Pete to dzieło złotej epoki... w rozumieniu, które przypisywane było pojęciu w literaturze serialowej w XX wieku. Tak, ta pierwsza złota epoka to było kilkanaście lat po II wojnie światowej, gdy TV już zaczęła technicznie funkcjonować dość sprawnie, ale nadal była na tyle droga, że dostępna jedynie wyższym sferom. Wiecie, jak sztuki na Broadwayu. Z tej racji, no coż, TV przypominała sztuki na Broadwayu, nie wpadając jeszcze na tak świetne pomysły jak doniesienia, z kim wzięły ślub gwiazdy i cyrk zwany obecnie oficjalnie "rozmowami o polityce". Telewizja oryginalnej "złotej epoki" to głównie po prostu masowej skali (i gęściej przyodziany w reklamy) teatr, co zresztą widać po tytułach najlepszych seriali, z których połowa zawiera słowo theathre, a połowa playhouse (które to słowo, zaznaczmy dla wszystkich bywalców lokalu na alei Solidarności, tak naprawdę również znaczy wyłącznie "teatr"). Produkcje te jednak zazwyczaj sięgały po stosunkowo lekką tematykę, jak np. kryminał, i z reguły były znacznie bardziej... rozrywkowe niż dzieło Louisa CK, który naprawdę sięgnął po Broadwayowskie klimaty, próbując działać w podobnej sferze i z podobną głębią, co Harold Pinter, August Strindberg czy Eugene O'Neil. Jeśli jesteście prawdziwymi Polakami XXI wieku i nigdy nie byliście w teatrze, hoho, podejrzewam, że się nieźle zdziwicie! Wszyscy są tacy niesympatyczni, a ich życie tak bardzo nieudane. Każda rozmowa opiera się na nierozwiązywalnym konflikcie, którego bohaterowie sami szukają, aby dać jakiś upust swemu rozczarowaniu. W pewnym momencie jedna z postaci dosłownie dostaje raka, co można uznać raczej za przesadę, bo i bez tego większość kwestii utrzymana jest w pasywno-agresywnym tonie... albo zostaje tak zrozumiana, by można było przedstawić rozmówcę w złym świetle. Aha, to wszystko dzieje się głównie w rodzinie! Zapewne znacie ten rodzaj kaustycznego dramatu, który stara się oczywiście pokazać na jaw to, co sztuka popularna tak pracowicie ukrywa, by poprawiać nam humor - a więc zestaw kompleksów, resentymentów i przywiązań, który tworzy nasze relacje społeczne i naszą tożsamość w grupie i społeczeństwie. Jeśli należycie do ludzi, którzy widząc konflikt, nie mają ochoty zrozumieć, ale skreślają z góry jako "narzekanie" i "robienie dramatu", konieczność obejrzenia tego serialu byłaby dla was zapewne najgorszą torturą. Jest też bowiem naprawdę powolny i wyrachowany, a momenty pozytywne naprawdę nie są zbyt efektowne. Teoretycznie trzeba zaznaczyć, że się pojawiają, jednak moim zdaniem oschły ton i je pozbawia smaku.

horace4

Zaznaczmy dla pewności - chociaż Louis CK jest niezłym dramatopisarzem jak na kolesia, któremu największą sławę zdobyły żarty o waleniu konia i wizytach na kiblu (w pewnym sensie smutny dla każdego intelektualisty fakt, który CK sam podejmuje w Louie'm), to nadal, delikatnie mówiąc, Pinterem nie jest (a przecież i Pinter nie był znowu aż tak fajny). Najbardziej jest to chyba odczuwalne podczas mających zapewne tworzyć "przestrzeń" i "świat" rozmów gości tytułowego baru, skupiających się zazwyczaj na sprawach, o których głupi ludzie często rozmawiają: wiecie, tak zwanych sprawach społecznych, np. w kwestii trwającej jeszcze kampanii prezydenckiej w USA, konserwatyzmu i liberalizmu, znanych polityków, prawa do aborcji i innych tematów, na które tak przyjemnie się rozmawia z kimś, kto się nie zgadza. CK uwielbia drążyć tematy, o których nie wypada rozmawiać, słysząc które tzw. klasowy człowiek wywraca oczami z pogardą, i to chyba jeden z powodów, dla którego tak go lubię. Z charakterystyczną dla siebie empatią, autor Horace'a... stara się przedstawić "od wewnątrz" zderzające się poglądy, jednak rozpisanie tego na dialogi często wypada po prostu sztucznie i dydaktycznie, nawet jeśli teoretycznie powinno tchnąć uczciwością nieco w myśl zasady "jeśli obie strony się z tobą nie zgadzają, to dobry znak". Przez 10 odcinków można trafić na kilka przyjemnie udanych myśli, na czele chyba z padającym w pewnym momencie wnioskiem, że ludzie upraszczają i karykaturalnie wypaczają odmienne światopoglądy właśnie dlatego, żeby nigdy się nie zgodzić, czerpiąc przyjemność z poczucia wyższości nad wymyślonym grupowym wrogiem. Ale faktem pozostaje, że jeden film o klasie taki jak choćby zeszłoroczne Prawie jak matka, Zjazd absolwentów, Aferim, Dureń... i tak dalej, może podjąć takie tematy w sposób subtelniejszy, realniejszy i pełniejszy zarazem. Nie chodzi o to, by uciekać od kompleksowości i trudu pewnych problemów - oj nie, nienawidzę tego. Ale mocno dosłowne podkreślanie tych aspektów ludzkiego świata sprawia, że paradoksalnie, problem znowu zostaje "rozwiązany", choć na to nie zasługuje - powstaje efekt irytującego, kiczowatego uproszczenia ("widzicie, to wszystko dlatego, że wy chcecie X, a oni Y! Mówcie mi Sokrates"). Aha, byłbym zapomniał. Główne role odtwarzają dobrzy aktorzy - CK, Steve Buscemi, Alan Alda itp. - ale ci drugoplanowi, wcielający się w gości baru, czasami potrafią przybić najbardziej wyrozumiałego widza. Podejrzewam, że ściśle rzecz biorąc, i na ich barki trzeba by złożyć dialogi, które przy tym stylu produkcji zapewne były w przynajmniej pewnej mierze improwizowane.

horace5

Oczywiście główny wątek dotyczy granego przez CK Horace'a oraz jego rodziny, trzymając wyższy poziom i zachęcając, jak sądzę, do paru refleksji. Także z powodów powiązanych ściśle z przyczynami, dla których dla wielu będzie to nudna i smętna projekcja. Ludzkość Horace'a and Pete'a nie jest bowiem niezadowolona ot tak, żeby zrobić nam na złość - ale z powodu niedostatków i napotykanego na swej drodze uprzywilejowania innych. Tytułowy bar istnieje od 100 lat, chociaż właściwie nie wiadomo, po co - jak mówi sam Horace, po coś trzeba żyć, a kultywowanie tradycji nadaje takie właśnie znaczenie. Tak samo jak to robił często Louie, Horace... jest ciekawym obrazem amerykańskiego patriarchatu, oddziałującego nawet na drobne elementy życia poprzez fakt, że faceci nieustannie tutaj odnoszą się do tradycji, posiadania i pielęgnowania tego, co mają od ojca, kobiety zaś, cóż, "tylko narzekają", bo mają pragmatyczne i interesowne podejście do życia, naturalne dla osób, które nie posiadają. W skrócie mówiąc, kobiety chcą zmiany - chcą zburzyć ten niepotrzebny bar i zrobić z pieniędzmi coś pożytecznego. Chcą, by ojciec przestał dbać tylko o zaspokojenie swoich moralnych i estetycznych ambicji i zaczął po prostu być miłym dla ludzi podczas bieżącej interakcji. I tak dalej... Bez tradycji, "większego celu", marzeń o unieśmiertelnieniu swej działalności. Oczywiście dzisiejsza sztuka, na czele z filmami Hollywoodzkimi, nauczyła nas, że ten stereotypowo "kobiecy" zestaw wartości jest zły, a ten "męski" dobry (porównajmy np. ile osób obecnie emocjonuje się śmierciami i zniszczeniami powstania warszawskiego, widząc w nich wzór i wartość, a ile odbudowywaniem Warszawy). Horace and Pete pozwolił mi pełniej zrozumieć, czemu w klasycznym serialu osławiona "żona głównego bohatera" jest zazwyczaj nielubianą przez widzów (zwłaszcza polskich) postacią, w opinii większości męczącą, płaczliwą i roszczeniową zołzą - zazwyczaj prezentuje ona właśnie takie wartości, psując kompletnie zabawę naszemu kochanemu gangsterowi, który chciałby tylko robić akurat to, co widza ekscytuje - kłamać, zabijać i ryzykować dla większego zysku. Celowo czy nie, zołzę Horace'a and Pete'a odtwarza pierwsza zołza naszej nowej złotej epoki TV, czyli Edie "Carmela Soprano" Falco. Filmy popularne generalnie muszą odzwierciedlać popularne poglądy społeczne, a więc np. kino o superbohaterach, choć niby tworzone tylko dla eksplozji, zawsze opiera się na założeniu, że zmiana jest zła, a tradycja dobra. Pozytywny bohater może być draniem, zabijać i niszczyć miasto, ale pozytywnym czyni go fakt, że broni tradycji i "naturalnego stanu rzeczy", z kolei zły to zawsze jakiś typek, który chce zmieniać to, co "normalne" i ogólnie wypaczać. Tam ma to wymiar często fizyczny, tutaj oczywiście tylko społeczny i emocjonalny, ale działa podobny mechanizm - władza to siła, a siła po prostu wygląda fajniej, niż słabość; nikt nie wypada dobrze, kłócąc się z silniejszym, zwłaszcza na filmie. Wydaje mi się, że by czerpać przyjemność z Horace'a and Pete'a, trzeba mieć podobne jak jego autor przekonanie, że także człowiek, który nie wygląda cool, może zasługiwać na to, by mu się przyjrzeć i zrozumieć. Nie dlatego, że w następnej scenie poświęci życie dla innych, rzucając się na wraży granat, albo zostanie obiektywnie "wywyższony" moralnie w inny tego typu sposób - ale dlatego, że jest człowiekiem, i jeśli nawet uważamy, że nie ma racji, to ma swoje racje i ma swoje powody. Powtórzmy dla pewności: Horace and Pete nie jest w tym powalająco dobry. Ale coś tam umie, a co może ważniejsze - przynajmniej chce.

