Blog o filmach.
Kategorie: Wszystkie | Filmy | Inne | Seriale | best of | napisali...
RSS

napisali...

środa, 04 sierpnia 2010

Każdy ma jakieś podejście do sekretów i niejasności Incepcji, ja też mam swoje, niekoniecznie składne i sensowne. Dzieło Christophera Nolana to dla mnie przede wszystkim majstersztyk "filmu o filmie", w którym elementy czy to Matriksa, czy to dzieł Alaina Resnais są tylko pretekstem do stworzenia Osiem i pół naszych czasów.

Uwaga: Omawiam zakończenie! Tylko dla tych, którzy już widzieli film!

Uwaga #2: Tekst jest interpretacją Incepcji! Może być trochę nieskładny!

Kiedy w swojej recenzji, pisanej tuż po obejrzeniu filmu o "osobnej notce z interpretacjami", nie zdawałem sobie sprawy, ile różnych punktów starcia trzeba by było w takiej notce poruszyć. Film okazał się bardzo popularny, wywołał masę dyskusji i po paru dniach od premiery także na polskich forach zaroiło się od tematów w stylu OSTATECZNE WYJAŚNIENIE. Powstało też wiele przydatnych grafik i wykresów. Co gorsza, te wszystkie "ostateczne wyjaśnienia" faktycznie mają sporo sensu - na tyle, że zniechęcają mnie do wszystkich teorii w stylu "to wszystko dzieje się w śnie DiCaprio, w który wprowadził go Michael Caine". Dlatego tym, którzy mają jakieś podstawowe pytania w stylu "kim był wujek Fischera", polecam fora Filmwebu. Sam zajmę się na początek kilkoma podstawowymi kwestiami, by później rozwinąć wnioski, jakie poruszyłem we wstępie.

Co się w zasadzie dzieje pod koniec filmu?

Odpowiedź jest prosta: mamy sen w śnie w śnie w śnie. A tak na poważnie: prawdziwe schody w Incepcji zaczynają się moim zdaniem w momencie, gdy cała ekipa budzi się w samolocie. Do tej pory chyba wszystko zostało mniej więcej wyjaśnione. Co jednak z ostatnią sceną? Bączek się kręci. Czy to znaczy, że Cobb dalej śni? Jeśli tak, czy robi to celowo, wkroczył w jakieś nowe limbo, czy po prostu ma miły sen? A może jednak Nolan tylko bawi się z widzami i tak naprawdę, zaraz po tym ostatnim cięciu, bączek by się przewrócił? Jest to bardziej niejasne, niż powinno, gdyby Nolanowi faktycznie zależało na pokazaniu jednej, dającej się zrozumieć historii. Są argumenty za tym, że zakończenie jest wyimaginowane - Cobb, niczym Fischer (Cilian Murphy) wmówił sobie coś i wierzy w to, bo tak jest piękniej, łatwiej. Bardziej przemawiają do mnie jednak liczne argumenty za tym, że to jednak jest rzeczywistość... przynajmniej tak bardzo "rzeczywista", jak możemy oczekiwać w filmie. Czemu więc montażysta nie poczekał jeszcze tej jednej sekundy, kiedy bączek by się przewrócił? Wydaje się, że Nolan próbował pokazać, na czym polega incepcja w praktyce. Od jakiegoś momentu w filmie Cobb przestaje kręcić bączkiem, albo ktoś mu przerywa - to typowe drażnienie. Widz zaczyna przypuszczać, że na koniec się okaże, że to wszystko nie jest rzeczywistość. Dzieci w ostatniej scenie są nieco starsze, ale tego na pierwszy rzut oka nie widać. Ubranka mają inne, ale podobne. I kiedy bączek się kręci, widz może sobie pomyśleć: "ha! Typowy shocker na zakończenie! Przewidywalne". Wydaje mu się, że sam wpadł na ten pomysł, że wszystko przejrzał... A jednak nie. Załapał się tylko na haczyk sugestii, które dał mu Nolan, przycinając świat i pokazując go w odpowiedniej kolejności. Tak naprawdę to widz jest więc w założeniu Fischerem, a reżyser - Cobbem, który manipuluje jego postrzeganiem.

Bo to film o filmie...