 horace64

Serialowi udaje się osiągnąć idealną synergię formy i treści, ponieważ ta pierwsza również jest kompletnym zaprzeczeniem dzisiejszych popularnych standardów, i w sumie nie wiem, czy większe znaczenie ma tutaj intencja twórców i chęć odtworzenia wspomnianego teatru telewizji, czy po prostu budżet. Louis CK raczej z dumą wyrażał się o partyzanckich wręcz metodach produkcji serialu, które nie są dla niego pierwszyzną. Ich zaletą na pewno są niskie koszty, ale też nie bez powodu większość seriali jednak wydaje pieniądze, by tego uniknąć. Horace and Pete został nakręcony nawet przyzwoitą kamerą, lecz w warunkach zupełnie telenowelowych. Fachowo mówi się na to "multi-camera series"... Wiecie, niektóre seriale wyglądają jak House of Cards czy Boardwalk Empire, a "multi-camera" to z kolei tryb, który dał nam co najwyżej takie "arcydzieła", jak Will i Grace oraz Jak poznałem waszą matkę. Celem jest nakręcenie odcinka "na raz", by na drugi dzień był już gotowy do emisji. Niestety, wraz z oglądaniem serialu, mimo pewnej wczuwy, nie mogłem do końca zignorować faktu, że rozwiązanie to ma mnóstwo wad w przypadku dzieła dramatycznego. Brak zaprojektowanych ujęć i zbliżeń daje bowiem wrażenie statyczności i przede wszystkim sztuczności. To zaś może nawet pasować do pustych komedyjek, ale moim zdaniem nie do dramatu, gdzie pojawia się płacz, krzyki, złość i tak dalej. Zawsze parskam śmiechem, gdy te wszystkie momenty "wtem!" dzieją się w teatrze, bo udawany charakter całej zabawy staje się wtedy tak oczywisty - a przecież w teatrze mamy jednak dużo większą dynamikę obrazu za sprawą faktu, że ludzkie oko samo robi ruchy i zbliżenia. No i samo bycie świadkiem "na żywo" na pewno wzmacnia doznania. Horace and Pete zaś nie prezentuje nawet tyle stylu, by sięgać po odpowiednik słynnego "spojrzenia Ridge'a" z Mody na sukces, często rozpływając się w budyniowej masie mającej tylko tyle charakteru, ile wnosi sepiowata kolorystyka głównej scenografii i, co za tym idzie, każdej jednej sceny w serialu. Kino żyje montażem, i wiecie co z tego zdania logicznie wynika? Że bez niego kino nie żyje. Zostaje coś innego, co zapewne też może być fajne, a może i fajniejsze w swojej odmienności. A jednak myślę, że widziałem w życiu tyle naprawdę różnych filmów indie (niedawno w postaci Mandarynki podziwiając kino które, jak się dowiedziałem potem, kręcono iPhone'em), iż nie będzie to niegrzeczne, jeśli przyznam sobie prawo uznać, że Horace and Pete nie pachnie zbyt mocno dziełem surowym, oszczędnym i skupionym, choć niby spełnia ku temu warunki - zbyt często słowo, które najlepiej oddaje wrażenia, to po prostu "tani".

 horace72

Możliwe, że Horace and Pete jeszcze stanie się kultowym serialem, i nawet w perspektywie lat na siebie zarobi. Kto wie? Być może jego mrok i beznadzieja będą wspominane w podręcznikach historii jako fatalna przepowiednia zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach - zjawiska, które większość amerykańskich intelektualistów (i, nie będziecie mieć wątpliwości po obejrzeniu serialu, także CK) postrzega w kategoriach kompletnego upadku wszystkich złudzeń co do istnienia jakichkolwiek limitów przyzwoitości w Ameryce. Ja jednak obowiązki mam polskie i muszę przyznać szczerze, iż mam wrażenie, że serial dość szybko wyparuje z mojej jaźni. Wielu krytyków uznało Horace'a... za najlepszy i najważniejszy serial 2016 i w ogóle wieku, i w sumie mogę to zrozumieć, ale nie mogę przytknąć. I to chyba nie dlatego, że jestem stary i zrezygnowany. Umiem się bowiem nadal zachwycić innym serialem o starości i zrezygnowaniu, do którego opisania zabieram się od momentu premiery 2 lata temu, ale chyba jest po prostu za dobry, bym umiał (a jaki to tytuł? Ha, w świecie seriali nie godzi się spoilerować!). W pamięci zostanie mi przede wszystkim piękna piosenka tytułowa napisana przez nikogo innego jak Paula Simona - który, jak się okazuje, 50 lat po wydaniu Sound of Silence nadal żyje, i artykułuje słowo "drink" w sposób jednocześnie tak melacholijny, jak i zmysłowy, by nie zostawiać wątpliwości, jakie budzi serial. Tak, może to jest mój światopogląd, z którego obalaniem nie mogę się zgodzić - tak powinno się pić. Ku śmierci i zapomnieniu, może trochę się rozgadując ponad miarę, ale z zapiętym kołnierzem i lekką nutką tajemnicy za dźwiękami gitary.

środa, 15 lipca 2015

Miesiąc temu skończył się w Ameryce Mad Men. Czas tego serialu skończył się, zanim skończył się sam serial. Z tego powodu nie płakałem za serialem. Ale popłaczmy za tym czasem.

wtorek, 17 czerwca 2014
2 czerwca minęło 12 lat od premiery serialu "The Wire". Z okazji 10. rocznicy tego wydarzenia napisałem poniższy tekst, którego oczywiście nikt nie chciał opublikować. Ale gdzie jest w Polsce enklawa miłośników "Wire", jeśli nie tu na blogu? Świat ciągle dopiero przekonuje się, że 12 lat temu miało miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w historii współczesnej telewizji.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Druga połowa tekstu, który niestety okazał się za długi na jedną notkę.
Jako serialowe podsumowanie roku - podsumowuję (niestety dłużej niż pozwala na to Blox) zwieńczenie najbardziej celebrowanego serialu ostatnich lat, jeśli nie w ogóle. Breaking Bad nie było może najbardziej dochodowym serialem, ale najszerzej dyskutowanym na forach, blogach, twitterach. Wśród ważnych pytań wynikających z tych dyskusji było nie tylko to, czego w dzisiejszych czasach oczekujemy od bohatera, ale także – czego od widza.
piątek, 13 września 2013

Strzelanina we współczesnym westernie stacji FX zawsze jest uzasadniona. W przeciwieństwie do niskiej oglądalności.

Nie ma chyba jakiegoś specjalnego powodu, by pisać o Justified akurat teraz. Może poza faktem, że kilka tygodni temu zmarł Elmore Leonard, wybitny amerykański pisarz kryminałów. W Polsce nie tak znany (być może slogan "największy amerykański pisarz zdaniem Stephena Kinga" na okładach by pomógł), chociaż każdy kojarzy przynajmniej kilka filmowych adaptacji jego twórczości - by wspomnieć Jackie Brown, Co z oczu, to z serca czy 3:10 do Yumy. W telewizji też próbowano, z lepszym (Karen Sisco) czy gorszym (Maximum Bob) skutkiem. Oficjalnie, Justified również jest adaptacją, choć trafniej byłoby powiedzieć, że twórca serialu Graham Yost jedynie inspiruje się pisarskim źródłem - w końcu liczący już 52 odcinki serial wykorzystuje ledwie kilka postaci i wątków z prozy Leonarda. Głównie chodzi o głównego bohatera - Raylana Givensa, i opowiadanie Fire in the Hole, gdzie pochodzący z Kentucky szeryf zostaje zesłany za swe grzechy z czarującego Miami do rodzinnej okolicy. Dla Leonarda (sam pochodził z Luizjany, ale spędził większość życia na północy) był to jedynie drobny eksperyment - Justified zaś wywodzi z takiego epizodu całą swą istotę, cudownie eksplorując miejsce akcji. Wydaje się, że tylko na południu Stanów można w dzisiejszych czasach osadzić porządny western, bo tylko ono ciągle jest "dzikie". Tylko tam noszenie przy sobie broni jest dobrym zwyczajem, a szybka ręka - jednym z najważniejszych argumentów w rozmowach. Justified odmalowuje jeden z najgłębszych portretów amerykańskiego południa, jakie możecie zobaczyć, dając wytchnienie od ogranych w TV, wielkomiejskich ośrodków, a że Yost zebrał ekipę doskonałych pisarzy i zręcznych wykonawców - możemy zaliczyć jego dzieło do czołówki najlepszych obecnie emitowanych seriali.

To jest Kentucky - krzyczy już nastrojowa czołówka

Oczywiście, przepastne tereny USA ostatnimi laty nieco wróciły do łask w znanych stacjach - Zachodem zajął się Breaking Bad (zresztą neo-western na własną modłę), z kolei południe oglądają przecież miliony w True Blood czy Walking Dead. Te seriale jednak stawiają na pierwszym miejscu bohaterów i symbolikę, tę a nie inną lokalizację wybierając niejako z potrzeby, by jakaś w ogóle była. Co innego Justified. Nie umiem powiedzieć, na ile obraz wioskowego hrabstwa we wschodnim Kentucky może być naciągnięty wobec rzeczywistości, podobno nieznacznie, w każdym razie - jest przekonujący. W skrócie mówiąc, to kraina, do której tzw. cywilizacja nie dotarła. Po upadku przemysłu górniczego nastała nędza; bogaci biznesmeni i gangsterzy zjeżdżają tu, by wyssać ostatnie fundusze; ludzie są pozbawieni wątpliwości, że każdy może liczyć tylko na siebie, ewentualnie na bliskich - rodzinę, kościół, mafię. Panują tu tradycyjne wartości i zwyczaje - zupełnie nie zdziwicie się, gdy pewnego razu sprzedawca w sklepie sięgnie po obrzyna dlatego, że klient wziął imię Pańskie nadaremno. Każdy obcy jest potencjalnym wrogiem, ale też bliscy są znacznie ważniejsi, niż w miejscach "cywilizowanych". To świat dilerów, bimbrowników, złodziei, prostytutek, kaznodziei, weteranów wojskowych i policjantów. Przemoc jest tu wszechobecna i zazwyczaj mało wyrafinowana. Ludzie mają oczywiście komórki i komputery, ale zabijają się "po staremu", tradycyjnymi pistoletami czy truciznami, ciał nie rozpuszczają kwasami, lecz chowają w starych szybach kopalnianych. Daleko jak tylko można być od CSI (czy takiego Luthra), tutaj nikt nie jest specjalnym geniuszem, a branża kryminalna - jak chyba każda - w większości jest opanowana przez ludzi w ogóle niemających pojęcia, co robią. Jednym z głównych powodów, dla których serial potrafi być tak obłędnie zabawny, jest błyskotliwe wykorzystanie ludzkiej głupoty w każdej kolejnej intrydze - podobnie np. do wielu filmów braci Coen. Szeryf Raylan często jest w stanie zwyciężyć tylko dlatego, że jako jedyny zachowuje chłodną głowę, podczas gdy złoczyńcy nie są tutaj pozowani (jak to obecnie w serialach modne) na wyjątkowe, na swój sposób heroiczne jednostki. Są raczej śmieszni i ostatecznie nigdy nie mamy wątpliwości, że ich szybki skok na kasę nie jest zasługą jakiejś wyjątkowej inteligencji, ale zwyczajnego braku skrupułów. W razie niepewności, sięgają po brutalność, momentami serial jest wręcz sadystyczny, pozwalając widzowi na trochę anarchistycznej radochy z obserwowanej jatki zanim na placu boją zostaną tylko ci, którzy zachowali choć odrobinę rozsądku.

Co silniejsi Źli potrafią być naprawdę okropnymi ludźmi, ale na tyle barwnymi, że uśmiechamy się na sam ich widok

Malowniczy świat to jedno, ale Justified nie oglądałoby się z rosnącym zaangażowaniem bez mocnych postaci pierwszoplanowych. Wpasowane idealnie w swój świat, wydają się gładko balansować pomiędzy ikoniczną pozą a realistyczną psychologią. W ten sposób odnosi się do stereotypów choćby główna postać, szeryf Raylan Givens. Timothy Olyphant staje się pierwszym aktorem XXI wieku, który z powodzeniem zagrał główną rolę w dwóch wybitnych serialach. Cóż, facet wyrobił sobie dzięki Deadwood swój typ, którego atrakcyjności zresztą nie da się ukryć - wysoki, pewny siebie facet, którego nikt nie zlekceważy i nikt nie zaskoczy, o niezwykle wkurzonym spojrzeniu. Przy trudnej sytuacji, zawsze będzie szybszy i sprytniejszy od przeciwnika, przy codziennej - ma na podorędziu cyniczny komentarz. Mógłbym podsumować go też zwięźle: to taki typ, który gdy idzie na dłuższą posiadówkę do kibla, bierze ze sobą gazetę i butelkę whisky. Jego Raylan jest jak postać wyjęta z westernów, włącznie z faktem, że nosi niemalże cały czas kowbojski kapelusz. A jednak z jakiegoś powodu szybko przestaje to razić w oczy. W Los Angeles może by raziło, ale na zadupiu Kentucky? Niech chodzi, skoro mu wygodnie. Jak wiele seriali, Justified stara się przedstawić nam bohatera już w pierwszej scenie. Raylan poleca zbirowi, by opuścił jego jurysdykcję, jeśli życie mu miłe. Zbir nie słucha, sięga po spluwę. Szeryf jest szybszy, zbir dostaje kilka kulek dla pewności. Podobny obraz powtarza się z komiczną wręcz częstotliwością przez cały serial. It was justified, powtórzy zawsze Raylan, ale nie mamy wątpliwości, że ma satysfakcję w posyłaniu kolejnych złych ludzi do piachu - nie strzeli pierwszy, ale w razie czego, nie będzie w żaden sposób unikał sytuacji, w której strzelanina "będzie uzasadniona". W pewnym momencie rzuca zdanie, które uznałbym za jego motto: "nie mam moralnie nic przeciwko zastrzeleniu pani... rozumie pani, przy takim życiu, jakie pani prowadzi...". Pretensjonalny polski tytuł Bez przebaczenia jest więc całkiem trafny. To kraina grzeszników, dla których nie ma drugiej szansy, spowiadać mogą się najwyżej sobie nazwajem. Każdy żyje tu na krawędzi i pozostaje mu wykorzystać siłę albo spryt, by utrzymywać się jakoś na powierzchni. Wielu bohaterów chciałoby prowadzić spokojne życie - ale tutaj tak się nie da.

Olyphant i Goggins wchodzą do kanonu aktorów telewizyjnych z kolejnymi wspaniałymi rolami. Oglądałbym tylko dla nich

Dynamikę Justified na przestrzeni lat można więc opisać jako pośrednią pomiędzy takim The Wire, a czymś normalnym. Mamy tu bowiem mocny świat, którego reguły się nie zmieniają - ale też bardzo wyrazistą obsadę. Nie można nie wspomnieć o Waltonie Gogginsie, równie fenomenalnym jak w The Shield, który jako nemesis (mroczny brat bliźniak?) Raylana zyskuje z każdym odcinkiem nowe wymiary i powiem tyle, że nawet na zakończenie czwartego sezonu ciągle odkrywamy w nim coś ciekawego. Reszta obsady zmienia się za to dość często, ponieważ, cóż, umieralność jest dość spora. Serial balansuje w ten sposób pomiędzy drobnymi wątkami na jeden odcinek, a fabułami rozciągniętymi na wiele godzin. Ogólnie mówiąc, pierwszy sezon stawia raczej na ten pierwszy typ narracji, w którym jeden epizod to jedna sprawa do rozwiązania. Kolejne zaś coraz bardziej skupiają się na postaciach i ich dążeniach, tak że czwarty sezon to w istocie jeden, wielki, spójny film - pojawia się to znane z najlepszych seriali uczucie w ostatnich odcinkach, że w każdej scenie wszystko wywraca się do góry nogami i zaraz eksploduje. Drobne wątki za to są lższejsze, bardziej rozrywkowe. Wszystkie wypadają świetnie, bo Justified jest po prostu świetnie napisane. Jedną ze słynnych zasad Elmore Leonarda jest: wycinaj to, co czytelnicy pomijają, i serial tego się trzyma. Pomiędzy kwestiami i scenami przeskakujemy z wielkim polotem, bez wstępów i tłumaczeń, rzeczy... po prostu się dzieją. Tempo akcji Justified nigdy nie bierze się z ciągnięcia jej za uszy trickami, ale z siły detali i masy solidnego pisania - ludzkich postaci oraz świetnych dialogów, których dzięki aktorstwu i temu wszechobecnemu zjadaniu spółgłosek przyjemnie się też słucha. Sentymentalnie czy groteskowo - serial zawsze ma w sobie tyle stylu, że uwierzycie mu w każdym wypadku.

Szukałem materiału promocyjnego, w którym Raylan nie trzymałby w ręku spluwy

Nie ma specjalnego powodu, by pisać o Justified akurat teraz, ale kiedyś trzeba było. Po tym, jak drugi sezon otrzymał sporo nominacji do Emmy, spodziewałem się, że popularność ruszy z miejsca, ale tak się nie stało - a serial nadal jest wyborny. Pod względem pisarskim, można postawić go na półce obok The Wire i The Shield, dlatego jestem przekonany, że podobnie jak tamte seriale, jeszcze zostanie doceniony, przynajmniej w nieco większej mierze. Prawdopodobnie brakuje mu jednak ciężaru, by kiedykolwiek stać się kultowym klasykiem. Prawda - to ten typ sztuki, że podczas oglądania bawisz się świetnie, ale tydzień po zakończeniu już tak bardzo o nim nie myślisz. Nie postrzegam jednakże tej cechy jako negatywnej. Justifed to żywioł, jest stworzone do oglądania. Ma tę cudowną właściwość, która dla ludzi z małą ilością czasu jest wręcz przerażająca - ile razy sobie nie puszczę pierwszego odcinka, podoba mi się każda scena i kończy się tak, że w zasadzie mam ochotę oglądać raz jeszcze i jeszcze. Dzięki kapitalnemu poziomowi, Justified ekscytuje swoją czystą materią. Świat nie jest przerysowany, a i tak jest jednym z najbardziej pociągających, jakie widzieliśmy w telewizji. Bohater nie jest socjopatycznym geniuszem, ale zwyczajnym chłopkiem, który stara się robić dobrze swoją pracę. Choć jego oczy zdradzają, że przy okazji jest naprawdę, naprawdę wkurzony.