Nie ma nic oryginalnego w stwierdzeniu, że na tym właśnie polega największy urok Incepcji - sam Leo DiCaprio uznał, że film najbardziej kojarzy mu się z Osiem i pół. Jednak Nolan zrobił coś szalenie odważnego, gdy zamiast, jak wszystkie dotychczasowe "filmy o filmach" (8 1/2, Adaptacja czy Mullholland Drive) ustawić tę historię z jedną podstawową, "rzeczywistą" (taką jak nasze życie) warstwą, postanowił to wszystko przemieszać z oniryczną konwencją Alaina Resnais (Zeszłego roku w Marienbadzie, Opatrzność). Tym sposobem zabawa toczy się cały czas. Postaci rozmawiają o tym, jak rzeczywistość w wykreowanym śnie musi być w miarę podobna do prawdy, a resztę dorobi sobie umysł. To samo dzieje się z filmem. Przecież, jakby nie patrzeć, historia o kolesiu, który włamuje się innym do snów nie jest PRAWDZIWA. W sensie, prawdziwie prawdziwa. Może być tylko prawdziwa w tym konrektnym filmie, w tym konkretnym śnie. Tak więc widzowie, rozmawiając o wątpliwościach wymienionych w akapicie wyżej, tak naprawdę ciągle nie mają ochoty wyskoczyć poza ten "pierwszy poziom", jak jest sam fakt oglądania świata filmu. Rzeczywistość się oddala... Pojawiają się argumenty typu "sekwencja w Mombasie jest zbyt niewiarygodna, Cobb ją sobie wyśnił" albo "detale się nie zgadzają". Ale czy tego samego nie można powiedzieć o każdym filmie akcji? Tak, detale i zgranie w czasie się nie zgadzają. Tak, są tam dziury logiczne (bohaterowie mogą sobie "wyśnić" wielką giwerę, ale nie mogą wyśnić kamizelek kuloodpornych?). Tak, bohaterowie są dziwnie perfekcyjni w swoich działaniach - tam, gdzie to jest przydatne dla rozwoju akcji, w innych sytuacjach zaś popełniają banalne błędy (jakim cudem Arthur pominął ochronę Fischera, skoro w poprzedniej akcji właśnie o tym rozmawiał z klientem?). Pewien stopień realizmu i logiki musi zostać zachowany, by widz nie wyśmiał filmu z góry. Całą resztę można podmienić i przekonać widza, że jest tak, jak my mu pokazujemy.

Cobb jako reżyser

Devin Faraci w swojej recenzji przytacza całą serię analogii zespołu Cobba do zespołu filmowców. Arthur (Gordon-Levitt) to producent - zbiera informacje i sprzęt konieczne do sukcesu misji. Eames (Hardy) to aktor - wciela się w kolejne postaci, by widz mógł poznać ludzi, którzy tak naprawdę nie istnieją. Ariadne to scenarzysta. Saito to studio filmowe. Fischer to, jak wspomniałem, odbiorca. Cała misja filmowców polega na tym, by widz uwierzył w ich wizję i spełnił swoje "zadanie" - w kinie prpopagandowym zadanie polegać może na przekonaniu widzów np. o wspaniałości wodza Mao, ale w większości przypadków celem ludzi takich jak Saito jest po prostu uzyskanie od widzów pieniędzy. W każdym razie, wymagania są takie same: widz, jak Fischer, by nie odrzucić podanej mu idei, musi przeżyć emocje, najlepiej pozytywne, najlepiej piękniejsze niż te, które dostaje w prawdziwym życiu. Gdy Fischer znajduje w sejfie wiatraczek, zaczyna płakać. W połączeniu ze świetną muzyką Hansa Zimmera, sam widz doznaje w tym momencie wzruszenia. I nie obchodzi ani nas, ani Fischera, że to wszystko zmyślone. Prawdziwe czy nie, mniejsza o to, najbardziej zależy nam na emocjach.

Nolan musi uciekać wgłąb

Wróćmy na chwilę do Ariadne, czyli architekta/scenarzysty. Christopher Nolan sam i pisze, i reżyseruje swoje filmy, a tutaj rozdzielił te funkcje. O ile sam Cobb musi po prostu przekazać ideę i tutaj mamy aspekty reżyserii/montażu, tak działania Ariadne jako architekta snów faktycznie pasują do sposobu, w jaki Nolan pisze historie. Zauważcie, że każdy wątek z Incepcji, gdyby go wyjąć z całego filmu i pokazać chronologicznie, nie jest sam w sobie aż tak ciekawy. Nie, ten film osiąga rangę czegoś wyjątkowego dopiero wtedy, gdy zaczynamy przeskakiwać między warstwami. Historia sama w sobie jest za mało angażująca, widz/Fischer ciągle nie daje się przekonać, więc trzeba w to wnieść jeszcze więcej akcji, jeszcze więcej konfliktów, dramatów, po prostu wznieść to na nowy poziom. To właśnie robi Ariadne, wprowadzając do całej historii kolejny labirynt. I tego potrzebuje do sukcesu Nolan. Im więcej pogmera w konstrukcji filmu, tym lepiej mu to wychodzi. Aż się boję, jak wyjdzie mu za dwa lata ten trzeci, ostatni Batman, w którym przecież nie będzie mógł zastosować tylu "podwójnych zmyłek" i wybryków, a i Jokera nie będzie, by ratował sytuację...