 

Justified (Justified: Bez przebaczenia), FX, sezonów: 4, odcinków: po 13, lata emisji: 2010-obecnie.

Sezon 5. w USA od stycznia.

piątek, 12 lipca 2013

Format miniserialu mógł odebrać Jane Campion szanse na szerszą dystrybucję, ale pozwolił jej wreszcie stworzyć swoje dzieło życia, upiorną atmosferą przywodzące na myśl tyleż Fortepian, co i spokojniejszą, ale podobną w oddziaływaniu, wersję Twin Peaks.

Przyznam, że nie spodziewałem się tak wiele po nowozelandzkiej reżyserce, nawet jeśli w powszechnej opinii wróciła już "do formy", kręcąc parę lat temu Jaśniejszą od gwiazd. Nie było to jednak nadal uderzenie na miarę Fortepianu, a nawet jeśli Top of the Lake miało do takiego miana aspirować, wzbudzając też porównania do setek kolejnych telewizyjnych kryminałów (Dochodzenie, Główny podejrzany itd.), to wychodziłem z założenia, że ponuractwo nie jest być może najlepszą zachętą do oglądania kolejnych odcinków serialu... nawet jeśli właściwie mamy do czynienia ze swego rodzaju hybrydą. No właśnie, co to w ogóle jest ta nowa Campion, miniserial? Kategoria zazwyczaj litościwie pomijana zarówno przez miłośników kina, jak i porządnego serialu, bo ani to obejrzeć "na raz", ani wejść w poważny związek. Wśród znanych przykładów miniseriali wymienia się zarówno twory będące de facto jednosezonowcem (Kompania Braci), jak i epickie dzieła filmowe koprodukowane przez telewizję i dość sztucznie podzielone na części (Carlos) oraz wszystko, co pomiędzy, od dwóch do dziesięciu odcinków dowolnej długości, z dziełami Bergmana i Kieślowskiego włącznie. Top of the Lake jest właśnie gdzieś w tym "pomiędzy". Z jednej strony, ma ponad sześć godzin i w zasadzie trudno to ugryźć "na raz", z drugiej - umiarkowane tempo i mistrzostwo techniczne proszą się o oglądanie w możliwie kinowych warunkach. Niezwykła atmosfera mrocznej baśni może być zbyt ciężka, by nie wymagała przerwy pomiędzy kolejnymi epizodami, ale też Campion zabiera nas w tak daleką podróż, że nieswojo jest pomyśleć, za co można by się zabrać po ukończeniu odcinka, jeśli nie za kolejny.

Myśląc długo o serialu, zdałem sobie sprawę, że nie wiem, co to znaczy. Szczyt jeziora?

Jeśli mamy kryminał, to jest zbrodnia i jakiegoś rodzaju detektyw. Rolę śledczego pełni tutaj Elizabeth Moss, która została wybrana jako druga opcja (Anna Paquin nie mogła), ale okazała się natchnionym wyborem. Znana głównie z roli w filmie Virgin i oczywiście jako Peggy z Mad Men, Moss wydaje się doskonale rozumieć spojrzenie typowe dla Campion. Określmy je jako "feministyczne", rozumiejąc, że to jednak wielorako rozumiane sformułowanie, okej? Policjantka Robin na pewno nie jest klasyczną postacią detektywa przebraną w damską skórę na zasadzie "wow, kobieta lepiej jest facetem niż facet!", który to typ w filmach widzimy dość często (ostatnio Wróg numer jeden). Zgodnie z pewnym płciowym stereotypem, Robin nie cechuje się narcystyczną obsesją, by "dojść prawdy", za to sporą empatią wobec poszkodowanej... czy poszkodowanych. Tu bowiem dochodzimy do zbrodni stojącej u zawiązania fabuły. Serial podaje nam sporo tajemnic i niedopowiedzeń i w zasadzie przez większość czasu pozostajemy niepewni, co tak dokładnie się stało, ale wydaje mi się, iż jest to sprawa drugorzędna dla akcji. Campion opiera ją bowiem na bardziej powszechnym uczuciu wrogości. Konflikcie tego, co można by opisać jako żeńskie i męskie, patrząc w bardzo symboliczny, archetypiczny sposób: przemoc kontra ofiara, silni przeciw słabym, ludzka władza przeciw naturze. Korzystając jednocześnie z kryminalnych schematów, Campion każe się zastanawiać, po której stronie stoi wobec tego Robin. Jej silnie zarysowana osobowość nie zaprzecza przecież faktowi, że żyje w otoczeniu pełnym symbolicznej przemocy - czasami tylko (nie zdradzając za wiele) materializującej się poprzez dosłowne akty przemocy mężczyzn na kobietach. Wydaje się, że Campion - jedyna nagrodzona Złotą Palmą reżyserka i jedna z ledwie kilku nominowanych do Oscara - zapewne jak nikt rozumie sytuację kobiecego wyobcowania w męskim świecie i jeśli uznać Top of the Lake za historię kryminalną, to widoczne akcentowanie płciowych aspektów gatunku dodaje jej rangę komentarza, jeśli zaś wolimy nie zastanawiać się nad taką wymową zbyt długo - zwyczajną atrakcję wynikającą z zaskakującej i świeżej perspektywy, z jakiej ukazywany jest rozwój historii. Tak czy siak, jest intrygująco.

Szczerze mówiąc, słysząc: Nowa Zelandia, spodziewałem się więcej słońca i surferów. Jest ich blisko zera.

Gdybym miał mówić sloganami gotowymi na okładkę DVD, bez wątpienia przywołałbym zatem Twin Peaks, ale też ogólniej - całą twórczość opartą na ukazaniu sytuacji przemocy i napięcia z użyciem symboliki seksualnej. Tak więc - większość filmów Davida Lyncha, Larsa von Triera czy Todda Haynesa. Podobnie jak oni (i choćby autorzy Iluminacji), Campion lubi wiązać kobiecość z naturą. Jakkolwiek Top of the Lake na pierwszy rzut oka może się prezentować zdecydowanie bardziej "realistycznie" i dosłownie, niż wymieniony serial Lyncha, to element nieracjonalny pozostaje zbyt silny, by nie odbierać serialu w istocie w podobny sposób. Powrót do rodzimej dla Campion Nowej Zelandii (to, wydaje się, okolica znana z Fortepianu) był kapitalnym pomysłem, bo miejsce akcji samo z siebie buduje napięcie i robi wielkie wrażenie. Mamy swego rodzaju osadę, ale wydaje się ona tonąć w intensywnym i niepokojącym otoczeniu - od tytułowego jeziora, chłodnego i głębokiego, przez upiornie przestrzenne wzgórza i ciemne lasy, wszystko ukazane w miękko oświetlonej, wyblakłej kolorystyce, dystansującej serial od współczesnego trendu wyciągania w tego typu ujęciach jaskrawych, intensywnych barw. Człowiekowi łatwo tu zniknąć, oczywiście - z własnej woli albo nie... Sceny kręcone w miasteczku dają wrażenie kontroli, ale rozciągnięcie akcji "w teren" nie zostawia wątpliwości, że tutaj człowiek jest zależny od większych sił. Także postaci wpasowują się idealnie w tę symbolikę - wśród najwyraźniejszych wskazać można szefa Robin z policji, który jest ucieleśnieniem typowego samca alfa, ogarniętego manią kontroli, oraz graną przez Holly Hunter postać swoistej pustelniczki, która przygarnia zagubione kobiety i wyjawia przybyszom mądrość opartą na intuicji ciała zamiast dyktatu rozumu. Dziwna i zaskakująca postać Hunter wydaje się widzieć w izolacji od społecznych norm jedyną metodę, by uciec z (typowego dla filmów Campion, ale przecież i von Triera) syndromu sztokholmskiego, jaki w mroczny i seksualny sposób łączy opresora z ofiarą i nakręca ich wzajemne zniszczenie. To wszystko zaś w otoczeniu naprawdę magicznego - choć może lepiej powiedzieć "szamańskiego" czy "wiedźmowego" - środowiska naturalnego, które wydaje się synergicznie wzmacniać uczucie pierwotności i nieprzejrzystości. W pewien sposób, to niemalże kobieca analogia Łowcy jeleni.

Prawdopodobnie to działo się w głowie Peggy, gdy pisała kampanię dla Lucky Strike'a

Próba stworzenia "czegoś pomiędzy" wyszła Campion fantastycznie i dobrze zwiastuje kanałowi Sundance, który od początku wydaje się stawiać na kinową jakość w nieco dłuższej niż kinowa formie. Nie każdy być może będzie zadowolony z niezdecydowania Top of the Lake - czy to typowy kryminał, czy feministyczna wypowiedź; czy to nastrojowy film artystyczny, czy sztywno udramatyzowana narracja - ale osobiście zostałem trafiony dokładnie w najczulszy punkt. Bez szans na nagrody ani telewizyjne, ani filmowe, produkcja Sundance będzie liczyć na tzw. "nowoczesne środki...", zarówno dystrybucji, jak i promocji. Mam nadzieję, że w perspektywie czasu okaże się sukcesem.

środa, 01 maja 2013

Anulowany niedawno serial Mike'a White'a i Laury Dern to doskonały przykład na to, że w telewizji (czy jakkolwiek nazwać HBO) ciągle jest miejsce na projekty prawdziwie zaskakujące swoją nieskrępowaną brawurą. Słabe wyniki oglądalności - na to, że być może ciągle nie warto być zbyt brawurowym.

 

Tak jak Mad Men, Louie czy In Treatment, Iluminacja jest takim serialem, który w zasadzie da się oglądać w ramach czystej rozrywki, ale i tak prędzej czy później zmusi widza do gruntownego przemyślenia swojego życia. Czyli serialem mojego ulubionego typu. Podobnie jak w przpyadku tego ostatniego - skupionej, introspektywnej sagi o psychoterapii i psychoterapeucie - odbiór dzieła Mike'a White'a wydaje się często zbyt intymnym, osobistym przeżyciem, by był większy sens o nim opowiadać. Widzowie relacjonują zazwyczaj, że czują się zażyci z mańki, że coś tu nie gra. Z tym wiąże się też fakt, iż z tych samych powodów, dla których serial jest wielki i ekscytujący, potrafi też sprawiać nierozerwalnie z nim związany ból, a nawet irytację. Brzmi to nieprzejrzyście - tak więc nie jest to taki łatwy towar do sprzedania. Weźmy sam gatunek - podobno komedia? Ale też dramat? Niektórzy się na nim śmieją, inni płaczą, a jeszcze inni nic nie robią? Aha, czyli nic się nie dowiedziałem. Wśród twórców nie brakuje znanych nazwisk (parę odcinków wyreżyserowali Nicole Holofcener czy Todd Haynes), ale wyrażenia "serial Mike'a White'a" (sam napisał i zmontował wszystkie odcinki) używam z przekąsem, gdyż facet ewidentnie nie jest znany, a jeśliby nawet ktoś obejrzał film pt. Chuck i Buck, wiedziałby tyle, że można spodziewać się czegoś... niezręcznego. Iluminacja zaiste jest niezręczna, ale też urokliwa i pociągająca, bardzo kobieca w istocie. To z kolei zapewne zasługa niesamowitej pracy, jaką wykonała nad postacią głównej bohaterki Laura Dern, tworząc swoją najbardziej kompleksową i imponującą rolę od momentu, gdy uczyniła Inland Empire najlepszym dziełem Davida Lyncha. Szukajmy dalej po treściach, stylach, płciach i życiowych sytuacjach, i wyjdzie nam, że... gatunek Iluminacji najlepiej określić jako serial outsiderski. Tak opisałbym go w jednym zdaniu: gdyby ktoś chciał nakręcić serial o życiu, ale nie widział wcześniej żadnego innego i nie wiedział, czego unikać... powstałaby ta właśnie produkcja HBO.

Czasem słońce

O tym, że Mike White nie ma pojęcia, czego wypada unikać, najlepiej świadczy choćby główny wątek, dotyczący pracy bohaterki w korporacji. Praca w korpo to temat dla artystów zazwyczaj niewyobrażalnie wstydliwy. W dzisiejszych czasach częściej już chyba widzimy bohaterów siedzących na kiblu, niż w boksie za biurkiem. Sytuacja może się wydać wręcz absurdalna, bo przecież osób pracujących w taki sposób jest dużo więcej, niż policjantów, gangsterów, prawników i lekarzy razem wziętych. W sprawie "odczarowania" korporacji sporo zrobił serial Biuro, dla którego jednak ten sposób życia służył głównie jako świeża, soczysta cytryna do wyciskania żartów. Ucząc się z Biura, można odnieść wrażenie, że człowiek w trakcie pracy myśli w zasadzie tylko o tym, żeby poderwać najładniejszą osobę na swoim piętrze. Buduje to świetną satyrę, ale też potęguje przekonanie, iż taki "chleb powszedni" ludzkiego spędzania czasu jest przestrzenią negatywną, po prostu nie ma sam w sobie żadnej duchowej treści. Nie zawiera typowo ludzkich elementów - żadnej złożonej mapy uczuć i wartości, wśród których trzeba wybierać, jak robią to lekarze czy prawnicy. Nie trzeba zgłębiać teorii symulakrum, by szybko odnieść wrażenie, iż w świetle przekazu większości seriali w zasadzie to ich bohaterowie mają prawdziwe, ludzkie życie, a nie my. Codzienne zmagania szarego człowieka z robotą mogą najwyżej wydawać się jakimś okrutnym żartem, poniżającym koszmarem. Codziennie przez osiem godzin śnimy o najbardziej masochistycznym upodleniu, by w końcu obudzić się, otrzeć pot z czoła i ruszyć przed telewizor, żeby wreszcie móc się skupić o czymś innym niż najbardziej prymitywne instynkty. Poziom refleksji na temat "zwykłej" pracy bardzo rzadko wykracza w sztuce ponad stwierdzenie będące sloganem reklamowym (świetnego zresztą) filmu Życie biurowe Mike'a Judge'a: work sucks.

Czasem deszcz

Iluminacja odczarowuje prozę życia, i robi to w prosty sposób: zadaje pytania o to, co uznawane za oczywistość, przyjmuje perspektywę naiwnego zdziwienia, mówi na głos rzeczy, które wygodniej jest zagadać, zaśmiać czy grzecznie ominąć, zgryźliwie komentując dopiero wśród znajomych. Hipotetycznie, każdy mógł zrobić taki serial, choć momentami trudno uwierzyć, że nawet odważne HBO dało na to pieniądze. Bohaterka, Amy, ma jakiś problem ze swoim instynktem społecznym i zadaje pytania podważające niepisane aksjomaty praktycznego i wydajnego życia. A jeśli jest sens się starać? A jeśli można próbować być dobrym człowiekiem? Nie wykreślać tych ośmiu godzin życia, jakby wtedy w moje ciało wkraczała inna osoba? Wiele seriali zadaje pytanie: "co to znaczy być złym?", zazwyczaj używając prostych (zabijanie) punktów odniesienia, ale White stara się zapytać odwrotnie - o to, co to konkretnie znaczy: być dobrym. W okrutny momentami, ale piękny i pełen poświęcenia sposób uwidacznia problemy, które czynią to pytanie tak trudnym: przede wszystkim słabości będące udziałem każdego faktycznego człowieka - nie tylko poznawcze, ale też moralne. Każdy, zdaje się, lubi chodzić na skróty i serial zdaje się często obnażać niepopadnięcie w hipokryzję jako niemal mission impossible. "Oświecona" po odpowiedniej, otwierającej oczy terapii na Hawajach, Amy ma ciągle na ustach maksymy wzniosłego idealizmu, a fabuła nie rzuca jej pod nogi kłód bardziej wymyślnych, niż... sam fakt, że w praktyce bohaterka może nie jest taka dobroczynna, jak lubi myśleć. Co i rusz wychodzi na jaw, że jej próby naprawiania świata jakoś podejrzanie łatwo jest wytłumaczyć jej osobistymi urazami i resentymentami, w najlepszym wypadku: narcyzmem i chęcią udowodnienia czegoś otoczeniu. Prawdopodobnie aktorka inna niż Dern starałaby się uciekać od łączenia cech pozytywnych z tymi, które bywają zniechęcające. Dostaliśmy jednak kreację w tak złożony sposób ludzką, że aż nieco odstraszającą od ekranu. Na szczęście, serial nie próbuje nas do niczego przekonywać. Ci, którzy będą sarkać na emfazę Amy, pocieszą się, że postaci świata przedstawionego też często reagują na nią alergicznie, nawet te najbliższe. Gdy tuż po powrocie z "kuracji" Amy chce przytulić matkę, ta wydaje się zażenowana takim przesadnym entuzjazmem.

 

Czasem Mike White

Jednym z najczęściej powtarzanych przez Amy banałów jest ten, że "zmiana jest możliwa". A tam, shit never fucking changes - będzie chciał odpowiedzieć każdy fan The Wire, i nie będzie pierwszym, który dostrzeże powiązanie między tymi dwoma dziełami. Pewnie to i nie zaskakuje, bo niemal każdy wybitny serial opierał się w ogromnej mierze na motywie zmiany. Bliska pora emisji, tak samo jak powierzchowność - kobieca antybohaterka, sadystyczne poczucie humoru i krótki, acz wypełniony pomysłami metraż - skłoniły z kolei wielu do porównań z dużo popularniejszymi Dziewczynami Leny Dunham, na które ja lubię patrzeć nawet jako na swoisty młodzieżowy odpowiednik Iluminacji. Młodzieżowy - a więc jeszcze z przewagą możliwości nad rozczarowaniami. Kto wie, może tak to działa - myślę czasem - może gdy bohaterki Girls nie będą już piękne i młode, a dopadną ich problemy finansowe oraz rosnący stosunek oczekiwań do sił, zaczną nabierać resentymentów i Iluminacja stanie się właśnie ich historią? W Amy widać nawet ciągle ślady podobnego jak u Dunham rozpieszczenia, wzbudzonych nierealnych oczekiwań. "Kto na świecie lubi swoją pracę? Ja nigdy nie lubiłam', próbuje ją sprowadzić na ziemię matka. Oba seriale łączy szczerość wobec tego, co w ten czy inny sposób wstydliwe, ale zamiast częściej widzianej ironii, Iluminacja promieniuje głównie współczuciem. Rozważania nad zmianą jednoczą zaś wątki osobiste i ten związany z pracą - otóż Amy wierzy w zmianę swojej firmy na lepsze tak samo, jak w przypadku każdego człowieka jako osoby i pracownika. Dzięki swojemu zamiłowaniu do przyjmowania tej rzadszej, odrzucanej perspektywy, serial osiąga zaskakującą empatię i przypomina, iż takie kwestie moralne jak zdrada, lojalność, przyzwoitość, obiektywność, wdzięczność, konformizm czy odpowiedzialność nie muszą zawsze dotyczyć spraw życia i śmierci, ale dotyczą też osobistych, drobnych zachowań, i wtedy też potrafią niszczyć lub budować, zyskując równie doniosłą rangę.