 

Garść ciekawych linków na koniec:

- Omer M. Mozaffar ciągnie w nieco inne miejsca analogię sen/film, przywołując chociażby klisze kina akcji, których używa Nolan jako "elementów budulcowych". Analiza, nawet jak dla mnie, dość skomplikowana. Ale czyta się przyjemnie.

- Incepcja jako paradoks, pętla, schody bez końca. To porównanie i ta linia myślenia była jedną z moich pierwszych refleksji po filmie i starałem się ją opisać, ale... zgubiłem się.

 

Co się stanie z Incepcją dalej? Na pewno zyskała wielu fanów, na pewno sporo ich zachowa. Czy stanie się "lekturą obowiązkową"? Zapewne... Mam wrażenie, że być może o ŻADNYM Hollywoodzkich filmie w historii nie można było gadać tak długo. To jest jak Synekdocha Charlie'ego Kaufmana, tylko że tysiąc razy popularniejsza. Na razie ciągle żyję w chaosie, nie wiem nawet, od czego zacząć omawianie filmu. Tyle detali... Kto wie, czy kiedyś obowiązkiem w towarzystwie będzie nie tyle zobaczyć Incepcję, co nauczyć się jej na pamięć...

niedziela, 17 stycznia 2010

Podaję wiadomość sprzed czterech dni, ale... poruszyło mnie to, jak bardzo olały ją w Polsce absolutnie wszyscy. Chodzi o Treme. Nowy serial Davida Simona. Wiecie, tego kolesia od The Wire, najlepszego serialu wszech czasów. Czyli w sumie można by powiedzieć, że jego nowe dzieło powinno kogoś interesować, ale tak raczej nie jest. Tym razem serial ma promocję, hype, modną tematykę (Nowy Orlean kilka miesięcy po Katrinie).

Treme dostało ostatnio oficjalną datę premiery - jest to 11 kwietnia. Jak wiadomo było od pewnego czasu, serial ma się skupić na muzykach. Aczkolwiek znając Simona, to z każdym kolejnym odcinkiem perspektywa będzie się rozszerzać, by w końcu Treme stało się portretem Nowego Orleanu. Oczekiwania nigdy nie były tak wysokie - jak wspominałem przy okazji mojego Przeglądu Serialowego, The Wire z każdym dniem zyskuje nowych fanów i to nadal ma miejsce. Ci fani czekają na Treme. Jak zaimponować ludziom, którzy chcą, żebyś przebił najlepszy serial, jaki stworzono? Łatwo w takiej sytuacji o zawód. Jak to mówili niektórzy rozczarowani widzowie po Avatarze: "oczekiwałem nie wiadomo czego, a dostałem... sam nie wiem, co".

Jest też zwiastun. Nie mówi nic o fabule, wiele mówi o serialu. Artystycznie o klasę wyżej od zwiastunu Boardwalk Empire.

No to - do kwietnia!

czwartek, 24 grudnia 2009

Po Świętach opublikuję moje Top 10 najlepszych filmów roku 2009. Co z serialami?

Tutaj listy nie będzie, bo do takich rzeczy trzeba naprawdę się naoglądać. Krytyk serialowy to zawód dla nielicznych - w Polsce nie ma chyba ani jednego - i nawet ja nie mogę z czystym sumieniem wybierać najlepszych, kiedy ciekawych amerykańskich show były w tym roku dziesiątki.

Dlatego zamieszczam listę Alana Sepinwalla. Sepinwall pracuje w "Star-Ledger" i jest jednym z moich ulubionych krytyków serialowych. Ma tę zaletę, że ogląda naprawdę niemal wszystko, a przeglądając jego bloga mam wrażenie, że facet spędza 12 godzin na dobę oglądając seriale, a pozostałe 12 - pisząc o nich. Sepinwall widział niesamowite ilości seriali i kiedy on układa swoje Top 20 najlepszych - to wiadomo, że miał z czego wybierać (w Top 20 nie ma np. Dextera, który przecież w tym roku stał na niezłym poziomie). Pełną listę można znaleźć pod tym adresem, pierwsza dziesiątka wygląda tak:

  1. Mad Men (sezon 3.)
  2. Chuck (sezon 2.)
  3. Breaking Bad (sezon 2.)
  4. Parks and Recreation (sezony 1.-2.)
  5. Sons of Anarchy (sezon 2.)
  6. In Treatment (sezon 2.)
  7. Friday Night Lights (sezony 3.-4.)
  8. The Office (sezony 5.-6.)
  9. Lost (sezon 5.)
  10. Modern Family (sezon 1.)