I czasem Luke Wilson

Jest to więc opowieść o trudnościach i może aż nie pasowałoby, gdyby stacja pozwoliła mu ciągnąć się dalej, mimo dramatycznie słabych wyników oglądalności. Cała historia bez wątpienia nie łamałaby tak serca, gdyby nie równie poruszające wykonanie. Kolejni reżyserzy zawsze potrafią znaleźć izolację w otwartych, pełnych światła kalifornijskich przestrzeniach. Przewijające się motywy floralne często potrafią same z siebie zaprzeć dech w piersiach pięknem, a muzyka jest dobrana tak dobrze, że często z zachwytem śledziłem nawet napisy końcowe. To bez wątpienia zupełnie inny materiał, niż The Wire, ale będę bronił porównania do klasyka, bo jedno łączy te produkcje: humanizm tak głęboki, że często aż boli. Być może nie dotykałby on tak bardzo, gdyby Amy była choć trochę mniej irytująca, mniej sprzeczna i niedoskonała. Charakteryzujące serial monologi otwierające i kończące odcinki potrafią urzec, ale też, po głębszym przemyśleniu, wywołać racjonalną wątpliwość. Czy ona chociaż wie, co mówi? Zna się na tym? Nie za bardzo... Jej oświecenie to bez wątpienia tylko inny rodzaj ignorancji. Z perspektywy "normalnego" - absolutnie nie da się jej podejścia do życia obronić. Jako postać serialu - może ją zbawić tylko to, że być może widz uzna w pewnym momencie, iż "normalnych" obronić jeszcze trudniej. "Kiedy ostatni raz naprawdę żyłaś?", pyta Amy. "Robię co chcę", odpowiada matka. W jej oczach widać niepewność, niechęć. Może strach. Może trochę smutku. Amy mówi dalej, matka podgłaśnia telewizor. Na ekranie ktoś kogoś przesłuchuje, trzyma w ręku broń. Prawdziwe życie.

 

Enlightened (Iluminacja), HBO, sezonów: 2, odcinków: 10/8, lata emisji: 2011-13.

sobota, 06 października 2012

Autorski serial komika standupowego Louisa C.K. jest zadziwiająco nowatorski w swojej szczerości i przyziemności. Wulgarny moralitet o życiu człeka pospolitego. Bawi dobijając, uwzniaśla poniżając.

Louis C.K. jest po czterdziestce i sam pierwszy przyzna, że w jego życiu większość ciekawych rzeczy już się skończyła, ale aż do tej pory nie zdobył wielkiej popularności. Chociaż jest niezły. Czemuż więc nie udało mu się w TV wcześniej? W ramach odpowiedzi w Stanach często stwierdza się, że jest z niego taki comics' comic. Komik komików. Wiecie, jak z tymi pisarzami, co dostają nagrody i dobre recenzje od swoich znajomych będących w temacie, ale "zwykły człowiek" widząc ich prozę załamie jedynie ręce... Kurczę, nie idzie mi najlepiej zachęcenie was, żebyście jednak oglądali Louiego, co? Okej, spróbujmy jakoś inaczej podzielić humor na dwie kategorie. Jedna jest chyba bardziej popularna, ale dlaczego - nie wnikajmy. Uogólniając, humor polega na obserwowaniu czyichś porażek, głupoty... generalnie, że coś nie idzie tak, jak powinno. Pytanie brzmi, kogoż obserwujemy. W jednej kategorii mamy żarty, których obiektem są ludzie inni od nas. "Ale ci Francuzi głupi". "Ależ życie tych pracowników korpo jest puste i żałosne". No i oczywiście klasyka wśród klasyk, czyli żarty o płciach, zawsze na miejscu, pół widowni zawsze się śmieje. Jak się domyślacie, Louis C.K. (Szekely) nie reprezentuje tego klasycznego nurtu, nie wybiera sobie nigdy bezpiecznego celu. Wyśmiewa i szydzi z widowni i z samego siebie. W swoich skeczach potrafił na wejście rzucić do słuchaczy: zabawnie, że akurat was spotykam, bo pieprzyłem wasze matki. Robi w tym fachu już tyle lat, że nie obchodzi go, czy pół sali wyjdzie z uczuciem zażenowania. Jak każdy odkrywczy komik, atakuje wszystko, co czuje się zbyt pewnie. Jest wkurzony na moralne konwenanse jak George Carlin, wątpi w sens istnienia jak znani komicy żydowscy, lubi się nad sobą znęcać niczym Richard Pryor. Chris Rock nazywa go najczarniejszym białym. Gdy z okrutną satysfakcją opisuje swoje praktyki masturbacyjne, słuchacze chcą wierzyć, że to w większej mierze kreacja postaci, a nie własne życie Louisa, ale w zasadzie... kto wie? Trzeba mieć odpowiednio ustawioną poprzeczkę dla poczucia humoru, żeby widzieć w tym pocieszającą zabawę, a nie daremne użalanie się nad sobą biednego, grubego kolesia. Oczywiście, cała ta bezceremonialność klasy niższej nie byłaby wielce interesująca, gdyby Louis nie cechował się ponadprzeciętną inteligencją i nie był tak pomysłowy w wynajdywaniu kolejnych zaskakujących obiektów do żartów. Ale się cechuje. Ten rzadki dualizm - prostaczek/artysta, przyziemność/duchowość - jest kluczowy dla sukcesu Louiego.

Rocky byłby ciekawszy, gdyby Sly tak wyglądał, prawda? 

Jeśli lubicie seriale czy filmy komediowe, na pewno znacie wielu komików standupowych, bo niemal każdy pisarz w Stanach kiedyś tego próbował. Nikt jednak przed Louie'em nie był w stanie stworzyć dzieła filmowego, które czerpałoby tak wiele ze specyfiki standupu. To zarówno kwestia odpowiedniego talentu i pracowitości, jak i kontroli ze strony stacji. Osobiście wielce ubolewam, że standup nie wyrósł w Polsce, bo forma wydaje mi się jednym z naturalniejszych sposobów wyrażania myśli. Komik wychodzi na scenę i zwyczajnie nam nawija, jakby był naszym znajomym przy piwku. W naszym kraju popularnością cieszą się bardziej jarmarczne, teatralne zabawy. Nie żeby czasem nie były udane (Mumio), ale po co tak komplikować sprawę? Louie stoi na scenie i zacznie na przykład tak: wiecie, nienawidzę swoich dzieci za to, co zrobiły z moim życiem... Zaczyna opowieść i ludzie się śmieją: jedni pocieszeni że ktoś dzieli podobne męki, inni z ulgą, że nie są tym facetem. Inni nie rechoczą, ale z ciekawością słuchają, co też autor ma do powiedzenia o życiu. Nie czuć tu żadnego obowiązku wyciskania śmiechu z widza. Treść nie jest dobierana na siłę tak, by było śmiesznie, za to odpowiada raczej polot narratora. Większość seriali komediowych prędzej czy później zaczyna cierpieć z powodu swoich ograniczeń. Akcja rozgrywa się albo w domu rodzinnym, albo w grupce znajomych, albo w miejscu pracy i kolejne scenki muszą wpaść w pewną rutynę. Nie tutaj. Jak w standupie, autor ma zupełną dowolność, kiedy postawić kropkę i zacząć gadać o czymkolwiek innym. Jeśli Louie ma do powiedzenia jeden żart na 40 sekund, to dostaniemy scenkę, w której stoi i go opowiada. Jeśli wymyślił scenkę z życia rodzinnego na 7 minut - to potem nastąpi ona. Z czasem w serialu pojawiają się historie trwające np. półtora odcinka albo dwa i stacja FX na to też Louiemu pozwala. To jedno z najlepszych odkryć od czasu powstania HBO. Tutaj każda historia trwa tyle, ile chce autor, a nie reklamodawcy. Dodatkowo widz ma tak rzadkie, a tak wspaniałe uczucie, że naprawdę nigdy nie wiadomo, co się wydarzy w następnym odcinku albo choćby za minutę.

Życie 

Serial nieustannie zaskakuje, ale bynajmniej nie z powodu pustych stylistycznych zabaw - treść Louiego jest równie różnorodna. Nie tylko nie wiesz, co się wydarzy, ale nawet w jakiej to będzie konwencji, bo show ciągle unika szufladek. Nawet w przypadku tak żywych sitcomów jak Arrested Development czy Community da się mniej więcej wskazać, jakiego typu to humor - tutaj jest bardzo trudno. Zazwyczaj jest bardzo czarno... zazwyczaj coś jest nie w porządku. Ale też wiele tu momentów troski i serdeczności, a i lepiej: zaskakującego pogodzenia się z trudami życia. Jeśli Louie spotyka dowolną osobę, znajomą czy obcą, może okazać się, że świetnie spędzą czas, a może potrąci ją autobus. Różnie bywa. Jak to w życiu, zazwyczaj kończy się średnio. Louie osiągnął prawdziwą maestrię w powracającym motywie kolejnych prób nawiązania kontaktów towarzyskich. Louie spotyka atrakcyjną kobietę i wie, że nie ma szans, by ta była w stanie w pełni odzajemnić uczucia, ale nie ma nic do stracenia, więc próbuje i... okazuje się, że faktycznie, atrakcyjne kobiety zazwyczaj tak bardzo nie kochają otyłych, rudych, łysych nieudaczników. A co miało się okazać? Ale podziwiamy faceta za to, jak potrafi wyznać uczucia. Do słów to ma dar. Tak naprawdę dosadnie poczułem, że Louie nie jest zwyczajną komedią gdzieś w połowie pierwszego sezonu... Nie zdradzając wiele: Louie jest na randce i zaczepia go agresywna młodzież. Nie reaguje, znosi upokorzenie z pochyloną głową. Straszne i śmieszne. Ale przecież to tylko serial, tutaj może spróbować aktywnej postawy. Idzie więc do domu łobuza, by naprawić sprawę. Okazuje się jednak, że dzieciak nie bez powodu jest agresywny, bo w domu sam jest ofiarą. I to kolejne rzadkie zjawisko: mimo luźnej formy i zmian tonacji z wesołej na mollową, w zasadzie każda historia ma tutaj jakiś ciekawy morał. Zazwyczaj jest on taki, że w życiu nie jest prosto i łatwo, każdy ma ciężko na swój sposób i w zasadzie nie wiadomo co z tym zrobić. Wszechświat przecież i tak ma swoje prawa i jego też nic za bardzo nie obchodzi.

Louie wie, że mało co jest tak zabawne, jak porządny pogrzeb 

I kiedy mówimy o morale, być może dojdziemy do tego powodu, dla którego Louie podoba się tak wielu osobom, chociaż przecież wykazaliśmy, iż nie sięga po popularne praktyki. Nie każdy może pękać ze śmiechu, ale każdy przeciętny człowiek może się z Louiem zgadzać. Facet zwyczajnie wydaje się uczciwie przedstawiać każdą sprawę. Wszechświat jest obojętny - czemu miałbym nie opowiadać żartów o Holocauście? Czemu kto inny miałby nie wybrać dokładnie takiego życia, jakie ma możliwość, skoro i tak wszędzie tyle przeszkód? Czemu miałbym mu na to nie pozwolić? W swoich standupach Szekely uwielbia usprawiedliwać różnorakich zbrodniarzy, co oczywiście można mu poczytać za oburzający nihilizm - ale to raczej manifestacja skromności i niechęci do ustawiania wiecznych, obiektywnych wartości. Nie ma w tym kolesiu żadnych pretensji, żeby słuchacza do czegoś przekonać, żeby nakazywać. W scenkach widzimy ludzi w zachowaniach altruistycznych i zupełnie egoistycznych, bywa miło albo niemiło, niektóre interakcje się udają, inne nie - ale ostatecznie każdy wybierze swoją ocenę. Nie jestem dobrą osobą, bo lepiej i wygodniej być niedobrą - mówi Louie i nie mówi tego z dumą, ale też bez wielkiego wstydu. To nie jest deklaracja, jeno trafna obserwacja. Za to się ludzi lubi - kiedy potrafią ocenić samego siebie tą samą miarą, co innych. Dzieci z Afryki mają dużo gorzej, niż my. Nie pomagacie im? Ja też nie. Pewnie dlatego Louie jest tak sympatyczny: ma jedną miarę. Jeśli podczas scenki zapowiadającej się na typowy żart z repertuaru nagle ktoś zacznie płakać - to zwykła uczciwość. Tak przecież jest, że gdy jeden się śmieje, inny cierpi. A ta utytłana w błocie niskich żartów świnia, Louie, przynajmniej jest dla nas w każdej z tych sytuacji wyrozumiała. W tych seriach krótkich scenek jakimś cudem udaje się mu nie wycinać z życia fragmentów, nie oprawiać ich w ciasną ramkę. Widzę tu satysfakcję przeciętnego człowieka z przetrwania, jak w Rockym - może nie dostaniesz typowego happy endu (bo czymże miałby w realu być taki happy end? Zawsze coś będzie nie tak), ale jakoś dajesz sobie radę, a przecież to nie tak, że komuś na twoim sukcesie zależało.

Tym razem Louie nie wybrał aktywnej postawy 

Można długo chwalić Louiego w ten znany z pism sposób: wymieniając, czym nie jest, w jakie pułapki nie wpada, czego unika i na co jest lekarstwem... Owszem, jest lekarstwem na przeciętne popularne sitcomy; wybielone, przyklaskujące same sobie i swojej grupie docelowej, sypiące żartami z manufaktury. Ale to nie jest jakaś wyrafinowana, artystyczna dysputa: to jeden facet robiący to, co zawsze chciał. Trudno mi wskazać inną produkcję TV, która byłaby w takim stopniu autorska: Louis C.K. wszystko sam pisze, reżyseruje, cały czas jest przed kamerą, do niedawna był też samotnym montażystą, aż zaczęła mu pomagać Susan E. Morse, dawna współpracowniczka Woody'ego Allena. Sam Louis zagrał w nowym filmie Allena, co pewnie zwiększy jego rozpoznawalność w Polsce. W Stanach już teraz został obwołany czymś na kształt nowego Mesjasza, ikony naszych trudnych czasów, usobieniem współczesnego kryzysu męskości i wiele innych... Ostatnio dostał nawet pierwszą samodzielną Emmy - za scenariusz odcinka, którego kulminacyjnym momentem jest ciągnące się krępująco długo pierdnięcie. Znak czasów, co nie? W każdym razie, wydaje się, że jeśli Louie nie zmieni pokolenia, to na pewno zmieni stacje TV, które będą teraz częściej próbować takich autorskich projektów. Przykładem jest chociażby równie wielka kontrola Leny Dunham nad jej serialem dla HBO, Girls (który wielokrotnie wydaje się taką wersją Louiego dla rozpuszczonych bachorów). Louie jest tutaj, jest teraz, jest o nas, jest dla każdego. Paradoksalnie, nie da się lepiej opisać jego wyjątkowości niż tak, że jest to serial po prostu idealnie adekwatny do sytuacji. Nareszcie.

sobota, 21 lipca 2012

Wysokobudżetowa, wyczekiwana produkcja została przez HBO obkuta w złote podkowy, ale ktoś na górze zapomniał o czterolistnej koniczynce. Pech przedwczesnego zakończenia nie zmienia faktu, że dostaliśmy kawał ciepłego, intensywnego kina.

Pisanie o Luck jest w zupełnie innej grupie ryzyka, niż pisanie o Mad Men. To dość prosta historia, i historia tej historii też jest dość prosta. Zbytecznym zuchwalstwem byłoby szukanie interpretacji innej niż ta, jaka sama się pisze. Nie wypada zacząć inaczej jak od prestiżowego rodowodu serialu, którego HBO wyglądało chyba jako swojego nowego złotego dziecka. Jak nie raz opisywano, złota era stacji (i sztuki serialowej w ogóle) kojarzona jest zazwyczaj z jej trzema produkcjami rozpoczętymi na przełomie wieków. Te produkcje minęły - minęła era. Wzgardziwszy dwoma najlepszymi nowymi serialami, HBO postanowiło zrobić sobie dzieci z "wielką trójką" sprzed lat. Tak więc "dziedzictwo" Rodziny Soprano trwa w pewien sposób w Zakazanym imperium, które pokazuje ciemną stronę Jersey i przyciąga miliony widzów. Twórca The Wire David Simon kreśli nowy wielotomowy portret miasta w Treme, którego nikt nie ogląda, bo nikogo nie obchodzi codzienne życie biednych czarnych ludzi. Od tego roku zaś miał do nich dołączyć nowy projekt Davida Milcha, mimo że kultowy scenarzysta od czasu odwołania Deadwood tylko umocnił swoją reputację enfant terrible HBO. Jego chaotyczny John z Cincinnati został wstrzymany po jednym sezonie, a (podobno niezwykle intrygujący) Last of the Ninth - po jednym odcinku. Na chłopski rozum wydawało się, że Milch nie dostanie czwartej szansy. Ktoś w zarządzie miał chyba jednak dobry dzień i rzucił sporo kasy na dzieło życia Milcha, który od dziecka nazywa tor wyścigów konnych swoim drugim domem, a serial rozgrywający się na Santa Anita obmyślał od ćwierć wieku. HBO krzyknęło wreszcie: zrób serial o wyścigach, zrób go na Santa Anita, zrób z nami co chcesz.