Jak widać, są i komedie, i dramaty, rzeczy nowsze i starsze. Jeśli zamieszczam tę listę, to oczywisty znak, że się z nią mniej więcej zgadzam. I tak właśnie jest. Kilka z powyższych seriali opisałem ostatnio w Letnim Przewodniku Serialowym, a pozostałe też w większości lubię i być może opiszę, gdy w kinach znowu będzie okres nędzy. Najbardziej dziwią mnie wysokie pozycje Chucka oraz Parks and Recreation, ale muszę przyznać, że nie widziałem tych seriali na tyle, by móc się kłócić z człowiekiem, który widział wszystkie odcinki wszystkiego (no, mniej więcej). Co zostało - moim zdaniem - niesłusznie pominięte? Czysta krew. Sepinwall ogólnie ma jakąś niechęć do seriali zbyt odważnych obyczajowo. Californication, Czysta krew, Sześć stóp pod ziemią - on je olewa i w tych miejscach nasze gusta się rozjeżdżają.

Mad Men - najlepszy serial 2009, jeden z najlepszych w ogóle

A jeśli ktoś nie jest na bieżąco? Chce nadrobić klasyki? Tutaj mój wspomniany wyżej przewodnik służy za pewną pomoc, ale Sepinwall też ma swoją listę. Najlepsze dramaty oraz najlepsze komedie serialowe całej, minionej już niemal, dekady. Jest to bardzo dobry punkt odniesienia dla wszystkich, którzy chcą obejrzeć coś dobrego. Ja sam, oczywiście, ułożyłbym ją nieco inaczej (Veronica Mars zamiast Sześciu stóp? To być nie może!), ale zgadzam się - rzecz oczywista - z pierwszym miejscem dla The Wire, a także z całym składem pierwszej piątki. Jeśli zapytacie: "a dlaczego nie ma tutaj Breaking Bad?", to odpowiedź brzmi: ten serial jest jeszcze za młody, by go wymieniać w takich kontekstach.

Niniejszym temat najlepszych seriali zostaje na najbliższe lata rozwiązany: ja się nie znam na tyle, by zgrywać znawcę, natomiast są ludzie, których zdanie mogę polecić. Na przykład Alan Sepinwall. Oczywiście będę od czasu do czasu zamieszczał na blogu swoje przemyślenia. Już niedługo przecież ostatni sezon Lost, a później rusza Treme - nowy serial twórców The Wire.

Wesołych świąt wszystkim życzę. Niekoniecznie przed ekranem.

środa, 23 grudnia 2009

Minęło ledwie kilka godzin od poprzedniej notki, w której z entuzjazmem ochrzaniałem polskich dystrybutorów, gdy na portalu Stopklatka przeczytałem następującą wiadomość:

(...) Liczne wyróżnienia, w tym spora szansa na Oscara dla najlepszego filmu, mogą okazać się niewystarczające i ten obraz wojny w Iraku, może nie trafić do kin w naszym kraju. Powód wydaje się bardzo prosty. Istnieje małe prawdopodobieństwo by "The Hurt Locker" spotkał się z większym zainteresowaniem polskich widzów. Niestety ambitne tytuły będą miały coraz trudniejszą drogę na nasze ekrany. Dotyczyć to będzie przede wszystkim filmów, które w niezależnej sprzedaży do dystrybucji kosztują wielkie pieniądze, a ich szansa na dobre wpływy w Polsce jest niewielka. Film to biznes?

Wygląda na to, że pierwszym miejscem dystrybucji filmu "The Hurt Locker" będzie w Polsce Canal+. Ten kanał telewizyjny zapowiada premierę obrazu na 20 lutego 2010.(...)

Artykuł na tyle celny, że nie mam w sumie nic do dodania. Niektórzy uważają, że polscy dystrubutorzy po prostu rujnują rynek, inni - że nie mają oni innego wyboru, bo ludzie naprawdę nie chcą oglądać niczego poza Transformersami. Jedni mówią, że tę sytuację można naprawić, po prostu wprowadzając lepsze filmy i odpowiednio je promując. Drudzy powiedzą, że ratunku nie ma, lud nie chce "kina ambitnego" i niedługo wszyscy będą tylko ściągać sobie filmy na komputer lub oglądać w TV na żądanie. Nie wiem, nie znam się na tyle na rynku.

Wiem tylko, że film w kinie jest dla mnie czymś więcej, niż dodatkiem do wizyty w galerii handlowej. I że czytając takie newsy - że Oscarowego faworyta można w Polsce obejrzeć tylko w TV - robi mi się po prostu smutno.

statystyka