Jak to bywa z kręconymi cyfrowo filmami, wszystko jest dość... żółte

W Luck zaangażowano wiele nazwisk na tyle dużych, by można je było wrzucać na nagłówki nawet w pismach średnio zainteresowanych. Współproducentem serialu był Michael Mann, a duże role dostali Dustin Hoffman i Nick Nolte. Zwłaszcza udział Manna nie może zostać zlekceważonym, ponieważ reżysera Gorączki można spokojnie nazwać drugim równorzędnym autorem Luck. Wypracowano kompromis: Milch zajął się stroną pisarską, a Mann - wykonaniem. Produkcja stawała, jeśli Milch potrzebował czasu na scenariusz (tylko w HBO!), ale gdy już go dostarczył Mannowi - koniec z poprawkami. Efekt finalny jest taki, że Luck celniej jest może nazwać nowym (i jednym z najlepszych) filmem Manna, niż dziełem w stylu Deadwood, które było dużo bardziej "gadane". Milch nadal pisze szalone, hermetyczne dialogi, ale gdy jest ich dużo mniej - paradoksalnie, stają się mniej przystępne i atrakcyjne. Widz nie ma bowiem tyle okazji, by przyzwyczaić się do sposobu mówienia każdej z postaci. Jedna z nich, przykładowo, celowo mówi z latynoskim akcentem, i im bardziej obawia się zażyłości z rozmówcą - tym mocniejszy akcent. Inna nigdy nie miała przyjaciela i nie bierze pod uwagę możliwości, by ktoś czerpał radość z samej interkacji... Tego typu rzeczy znajdują swoją ekspresję wprost w Milchowskim języku - tradycyjnie pięknym, literackim i dość wymagającym (nota bene, to chyba pierwszy serial, w którym składnia zabija człowieka). Dla wielu osób te wymagania będą jednak kulą u nogi, skoro zapoznanie się z leksykonem każdego aktora na Santa Anita zajmie mu cztery odcinki, a cały serial ma ich dziewięć. Najtrudniej jest chyba pogodzić się z tym, że w swój dziwny sposób, każda z postaci mówi dość proste rzeczy. W każdym razie - warto. Podobnie jak w Deadwood, głównym motywem jest tutaj siła lokalnej społeczności i momenty wspólnie wypracowanego triumfu są o tyle bardziej satysfakcjonujące, że serial wiernie oddaje trud związany z poznaniem i zrozumieniem drugiej osoby.

Dziki zachód

W sztuce serialowej minęła niejedna era od czasu, gdy zajmował się nią Michael Mann. Zapomniany fakt: w 2002 r. produkował jednosezonowiec Wydział kryminalny, ale umówmy się, że to nie był przebój na miarę Policjantów z Miami. Kinowy film z Jamie'em Foxxem i Colinem Farrellem zebrał niemało negatywnych opinii, ale według mnie był współczesnym dowodem, że Mann jest najlepszy wtedy, gdy porzuca przywiązanie do fabuły i "opowiada" głównie swoim stylem - jakże charakterystycznym w zamiłowaniu do fajerwerków, gęstej przestrzeni cyfrowo przesączonych kolorów i nachalnej audiosfery. Luck jest nakrecony w sposób równie intensywny, momentami odbiegający zupełnie od scenariusza. Rozgadany Milch i efekciarski Mann wydają się trudni do pogodzenia i trzeba przyznać, że nie wszystko wypada tu w pełni naturalnie, ale jeden efekt na pewno został w kooperacji osiągnięty - widz bardzo szybko wtapia się w zamkniętą społeczność Santa Anita i udziela mu się maniakalny, sakralny wręcz stosunek bohaterów do ich miejsca. Mann nie boi się machać kamerą, przeplatać dalekich planów z dużymi zbliżeniami na twarze postaci, które zazwyczaj wydają się trwać w jakimś transie. Spojrzenie pisarza i spojrzenie kamery wydają się kompletne, przyglądają się całemu spektrum wydarzeń na torze bardzo wnikliwie. Rozkojarzony montaż i dużo nowoczesnej, nastrojowej muzyki (sample post-rockowe czy trip-hopowe) przywołują skojarzenia z jakże wspaniałym Friday Night Lights, choć oczywiście insenizacja jest dużo bardziej wystawna. Nawet jeśli uznacie, że nie jest to najlżejszy dla oka styl, wszystko mogą wynagrodzić sceny kulminacyjne, czyli oczywiście gonitwy koni - chyba najlepsze, jakie nakręcono. W dziewięciu odcinkach jest więcej niż dziewięć wyścigów i każdy z nich jest nieco inny, ale tak samo podnoszący z siedzenia. Większość z nich to kilka minut teledysku na kolosalną skalę - od przygotowań do nagrodzenia zwycięzcy obserwujemy tysiąc detali, które dzieją się jednocześnie. Ostatni odcinek przynosi gonitwę finałową, w czasie której czas wydaje się niemal stać w miejscu - konie biegną w skrajnie spowolnionym tempie, byśmy mogli nacieszyć oczy każdym ruchem galopu, każdym machnięciem bata, każdym napiętym spojrzeniem z trybun, klepnięciem po ramieniu, obgryzionym z nerwów paznokciem.

Mann nie przegapiłby żadnej okazji do ujęcia z takim oświetleniem

Najwięcej uwagi mediów spłynęło chyba na rolę Dustina Hoffmana, aczkolwiek jego udział nie wydaje mi się specjalnie znaczący. Nie chodzi tylko o to, że jego występ nie jest zbyt spektakularny (szeryf Bullock to przy nim wulkan ekspresji) - przede wszystkim jego wątek w niewielkim stopniu zazębia się z pozostałymi. Obserwowanie społeczności wokół Santa Anita - typujących, trenerów, lekarzy, dżokejów - wciąga, a tutaj raz na jakiś czas pojawia się Dustin Hoffman i w odległych przeszklonych salonach umawia jakieś szemrane biznesy. Jak przystało na gangstera zwolnionego warunkowo, minę ma tęgą i ogranicza się do niewielkich gestów, ale... za mało mamy powodów, żeby się nimi przejmować. Wątek zemsty na tych, którzy wysłali go do paki, stara się wyglądać na groźniejszy, niż faktycznie jest - zupełnie jak Hoffman. Widać, że było to rozszerzenie pola z myślą o kolejnych sezonach, ale tych nie będzie i zostaniemy na zawsze z Hoffmanem stojącym z boku, nieekscytującym. Drugą gwiazdą w obsadzie jest Nick Nolte (nie zgadniecie - gra zniszczonego życiem i piciem dziada), który także przez większość czasu pozostaje na marginesie. Jego najczęstszym partnerem do rozmów jest jego ukochany koń. Serial bez wątpienia lśni pełnym blaskiem wtedy, gdy dochodzi do interakcji wszystkich tych "drugoplanowych" postaci odgrywanych przez nowych aktorów - czy stawiają, czy startują, każdy wyścig stanowi dla nich ryzyko i nadzieję na nadejście lepszego życia. Ponieważ są w branży od jakiegoś czasu, mają za sobą już wiele porażek, których piętno jest widoczne, ale akcja serialu jest dla nich zazwyczaj dość łaskawa - powtarzalnym motywem jest tu pewne zdziwienie z faktu, że oto coś nam się w życiu udało i odnieśliśmy mniejszy lub większy sukces. Nawet taki jak poderwanie Weroniki Rosati, której znaczenie w serialu można by najkrócej zanalizować jako "jest ładna".

W serialu występują też ludzie

Do porażki i do sukcesu nie ma jednak co się przywiązywać, bo już za chwilę kolejne rozdanie, które może wszystko zmienić - w Luck pesymizm i optymizm są nieodłącznymi towarzyszami każdej sceny. Tak, to kolejny serial o nieodgadnionych regułach miotających ludzkim życiem, bardziej chyba wierzący w Boga Figlarza Los, niż przeznaczenie. To jeden z wielu powodów, dla których serial wydaje się zadziwiająco przygotowany na przedwczesne zakończenie z powodu zwykłego wypadku (jeśli ostatni odcinek reżyseruje Mimi Leder, najbardziej znana z Dnia zagłady...). W trakcie kręcenia drugiego sezonu jeden z koni, odprowadzany po dniu zdjęć do stajni, zrobił to, co podobno konie robią dość często - odchylił się i stracił równowagę. Upadł, trafił głową w coś twardego, zaczęła lecieć krew... To była trzecia śmierć konia na planie i HBO postanowiło zakończyć produkcję, której do tej pory tak broniło mimo średniej oglądalności (nie kierujcie się tą z pierwszej emisji - dzisiaj seriale żyją dużo dłużej). Luck to serial skupiony na detalach, który zawsze był przedsięwzięciem dużej nadziei i dużego ryzyka. Być może zostanie zapamiętany jako klęska - po serii premierowych wywiadów z Hoffmanem szum medialny błyskawicznie ucichł, a produkcja wydająca się lepem na Emmy nie dostała ani jednej nominacji (Downton Abbey dostało szesnaście...). Ciekawe jest to, że o ile nieplanowane zakończenie Deadwood było zadziwiająco ponure, tak Luck kończy się raczej spokojnymi, optymistycznymi momentami. Zawsze będzie szkoda, że nie poszło to dalej, ale kto wie, może los napisał lepsze zakończenie, niż pisarz byłby w stanie wymyślić. W każdym razie HBO stwierdziło, że jest chętne do dalszej współpracy z oboma twórcami, a Milch (pracujący nad telewizyjną adaptacją dzieł Faulknera) w wywiadach mówi: następne rozdanie! Z perspektywy widza - to ostatnie nie było najgorsze.

 
1 , 2 , 3

statystyka